EDWARD GUZIAKIEWICZ • wydarzenia • zapiski • fragmenty utworów

 
 
M E N U

O mnie

Home
2017
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
A jeśli jutra nie będzie(36)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (47)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(55)
Publikacje(27)
Pory roku(28)

Starsze wpisy
2002-2004
eddie.pdg.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.pdg.pl
e.guziakiewicz.pl
edward.guziakiewicz.pdg.pl
edw.guziakiewicz.pdg.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
e.nastolatki
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ewa Barańska
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Pierwszy dzień lata


Lato, lato wszędzie
Zwariowało, oszalało moje serce
Lato, lato wszędzie
A ty dziewczę zaraz wpadniesz w moje ręce

Formacja Nieżywych Schabuff (1995)

21.06.2017 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Po wielkim wstrząsie...


...czyli gwarantuję, że żaden facet nie będzie się nudził

O powieści Edwarda Guziakiewicza „A jeśli jutra nie będzie”

      Do czytania książek z gatunku science fiction nikt nie musi mnie namawiać. Dlaczego? To oczywiste, że odrywają od rzeczywistości, kreują nowe światy, wpadają na niezwykłe międzygwiezdne tory, po których autorzy toczą życie swoich niecodziennych bohaterów. Jest jednak jeszcze coś. Coś co decyduje o tym, że każdego roku w moje ręce wpada kilka pozycji z tego gatunku. Lubię dowiadywać się, jaka będzie przyszłość.
      Zwariowałam? Być może. Wystarczy jednak przeczytać kilka starszych książek z fantastyki naukowej i obejrzeć choćby „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, by zobaczyć jak wielką moc ma ludzka wyobraźnia. Wystarczył sugestywny obraz latającej deskorolki, by tysiące ludzi na całym świecie zarażonych tym pomysłem przez lata dążyło do tego, żeby ją stworzyć. Nieważne z jakim skutkiem! Jestem pewna, że płaskie, dotykowe ekrany naszych komputerów, otwierane samoczynnie drzwi, okulary VR, samobieżne samochody od Google czy inne użyteczne cudeńka powstały najpierw w głowach pisarzy science fiction.
      Po powieść Edwarda Guziakiewicza „A jeśli jutra nie będzie” sięgnęłam właśnie w poszukiwaniu przyszłości. Ku mojemu zaskoczeniu powitał mnie rok 2014, który jako jedyny w historii zdarzył się... dwa razy. Nikt już nie pamięta tego pierwszego, bowiem żyjemy w rzeczywistości powstałej po kosmicznej korekcie czasu.
      Wypadki roku 2014 rozpoczynają się od zdarzenia z pozoru błahego. Ot, zachwycony bogactwem flory i fauny przybysz z kosmosu odkrywa na Ziemi jeszcze jeden nieszczęsny gatunek — ludzi. Zdegustowany ich sposobem życia postanawia unicestwić ludzkość, pozostawiając tylko garstkę starannie wyselekcjonowanych okazów. Armagedon przebiega cicho i skutecznie, zamieniając ciała nieszczęśników w kupki czerwonawego prochu.
      Jednym z ocalałych na Florydzie jest Oscar Moore — trochę niepewny siebie dziewiętnastolatek. Ocalała też grupka jego znajomych z kółka ekologicznego. Jesteśmy świadkami pierwszego tygodnia po tzw. wielkim wstrząsie, kiedy przyzwyczajeni do lekkiego stylu życia nastolatkowie próbują po omacku zaadoptować się do nowych, całkiem zresztą niezgorszych warunków, żerując na resztkach wybujałej niegdyś cywilizacji. Na pierwszy plan wysuwa się nowa „rodzina” Oscara, założona na niecodziennych, poligamicznych podstawach. Zostajemy też wtajemniczeni w plan ratowania naszej cywilizacji, znany tylko pewnemu niezwykłemu szamanowi i jego majańskim bogom. Dowiadujemy się też, co takiego skrywa sypialnia pięknej Rity Bennett.
      „Trzeba to przeżyć, jakby jutra miało nie być!” — deklarował niegdyś w swojej piosence popularny raper Tede. I właśnie taka jest powieść „A jeśli jutra nie będzie”. Bohaterowie biorą z życia pełnymi garściami, poruszając się w świecie, w którym najdroższe samochody stoją bezpańskie na ulicy, a ciuchy znanych marek wystarczy wziąć z wieszaka w opuszczonym sklepie.
      W trakcie czytania przychodziły mi do głowy luźne skojarzenia z częstym wątkiem występującym w japońskich komiksach dla nastolatków — mangach z gatunku harem, które cieszą się niesłabnącą popularnością na całym świecie. Ich fabuła opiera się na relacjach jednej postaci męskiej i kilku kobiet lub odwrotnie. Mimo, że w powieści Guziakiewicza głównym bohaterem jest Oscar, to jego postać jest tylko tłem dla naszkicowania wyraźnych i pełnych życia charakterów dziewczyn, z których każda ma inny temperament i sposób patrzenia na relację z mężem.
      Osobną kwestią pozostają intrygujące nawiązania powieści do teorii tzw. „Nowego Porządku Świata”. Jeszcze do niedawna pojęciem tym określany był porządek międzynarodowy powstały po zimnej wojnie. Dziś NPŚ odnosi się do prób utworzenia nowego ładu społecznego, który miałby być zaprowadzony przez eksterminację przeważającej części społeczeństwa. W wirtualnej rzeczywistości krąży wiele pogłosek, jakoby na lotnisku w Denver umieszczone były malowidła przedstawiające planowany Armagedon i następujący po nim nowy wspaniały świat. Nowy Eden. Właśnie taki, w którym znaleźli się bohaterowie „A jeśli jutra nie będzie”. Pikanterii może dodać fakt, że autorem malowideł jest Leo Tanguma — artysta z plemienia Majów, a na jednym z nich mała dziewczynka trzyma tabliczkę z majańskim kalendarzem, do którego nawiązania można odnaleźć także w książce! Czytelnikowi pozostawiam odpowiedź na pytanie czy wszystkie te niezwykłe powiązania są dziełem przypadku, czy powstały wskutek kosmicznej korekty czasu...
      Książkę polecam wyłącznie młodym szukającym wrażeń mężczyznom. Jest napisana dla tej starszej części nastolatków, a przeważająca jej część obejmuje relacje w barwnym haremie, złożonym z szukających pocieszenia ślicznotek. Gwarantuję, że żaden facet nie będzie się tu nudził!

