EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Dwie strony równania


      I kolejny mój tekst z „Gościa Niedzielnego” z 1981 roku, tym razem dotyczący badań prof. Włodzimierza Sedlaka, twórcy polskiej szkoły bioelektroniki.

      Genialny wzór Einsteina na energetyczne przekształcenie materii E = mc2 pociąga za sobą rozliczne implikacje, których znaczenia jeszcze do końca sobie nie uświadamiamy. Przede wszystkim w dziedzinie rozumienia samej materii i natury życia. Poruszając się w granicach wyznaczonych przez nasze zmysły i wspomagające je instrumenty naukowe przyzwyczailiśmy się do materii, która jest m a s ą podlegającą rozmaitym przemianom — fizycznym, chemicznym i molekularnym. I do życia, które jest w swym podłożu także masą — zdynamizowaną przez wysoko zorganizowane przemiany chemiczne — i w tym sensie ożywioną. Tymczasem obraz podsuwany nam przez zmysły, choć niewątpliwie słuszny, pozostaje w sposób zasadniczy niepełny. Odtwarza bowiem — można rzec — tylko jedną stronę biologicznego medalu. Myśląc w powyższy sposób o materii i życiu poruszamy się tylko po prawej stronie równania Einsteina — tymczasem ta druga, wymykająca się zmysłom i znacznie bardziej tajemnicza, pozostaje jeszcze w dużej mierze zakryta. Wydaje się, że w niej właśnie, „we wnętrzu” przemian energetycznych, trzeba szukać zagadki życia i rozwiązania łamigłówki ewolucji.
      Formuła, którą proponuje ksiądz profesor Sedlak, opierająca się na tej intuicji, sprowadza się do syntetyzującego postulatu, aby na materię patrzeć nie tylko jako na masę, ale równocześnie jako na energię, zaś na życie nie tylko jako na wysoko zorganizowaną masę (zbiór korpuskuł), ale zarazem na wysoką organizację energii. Realizacji tego postulatu służy pojęcie bioplazmy łączące w specyficzny sposób obie strony równania Einsteina. Wbrew jednak pozorom i zastrzeżeniom niektórych publicystów, bioplazma nie jest tworem tak bardzo abstrakcyjnym i specjalistycznym, by nie mogła być rozumiana przez laików w dziedzinie bioelektroniki. Jak się wydaje, do uchwycenia sensu tego pojęcia w zupełności wystarczy zapas terminów wyniesionych z lekcji fizyki w szkole średniej.

Energetyczna istota życia

      Bioelektronika, matka bioplazmy, zrodziła się na pograniczu biologii (biochemii) i elektroniki, a z jej początkami wiąże się odkrycie zjawisk elektronicznych w żywym ustroju. Można tu wspomnieć o zjawisku fotoelektrycznym, o kwantowej emisji fotonów towarzyszącej procesom życiowym czy o polu magnetycznym generowanym przez mózg, serce i duże mięśnie. Zjawiska te, których ciągle przybywało, uświadamiały coraz wyraźniej, że życia nie da się wyjaśnić w kategoriach przemian tylko chemicznych i molekularnych. Zmuszały one do spojrzenia na żywy organizm w nowy oryginalny sposób: przede wszystkim jako na system półprzewodników piezoelektrycznych (organiczne drobiny, głównie białka), w którym zachodzą nieprzerwanie procesy elektroniczne (elektronowe), a ponadto jako na system oscylatorów generujących i emitujących pola elektromagnetyczne. Ostatecznie więc, dzięki temu, bioelektronika mogła dysponować czterema sposobami opisu życia — od strony chemii i cech molekularnych, oraz od strony procesów elektronicznych i zjawisk falowych. Całość organizmu żywego funkcjonowała — wg niej — na dwóch poziomach: chemicznym i elektronicznym, przy czym przemiany na obu poziomach były ze sobą ściśle powiązane. W tym świetle — jak uważa profesor Włodzimierz Sedlak — funkcje biologiczne dałoby się sprowadzić do pracy urządzenia elektronicznego zasilanego energią chemiczną pochodzącą z przemiany materii. W tym ostatnim stwierdzeniu jest już zawarte pojęcie bioplazmy. Jest ona materią ożywioną (organizm) widzianą pod kątem zachodzących w niej wszystkich równocześnie przemian energetycznych (energii chemicznej i molekularnej, elektronicznej i falowej). Stanowi więc energetyczną wizję życia.

Za otwartymi drzwiami…

      Koncepcja organizmu żywego jako wysoko zorganizowanego systemu energetycznego rzuca ciekawe światło na szereg zjawisk w przyrodzie, w antropologii, w medycynie, a także pozwala rozświetlić nieco tajniki p a r a p s y c h o l o g i i. Istotne jest tutaj, w punkcie wyjścia, pojęcie „rozmiarów” organizmu. Otóż z punktu widzenia przemian energetycznych organizm zajmuje przestrzeń, która nie pokrywa się z geometrią ciała ludzkiego, ale sięga znacznie dalej — tak daleko, jak daleko „wybiega” pole biologiczne. Należy się więc wyzbyć wyobrażeń o ścisłej granicy między organizmem a środowiskiem, wyznaczonej przez masę ciała, a także granicy między organizmami.
      Penetracja środowiska przez człowieka dokonuje się — w tym aspekcie — jakby na dwóch poziomach. Pierwszy wyznaczają ludzkie (zwierzęce) zmysły; drugi — pola elektromagnetyczne emitowane przez ustrój. W związku z tym zupełnie nowego wymiaru nabiera problem wzajemnego o d d z i a ł y w a n i a ludzi na siebie, a również środowiska na człowieka, oraz problem poznania pozazmysłowego.
      Ponieważ procesy psychiczne człowieka, przede wszystkim emocjonalne, pozostają w ścisłej korelacji z procesami biochemicznymi organizmu, które są ich bazą, nie ulega więc wątpliwości, że istnieje korelacja także z procesami energetycznymi. Zmiany nastroju, lęk, smutek, radość muszą się zaznaczać w zmianach pola biologicznego emitowanego przez człowieka i niektóre badania potwierdzają ten związek. Ma on kolosalne znaczenie w niektórych sektorach życia społecznego. Psychologia rozwojowa podkreśla rolę właściwego stosunku uczuciowego rodziców względem siebie jako czynnika prawidłowego rozwoju dziecka. Mówi się przy tym o swoistej „atmosferze”, jaką rodzice stwarzają w domu i o niezwykłej wrażliwości dziecka, które wychwytuje bezbłędnie zmiany nastroju rodziców, choćby starannie ukrywane. Jak się wydaje podłoże tych zjawisk ma charakter biopolowy. Właściwie modulowane pole biologiczne rodziców pełni rolę „słońca”, któremu dziecko zawdzięcza swój „biopokarm” energetyczny. Przy okazji warto zaznaczyć, że prof. Sedlak rozszerza znacznie pojęcie odżywiania się organizmu, wprowadzając — obok chemicznego i mechanicznego — także elektroniczny „kanał” odżywczy.
      Zmiany w natężeniu pola biologicznego pozwalają też zrozumieć także szereg innych zjawisk — jak np. reakcję tłumu (pole modulowane i wzmocnione przez liczne generatory), naturę uprzedzającej sympatii i antypatii, doboru psychicznego i seksualnego w małżeństwie itp.

…i dalej

      W medycynie elektroniczny model życia może doprowadzić do stworzenia precyzyjnego detektora, który analizując zaburzenia pola biologicznego będzie wyrokować o rodzaju schorzenia. Już teraz można myśleć o wyskalowaniu normy biologicznej choćby w pasmie bioluminescencyjnym, co dałoby — być może — znacznie subtelniejszą metodę diagnostyczną niż analiza chemiczna.
      O ile medycyna oparta na bioplazmie jest jeszcze sprawą przyszłości, to przeciwnie — joga już kilka tysięcy lat temu zdawała się umiejętnie wykorzystywać te nieznane do niedawna dla nauki prawidłowości energetyczne. Joga jest w swej istocie umiejętnością sterowania przemianami energetycznymi organizmu przy pomocy wzbudzanych świadomie w mózgu pól elektromagnetycznych.
      Zjawiska parapsychiczne, jak to u nas w Polsce próbował już wyjaśnić nieżyjący o. Czesław Klimuszko posiadają także podłoże energetyczne. Intuicja i telepatia — a więc poznanie bezpośrednie i pozazmysłowe — wydają się być formami bioenergetycznej informacji, w której mózg człowieka, a także, być może, cały jego organizm pełnią rolę nadajnika i odbiornika pola.
      Bioplazma skupia bardzo odległe niejednokrotnie od siebie zjawiska i teorie, czasem uważane za „nienaukowe”, tworząc dla nich wspólny mianownik. Można więc uważać, że jest ona swoistym kluczem, który otwiera drzwi nowych rozległych perspektyw dla ludzkiego poznania i naukowych technicznych zastosowań: a przede wszystkim kluczem dla człowieka do pełniejszego zrozumienia samego siebie.

Edward Guziakiewicz (podpisane Tytus Mielecki), Dwie strony równania,
Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 41, s. 7-8.



21.08.2019 :: 08:38
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Kamień i język chrześcijaństwa


      Cofam się ponownie o prawie czterdzieści lat, tym razem do mego tekstu z tygodnika „Gość Niedzielny” z 1981 roku. To nawiązanie do wspólnoty ekumenicznej w Taizé we Francji. Tekst lekko podszlifowałem. W tamtych czasach o wspólnocie ekumenicznej brata Rogera można się było sporo dowiedzieć z książki „Taizé i Kościół jutra” (autor: Jean-Marie Paupert), przetłumaczonej z francuskiego i wydanej przez IW Pax (1969).
      Na marginesie wypada dodać, że najbliższe Europejskie Spotkanie Młodych odbędzie się we Wrocławiu w dniach 28 grudnia 2019 — 1 stycznia 2020 roku.

      Biały kamyk z Taizé wypalony w glinie, z ładną ceramiczną plamą pośrodku. Można go zauważyć na szyi u tych, którzy przewinęli się przez znaną wioskę w Burgundii i zakosztowali tam smaku niecodziennego chrześcijaństwa. Rzadko kto zauważa liczbę „2, 17” wyrytą na odwrocie wisiorka. Wiąże się ona z jego genezą i odsyła do krótkiego tekstu z Apokalipsy św. Jana, który nadaje kamykowi głęboki sens — znacznie głębszy, jak sądzę, niż przypuszcza niejeden właściciel glinianej pamiątki. Tekst ten brzmi: „Zwycięzcy dam manny ukrytej i dam mu biały kamyk, a na kamyku wypisane imię nowe…”
      W odległych czasach, jeżeli ktoś został postawiony przed trybunałem i osądzony, biały kamień oznaczał uniewinnienie, a czarny winę. Jest więc taizański biały kamień poniekąd dowodem i znakiem wyjścia z impasu, uwolnienia od grzechu i zbawienia.
      Nim jednak wrócę do symbolicznej treści zakodowanej w kawałku wypalonej gliny, chciałbym zatrzymać się przez moment przy czymś innym i z pozoru nieistotnym. Otóż — myślę — że decydując się na ten właśnie materiał ozdoby oraz na bardzo prosty i stary proces obróbki ceramiki bracia z Taizé wskazali intuicyjnie na coś, co można nazwać wyczuciem pierwotnego kulturowego sensu kamiennej bryły. Leżący na drodze odprysk piaskowca czy wygładzony przez rzekę niewielki kształtny dysk (dobry do rzucania kaczek) wydają się w pierwszej chwili czymś tak zwykłym, że aż pozbawionym treści. Czy nie byłoby to jednak przeoczeniem, gdyby tak na nie spojrzeć, wzrokiem pozbawionym wyobraźni? Są one bowiem świadkami wielowiekowej historii obcowania człowieka z kamieniem — historii wpisanej głęboko w ludzką pamięć i decydującej o szczególnej wymowie każdego odłamka ziemskiej materii.
      Kamień — jako dźwięk i pojęcie — jest znany w językach wszystkich ludów. Początkami sięga pierwotnej mowy najstarszej z kultur — kamienia łupanego, okresu w którym człowiek mocując się z przyrodą wyciągnął rękę po swe pierwsze narzędzie. Kto wie, czy twórcza pasja helleńskich artystów, potem Michała Anioła i budowniczych gotyckich katedr nie jest sublimacją tamtego pierwotnego przeżycia — zespolenia ludzkiego protoplasty ze stawiającą opór litą skałą, którą ten postanowił sobie podporządkować. U wszystkich ludów kamień jest symbolem trwałości i siły. Symbolika, którą dziś przemawia, sięga swymi korzeniami tamtych odległych czasów i do nich — do praprzeżycia sensu kamienia — nawiązuje w pewien sposób, jak wspomniałem, również biały kamyk z Taizé. W tym wymiarze także, w kontakcie z przeszłością — rodzi się cała judaistyczna i chrześcijańska koncepcja kamienia jako symbolu, odnoszącego się do rzeczy boskich.
      „Kamienie — pisze Paul Lamarche — ze względu na wielką ich obfitość w Palestynie, znajdują się ciągle pod ręką i w myślach Izraelitów. Zresztą w mentalności pierwotnej kamień — solidny, trwały, ciężki — był zawsze oznaką siły. Te dwa fakty razem wzięte pozwalają zrozumieć, dlaczego Biblia posługuje się obrazami kamieni pod ich różnymi postaciami po to, by je zastosować do Mesjasza.”
      W Nowym Testamencie kamień symbolizuje Chrystusa w dwojakim sensie: jest On skałą, z której wytryska Duch Święty (J 7, 37; por. 1 Kor 10, 4); jest ponadto kamieniem węgielnym na którym wspiera się budowla (Mt 21, 42), ale także skalnym podłożem — fundamentem — na którym rozsądnie myślący człowiek wznosi swój dom.
      Chrystologiczna wymowa kamienia jest rozwinięta w listach apostolskich. Tu już nie tylko Chrystus, ale także wierzący w Niego stają się „żywymi kamieniami” (1 P 2, 5) tworzącymi budulec Domu Bożego (Ef 2, 20-22).
      Tak więc symboliczna wymowa glinianego kamyka zawieszonego na szyi staje się czytelna — na tyle, by nie wymagać dodatkowych wyjaśnień czy komentarzy: kamyk, biel i wyryte na nim „nowe imię” (Ap 2, 17) wskazują na głęboki związek noszącego ten znak z Kamieniem Węgielnym i Skałą, Dawcą Imienia i Tym, we krwi którego święci wybielają swe szaty (Ap 7, 14).
      Taizańska gliniana ozdoba, która pełni rolę podobną do roli medalika, nie jest talizmanem — nie gwarantuje przez samo noszenie opieki ze strony sił wyższych. Posiada jednak w sobie coś z talizmanu. Czym więc jest i co oznacza dla człowieka? Osoba ludzka we wszystkich swych duchowych doświadczeniach, w modlitwie i kontemplacji, nie przestaje być nigdy istotą zanurzoną w cielesności. Dlatego potrzebuje namacalnych symboli boskości, ułatwiających nawiązanie więzi z Bogiem. Tutaj też spełnia swą rolę gliniane cacko — tym ważniejszą, że kondensuje w prostocie symboli prawdę o dziele Bożym dokonywanym w historii. Mówiąc tu o nich — o skale, bieli, wodzie, nowym imieniu — należałoby wspomnieć o jeszcze jednej płaszczyźnie znaczeń, którą podkreśla już sam materiał białego kamyka i proces obróbki, jakiej został poddany.
      W biblijnej wizji Bóg w swojej mocy wobec kamienia objawia się jako cudowny „alchemik”, który skały martwe i nieużyteczne zamienia w kamienie żywe i szlachetne. Bóg przemienia i wynosi. Świadomi tej władzy nad kamieniem, która jest przecież w swej istocie władzą nad ludzkim sercem, prorok Ezechiel (Ez 36, 26; por. Jer 31, 33) wypowiedział jedną z najwspanialszych obietnic Starego Testamentu: obietnicę przemiany ludzkiego „kamiennego” serca. Moc Boga nad stworzoną przez Niego materią jest mocą nadziei. Tutaj też — w glinie taizańskiego wisiorka, którą uszlachetnia ogień garncarza — kryje się prawda o dialektyce chrześcijańskiego dojrzewania, łączącego perspektywę nadziei z koniecznością bolesnego oczyszczenia.

Edward Guziakiewicz, Kamień i język chrześcijaństwa,
Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 22, s. 5.




14.08.2019 :: 14:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


W frankofońskiej diasporze


      I jeszcze jeden reportaż z Belgii, tym razem z Leuven (fragment), też zamieszczony w „Gościu Niedzielnym” z 1980 roku.

      Galijski kogut sterczał prawie niezauważony na szczycie mało okazałego kościółka, wtopionego z jednej strony w zabudowania Chapenstraat, ulicy biegnącej ku centrum Leuven, z drugiej zaś — w mury dawnego klasztoru Czarnych Sióstr (Soeurs Noires), zakonu czy zgromadzenia, dokładnie nie wiem, którego w Polsce nie znamy, a o którym warto wspomnieć choćby ze względu na niezwykły cel dla którego powstał. Czarne Siostry opiekowały się bowiem... zmarłymi, a ściślej — zwłokami zmarłych, czyniąc niezbędne przygotowania do egzekwii i pochówku. Była to więc praktyczna realizacja jednego z chrześcijańskich uczynków „co do ciała”. W czasach klęsk żywiołowych i wojen nie pozostawało to bez znaczenia. O żelaznym kogucie zaś piszę, bo znak ten, symbol Frankofonów — wyróżniając ów niepozorny kościółek — wycinał swój kształt nie na walońskim, co byłoby zupełnie zrozumiałe, ale na flamandzkim niebie.
      Rzecz w tym, że Belgia jest krajem podzielonym językowo; jej południową połać zamieszkują Walonowie mówiący po francusku, północ zaś — Flamandowie, którzy czują się związani z kulturą germańską. Trudno pisać o wiekowych trudnościach w obcowaniu na tej samej ziemi i we wspólnej ojczyźnie, trudno też wyrokować o krzywdzie jednych czy zysku drugich — zwłaszcza, gdy widzi się obie strony jedzące jeden, sprawiedliwie dzielony bochenek chleba. W każdym razie narastające z czasem animozje zaowocowały nie tak dawno dość niespodziewanie. Przed chyba jedenastu laty doszło tu bowiem do zamieszek językowych, kryzysu rządowego i szeregu zgoła niepotrzebnych administracyjnych podziałów. Jednym z najbardziej absurdalnych był podział lowańskiego uniwersytetu, czcigodnej katolickiej uczelni o ustalonej renomie, z której gwałtem zrobiono dwie, budując pod Brukselą od podstaw zupełnie nowy ośrodek naukowy (Louvain-la-Neuve) i przenosząc tam z flamandzkiego Leuven wszystkie frankofońskie fakultety — nie bez szkody dla księgozbiorów i całej naukowej tradycji, oczywiście.
      Ostatni fakultet frankofoński znikł z Leuven ubiegłego roku, a w ślad za nim — opiekujący się studentami przesympatyczny i tryskający dowcipem starszy ksiądz, ostatni frankofoński duszpasterz akademicki. którego poznałem przypadkowo już gdzie indziej — w Brukseli — studiującego w jezuickim instytucie „Lumen vitae”; przeniósł się, jak żartem stwierdził, na bezrobocie. W Leuven pozostały jednak szczątki dawnej frankofońskiej tradycji. Wielu ludzi pracujących teraz w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Louvain-la-Neuve pozostało tu ze względu na posiadane nieruchomości, dojeżdżając do pracy. Pozostał także ksiądz — frankofon i co niedziela (chociaż nie tylko, bo są też msze francuskie w ciągu tygodnia) gromadzą się wszyscy razem pod znakiem galijskiego koguta na sprawowanie eucharystii — jakże jednak innej od tego, co przyszło mi widzieć w kilku flamandzkich kościołach, straszących swoją pustką i chłodem. Nie chciałbym, broń Boże, dyskredytować tych ostatnich, bo ani miejsce na to, ani dane wystarczające. W każdym razie przyzwyczajony do polskiej atmosfery, do ciżby i gromkiego śpiewu, który spaja zgromadzenie (dopiero na obczyźnie docenia się smak swojskiego chleba) znalazłem tu świetny — a nawet w pewien sposób doskonalszy — odpowiednik tego wszystkiego. Bo i ciasnota w niewielkim kościółku na polską modłę, i śpiew niemal pełną gębą, i rodzinna atmosfera, tutaj płynąca z faktu diaspory, i jeszcze coś więcej — co trudno wprost nazwać, a co wyróżnia niewątpliwie to zgoła nieprzypadkowe zgromadzenie. (...)

Edward Guziakiewicz, W frankofońskiej diasporze,
Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 39, s. 4. 7.



02.08.2019 :: 13:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Spotkanie integracyjne


      Sobota, 27 lipca 2019 r., goszczę w Gospodarstwie Rybackim Henryka Dziuby w Zawidzy w gminie Łoniów. Odbywa się tu spotkanie integracyjne zorganizowane przez Joannę i Włodzimierza Kłaczyńskich. Dojazd z Mielca przez Połaniec: 42 km. Rozmawiamy o najnowszej powieści Włodzimierza Kłaczyńskiego „Pudełko”.
      To miejsce jest rajem zarówno dla wędkarzy, jak i dla smakoszy ryb. W łowiskach znajduje się kilkanaście gatunków ryb. Delektujemy się panierowanymi porcjami z grilla.
      Poprzednio byłem w tym zakątku w lipcu 2017 roku.


28.07.2019 :: 09:45
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Przy Rue Washington


      Dopiero teraz sobie uświadamiam, że już czterdzieści lat temu całkiem nieźle pisałem. To mój tekst z „Gościa Niedzielnego” z 1980 roku. Reportaż z Brukseli...

      Na niewysokiej kolumnie obitej miękką materią o delikatnym odcieniu czerwieni stoi afrykański kosz, przypominający kształtem smukłe egipskie wazy, wypleciony z łodyg nadrzecznej rośliny z buszu, koloru bardzo jasnej słomy. Przyklękam z jakimś niedowierzaniem przed tym egzotycznym tabernakulum, zaskoczony ubóstwem i prostotą a także pewną ulotnością „świętego świętych”, którego architekturę w naszej kulturze od wieków cechowało nie tylko bogactwo kształtów i artystyczna finezja, ale również mieszczańska solidność, gwarantująca dobre zamknięcie i ochronę przed świętokradczą ręką. Ta sama czerwona nieco pluszowa wykładzina ścieli się pod nogami wspinając się następnie na wysoki półmetrowy stopień, biegnący szeroko wokół ścian. Tu dopiero stoją zgrabne sześcianiki służące jako krzesła, obite identyczną materią i tworzące jakby drugie piętro niewielkiej zamkniętej linią kwadratu kaplicy.
      Wszechwładność czerwonej subtelnej tkaniny burzy umowność, z jaką zwykle dzielimy miejsca na te, po których się chodzi i te, na których się siedzi. Człowiek ma ochotę od razu gdziekolwiek usiąść, jak w pokoju dziecięcym, gdzie na poziomie zafrapowanych zabawą buzi pryskają wszystkie konwenanse. Stonowane światło płynące przez okna kaplicy wprowadza do wracającej nagle atmosfery tamtych lat dużo spokoju i ciszy.
      Teraz już z tej dziecięcej wysokości tabernaculum przedstawia się zupełnie inaczej — wznosi się wysoko i wcale nie wygląda tak krucho i ulotnie.
      Potem jest eucharystia — pełna tego uroku jaki wnosi język francuski, nie pozbawiony sakralności, lekki i odświętny. Przyszło wielu Afrykańczyków, których kolor ciała jakby przybladł i przybrał odcień nieco popielaty, są inni — cała gama twarzy o różnym natężeniu oliwkowej czy brązowej opalenizny. Mylę się, Egipcjanina biorę za Włocha, a Hindusa za Latynosa. W kaplicy skupieni i poważni — na dole przy barku zamieniają się w pełną temperamentu hałaśliwą grupę.
      Stopniowo jak grosz do grosza składam kolejne obrazy tworząc sobie jakieś elementarne wyobrażenie o Instytucie, w którym się znalazłem. Najpierw odkrywam ze zdumieniem — Krystyna szepce mi w hałasie do ucha — że większość obecnych, to duchowni. Czarna, ładna dziewczyna jest siostrą. Są także świeccy — ale trudno orzec na pierwszy rzut oka, kim kto jest — wszyscy z przynajmniej dwuletnim stażem duszpasterskim gdzieś w świecie, najczęściej w swoich krajach. Studiuje też dwoje Polaków. Na słomianej macie z ogłoszeniami — kartka pocztowa z Lublina i pozdrowienia od kogoś, kto spędził tu rok czy dwa. Ciepłe słowa. Jaka nacja dominuje — trudno powiedzieć. Do „Lumen vitae” przyjechało w tym roku 80 osób z przeszło trzydziestu krajów. Jest to więc spora grupa. Wszyscy mówią do siebie po imieniu nie wyłączając utytułowanych wykładowców i jakoś ani nie wygląda to sztucznie, ani nikogo nie razi. Wykłady i kuluarowa paplanina — po francusku, mimo że dla zdecydowanej większości to wyuczony drugi język. Frankofoni stanowią nieliczną garstkę i nie mają praktycznego wpływu na atmosferę Instytutu, sami wręcz czerpią z ducha, który tu wszechwładnie panuje. Kręcę się po holu traktowany jak swój i zachodzę w głowę, w jaki sposób ta spora grupa cudzoziemców — obcych nie tylko w Brukseli, ale także dla siebie — znalazła tu wspólny język: nie ten mówiony, będący poniekąd dla wielu z nich pokolonialną schedą, ale ten ukryty, pozasłowny, nacechowany bezpośredniością i rozbijający samotność — daleki od nastroju brukselskiej ulicy czy w ogóle ducha zachodniej Europy, zamykającej człowieka w mieszczańskiej luksusowej monadzie. Tam wyszukana grzeczność, miła i na swój sposób prawdziwa, lecz jednocześnie jakaś zdystansowana i chłodna, tu spontaniczność i kontakt od razu „na styk”, wyzwolony z oporów i lęków, przyjacielski i szczery. I tajemnicze drzwi przy Rue Washington oddzielające oba światy — wystarczy pchnąć ciężką bramę, potem oszklone wahadłowe skrzydło na prawo, przeskoczyć wreszcie trzy schodki — i już…
      Balastem Zachodu ciążącym niewątpliwie zarówno samym gospodarzom jak i przybyszom z zewnątrz jest chwalebny poniekąd obowiązujący tutaj bagaż „dobrych manier”. Tak przynajmniej stwierdził to dość banalnie mój przypadkowy rozmówca. Czarny (Simon-Pierre) Boka di Mpasi jako teolog i dydaktyk wyraził znacznie trafniej sedno tego problemu, który trapi dzisiaj myślących poważnie ludzi, sięgając — na płaszczyźnie pastoralnej — do prostej kwintesencji: Kościół indywidualistów i Kościół wspólnot. Tu chyba biegnie linia podziału czy raczej napięcia pomiędzy obydwoma światami: tym który jest, biorąc pod uwagę Kościół jako całość czy też zachodnią rzeczywistość, a tym który tworzy się we wspólnotach, gdzie panuje zadziwiająco podobny duch — bez względu na to, jak go nazwać: oazowy, katechumenalny czy charyzmatyczny. Słowo „wspólnota”, które już się w Polsce zdążyło zdewaluować, kryje w swoim podstawowym znaczeniu sens tego nienazwanego „czegoś”, co tkwi niewątpliwie w grupie studentów „Lumen vitae”, co tkwi we wspólnocie jezuitów w Wepion pod Namur na południu Belgii (trafiłem tu właśnie z seminarzystami brukselskiego instytutu), gdzie u braci pracujących na fermie przy krowach można znaleźć trapistowską wręcz urodę ducha. a wśród gości spędzających tam weekendy — obraz Kościoła, który naprawdę żyje. Odnajdują się i rozpoznają na zasadzie jakiegoś wewnętrznego przyciągania i sympatii.
      Brukselski instytut jest w założeniu szkołą i ten fakt decyduje o specyfice tego miejsca: szkołą w pełnym tego słowa znaczeniu; w której społeczność nauczycieli i uczniów uczy się od siebie nawzajem. Może właśnie dlatego teologowie, którzy tu pracują, nie chcą stąd odchodzić, choć na innych uczelniach — biorąc pod uwagę belgijskie stosunki — zarabialiby trzy razy tyle.
      Tutaj dopiero przekonałem. się, jak bardzo się różni tak częsty w naszej rzeczywistości teolog — akademik i profesjonalista od teologa — pastoralisty, którego myślenie i refleksja są osadzone głęboko w sprawach, którymi faktycznie żyje współczesny człowiek. Pewnie dlatego pierwsze zetknięcie z czarnym profesorem Boka z Zairu wywołało we mnie odrobinę irytacji; nie dość bowiem, że wykładał nie mniej ciekawie, niż wielu profesorów, których dotąd znałem, to ponadto formułował z łatwością wiele życiowych, religijnych prawd (właśnie życiowych, a nie podręcznikowych), które po tylu latach studiowania teologii ciągle mi jeszcze umykały. Ta afrykańska mądrość coś tam we mnie zburzyła, coś zrzuciła z piedestału. Prysły jakieś wewnętrzne kanony z zakodowanym przekonaniem o moralnym prymacie teologii uprawianej w Europie czy o jej prawie do duchowego przewodzenia w Kościele. Instytut jest ciekawy — tym ciekawszy, im łatwiej ktoś umie wyrzekać się swych intelektualnych nawyków i przyjmować na powrót postawę małego dziecka.
      Zasadniczo studia są ujęte programem wykładów, seminariów i ćwiczeń, które odbywają się w gmachu Instytutu. Wiele spraw jednak wylewa się na zewnątrz: wspólnie spędzane weekendy, dyskusje w wąskim gronie, spotkania przy okazji różnych świąt, wspólne obiady u kogoś w domu czy gdzieś na mieście. Czas spędzony na studiach w brukselskim instytucie, dwa ciekawe lata własnego życia zaznacza się zazwyczaj dość wyraźnie w biografii tych ludzi, którzy się tu przewinęli j przewijają, są dość istotnym punktem odniesienia w ich pracy duszpasterskiej — gdzieś w Argentynie, Egipcie, Portugalii, czy może w Polsce. Z reguły ci, co tu byli, przyznają się do swego brukselskiego rodowodu. Stąd chyba ta obfita korespondencja.
      Wracam myślami do afrykańskiego kosza i wciąż zadziwiającego kontrastu, jaki stwarza swą obecnością w samym sercu zachodniej Europy — w stolicy EWG, gdzie w potężnym gmachu w kształcie otwartej księgi nieopodal placu Schumana dyskutuje się o przyszłości wspólnoty europejskiej. Tymczasem kilka przystanków metra dalej, przy spokojnej uliczce, w milczącej przestrzeni niewielkiej kaplicy, kruche wiklinowe tabernaculum zdumiewająco odwraca perspektywy orientując z ewangeliczną „przewrotnością” ku pozornie słomianym wartościom, nietrwałym i ulotnym. Tutaj, w tym sanktuarium, gdzie w nowoczesnym wystroju wnętrza zawieszona na ścianie kopia „Trójcy” Rublowa jakoś nie kłóci się z anonimowym dziełem afrykańskiego rzemieślnika, kryje się samo sedno roli Instytutu i prowadzonych w nim „rekolekcji” — Instytutu, którego brama z pozoru głucha i zatrząśnięta prowadzi w gruncie rzeczy do oazy ciekawego życia i nowości.

Edward Guziakiewicz, Przy Rue Washington, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 31, s. 5. 7.




14.07.2019 :: 11:27
Link | Komentuj (0) | Publikacje


W elektronicznym archiwum


     Śląska Biblioteka Cyfrowa zdigitalizowała — m.in. — wszystkie roczniki tygodnika „Gość Niedzielny”. Można więc w Internecie przeglądać stare numery. Wyłowiłem moje teksty z lat 1977-1981, odnotowując tutaj ze dwadzieścia pięć najciekawszych. Dominująca tematyka: recepcja Vaticanum secundum, ekumenizm, odnowa Kościoła.

• Rozum a rozsądek. Perspektywy regulacji poczęć, Gość Niedzielny, 1977, R. 50, nr 16, s. 7.
• Między wiarą a niewiarą, Gość Niedzielny, 1977, R. 50, nr 28, s. 1.
• Liturgia na parafii, Gość Niedzielny, 1978, R. 51, nr 16, s. 4.
• Wisiorkowe impresje, Gość Niedzielny, 1978, R. 51, nr 38, s. 5. 7.
• Mini-sobór młodych, Gość Niedzielny, 1979, R. 52, nr 4, s. 4-5.
• Jak reformować liturgię?, Gość Niedzielny, 1979, R. 52, nr 9, s. 4-5.
• Papież wszystkich chrześcijan, Gość Niedzielny, 1979, R. 52, nr 11, s. 5 (podpisane: Tytus Mielecki).
• 50-lecie Apostolstwa Chorych, Gość Niedzielny, 1979, R. 52, nr 12, s. 7.
• Czy udźwigniemy? Gość Niedzielny, 1979, R. 52, nr 27, s. 7-8.
• Doświadczenie śmierci, Gość Niedzielny, 1979, R. 52, nr 44, s. 1.
• Instytut Teologii Pastoralnej KUL, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 4, s. 5.
• Przy Rue Washington, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 31, s. 5. 7.
• Nad kulowską encyklopedią, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 31, s. 7 (podpisane: Tytus Mielecki).
• W frankofońskiej diasporze, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 39, s. 4. 7.
• Katecheza a reorganizacja szkolnictwa, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 11, s. 4. 7.
• NZS w katolickim uniwersytecie, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 18, s. 8.
• Kamień i język chrześcijaństwa, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 22, s. 5.
• Świeccy — na nowo odkryci, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 37, s. 1. 4.
• Madonna z Płok, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 38, s. 6 (podpisane Tytus Mielecki).
• Dwie strony równania, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 41, s. 7-8 (podpisane Tytus Mielecki).
• Ewangelizacja świata. Wokół orędzia misyjnego Jana Pawła II, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 42, s. 1.
• Niewątpliwa tamta strona, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 44, s. 3.
• Wokół odnowy charyzmatycznej, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 46, s. 1. 4.
• Nowy rok akademicki na KUL-u, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 46, s. 7.
• Współdziałanie ruchów odnowy, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 48, s. 3 (podpisane E.G.).
• Na KUL-u — lekcja nowego, Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 50, s. 4.
• Dobra, które przeminą… (Biblia o pieniądzach), Gość Niedzielny, 1990, R. 63, nr 47, s. 3.


02.07.2019 :: 10:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Star Trek: Enterprise


      Oglądam serial „Star Trek: Enterprise”. Jest obecnie emitowany w Polsce przez telewizję AXN na kanale Sci-Fi. Serial składa się z 98 odcinków ułożonych w cztery sezony, a powstał w latach 2001-2005. Główni bohaterowie to Jonathan Archer, kapitan Enterprise NX-01 (Scott Bakula) i pierwszy oficer T’Pol (Jolene Blalock). T’Pol jest wolkańskim oficerem płci żeńskiej przydzielonym do ziemskiej załogi. Choć ma wolkańskie uszy trolla jest bardzo urocza, tajemnicza i nie pozbawiona seksapilu. Ma w sobie coś z modelki. Przyciąga uwagę i bez niej serial nie byłby tym, czym jest. Sympatyczny jest również lekarz pokładowy doktor Phlox, przedstawiciel rasy Denobulan. Gra go John Billingsley.
      Oglądając serial, poszerzam moją wiedzę z zakresu kosmicznych technologii przyszłości. Oczywiście, w pierwszej kolejności liczą się prędkości. Załoga jest w stanie podróżować bardzo szybko, co gwarantuje silnik pozwalający osiągnąć prędkość Warp 5. Dla niewtajemniczonych: prędkość Warp 1 odpowiada prędkości światła.
      Oryginalny jest język, którym się posługują bohaterowie, żartobliwie zwany przez fanów serialu technobełkotem. By jednak opisać budowę i działanie fikcyjnego statku Enterprise, trzeba było posłużyć się masą terminów, odnoszących się do rzeczy, nie mających jeszcze odpowiedników w naszym świecie. Co przełożyło się na nieszablonowe dialogi.
      Zdumiewa ogromna praca scenarzystów tego serialu oraz ich pomysłowość, nie mówiąc o ich wiedzy o gatunku SF. W sumie nad „Enterprise” pracowało ich dwudziestu.
      Seriali spod znaku „Star Trek” było kilka na przestrzeni lat: „Oryginalna seria” (1966-1969), „Następne pokolenie” (1987-1994), „Stacja kosmiczna” (1993-1999), „Voyager” (1995-2001), a po „Enterprise” jeszcze „Discovery” (2017-2019), nie mówiąc o filmach animowanych. Temat ma więc swoją bogatą historię.
      

30.06.2019 :: 16:00
Link | Komentuj (0) | Recenzje filmowe


Na łamach „Akantu”


      Na łamach czerwcowego numeru Miesięcznika Literackiego „Akant” został zamieszczony fragment mojej powieści „Wakacje w Izraelu”, zatytułowany „W kaplicy Grobu Pańskiego”. Dwójka bohaterów, Paweł i Gertruda, oraz zabytki Ziemi świętej…
      Jest to mój pierwszy tekst w tym miesięczniku.

• W kaplicy Grobu Pańskiego. Fragment powieści „Wakacje w Izraelu”, Miesięcznik Literacki Akant, nr 6, czerwiec 2019, s. 17.


28.06.2019 :: 07:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Finał konkursu dla prozaików


      Sobota, 15 czerwca 2019 r. W Dworku Oborskich w Mielcu trwa finał I Powiatowego Konkursu 2019 pt. „Różnorodność tematyczna twórczości mieleckich prozaików”. Konkurs ogłoszony przez Mielecką Grupę Niezrzeszonych Prozaików, odbywa się pod patronatem Rzeszowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, a jury przewodniczy Mirosław Welz, prezes ZLP O/Rzeszów. W głównej kategorii, czyli za wyjątkową wartość literacką konkursowej książki, otrzymuję nagrodę („Randka i inne opowiadania”) wraz z Joanną Duszkiewicz („Upadek”) i Łucją Polewską („Dziennik porywacza gwiazd”). Mirosław Welz bardzo wysoko ocenia prozę tych finalistów.
      Omawiając werdykt Mirosław Welz powiedział: „Pierwsza pozycja nie wymaga szczegółowego uzasadnienia, bo kolega Edward Guziakiewicz jest wybitnym prozaikiem, jednym z najlepszych na Podkarpaciu i wszystkie jego książki prozatorskie to dojrzała, wykwintna, świetna proza”.
      Książki są też nagradzane w innych kategoriach: za najciekawszą historię romantyczną, za najlepszy utwór z happy endem, za najlepszy utwór oparty na faktach autentycznych, za oryginalny język, za najlepszy utwór fantasy.
      Spotkanie przygotowała z ogromnym poświęceniem Halina Liberadzka-Kozak, za co należą się jej słowa uznania.

Relacja z rozdania nagród na Youtube

16.06.2019 :: 10:58
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Kolejne e-booki


      Na rynek księgarski trafiły moje kolejne tytuły, dotąd dostępne w wersji on-line (html). Książki są do nabycia w formatach PDF, ePUB i Mobi. Są to:
• Wakacje w Izraelu
• RANDKA i inne opowiadania
• Savoir-vivre nastolatka
• Szukanie Boga
• Afrodyta
• Z oazą na ty

      Zobacz w księgarni PDF • EPUB • MOBI


04.06.2019 :: 10:48
Link | Komentuj (0) | Publikacje


„Szukanie Boga” Edwarda Guziakiewicza w SCK w Mielcu


Fotki z premiery: hej.mielec.pl

30.05.2019 :: 09:19
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


George nazwał ją Hegemone...


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Dotarliśmy do układu solarnego, mającego planetę podobną do Ziemi. Krążyła w ekosferze gwiazdy, żółtego karła, parametrami zbliżonego do naszego Słońca, tętniła życiem i zdawała się na nas czekać. George nazwał ją Hegemone, odwołując się do jednego z maleńkich księżyców Jowisza, noszącego takie miano, ale i tym samym do mitologii greckiej.
      Księżyc ochrzczono imieniem jednej z Charyt, córek Zeusa. Greckie Charyty, a rzymskie Gracje były boginiami wdzięku i radości. Przepadały za zabawą, muzyką i tańcem. Patronowały sztukom pięknym i rękodziełu. Ile ich było? Trudno dociec. Ateńczycy czcili Hegemone, więc lądując tutaj mogliśmy poniekąd pójść ich śladami. Oczywiście, to wszystko pół żartem, pół serio. Bo przecież nie mitologia decydowała o tym, że parliśmy w gwiazdy i szukali globów do zasiedlenia.

20.05.2019 :: 08:27
Link | Komentuj (0) | Hegemone


„Szukanie Boga” w SCK w Mielcu


     Spektakl „Szukanie Boga” w wykonaniu grupy teatralnej „Antrakt” Domu Kultury SCK — 29 maja, godz. 18.00.
     Bilety w cenie 12 zł do nabycia w kasie kina Galaktyka (dni robocze od godziny 12.00, w soboty i niedziele — godzinę przed seansem kinowym, w środy — kasa nieczynna).

* * *


     Spektakl „Szukanie Boga” przygotowała Magdalena Betleja wraz z młodzieżą z grupy teatralnej „Antrakt”. Spektakl powstał w oparciu o dramat pod tym samym tytułem, którego autorem jest mielecki pisarz Edward Guziakiewicz. Sztuka opowiada o problemach młodych ludzi, ich relacjach — przyjaźni, pierwszym uczuciu… Jednym z ważnych pytań, jakie sobie zadają jest też to o sens wiary.


04.05.2019 :: 08:13
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


21. spotkanie literackie


      W sobotę 6 kwietnia 2019 r. w Cukierni u Borowskiej odbyło się kolejne spotkanie mieleckich prozaików. Było poświęcone najnowszej powieści fantasy Katarzyny Łysoń, noszącej tytuł „Tajemnica Księgi”. O talencie młodziutkiej mieleckiej autorki już pisałem przy okazji promocji „Tęczowego Kryształu”. Świetny styl i doskonale opanowany warsztat prozatorski.

07.04.2019 :: 09:23
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Walne w Rzeszowie


      Sobota, 23 marca 2019 r. Jestem na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym Związku Literatów Polskich Oddziału w Rzeszowie. Wybierane są nowe władze na kolejną czteroletnią kadencję. Prezesem zostaje Mirosław Welz z Iwonicza-Zdroju. Moi dwaj koledzy z Mielca też trafiają do władz: Zbigniew Michalski — do zarządu (skarbnik) i Andrzej Talarek — do sądu koleżeńskiego.

24.03.2019 :: 08:04
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne