EDWARD GUZIAKIEWICZ • OWNLOGWYDARZENIA • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW
 
 

[Księga gości]

strona główna
2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Fot. Magdalena Korzeń



2002 — 2003

eddie.blog.pl [arch.]

Proza

Książki w sieci
Powieści SF
Nastolatkom
Randka
Savoir-vivre
Wakacje w Izraelu
Banita
Afrodyta


Blogi

andrzej
warior
waldi
jazzowa

Digarty

guziorrr
grease

Ownlogi

iskra
dida









Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie


      W chwilę później zmaterializowaliśmy się na dziedzińcu kurortu wbitego w skaliste zbocze Dekstecyzy i dopadł nas mroźny chłód. Przyglądałem się trzepoczącemu skrzydełkami kolibrowi, który dziwnym trafem dostał się tu razem z nami, a potem obrzuciłem wzrokiem moją nieszczęsną drużynę. Zabawiliśmy w dżungli o kilka sekund dłużej niż należało. Na szczęście, żaden z agentów nie doznał uszczerbku. Byliśmy spoceni, ubłoceni i brudni, ale cali i zdrowi. Nikomu nie odstrzelono tyłka. Tylko Tomowi ciekła krew z nosa.
      — Tego nie było w programie, szefie! — jęknął przejęty Bruno.
      Ogarnął mnie pusty śmiech. Dźwignąłem się, zniesmaczony, nie wypuszczając karabinka z rąk. Nie tak miał wyglądać koniec akcji.
      — Szeryfie! — spostrzegawczy Sam z niepokojem wskazał ręką niebo.
      Pobiegłem wzrokiem ku górze i stanąłem jak wryty. Dopadł mnie widok mrożący krew w żyłach. Dysk stacji stracił swoją pozycję, niebezpiecznie się przechylił i osunął w dół. Dokumentnie mnie zatkało. Przeświadczony o mocy swoich skrzydeł lekkomyślny Ikar płacił wysoką cenę za brak rozwagi. Różnych rzeczy mogłem się spodziewać, ale nie tego, że moi kumple oberwą. Z przerażeniem uzmysłowiłem sobie, że ominęło mnie piekło znacznie gorsze od tego w dżungli amazońskiej.
      — Koniec świata — mruknąłem, przejęty do głębi. Zwiesiłem nos na kwintę. — Co jeszcze mnie czeka na tym łez padole?
      Przez oszklone drzwi zdesperowany wszedłem do luksusowego holu, licząc na kontakt z Or-Matem jak na ostatnią deskę ratunku. Niecierpliwie na mnie czekał, a jego marsowe oblicze witało mnie na dużym monitorze.
      — Sypnęło się?! Już po nas? — nerwowo rzuciłem. — Do cholery, co się stało?
      — Nic się nie sypnęło, nie panikuj, zachowaj zimną krew. Spisaliście się na medal, zaraz wrócicie nad Amazonkę — pocieszająco rzucił, widząc załamanie, malujące się na mojej twarzy. — Panujemy nad sytuacją!
      Nie chciało mi się wierzyć, a jego optymizm wydał mi się mocno przesadzony.
      — Tak mówisz? To co się dzieje, do diabła?! — warknąłem przez zęby.
      Na jego obliczu zagościł blady uśmiech.
      — Nie chcieliśmy cię niepokoić, by nie utrudniać ci akcji. To fakt, było tu gorąco, a ci cwaniacy z Galaktyki Sombrero usiłowali roznieść nas na strzępy. Wredne gnomy! Próbowali się wedrzeć. Na szczęście, dali się zwabić w pułapkę. — Odkaszlnął. — Spuściliśmy na nich bombę EMP o straszliwej mocy, Zor-Ton znalazł takie cudo w zbrojowni — rzucił z błyskiem w oku. — Zdetonowaliśmy ją właśnie nad dżunglą, bo sami nie dalibyście sobie rady — wyłożył wreszcie karty na stół. — Musiałem odwołać was przed eksplozją, bo nic by z was nie zostało.
      Nie spodziewałem się tak radykalnego kroku. Byliśmy uzależnieni od zaawansowanej technologii, co w skrajnych przypadkach okazywało się dla nas zgubne. Kto mieczem wojował, ten od miecza ginął. Impuls elektromagnetyczny o bardzo dużym natężeniu był zabójczy dla cyborgów. Nie było go widać ani słychać. Organizmy biologiczne wytrzymywały taki atak, wbudowane w nie układy cybernetyczne jednak nie. Byliśmy wprawdzie zabezpieczeni, ale nie na tyle, by kręcić się w pobliżu silnie emitujących obiektów. A takich w kosmosie nie brakowało.
      — Na Zeusa, są ugotowani — skonstatowałem w osłupieniu. — Jeśli znaleźli się w jej zasięgu, to nie zdążyli narobić ze strachu w gacie. Nie tylko ci z Sombrero — głośno myślałem. — Nasza biedna Kasandra też!
      Odetchnął z ulgą, widząc, że to pojąłem. Z uznaniem skinął głową.
      — Złapaliśmy byka za rogi — potwierdził moją diagnozę. — Polecicie tam teraz, by zrobić porządek. Dam ci znać, jak tylko się upewnię, że naprawdę oberwali. Ładujcie akumulatory i w drogę!
      — Nic wam się nie stało?..
      Skrzywił się jakby połknął cytrynę.
      — Napęd stacji jest uszkodzony, ale koordynator to naprawi — obiecał. I dodał: — Na razie nie myśl o nas, poradzimy sobie bez ciebie. Ty rób swoje!
      Nie miałem innego wyjścia, musiałem wziąć się w garść. Nie byłem przecież mazgajem. Sprytny Or-Mat uderzył tylko raz, ale skutecznie. Jednym strzałem ubił dwa zające. Miał facet głowę nie od parady. Znał piętę achillesową wroga. Cóż, był to również nasz słaby punkt.
      Robiąc dobrą minę do złej gry, wyszedłem przed budynek. Olga wyczytała z mojej twarzy, że nie wyrzuciło nas z torów i że szykuje się dalszy ciąg akcji. Pokrótce podzieliłem się z nimi tym, czego się dowiedziałem od Or-Mata.
      — Bogu dzięki! — z ulgą mruknął Harry.
      Bruno kończył oglądać jego kark, w który wbiła się spora bambusowa drzazga. Założył na ranę brunatny, niby to indiański opatrunek. Sok z drzewa maibo odkażał lepiej niż jodyna.


12.01.2012 :: 12:53
Komentuj (0)


Uroczystość Objawienia Pańskiego


      Mimo że aura nie dopisała, a zamiast śniegu mamy deszcz, w kalendarzu zimowe święto. Uroczystość Trzech Króli. Na tę okazję mam opowiadanie „Mędrcy”, drukowane przed laty na łamach „Przewodnika Katolickiego”. Zaczyna się tak:

      Pokryta tu i ówdzie skarlałymi krzewami pustynia sięgała po horyzont i wydawała się nie mieć granic. Przesypujący się niczym popiół piasek przestawał parzyć, a skały rzucały dłuższe cienie. Rozkulbaczone wielbłądy i dromadery majestatycznie wpatrywały się w dal lub szukały pożywienia. Pospiesznie rozbijali obóz, dwojąc się i trojąc, żeby zdążyć przed zapadnięciem ciemności. Wzorzyste namioty lśniły, a obok nich leżały pokaźne juki z towarami. Trzej magowie wypoczywali, schronieni pod rozwieszoną na bambusowych prętach purpurową materią. Byli zadumani i myślami nieobecni. Kasper gładził pokrytą siwizną długą brodę. Baltazar mamrotał słowa dziwnej modlitwy, niezrozumiałej i brzmiącej obco dla sług. Melchior zdawał się na siedząco zasypiać. Mędrcy pochodzili z daleka, może nawet z Mezopotamii i zajęty wielbłądami Ereb zerkał co rusz w ich stronę z mieszaniną lęku i ciekawości, gotowy podbiec, gdyby czegoś potrzebowali. Ich największym skarbem był pieczołowicie przechowywany pożółkły papirus, zawierający proroctwo o wielkim królu.
      więcej ...>

05.01.2012 :: 15:07
Komentuj (0)


Życzenia noworoczne


Szczęśliwego Nowego Roku 2012!

01.01.2012 :: 00:00
Komentuj (0)


Życzenia


Wesołych Świąt!
Dużo uśmiechu, bez liku gości,
wigilijnego karpia bez ości!

24.12.2011 :: 13:49
Komentuj (0)


Patrzeć razem w tę samą stronę


      Środa, 14 grudnia, jestem w Domu Pomocy Społecznej przy ul. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Mielcu. Uczestniczę w promocji tomiku wierszy Krystyny Rusin „Patrzeć razem w tę samą stronę”. Zostałem zaproszony na tę uroczystość z ciekawą częścią artystyczną z tej racji, że pracowałem nad wydaniem zbioru. Złożyłem książeczkę do druku i przygotowałem projekt okładki.
      Krystyna Rusin to kobieta na swój sposób heroiczna. Chora na stwardnienie rozsiane i przykuta do wózka inwalidzkiego, nie może samodzielnie odebrać telefonu czy napisać odręcznie choćby słowa. Mimo to jest społecznie aktywna. Potrafi mobilizować otoczenie. Przykładem wydany i promowany z udziałem wielu zaproszonych gości zeszyt poetycki.

15.12.2011 :: 08:55
Komentuj (0)


W połowie powieści


      Ukończyłem dziesiąty rozdział „Buntu androidów”, zatem jestem już przypuszczalnie w połowie powieści (to ok. 150 ss znorm. mpsu). Zbuntowane androidy klasy D3 zostały wyeliminowane. Drugą część odkładam na przyszły rok. Akcja będzie się najpierw toczyć w Acapulco, nad Oceanem Spokojnym, potem zaś na południu Egiptu. Teby, Dolina Królów, grobowce faraonów. Oczywiście, punktem odniesienia będzie nadal stacja poziomu drugiego, ulokowana w Galaktyce Andromedy.

12.12.2011 :: 14:30
Komentuj (0)


Brazylijskie mrówki


      Bruno znalazł znowu coś ciekawego. Rozgrzebał patykiem mrowisko. Wyroiły się samice. Odciął duży liść, zwinął go w trąbkę i nabrał garść sporawych uskrzydlonych mrówek. Usiadł na gładkim kamieniu, zabierając się do degustacji. Odrywał owadom skrzydełka i nóżki, pakując je sobie żywe do ust. Wsuwał je z apetytem.
      Przypatrywałem się ze zgrozą. Co mu strzeliło do głowy, żeby naśladować tutejszych Indian?
      — Chcecie trochę? — wykonał zachęcający gest, jakby to były rodzynki w czekoladzie.
      Stojąca obok mnie Olga histerycznie się roześmiała.
      — Nie jadam niczego, co ma oczy — asekuracyjnie rzuciła. Zaraz jednak mężnie dodała: — Żartowałam!
      Dała się skusić. Nic dziwnego, grała przecież rolę twardziela. Zbliżyła się do czarnego przewodnika i wzięła od niego na rękę kilka uskrzydlonych samic. Poszła za jego przykładem. Mrówki jedna za drugą znikały w jej ustach.
      — Specjalność kuchni… — z fantazją popisała się przede mną. — Kelner, rachunek proszę! Bez skrzydełek powinny być tańsze...
      Uzmysłowiłem sobie, że te owady są sprowadzane do USA i Europy. Nazywano je kolumbijskim kawiorem. Mimo to nie próbowałem pokonać w sobie obrzydzenia. Indianie uważali, że oczyszczają krew, biali, że są afrodyzjakiem.
      — Przykra sprawa, ale nie możemy tu zostać — rzekłem, zwracając się do obojga. — Musimy się sprężać. Mówi się trudno!
      — Chwileczkę!
      Odwrócony od nas Bruno przekładał smakowite mrówki do skórzanego woreczka, który nosił na szyi, zaopatrując się na później. Nikt nie patrzył, więc pieszczotliwie klepnąłem Olgę w słodki tyłeczek.
      — Idziemy — ponagliłem ją, nie chcąc, by została z tyłu. — Po czymś takim zostaniesz królową roju…
      Pożegnaliśmy ruiny świątyni.


09.12.2011 :: 15:00
Komentuj (0)


Budujemy mosty...


      Ostrzał trwał kilka sekund. Pierwsze czółno z trójką pasażerów szczęśliwie dobiło do brzegu, drugie nie. Pewnie przeciekało i nabrało wody. Usłyszałem krzyk rozpaczy. Kruche drewno nie wytrzymało konfrontacji z naszą bronią, a nadwyrężona zębem czasu dłubanka złamała się na pół. Zapieniło się tam, gdzie dwaj kompani Kasandry wpadli do rzeki. Życie bywało brutalne. Przerosła ich amazońska szkoła przetrwania, a mięsożerne piranie miały ucztę. Te dobrze uzębione ryby potrafiły wyczuć krew z odległości dwóch kilometrów.
      Wojowniczka nie próbowała ratować tonących, lekką ręką spisując ich na straty. Z mocno uszczuplonym oddziałem znikła nam z oczu.
      Strapiony dumałem nad przeprawą. Oddzielona nurtem linia lasu tylko z pozoru była na wyciągnięcie ręki.
      — Jak się tam dostaniemy? — zapytałem Harry’ego. Mogłem zwrócić się do Or-Mata z prośbą, by nas przetransferował na drugą stronę, ale duma nie pozwalała mi skorzystać z jego pomocy. Byliśmy wyposażeni w klucze tranzytowe, pozwalające na dużą swobodę manewru.
      Wzrok satyra powędrował ku koronie rosnącej tu orzesznicy wyniosłej. Dumne drzewo orzechowe miało ponad trzydzieści metrów wysokości. Bruno poszedł za tym spojrzeniem i w jego oczach dojrzałem aprobatę.
      — Błyskawicznie je zetniemy! — zapewnił, odpowiadając za kumpla.
      Ich pomysł wydał mi się niedorzeczny, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Agenci raźnie stanęli z dwóch stron, oczyścili sobie teren i ustawili broń na promień laserowy, z piekielną siłą wgryzając się w pień. Wkrótce gładkie drzewo pochyliło się i z majestatem runęło tam, gdzie chcieli, na naszych oczach łącząc brzegi. Okryta różowymi kwiatami wysoko ulokowana korona zakleszczyła się w chaszczach po drugiej stronie. Zatrzepotały skrzydła przerażonych ptaków i rozległ się krzyk oburzonych małp. Mieliśmy szczęście, że to drzewo tu rosło, bo zwykle orzesznice brazylijskie pojawiały się na suchych terenach. Prowizoryczna kładka była bardzo wąska, gładki pień miał średnicę nieledwie pięćdziesięciu centymetrów, więc przejście wymagało niespotykanych umiejętności akrobatycznych. Cóż to jednak znaczyło dla androidów, zdolnych gonić się jak koty po kalenicach dachów? Harry ruszył pierwszy, za nim Bruno, następnie ja, a potem Olga. Czułem się jakbym kroczył po linie rozciągniętej pod kopułą cyrku. Brakowało tu jednak zaciekawionej widowni, nie licząc krążących pod powierzchnią wody kajmanów, których nie wzruszały popisy nieziemskich alambristów. Idący na końcu Tom i Sam też sobie poradzili. Dla przepływających dołem gadów stanowiliśmy łakomy kąsek, ale pień utknął za wysoko, by mogły nas dopaść. Tym niemniej Harry strzelił kilka razy w wystające z wody nozdrza i ślepia.


08.12.2011 :: 13:51
Komentuj (0)