Justyna ŻELAZO



11.06.2017 :: 19:28
Link | Komentuj (0) | A jeśli jutra nie będzie


Spotkanie w cukierni


      Sobota, 3 czerwca 2017 r., jestem na spotkaniu promującym prozę uczennicy Gimnazjum nr 1 w Mielcu, Kamili Białek. Spotkanie w Cukierni u Borowskiej przy Al. Niepodległości zostało zorganizowane przez Mielecką Grupę Niezrzeszonych Prozaików, kierowaną przez Halinę Liberadzką-Kozak. Jest to już trzecie spotkanie tej nowo powstałej grupy. Na czwartym, dnia 1 lipca 2017 r., ma być prezentowana moja proza.
      Nastolatki zazwyczaj mierzą się z poezją, proza jest dużo trudniejszym wyzwaniem, więc jestem niezmiernie ciekawy, jak szesnastoletnia Kamila Białek, wspierana przez nauczycielkę języka polskiego, Annę Ungehauer, radzi sobie z wymaganiami warsztatu i doborem tematów. Jej spory utwór, raczej nowelę niż opowiadanie, zatytułowany „Opowiem ci historie…”, czytają lektorki, Maryla Karaś, Cecylia Lipa, Barbara Wiącek i Maria Sowińska. Z odrobiną melancholii wracam myślami do początków mojej drogi twórczej. Sam zacząłem pisać opowiadania dopiero po trzydziestce.
      Na skrzypcach grał Michał Tulik, uczeń PSM II st. w Mielcu.

      A oto relacja filmowa z tego spotkania na Youtube: »»»

04.06.2017 :: 12:36
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Z pracy nad tekstem


      Nad surowym tekstem opowiadania, noweli czy powieści trzeba się natrudzić, żeby nabrał on blasku. Jedną z technik jest dodawanie drobnych uzupełnień, ma się rozumieć, pasujących do kontekstu. Oczywiście, nie należy zapomnieć o słowniku synonimów.
      A oto ostatnie uzupełnienia dodane do powieści „Enbargonki”:

Umiał trzymać mnie w szachu.
Wolałem sobie nie wyobrażać, ile takie cudo kosztuje.
Flaki z was wypruję!
Żyć nie umierać!
Nie obiecywał mi złotych gór.
Dopuścili się grzechu zaniedbania.
Szalałem jak pies spuszczony z łańcucha.
Nie nadawałem się na wokalistę. Operowe arie nie wchodziły w grę. Co najwyżej mogłem nieudolnie rapować.
Nie czułem się supermenem i nie uważałem, bym miał na niego zadatki.
A może śniłem na jawie?
— Wkurzyłem się, to fakt, ale już mi przeszło — potwierdziłem. — Gramy w tej samej drużynie. Cofam żółte kartki.
W moich ustach zabrzmiałoby to nieszczerze.
Widziałem jedynie czubek własnego nosa i było mi z tym dobrze.
Zostałem sam i jak matoł mogłem mówić tylko do siebie, bowiem Jill nie należało brać pod uwagę, ale nie zamierzałem z tego powodu użalać się nad sobą i wylewać łez.
Zniszczyli moje marzenia.


