EDWARD GUZIAKIEWICZ • wydarzenia • zapiski • fragmenty utworów

 
 






W Kijowie


      Na łamach wydawanego się w Kijowie kwartalnika „Krynica” — w drugim numerze z 2016 r. — ukazało się pięć moich wierszy z tomiku „Okruszki. Wiersze dla dzieci”. Zostało ponadto zamieszczone opowiadanie „Recepta na sukces” z tomiku „Randka i inne opowiadania”. Wspomniany kwartalnik z Dorotą Jaworską jako redaktorem naczelnym jest pismem mniejszości polskiej na Ukrainie.

» Rower, W zoo, Bal u Barbie, Klocki lego, Psalm 8, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 92 (2016), s. 68-69.
» Recepta na sukces, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 92 (2016), s. 69-72.


14.09.2016 :: 15:30
Komentuj (0)


Jubileusz Grupy Literackiej Słowo


      Samorządowe Centrum Kultury w Mielcu, 10 września 2016 r. Uczestniczę w obchodzonym z dużym rozmachem jubileuszu 10-lecia Grupy Literackiej Słowo. Uroczystość uprzytamnia mi, jak szybko biegnie czas. Dziesięć lat temu wchodziłem w skład gremium, które pod kierunkiem Zbigniewa Michalskiego zapoczątkowało działalność tej grupy.

10.09.2016 :: 22:00
Komentuj (0)


Życie po rozwodzie


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      Byłem trzydziestosześciolatkiem, ożeniłem się w Victorii na Marsie, jednak trafiłem na wyjątkową diablicę, usiłującą wziąć męża pod pantofel, więc po roku rozwiodłem się z nią, mając na jakiś czas dość kobiet. Nie mogłem znieść ciągłych kłótni, które wywoływała. Nie miałem pojęcia, skąd się wziął jej jad, bo przed ślubem zachowywała się przyzwoicie. Dorothy jak ognia unikała czułości. Tyłeczek miała niezły, ale w głowie poprzestawiane. Wyzywała mnie od koczkodanów i szympansów. Twierdziła, że mam kogoś na boku. Zdecydowałem się z nią rozstać, kiedy rzuciła mi w twarz, że woli wibrującą szczoteczkę do zębów od mojego penisa. Doprowadzała mnie do furii myśl, że bezsensownie marnuję z nią czas, który mógłbym spędzić z inną, mniej niedorzeczną partnerką. (...)

      Przez całe życie doskwierała mi samotność. Kiedy się ożeniłem z Dorothy, miałem nadzieję, że poczucie wyobcowania minie. Jednak nie minęło. Cechowało mnie gorzkie spojrzenie na świat, a ona je we mnie jeszcze pogłębiła. Cóż, miała nierówno pod sufitem. Teraz mogłem się z tym wreszcie uporać. Moje dziunie stawały na głowie, by przywrócić mi radość życia. (...)

      Obwieszona kosztownościami Mary wywołała we mnie gorzkie wspomnienia. Pobiegłem myślami ku mojej byłej żonie, która pozostała w Victorii na Marsie. Przyszło mi do głowy, że gdybym Dorothy obsypał klejnotami, jej oziębłość i skłonność do kłótni ustąpiłyby jak ręką odjął. Stałaby się uosobieniem słodyczy i pławiłbym się w morzu namiętności. Pieniądze były kluczem do serca kobiety. Otwierały je bez przeszkód. Zamieniały zołzę w anioła. (...)

      Wolałem nie wyobrażać sobie miny burkliwej i opryskliwej Dorothy, gdyby odkryła, w jaki sposób spędzam wolny czas i z kim swawolę. I to w przepięknym kurorcie na obcej planecie w Galaktyce Trójkąta. Wyłaby z wściekłości i gryzłaby ze złości palce. Bo przecież — jej zdaniem — jako facet do niczego się nie nadawałem. Z byle powodu ciosała mi kołki na głowie. Brała mnie za niewydarzeńca i ofermę, który nie jest w stanie wykrzesać z kobiety nawet iskry. Przekonywała, że zamrażam ją już jednym spojrzeniem i że na mój widok zamienia się w sopel lodu. I że takich palantów jak ja pod żadnym pozorem nie należy wpuszczać do sypialni. (...)

      Nurtowało mnie, co porabia moja była żona i jak jej się wiedzie. Victoria była kilkumilionowym miastem i prawdopodobieństwo, że przypadkiem ją spotkam raczej nie wchodziło w grę, a przynajmniej było niewielkie, tym niemniej podszedłem do terminala w salonie i sondażowo rzuciłem:
      — Dorothy Bailey, po mężu Smith, rozwiedziona. Mieszkała przy Dwudziestej Dziewiątej Alei w Victorii na Marsie. Proszę o podstawowe informacje!
      Ujrzałem jej obracające się przestrzenne zdjęcie, na którym prezentowała się w miarę dobrze. Była naturalną blondynką o lekko kręcących się włosach, wąskiej twarzy i zaciętych ustach. Rzadko kiedy się uśmiechała. Jej adres się nie zmienił, widocznie odpowiadało jej mieszkanie, którym cieszyliśmy się jako małżeństwo. Najmowała je sama i okazało się, że jest nadal wolna.
      — Ja cię kręcę! — szepnąłem ze zdziwieniem. — Ta babka umie zaskoczyć.
      Pracowała jako sekretarka w przypadkowej agencji ochrony. Musiała coś robić, żeby się utrzymać. Dziwiło mnie, że nie upolowała kolejnego faceta. Na pewno o mnie słyszała, bo w mass mediach narobiono przecież szumu wokół ekipy wracającej z orbity nadolbrzyma Antaresa, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Skorpiona, naszej supernowej. Czy nie powinienem był jej odwiedzić? Pomyślałem, że nie zdecydowałbym się na tak pochopny krok. Nie zasługiwała na to, by okazywać jej względy. Źle odczytałaby moje intencje. (...)


05.09.2016 :: 08:30
Komentuj (0)


Witajcie na Marsie!


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Czerwona Planeta rosła przed naszymi oczami, stopniowo wypełniając główny ekran amfibii. Niemal otarliśmy się o Fobosa, który już dawno pozbył się swych nierównych kształtów i przypominał teraz nieco spłaszczoną kulę. Zwiększono dwukrotnie jego masę. Znajdowały się na nim bazy policyjne i wojskowe. Kami wpadł w korytarz powietrzny na wysokości czterdziestu tysięcy stóp. Nad nami widniały stacje orbitalne. Ciągnąłem wzrokiem po olbrzymich kopułach, pochodzących jeszcze z czasów, kiedy Mars nie posiadał wzmocnionej grawitacji. Dolecieliśmy do Victorii, miasta rozciągającego się w regionie zwanym Aureolą Olympus Mons, kończąc lot na kosmodromie ulokowanym na południowy wschód od metropolii. Witał nas poranek. Panował tu duży ruch, statki kosmiczne się mijały, jednak w sektorze prywatnym było względnie spokojnie. Enbargońska amfibia, z której wysiedliśmy, zabierając bagaże, natychmiast poderwała się do góry i pożegnałem ją z łezką w oku.
      Widoczny z płyty kosmodromu wulkaniczny masyw Olimpu prezentował się w pełnej krasie. Było to mające ponad dwadzieścia kilometrów najwyższe wzniesienie w całym Układzie Słonecznym. Stanowiło wizytówkę Victorii. Nie umywały się do tej roli monumentalne pomniki z centrum miasta.
      Czekał na nas wynajęty airbus, którym dotarliśmy do luksusowej dzielnicy podmiejskiej, czegoś na kształt rozległego osiedla dla VIP-ów. Ciągnęły się tu wzdłuż cichych ulic ukryte w zieleni rezydencje. Przed jedną z nich niby przed bramą raju znieruchomiała powietrzna taksówka.
      Dopiero gdy wysiadłem i obejrzałem okazały fronton, pojąłem, że rozpoczął się naprawdę nowy rozdział w moim życiu. Spędziłem w Victorii sporo lat i znałem to miasto jak własną kieszeń, ale nigdy nie przypuszczałem, że stanę się kimś dobrze sytuowanym i należącym do establishmentu.
      Grace dostrzegła moje pełne zachwytu spojrzenie.
      — Dysponujemy jeszcze apartamentem w śródmieściu — zdradziła z dumą w głosie. — O powierzchni pięciuset metrów kwadratowych.
      Pełne zabytkowych rzeźb wnętrze zostało urządzone z przepychem, chociaż przy tym — jak na mój gust — nazbyt muzealnie. Kapało w nim od złota. Marmurowe posadzki lśniły. Zdobione w nadmiarze meble mogły kojarzyć się z pałacem królewskim. Obok ogromnego salonu mieliśmy pięć luksusowych sypialni, świetnie wyposażone łazienki, rozbudowaną kuchnię oraz kilka innych przydatnych pomieszczeń, powstałych z myślą o wypoczynku. Nie zabrakło krytego basenu z tyłu rezydencji. Urokliwe patio otwierało się na zadbany ogród z wypielęgnowanymi trawniczkami, fantazyjnym żywopłotem i barwnymi kompozycjami kwietnymi. W garażach stały cztery autoloty, każdy innej firmy i wytworna czarna limuzyna przystosowana do jazdy po miejskich ulicach. Musiałem się do tego przyzwyczaić. I pomyśleć, że lokum, w którym mieszkałem z Dorothy na dziewięćdziesiątym piętrze przy Dwudziestej Dziewiątej Alei, miało czterdzieści pięć metrów kwadratowych.
      Sypialnie szeroko łączyły się ze sobą, co dawało wrażenie przestrzeni. Jacqueline mi zasugerowała, bym wybrał sobie środkową, utrzymaną w ciepłych odcieniach brązu, rozrzedzonego burgunda i pożółkłej zieleni. Po lewej cieszył moje oczy apartamencik perłowy, po prawej — fioletowo-różowy. Jeżeli moje dziunie zdążyły się posprzeczać o to, gdzie która ma się ulokować, to uporały się z tym w mig za moimi plecami. Błyskawicznie się przebrały. Zdjęły kombinezony podróżne i paradowały w cieszących wzrok negliżach oraz kusych szlafroczkach. Były świeże i promienne. Pilnowały się, żeby wyglądać szykownie.
      Obejrzałem wnętrza rezydencji, zapamiętując rozkład pomieszczeń, a przy okazji sprawdzając zabezpieczenia i rzuciłem się na zdobione łóżko w mojej sypialni. Nakryty jedwabiami miękki materac ugiął się pode mną. Zapuściłem żurawia do ściennej szafy, na razie pustej, a potem zatrzymałem się przy generatorze odzieży. Komputer o miłym kobiecym głosie zapytał, czy może mnie zmierzyć i zważyć. Zgodziłem się i w okamgnieniu przeskanował moje ciało. W łazience była ogromna wanna. Kabina regeneracyjna wyglądała tak samo jak na Eufemii, więc pomyślałem, że nadal będę pracować nad muskulaturą. Chciałem przecież mieć budzący zachwyt tors i brzuch jak kaloryfer.


02.09.2016 :: 18:00
Komentuj (0)


Potyczka


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Niepojęty impuls wybił mnie ze snu. Była noc, a moje madonny spały. Zaschło mi w gardle i chciało mi się pić, więc cichutko zsunąłem się z łóżka, starając się ich nie obudzić, założyłem szorty i na palcach zszedłem na dół. Pokryte miękką wykładziną schody nie skrzypiały. W lodówce znalazłem coca-colę.
      Stałem z butelką zimnego napoju w salonie, wyglądając przez okno i wpatrując w niebo usiane miliardami gwiazd, gdy nagle serce niepokojąco mi zabiło. Nogi pode mną się ugięły. Na tarasie bezszelestnie osiadł obcy pojazd z wyłączonym oświetleniem. Nie mogła to być nasza amfibia, bo rysowały się przede mną inne kształty. W chwilę później błysnął prostokąt wejścia na pokład.
      Pomyślałem, że Daisy tego nie przewidziała. Obcy okazał się bardziej domyślny niż sądziła i zaatakował już pierwszej nocy. Nie musiał długo nas szukać. Postawiłem butelkę na podłodze i filując na drzwi wejściowe zacząłem się wycofywać. Czułem pod nogami dywan, tłumiący kroki. Minąłem ławę i przykucnąłem za fotelami. Sprawdziłem broń. Widniała na nadgarstku. Gdybym miał więcej oleju w głowie, umknąłbym na antresolę, ale o tym nie pomyślałem. Poczułem nagły napływ adrenaliny i buńczucznie postanowiłem, że sam rozprawię się z intruzem.
      Drzwi wejściowe drgnęły. Kosmita niby zjawa wsunął się do środka. W tym samym momencie zapaliły się w salonie wszystkie żyrandole i kinkiety, więc ukrywanie się za fotelami nie miało sensu. Wyprostowałem się, hardo spoglądając na przeciwnika. Stanęliśmy oko w oko, mierząc się wzrokiem. Daisy miała rację, nie odróżniłbym Lotosanina od Enbargona. Przybysz wyglądał tak samo jak medyczka na planecie z dwoma słońcami.
      „A teraz zaśnij!” — usłyszałem w swojej głowie hipnotyczny głos. Nie miałem zamiaru mu się poddać. Nie wiadomo dlaczego przyszła mi na myśl Nicole ze szpikulcem w dłoni. Błyskawicznie wyciągnąłem rękę.
      — Giń, potworze! — krzyknąłem, oddając strzał. Płonąca kula dopadła mego przeciwnika.
      Pomimo tego, że strzał był celny, obcy nie upadł. Nawet się nie zachwiał. W jego dłoni pojawił się nagle świetlisty miecz. Z furkotem skoczył do przodu, jednym susem pokonując ławę i fotele. Jak idiota skierowałem w jego stronę prawą rękę, gotując się do następnego wystrzału, ale nie miałem takiego refleksu jak on. Jeden cios wystarczył, by moja odrąbana ręka pofrunęła w stronę kominka. Całe życie przebiegło mi przed oczami. Zaraz po tym dziewczyny przygrzały mu z antresoli. Trzy kolejne płonące kule uderzyły w Lotosanina, zwalając go z nóg. Z mysim piskiem osunął się na kolana, znieruchomiał, a świetlisty miecz zniknął.
      Opadłem na podłogę obok niego. Doznałem ogromnego wstrząsu. Z przerażeniem wpatrywałem się to, co zostało z mojej biednej ręki, z nagła amputowanej prawie do łokcia. W jednej chwili stałem się inwalidą. Z kikuta lała się krew.
      — Spokojnie, sytuacja opanowana! — usłyszałem głos Jacqueline. — Williamie, nie ruszaj się!
      Znalazła się zaraz przy mnie, opiekuńczo mnie obejmując. Przy niej wyrosła Agnes, równie czuła jak tamta.
      Grace ujęła w ciepłe ręce moją twarz, zmuszając mnie, bym na nią spojrzał.
      — Nie patrz na kikut, ręka zaraz ci odrośnie! — podkreśliła dobitnie. Klęczała przy mnie, pilnując, bym nie wpadł w histerię i nie zrobił czegoś głupiego.
      Byłem tak przestraszony, że przez kilka sekund nie czułem bólu. Potem mnie przeszył, dojmujący i dotkliwy, prawie nie do wytrzymania. Omal się nie wyrwałem pilnującym mnie dobrym duchom. Szybko jednak ustąpił. Zastąpiło go mrowienie. Może to zabrzmi dziwnie, ale poczułem, że moja ręka rośnie. Stanowiłem przecież udoskonaloną wersję salamandry.
      Daisy zajęła się kosmitą. Był martwy. Obróciła go na wznak, zaglądając mu w oczy. Potem przejechała dłonią po ledwo widocznej kamizelce ochronnej, którą miał na sobie.
      — Coraz lepiej się zabezpieczają — odkrywczo mruknęła.
      Agnes okryła mnie kocem, który przyniosła z sypialni, a Jacqueline pozwoliła mi wreszcie obejrzeć rękę. Odtwarzała się na moich oczach jak w bajce i odniosłem wrażenie, że oglądam w przyspieszonym tempie film z życia prenatalnego. Dłoń powoli się kształtowała i pojawiły się zaczątki palców.
      Kiedy proces regeneracji się zakończył, moje opiekunki pozwoliły mi wstać. Z wrażenia ledwo trzymałem się na nogach. Zrozumiałem, że nie nadaję się na rycerza Jedi. Zrobiłem z siebie pośmiewisko.


26.08.2016 :: 14:30
Komentuj (0)


Pułapka na Lotosanina


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Znaleźliśmy się nad stanem Nevada. Kami pomknął w stronę Las Vegas, jednak zwolnił nad terytorium Hrabstwa Lincoln. Rysowały się pod nami pooddzielane plamami zieleni miasta, zbudowane w XXIII i XXIV wieku. Poznaczone wzniesieniami i górami tereny zostały zagospodarowane, jednak mimo globalnego przeludnienia pozostały tu jeszcze niewielkie obszary, nie skażone przez cywilizację, niby pamiątka po minionych stuleciach. Nietknięte okolice ostały się tu i ówdzie, a nasza amfibia zawisła nad jednym z takich zakątków. Wylądowaliśmy przed ulokowaną na łagodnym zboczu okazałą rezydencją, zbudowaną z litego drewna, względnie z jego doskonałej podróbki. Stylizowany na XVIII wiek zadbany budynek był piętrowy i zapewne stanowił własność kogoś zamożnego. Równie dobrze mógł być obiektem rządowym. Nieco dalej znaczyło się kilka innych, podobnych, choć może mniej okazałych, z pewnością przeznaczonych dla turystów.
      Z luku towarowego amfibii wypłynęły nasze bagaże, a Agnes zaopiekowała się moim niby-słonecznikiem. Mogłem się rozejrzeć. Z tarasu roztaczał się widok na rozległą dolinę, otoczoną wianuszkiem pokrytych rzadką roślinnością wzniesień. Zbliżał się wieczór i słońce chyliło się ku zachodowi.
      — Tu mieściła się osławiona Strefa 51 — wyjaśniła Daisy, wskazując na znaczącą się przed nami kotlinę. — Innymi słowy: jeden z najtajniejszych obiektów wojskowych w USA, baza Groom Lake. Jesteśmy na jej skraju. Teren w odległej przeszłości był pilnie strzeżony. Lądowały tu przypominające spodki statki kosmiczne obcych, osławione UFO. Odwiedzały Ziemię drobne szare istoty o dużych skośnych oczach — roześmiała się. — W latach pięćdziesiątych XX wieku ówczesny prezydent USA podpisał pierwszy oficjalny traktat z podszywającymi się pod Enbargonów Lotosanami. Traktat przewidywał zgodę na porywanie ludzi i poddawanie ich eksperymentom — w zamian za udostępnienie zaawansowanej technologii. Musieliśmy potem długo pracować nad tym, żeby to wszystko odkręcić i zatrzeć te wydarzenia w ludzkiej pamięci. Jednak Lotosanie uważali, że traktat nadal obowiązuje i co jakiś czas wybierali się na łowy. Porywali ludzi w Trójkącie Bermudzkim. Czasami odsyłali ich z powrotem na Ziemię, jednak przeważnie w stanie godnym pożałowania.
      Uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie słyszałem o Strefie 51. Jeśli chodziło o Trójkąt Bermudzki, obiło mi się o uszy to i owo. Jednak znane mi historyjki o goszczących tam kosmitach pochodziły z bajek dla dzieci.
      — Dlaczego tak bardzo wam zależało, by to ukryć?
      — To oczywiste — wzruszyła ramionami. — Przeciętny Ziemianin nie odróżni Enbargona od Lotosanina. Gdybyśmy się wreszcie ujawnili, godne pożałowania popisy tych drani poszłyby na nasz rachunek. Nie uprowadzamy ludzi i nie poddajemy ich eksperymentom medycznym. Ciekawe, po co mielibyśmy to czynić? — westchnęła. — Przez ostatnie dwieście lat panował tu względny spokój, a teraz znowu Lotosanie przypomnieli sobie o pokracznej kosmicznej misji. Próbują sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć. Wysyłają sondażowo pojedynczych osobników. Ci porywają dwóch, trzech Ziemian i na tym poprzestają. Zwykle wybierają kobiety.
      — Nie chce się wierzyć! Będziemy tu jak na patelni. Domyślam się, że zamierzasz wystawić nas na wabia?
      — Nic się nikomu nie stanie, nie obawiaj się — natychmiast mnie uspokoiła. — Z pewnością Lotosanin na nas zapoluje, bo jesteśmy blisko. Za tymi górami znaczą się miasta i tam zwykle ci galanci się wybierają. Ten nie będzie musiał. Jutro udamy się na przechadzkę po zboczach i narobimy hałasu, by zwrócić na siebie uwagę.
      — A zabezpieczenia?
      — Mam dla wszystkich broń, lekką i nie sprawiającą kłopotów. Mocuje się ją na przedramieniu. Oni polują w nocy. Lotosanie zwykle hipnotyzują ludzi i zmuszają ich, by za nimi poszli. Na nas ich hipnoza nie działa. Jeśli ten palant wejdzie do środka, jeden strzał wystarczy, żeby go unieszkodliwić. Znajdzie się w potrzasku. Umieszczę dookoła willi czujniki, które nas ostrzegą. Drzwi zostawimy otwarte. Na wszelki wypadek Kami będzie tę okolicę monitorował z góry, bo amfibii nie możemy tu zostawić. Zdradzilibyśmy się, gdyby tu sterczała. Powinniśmy wyglądać jak zwykli turyści.
      Odetchnąłem z ulgą. Daisy strategię działania miała opracowaną w najdrobniejszych szczegółach, więc nie musiałem się o nic martwić.

16.08.2016 :: 08:00
Komentuj (0)


Pierwsze zlecenie dla Daisy


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Daisy wstała. Ślicznie wyglądała w półprzeźroczystej koszulce nocnej. Jednak była markotna. Skupiłem na niej uwagę i pomyślałem, że w zupełności wystarczyłaby mi jedna żona. Przyciągnąłem ją pieszczotliwie do siebie i usiadła na moich kolanach. Z rozczuleniem zanurzyłem palce w jej włosach. Jeśli w przyszłości miewałbym kochanki, co wydawało mi się mało prawdopodobne, to i tak wracałbym do niej.
      — Uśmiechnij się, jesteś wyjątkowa! — rzekłem, całując ją w ucho. — Czemu jesteś taka smutna?
      — Sprawy nieco się skomplikowały — rzekła po chwili namysłu. — Gdybyś się w ciągu najbliższych dwóch dni zdecydował się na powrót, dostałabym zlecenie.
      — Musiałabyś kogoś sprzątnąć? — zdziwiłem się.
      — Na Ziemię dostał się nielegalnie napastliwy Lotosanin — spokojnie wyjaśniła. — Przywarował w Górach Skalistych w nieczynnej podziemnej bazie. — To są skutki dzielenia się technologią z niższymi rasami w kosmosie — westchnęła. — Wykorzystują je wbrew umowom.
      Poczułem, że skoczyła mi adrenalina.
      — Kim są ci Lotosanie?
      — To rasa, z którą sprzymierzyliśmy się w pierwszej kolejności. Już przed wiekami. Lotosanie niewiele się różnią wizualnie od Enbargonów, dlatego stosunkowo łatwo z nimi o styczność. Jednak nasi zbyt szybko im zaufali…
      — A to ciekawe. I chciałabyś wziąć tę akcję na siebie?
      Skrzywiła się.
      — I tak, i nie. Jeśli będę na ciebie naciskać, byś wracał, narażę się pozostałym dziewczynom. Wiesz, jak jest.
      Pomyślałem, ze powinienem to przekonsultować z Grace.
      — Zastanowię się — miauknąłem. — Mówisz, że dwa dni?
      — Dwa.
      Patrzyłem, jak Daisy się przebiera, pełen podziwu dla jej urody. Wkrótce była gotowa do wyjścia.
      — Żółwik?
      Stuknęliśmy się zwiniętymi piąstkami i boska księżniczka opuściła mój apartament.


08.08.2016 :: 07:30
Komentuj (0)


Powrót z Eufemii


      Pierwszą część powieści „Enbargonki” już ukończyłem, a liczy sobie ona przeszło 240 ss znorm mpsu. Główny bohater wraca na Ziemię z Galaktyki Trójkąta w towarzystwie wybranych przez siebie pięknych kobiet. Lecą z nim Grace, Agnes, Daisy i Jacqueline. Potem cała piątka wybiera się na Marsa. Czy będzie ciąg dalszy? Zobaczymy!
      Dla przypomnienia… Powieść jest kontynuacją mikropowieści „Supernowa”. Jej serwis znajduje się pod adresem enbargonki.guziakiewicz.pl.

06.08.2016 :: 09:00
Komentuj (0)


Na Argosie


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Wyglądałem przez iluminatory, nie wierząc własnym oczom. Przecierałem je ze zdumienia. Księżyc Argos, do którego zbliżała się nasza amfibia, stwarzał takie wrażenie, jakby był już zamieszkały. Został po mistrzowsku uporządkowany i zagospodarowany. Jego nierówną powierzchnię pokrywały rozległe miasta, między którymi znaczyły się połacie zieleni, poprzecinane arteriami komunikacyjnymi. Nie miał mórz, tym niemniej zdobiły go błyskające w słońcu ogromne jeziora, wrzynające się licznymi zatokami, niby fiordami, w zalesione wzgórza. Nad jego powierzchnią na wysokich orbitach rysowały się ogromne bazy, z pewnością powstałe z myślą o przyszłych mieszkańcach tego satelity. Nie było tu natomiast wysokich ośnieżonych gór, jakie występowały na Eufemii.
      — Argos, Argos — myślałem głośno. — Chodzi mi po głowie ta nazwa. Czyżby miała coś wspólnego z mitologią?
      — Nie tylko — niepytany odpowiedział Kami, który okazał się — jak przystało na inteligentną maszynę — chodzącą encyklopedią. Nagle stał się dziwnie rozmowny. — Tak nazywało się greckie miasto na Peloponezie znane już w epoce mykeńskiej i stanowiące ośrodek kultu Hery. Tym niemniej to określenie pojawiało się również w mitologii. Argos zbudował okręt, który od jego imienia otrzymał nazwę „Argo”. Uczestniczący w wyprawie po złote runo nosili miano Argonautów. Imię przewijało się ponadto w innych mitach. Odnosiło się do olbrzyma o stu oczach, a także do psa, którego miał Odyseusz.
      Usiłowałem się upewnić.
      — Czy ktoś się tu już wprowadził?
      — Jeszcze nikt. Jak dotąd Argos jest niezamieszkały.
      Słońce skryło się za horyzontem i wlecieliśmy w cień księżyca. Witała nas mozaika świateł wielkich metropolii. Kiedy wynurzyliśmy się z przeciwnej strony, wybrałem wzrokiem kuszące swą architekturą miasto z rozbiegającymi się na wszystkie strony przedmieściami.
      Stuknąłem palcem w iluminator.
      — Moglibyśmy tu wylądować.
      Daisy i Jacqueline milczały. Siedziały lekko znudzone i domyślałem się, że ten widok nie robi na nich większego wrażenia. Z pewnością sporo podróżowały po kosmosie i wiele razy oglądały takie miejsca, jeśli nie inne, ciekawsze. Kami w mig obniżył lot i miękko zawrócił, okrążając nisko zabudowane dzielnice. Zmniejszył prędkość do konwencjonalnej. Wyświetlił na największym monitorze rysującą się pod nami metropolię z nowoczesnym centrum i pojawiła się na pasku jej angielska nazwa.
      — New Sydney? — odczytałem z odrobiną zdziwienia. Była dobra, jak każda inna. Zbliżyliśmy się do śródmieścia. Ogromny ośmiokątny plac ze strzelającym w górę pomnikiem pośrodku o kształcie wydłużonego ostrosłupa przykuł moją uwagę. Z jednej strony przylegało do niego rozległe skupisko miejskiej zieleni. — Zatrzymajmy się przy tym parku — zaproponowałem, widząc szpalery palm i cyprysów, wyglądających dziwnie swojsko i kojarzących się mi z Lazurowym Wybrzeżem.
      Kami zdawał się czytać w moich myślach. Amfibia szybko wylądowała i wydostaliśmy się z kabiny, by rozprostować kości. Powietrze na Argosie było czyste i świeże. Niewielkie białe obłoczki znaczyły błękit. Dookoła wyłożonego kostką brukową placu widniały oszklone wieżowce, jak również kopulaste gmachy o powierzchni wyglądającej jak plaster miodu i wybiegające w górę kuliste budynki, oparte na wysokich kolumnach, bądź też przypięte do strzelistych iglic.
      — Ja cię pierniczę, to malownicze miasto przygotowano dla ludzi! — stwierdziłem, kiedy wyzbyłem się resztek wątpliwości.
      — Fakt — zgodziła się Jacqueline. — Układ solarny, w którym gościmy jest w stanie przyjąć dwadzieścia pięć miliardów Ziemian — zdradziła. — Okazał się bardzo przydatny z technicznego punktu widzenia. Zagospodarowano w nim dwie planety i cztery księżyce, a ponadto zbudowano na orbitach multum różnej wielkości baz mieszkalnych. Starano się uniknąć sztampy i zadbano o to, by architektura była zróżnicowana. Jest to jedna z większych enbargońskich inwestycji w ostatnim stuleciu — pochwaliła swoich rodaków, a oczy jej zabłysły. — Stąd ludzie mogą ruszać dalej w kosmos. „Czyńcie sobie ziemię poddaną!” — zacytowała Biblię. — W promieniu setek lat świetlnych znajdą wiele nowych miejsc do zasiedlenia. Galaktyka Trójkąta jest gościnna.
      Przeżuwałem tę prawdę w milczeniu. Pomyślałem, że moje madonny w głębi duszy są dumne jak paw. Reprezentowały przecież najbardziej rozwiniętą rasę w tej części wszechświata. Żaden inny gatunek nie mógł się z nią równać.


03.08.2016 :: 15:00
Komentuj (0)


Przy okazji Światowych Dni Młodzieży


      Przy okazji Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016 wracam myślami do moich mających akcenty religijne lektur dla nastolatków. Następujące moje książki ujrzały światło dzienne i są dostępne w sieci:

Wakacje w Izraelu (powieść)
Randka i inne opowiadania
Szukanie Boga (dramat)
Z oazą na ty (vademecum)

       Zaglądam też z odrobiną zadumy do moich teologicznych opracowań na temat młodego pokolenia:

Wzrastanie, Paedagogia Christiana, 4/1999, s. 130-141
Młodość jest «szczególnym bogactwem» (DMCS 3). W trosce o właściwy obraz współczesnego nastolatka, Ateneum Kapłańskie, z. 1(557) t. 138, styczeń — luty 2002, s. 96-107
Ku teologii młodego pokolenia, Homo Dei, 3/2004, s. 60-69.


25.07.2016 :: 08:09
Komentuj (0)