24.05.2017 :: 15:06
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Proza na tapecie


      Ukazała się drukiem publikacja książkowa „Deskrypcje. Almanach prozy autorów zrzeszonych w Oddziale ZLP w Rzeszowie”, wydana z okazji jubileuszu 50-lecia Oddziału i zawierająca utwory dwudziestu prozaików. Wcześniej zaprezentowano również almanach poezji. Jak pisze Anna Niewolak w słowie wstępnym „w tomie znajdujemy różne odmiany gatunkowe epiki: od fragmentów powieści, poprzez opowiadania, miniatury literackie, prozę wspomnieniową i reportaże, eseje — aż po gawędę literacką”.
      Trafił do tej jubileuszowej publikacji fragment mojej najnowszej powieści sf „Enbargonki”. Nadałem mu tytuł „Madison”. Wzmiankowana Madison jest kosztowną kurtyzaną, klonem do uciech cielesnych. Jednak nie ona jest w tym urywku najważniejsza. Główny bohater ze zgrozą odkrywa, że został przez Enbargonów zmodyfikowany genetycznie.

» Edward Guziakiewicz, Madison (Fragment powieści sf „Enbargonki”), W: Deskrypcje. Almanach prozy autorów zrzeszonych w Oddziale ZLP w Rzeszowie, Rzeszów 2017, s. 52-57.

12.05.2017 :: 09:30
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Zwroty z rzeczownikiem „głowa”...


...spisane z powieści „Enbargonki”

głowa do góry
suszyć głowę
mieć głowę na karku
nie przeszło komuś przez głowę
przepływały przez głowę
chować, kryć głowę w piasek
przerastać o głowę
mieć coś na głowie
bić kogoś na głowę
zachodzić w głowę
stawać na głowie, żeby...
chodzić po głowie
odwrócić, zadrzeć, unieść, podnieść, spuścić głowę
pokręcić głową, skinąć głową
przewrócić się komuś w głowie
mieć głowę nie od parady
urządzić coś z głową
z dumnie uniesioną głową
walić głową w mur
chodzić z głową w chmurach
mieć więcej oleju w głowie
ciosać kołki na głowie
nie mieścić się w głowie
świtać w głowie
mieć mętlik w głowie
posypać głowę popiołem

11.05.2017 :: 07:52
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Sekrety ciała i duszy


      Ciało, ta łebska „rzecz”, w którą jest wyposażony człowiek, budziło zawsze zainteresowanie autorów fantastyki. Podobnie dusza. Sam od tego trendu nie odstawałem. W mojej „Windzie czasu” skromniutka agentka Edyta kupuje sobie nowe rewelacyjne ciało w supermarkecie na Marsie. W centrum medycznym przenoszą jej świadomość i pamięć do mózgu nabytego klona, w efekcie czego staje się seksbombą, zwalającą z nóg faceta, w którym jest zakochana. Ten facet — notabene — wcale nie jest człowiekiem. Jest neogeneraninem, obcym z centrum Galaktyki, tym niemniej bezbłędnie uczłowieczonym. Cieszy się wykreowanym przez siebie ciałem ludzkim, niestety, sztucznym, jednakowoż bardzo udanym.
      W „Buncie androidów” tajni agenci otrzymują nowe ciała przed każdą misją w kosmosie. Niszczy się ich doczesne powłoki po udanej akcji. To starannie zaplanowane reinkarnacje. Kiedy śpią i nie działają, ich świadomości i pamięci są przechowywane w specjalnych generatorach. W „Hurysach z katalogu” sklonowane androidy klasy zerowej, służące do uciech cielesnych, cieszą się posiadaniem seksownych ciał, aczkolwiek nafaszerowanych implantami. Ich świadomości są elektronicznie kontrolowane. W „Enbagonkach” główny bohater odkrywa, że obcy, tytułowi kosmici, są w stanie dokonać daleko posuniętej modyfikacji ciała ludzkiego. Wizualnie nie różni się ono od pierwotnego, tym niemniej zadziwia swą doskonałością i wpisanymi weń umiejętnościami. Innymi słowy, obcy wyczarowują ewolucyjnie doskonalszą wersję rasy Homo sapiens. Zdolni do metamorfoz są Urhici, bohaterowie powieści „Zdrada strażnika planety”. Mogą się przekształcać i upodabniać do dowolnych gatunków w przyrodzie.
      Pomysły autorów fantastyki to często nic nowego. Już starożytni filozofowie dumali nad sekretami ludzkiej natury. Szczególnie interesujące są poglądy pitagorejsko-platońskie. U Platona w „Fajdrosie” dusza ludzka jest nieśmiertelna, nie ma początku ani końca, bowiem sama dla siebie jest źródłem ruchu. Tę koncepcję twórca Akademii modyfikuje w „Timajosie”. Tu dusza ludzka ma początek, bowiem stwarza ją Demiurg. Jest ona ponadto poddana prawu metempsychozy i podlega kolejnym wcieleniom, mogąc ożywiać ciała nie tylko ludzkie, ale i zwierzęce, a nawet rośliny.

01.05.2017 :: 13:05
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Najpierw był komiks


      Piątek, 28 kwietnia, jestem w kinie Galaktyka na filmie „Ghost in the Shell”. Film ma już swoją historię. Najpierw był japoński komiks (manga z gatunku science fiction), wydawany w latach 1991-2003, potem przyszły filmy i seriale anime, wreszcie film aktorski. Premiera amerykańskiego filmu ze Scarlett Johansson w roli głównej miała miejsce 18 marca 2017 r., zabawne, bo w moje imieniny.
      Świat przyszłości został ukazany z dużym rozmachem i z dużym smakiem. Bohaterem jest Motoko Kusanagi, kobieta cyborg, mająca mózg ludzki, a całą resztę sztuczną. Walczy z cyberprzestępcą, Władcą Marionetek, który okazuje się tworem z tej samej stajni, co ona. Tematem jest stosowanie ghost hackingu na skalę operacji wojskowych. Krótko mówiąc, tak jak można zhakować komputer w dzisiejszych czasach, tak też będzie można w dalekiej przyszłości zhakować mózg ludzki, zniszczyć wspomnienia, czy zafałszować odbierane bodźce.
      Produkcja należy do znaczących w gatunku science fiction. Bracia Wachowski przyznali się ponoć, że czerpali inspiracje z „Ghost in the Shell” przy kręceniu trylogii „Matrix”. W czasie oglądania filmu mimowolnie nasuwają mi się porównania do „Hurys z katalogu” i „Enbargonek”, czyli ślicznotek z Galaktyki Andromedy. Wcześniej nie miewałem w kinie tego typu skojarzeń. Świat moich bohaterek jest jednak inny niż w tej produkcji, dużo delikatniejszy i bardziej optymistyczny. Odnoszę wrażenie, że z tymi książkami wchodzę tam, gdzie „Ghost in the Shell” nie sięga. Eksponując żywe wątki obyczajowe, uwalniam się od mroków tradycyjnej fantastyki i jej komiksowych uproszczeń.


29.04.2017 :: 10:06
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Utalentowana licealistka


      Sobota, 22 kwietnia. Jestem na spotkaniu z Anitą Róg, licealistką, promującą drugi tomik wierszy, zatytułowany „Twarzą wiatru”. Spotkanie, zorganizowane przez Mieleckie Towarzystwo Literackie, odbywa się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mielcu. Pierwszy tomik „Goniąc marzenia” wydała jeszcze jako gimnazjalistka.
      Pochodząca z Poręb Dymarskich autorka, jak pisze Ryszard Mścisz na stronie ZLP Rzeszów, „ukończyła gimnazjum ze średnią 5,5 i wynikiem 100% z egzaminu gimnazjalnego z języka polskiego. Pięknie maluje, gra na gitarze i pianinie, śpiewa, tańczy, recytuje i... świetnie radzi sobie z przedmiotami ścisłymi. Zamierza kiedyś podjąć studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i zostać kardiochirurgiem. (…) Anita Róg ma na koncie wiele konkursowych sukcesów: historycznych, literackich, recytatorskich, ortograficznych, muzycznych (wokalnych), fotograficznych, zdobywała laury za osiągnięcia w nauce i sporcie. W grudniu 2015 r. została stypendystką Funduszu Pomocy Młodym Talentom Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Niedawno przypadł jej podwójny laur V Podkarpackiego Konkursu Twórczości Literackiej „Gdy słowa dojrzewają” w Jeżowem. Zdobyła II nagrodę w kategorii poezji i wyróżnienie w kategorii prozy.”

22.04.2017 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Koronkowa robota


      Za poczynaniami Raoula Duponta w „Hurysach z katalogu” kryją się solarne służby specjalne, które nim skrycie manipulują. Podkreśliłem ten wątek w piątym rozdziale, dorzucając kilka zdań. To te wytłuszczone.

      Prezes oniemiał. A potem wpadł w niebywałe uniesienie. Porwał Konstancję i wycałował ją w oba policzki. Omal nie odtańczył z nią triumfalnego tańca po jasnym gabinecie, z którego ogromnych okien było widać strzelający w górę na kilkadziesiąt pięter pomnik Słońca. Później jednak oklapł i ciężko opadł na swój fotel.
      — A więc zwycięstwo, wielkie zwycięstwo, choć — bądźmy szczerzy — nieco pyrrusowe — podsumował, zdyszany. Oczy jednak nadal radośnie mu się świeciły. — Udało nam się wreszcie bezkolizyjnie połączyć słodką dziewczynę do uciech cielesnych z bezpardonową i bezwzględną wojowniczką. Boże, ileż kosztowało naszą firmę naprawianie szkód, wywołanych przez wcześniejsze nieudane modele. Te długotrwałe procesy sądowe, te ugody i te krociowe odszkodowania. Na szczęście, ten okres mamy już za sobą! — użalał się do współpracowniczki.
      — Niech pan będzie szczery, panie prezesie. Czy powiodłoby się nam, gdybyśmy się nie odwołali do reguł paradoksu Rogersona? Gdyby nie ta udana teoria matematyczna, dalej dreptalibyśmy w miejscu. Poza tym wiele zawdzięczamy naszym przyjaciołom z wiadomej instytucji. Bez finansowania z ich strony nie posunęłyby się naprzód prace nad nowym modelem. O pewnych rzeczach mieliśmy nie rozmawiać nawet między sobą. Nadal powinniśmy się tego trzymać…
      — Masz rację, kochana Konstancjo. Napijesz się czegoś? — skwapliwie zapytał, widząc wchodzącą sekretarkę. Potem dodał: — A co z tym Raoulem Dupontem? Czy nie należy mu...
      — Och, nie! — pewna swych racji przerwała szefowi. — Skoro jest zadowolony z dziewczyny, nie widzę powodu, byśmy się z nim spotykali i dzielili najtajniejszymi sekretami firmy. — Wzgardliwie wzruszyła ramionami. — Po cóż miałby wiedzieć, że stał się królikiem doświadczalnym — dorzuciła. — I że został wytypowany do ukrytego eksperymentu? Zresztą w jedenastym punkcie zestawu umiejętności klona mieści się sztuka samoobrony. Sądzę, że to powinno rozwiać jego wątpliwości, o ile jakieś mu się nasuną — chłodno postawiła na swoim.
      Zgodził się bez oporów. Z zadowoleniem zatarł ręce.
      — My zaś będziemy mogli rzucić na rynek nowy i absolutnie rewelacyjny produkt. Nareszcie poprawią się obroty spółki!..
      Wrócił myślami do solarnych służb specjalnych i ich planu przywrócenia porządku na obrzeżach Układu Słonecznego przy pomocy androidów. Żeby ten supertajny plan się powiódł, Raoul Dupont powinien był połakomić się na kolejnego zmodyfikowanego klona. „Tylko jak to zrobić?” — szepnął do siebie w zadumie. Niektórzy klienci firmy Body Perfect decydowali się na kupno drugiego androida. O ile posiadali na to środki. Kogo bowiem nie nęcił trójkącik miłosny? Nie wykluczone, że wystarczyło tylko poczekać.
      Usłużna sekretarka wniosła na tacy porcelanowy dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. Prezes był wielbicielem tego czarnego trunku. Gustował w kilku gatunkach, które kazał sprowadzać z Ziemi. Sprzedawane na specjalnych aukcjach, pochodziły z najlepszych plantacji w Brazylii. Postawiła filiżanki przed siedzącymi przy okrągłym stole.
      — Jak by na to nie spojrzeć, mamy do czynienia z koronkową robotą — natchnięty szef szepnął z namysłem do Konstancji. — Wprost nie chce się wierzyć!..


20.04.2017 :: 12:16
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu