ZAPISKI FRAGMENTY UTWORÓW SAVOIR-VIVRE NASTOLATKA
 
 






Witajcie w Nowym Roku!


      Zaktualizowałem "Banitę" i "Afrodytę". Nowe wersje są już w Internecie, tak w html jak w formacie msR. Jeżeli ktoś ściągnął sobie te nowele we wzmiankowanym formacie z mojej biblioteki, może je sobie nadpisać.
      "Banita" ma nowe zakończenie...



03.01.2005 :: 11:57
Komentuj (2)


Wcinam się w Nowy Rok!


      Rzadziej zaglądam na ownloga z tej racji, że zrezygnowałem na jakiś czas z Internetu w mieszkaniu, ale i tak mam wrażenie, że siedzę w przeciągu. Ze statystyk wynika, że dziennie "eddiego" odwiedza co najmniej dwudziestu internautów. Czasami wizyt jest blisko czterdzieści. Cieszy to, ale i rodzi rodzaj buntu. Marzyłby mi się blog anonimowy, dziennik, w którym mógłbym pisać, co tylko zechcę, bez autocenzury. No, ale zaczynając tę zabawę przed kilku laty, nie sądziłem, że to wszystko się tak upubliczni...

07.01.2005 :: 18:51
Komentuj (6)


Genesis [sf]


      Jak już chyba wspomniałem, zacząłem pracować nad tym utworem w grudniu ubiegłego roku. Nowela znajdzie się pewnie w prezentowanej w Internecie serii "Przyloty na Ziemię". Punktem wyjścia jest jedna z kilku miniaturowych zagadek kryminalnych, powstałych w latach 90. i opublikowanych przeze mnie pod pseudonimem w regionalnej prasie. Jej tytuł brzmiał "Śmierć pięknej tancerki".
      Już na pierwszej stronie oglądamy zwłoki tytułowej bohaterki — ale cóż to za przeszkoda dla kosmitki? Ta ożyje i da dyla z prosektorium...
      A tak się ta historia zaczyna:

      Na zakryte kartonami martwe ciało natknął się nad ranem szukający resztek pożywienia trzęsący się żebrak — na tyle uczciwy, czy raczej aż tak przerażony, żeby powiadomić policję. Biedak skorzystał z mieszczącej się przy głównej ulicy budki telefonicznej, drżącą ręką wybierając numer. Nocą nieco kropiło, a przed świtem dawał się we znaki dojmujący chłód. Wyciągnięty wczesną porą z łóżka komisarz ze skupieniem przyglądał się delikatnej twarzy z co nieco rozmazanym makijażem. Takie słodkie kociaki oglądało się na okładkach ilustrowanych magazynów. Przeszło mu przez myśl, że najlepiej prezentowały się na tle luksusowych wozów. Dziewczyna wyglądała na prostytutkę, biorąc pod uwagę jej skąpe jaskrawe ciuchy — ale jeśli w istocie robiła w tej branży, to z takim seksapilem była warta krocie. Mogła mieć góra dwadzieścia dwa lata. Nawet po śmierci była piękna. Obnażone bosko zgrabne nogi wywoływały niedwuznaczne skojarzenia. Dla platynowych blondynek w jej typie nadziani faceci w podeszłym wieku szybko tracili głowy i ciągnęli do nich jak głupie ćmy do płomienia świecy. Szli jak w dym.
      — Wszystko kręci się po staremu — mruknął pod nosem, spoglądając na zegarek. — Co za świat? Ohyda. Hej, masz ochotę na kolację ze śniadaniem? Czemu nie? Jeśli jesteś przy szmalu... — A przecież mogłaby taka mieć męża i dzieci.
      Z niezwykłym okrucieństwem podcięto jej gardło ostrym narzędziem, ani chybi brzytwą. Tę zakrwawioną znaleźli wkrótce chłopcy z dochodzeniówki w sąsiednim wąskim przetoku między ścianami kamienic w metalowym pojemniku na śmiecie. Sprawca z pewnością usunął ślady linii papilarnych, chyba, że nie miał poukładane w głowie.
      Ponętna młódka trudniła się w ulokowanym przy głównej ulicy klubie nocnym z mało rzucającym się w oczy wejściem — i to udało się od ręki ustalić. Zeznał tak jeden z gapiów, którzy mimo wczesnej pory powolutku się gromadzili, przyciągnięci widokiem ekipy policyjnej. Ten akurat był dość dobrze zorientowany, bo pracował w ochronie pobliskiego supermarketu. Pamiętał wszystkich stałych klientów, a sprzątnięta laska zaglądała tam prawie codziennie. Znał nawet jej ksywę. Był to pierwszy wyraźny trop i pomyślał, że z mety wybierze się do jaskini rozpusty, by dowiedzieć się czegoś więcej. Intuicja go nie myliła i okazało się, że jeszcze tam jest otwarte.
      Genesis nie miała alfonsa. Tam zeznał łysawy barman, który mimo tego, że zbliżał się ranek, kręcił się wciąż po klubie. Kończył wymieniać spalone żarówki. Twarz miał zmęczoną i było widać, że chce czym prędzej przyłożyć głowę do poduszki. Zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że dziewczyna nie żyje. Dla pewności komisarz mu ją dokładnie opisał. Wieczorami tańczyła, robiąc striptiz, a po północy umawiała się na ciąg dalszy, jeżeli palił się na to jakiś chętny. Różnie to bywało i zazwyczaj kończyło się w pobliskim hoteliku, gdzie miała wynajęty pokój. Widywano ją w towarzystwie starszego starannie ubranego i zamożnego mężczyzny, który kazał się tytułować hrabią, a także w asyście czterdziestokilkuletniego kupca z Dzielnicy Łacińskiej. Ostatnio uderzał też do niej obiecujący rzeźbiarz artysta. Ten był najmłodszym z jej gachów. Barman znał ich nazwiska oraz adresy i bez oporów udostępnił je gliniarzowi. Pewnie dla jego firmy nie była to wielka strata. Striptizerki przychodziły i odchodziły. W tej branży należało pamiętać o rotacji, liczyć się z przykrymi zajściami, no i dbać o dobre stosunki z policją.
      — Danse macabre — szepnął komisarz, nieruchomiejąc za kierownicą wysłużonego wozu. Założył miękkie skórzane rękawiczki. Była pełna życia, śmiejąca się i z ikrą, pewnie z planami na przyszłość, dopóki nie znalazła się w upiornym tanecznym korowodzie ze wstrętnym chichoczącym kościotrupem na czele. Podły los nie szczędził razów i każdego to czekało, ale przecież nie należało się z tym spieszyć. A już tym bardziej z paranoiczną gorliwością dopomagać przeznaczeniu. Ruszył z miejsca, uzmysławiając sobie, że bardzo mu zależy na tym, żeby znaleźć zwyrodnialca, który tę śliczną młódkę wysłał na tamten świat.

10.01.2005 :: 10:07
Komentuj (2)


A to pierwszy podejrzany...


      Hrabia był wyniosły i nieomal lodowaty. Spoglądał na komisarza z majestatycznym spokojem. Przyjął go w kwiecistym męskim szlafroku w wyłożonym perskimi dywanami wielkim salonie z meblami w stylu empire. Zaczesane do tyłu szpakowate włosy podkreślały wysokie czoło.
      — Genesis? — zmarszczył brwi, bijąc się z myślami. Szukał natchnienia. Dobre pół minuty trzymał wypielęgnowaną dłoń na słuchawce aparatu telefonicznego w geście, który kazał się domyślać, że za chwilę wybierze numer gabinetu ministra spraw wewnętrznych lub innej równie ustosunkowanej osobistości, a wreszcie się skrzywił, ostatecznie uwalniając się od wątpliwości. — Genesis — powtórzył z rozmysłem. Rozparł się w fotelu i potwierdził, że zna tancerkę. Wykoncypował, że nie ma powodów, aby się jej wypierać. Dodał, że nie żywi do niej głębszych uczuć. — To przelotna znajomość — oznajmił z opanowaniem. I zaraz z niepokojem zapytał: — Chyba niczego nie ukradła? — A widząc zdumienie w oczach komisarza, dorzucił, jakby się usprawiedliwiając: — Efektowna, to jasne, ale ma przewrócone w głowie. Jest zafascynowana arystokracją, jednak nie znajdzie się w wyższych sferach ze swoją reputacją. Gubią ją wyniesione z półświatka fatalne nawyki — gorzko podsumował. — Dziecię marginesu...
      — Niestety, to dziecię nie żyje. Zwłoki odkryto dzisiaj nad ranem — rzucił z dojmującym chłodem, nie spuszczając z tamtego wzroku.
      Dźgnięcie było celne. Hrabiemu nie drgnął żaden muskuł, potrafił się doskonale maskować, lecz przed doświadczonym gliną nie umiał ukryć tego, co działo się w jego duszy. Chyba nikt nigdy nie zadał mu silniejszego ciosu. Można było odnieść wrażenie, że właśnie przegrał w ruletkę wszystko, co miał. Calutki majątek. Nie. Po prostu stracił najbliższą sercu osobę.
      Komisarz chwilę siedział w kłopotliwym milczeniu, po czym z atencją się podniósł, szykując się do wyjścia. Niepewnie podniósł oczy. Jego nos mówił mu, że rozmówca nie może mu pomóc w śledztwie. Zresztą tamten chciał zostać sam.
      — Czy miała rodzinę? — zapytał prawie na obchodne.
      — Nie.
      — Można zatem liczyć, że... — zawiesił na moment głos.
      — Tak — tamten wiedział, o co mu chodzi. — Podejmę się identyfikacji — wychrypiał. Zestarzał się nagle o kilka lat. — Proszę tylko powiedzieć, kiedy i gdzie.
      Pożegnali się bez słowa. Żałował, że musiał się wcielić w rolę zwiastuna złych nowin. Zstępował po szerokich schodach z uporczywą myślą, że okazał się mało taktowny, bo przeoczył należne kondolencje. W tym przepięknie położonym pałacyku właśnie zmarł ktoś z niby-rodziny. Ale straszliwie zakpiłby sobie z hrabiego, gdyby próbował mu je złożyć.
      — Szlag by to trafił! — warknął, gdy zasiadł za kierownicą.
      Sięgnął po paczkę papierosów. Zapalił jednego, wydmuchując kłęby dymu. Współczuł tamtemu. Należało go dawno temu przestrzec. Facet nie powinien był pochopnie otwierać serca przed panienką lekkich obyczajów — choćby nie wiadomo jak się kleiła i choćby nie wiadomo jak rozpaczliwie szukała w nim ojca, którego los poskąpił jej w dzieciństwie. Ale na cenne rady było za późno. Ruszył z miejsca z zasępionym obliczem. Sam przed laty popełnił podobny błąd. Nieźle się naciął i pewno dlatego został starym kawalerem. Za dobrze go rozumiał.

11.01.2005 :: 10:57
Komentuj (2)


Drugi podejrzany


      Otyły kupiec był wrednym typem, co od razu wpadło komisarzowi w oczy, przynosząc mu niejaką ulgę. Taki gruboskórny palant nie cierpiał z powodu kurewek, które żegnały się z tym światem. I na tym polegała jego przewaga nad starszym od niego nieuleczalnym romantykiem, który w samotności lizał teraz rany.
      — Genesis jest łasa na szmal — miękko objaśniał komisarzowi, gdy ten zjawił się na zapleczu sklepu z konfekcją. Omal nie mruczał jak kot i nie ocierał się pieszczotliwie o glinę. — Dla forsy jest gotowa na wszystko. Mimo to — moim skromnym zdaniem — ma gołębie serce — konfidencjonalnie dzielił się z nim posiadaną wiedzą, markując opiekuńczość i życzliwość, ale było widać, że łże jak pies. Miał głęboko w dupie tę striptizerkę. Tyle dla niego znaczyła, co manekin w witrynie. — To dobra dziewczyna, ale zepsuta przez środowisko. Gdyby tak poszła na studia... — cmoknął w pewnej chwili, doprowadzając do absurdu swój kłamliwy wywód. — Na przykład na Sorbonę? — Na pewno nie dałby na to ani centa.
      Komisarzowi przeszło przez myśl, że drań najwyraźniej nie zapłacił jej za kilka ostatnich nocy i główkuje, jak się z tego wywinąć. I pewnie korci go, by podłapać chętną studentkę z długimi nogami.
      — Ach, tak? — nieznacznie się zdziwił. — Biedaczka nie żyje — powiedział.
      — Co? Słodka Genesis nie żyje? — tamten zrobił wielkie oczy, skupiając wzrok na gliniarzu i nieruchomiejąc na dłuższą chwilę. — W głowie się nie mieści — wymamrotał z niesamowitym zdumieniem. — I pomyśleć — palnął bez namysłu — że widziałem się z nią jeszcze przedwczoraj...
      Wydawało się komisarzowi, że kupiec z ulgą odetchnął. Wiadomo, zmarli nie upominali się o gotówkę.

13.01.2005 :: 10:39
Komentuj (0)


Byłem w jury


      Byłem w jury Młodzieżowego Turnieju Poetyckiego o "Srebrne Pióro" Prezydenta Miasta Mielca. Uroczysty finał konkursu miał miejsce dnia 14 stycznia 2005 r. Święta i Nowy Rok spędziłem więc nad nadesłanymi tekstami, główkując i usiłując spośród nich wyłuskać te najlepsze. Innymi słowy: pławiłem się w poezji młodych.

      Szczególnie spodobał mi się wiersz "Wypadek" Anny Bielat z I LO w Mielcu. Autorka ta otrzymała za ten utwór I wyróżnienie.

      A oto ta perełka, którą zamieszczam tutaj — ma się rozumieć, za jej zgodą.

Anna Bielat   "Wypadek"


Zaskoczenie
jeździ Jaguarem
duma
Mercedesem
przyjaźń
rowerem
ryzyko
ma Porsche
a samochód miłości...
miłość miała dziś wypadek
jak zwykle zawiodły hamulce
jedna osoba w stanie ciężkim
kierowca wyszedł bez szwanku

15.01.2005 :: 14:54
Komentuj (6)


Trzeci podejrzany


I sakramentalne pytanie: Który zabił?

      Trzeci z kandydatów na mordercę mieszkał w Montmartre. W drodze komisarz połączył się z prosektorium, by porozmawiać z lekarzem, a jego pierwsze niejasne domysły się potwierdziły. Miało się to wprawne oko. Zgon nastąpił około drugiej w nocy i nie było oznak gwałtu. Morderca przewiózł zwłoki i porzucił je w pobliżu klubu. Zupełna amatorszczyzna. Widocznie tchórzliwie liczył na to, że im dalej znajdą się od miejsca zbrodni, tym będzie dla niego bezpieczniej. Gdyby miał odrobinę oleju w głowie, postarałby się o to, żeby trefne ciało znikło bez śladu.
      — Złudne nadzieje! — mruknął, przyspieszając. Przez chwilę czuł się tak, jakby był bohaterem komiksów w stylu "A prendre avec des gants". Potem już tylko rozglądał się za miejscem do parkowania.
      Rzeźbiarz przyjął komisarza w obszernym atelier w otoczeniu posągów i popiersi. Jego dziełka nie należały do okrzyczanych, ale zdobył już sobie markę dobrze zapowiadającego się artysty, którego kłopoty finansowe nie będą się imać. Szczupły i wysoki, z długimi rozczesanymi na środku głowy włosami i krótko przyciętą bródką. Do obcisłych dżinsów założył luźną białą koszulę ze stójką, zdobioną barwnymi motywami.
      — Genesis? — dłonie tamtego nie przypominały rak kamieniarza i trudno je było sobie wyobrazić z zakrwawioną brzytwą. — Spotykałem się z nią, nie ma co tego kryć — cedził, bawiąc się niewielkim dłutem. — Muszę rzec, że to rzadkość w tym babskim fachu. Żadna tam przypadkowa z ulicy. Stwarzała wrażenie małej cudownej istotki, wprost stworzonej do miłości. Zaraz, zaraz, kiedy ją ostatnio widziałem? — usiłował sobie przypomnieć. — Pewnie ze trzy dni temu... A co się stało?
      Glina wrócił do komisariatu. Zgodnie z telefonicznym poleceniem, Filip niuchał już za podejrzanymi w archiwach policyjnych.
      — Wszystko wskazuje na to, że to robota hrabiego de la Potterie — zaczął bez ogródek, gdy tylko ujrzał komisarza. — Przed kilku laty był już zamieszany w śmierć prostytutki, ale śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Cóż, należy do elity i ma swoje dojścia do...
      — Nie, to nie on... — przerwał mu szef, kwitując jego sugestię skrzywieniem ust i wymownym ruchem ręki.

20.01.2005 :: 09:30
Komentuj (4)


Urodziny


      Weszliśmy w znak Wodnika i zima wróciła. Jako że to mój znak, więc postanowiłem trochę poszaleć. Wrzuciłem do Sieci dwie nowele science fiction: "Ekscytozę" i "Przerwany lot". Kto lubi taką literaturę, może sobie poczytać. A także ściągnąć za free w formacie msR. W sumie ok. 100 ss znorm mpsu. To taki mój urodzinowy prezent dla internautów. Piątego lutego bowiem kończę... eeee... ile to? ...dziesiąt trzy lata. Nie chce się wierzyć. Boże, kiedy to przeleciało?!

25.01.2005 :: 10:08
Komentuj (9)


No więc zabił... eee...


      Glina wrócił do komisariatu. Zgodnie z telefonicznym poleceniem, Filip niuchał już za podejrzanymi w archiwach policyjnych.
      — To robota hrabiego de la Potterie — zaczął bez ogródek, gdy tylko ujrzał komisarza. — Przed kilku laty był już zamieszany w śmierć prostytutki, ale śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Cóż, należy do elity i ma swoje dojścia do...
      — Nie, to nie on... — przerwał mu szef, kwitując jego sugestię skrzywieniem ust i wymownym ruchem ręki. — Nie uwierzysz, ale poszlaki wskazują na tego artystę... — zadumał się, gryząc się z myślami. — Co? — zapytał, widząc zdumienie w jego oczach. — Aha! Dlaczego? — wstydliwie odchrząknął. — Presumpcja jest z rzędu tych, których się nie poważa — i pewnie każdy sędzia wyśmiałby mnie, gdybym próbował powoływać się na coś takiego. To dobre w tanich kryminałach. Tylko ten łajdak mówił o niej w czasie przeszłym — wydusił z siebie, omal się przy tym nie rumieniąc. Wyciągnął chusteczki higieniczne, by przetrzeć sobie nos. — W passé composé... — po chwili dorzucił.
      Tamten zerknął z żalem na papiery, nad których zgromadzeniem siedział przeszło godzinę. Gorliwość nie popłacała. Przynajmniej nie w policji. Przyłożył się do zbędnej pracy.
      — Wiedział, skurwiel, że jego laska nie żyje... — rzekł w zamyśleniu, jakąś częścią swego ja godząc się z wywodem szefa, którego zdanie sobie cenił. Marzył o tym, żeby mu z czasem dorównać. Inna nadal niezłomnie broniła hipotezy o winie hrabiego.
      — A co z nakazem rewizji w jej mieszkaniu? — ocknął się Delorme.
      Filip zerknął na zegarek.
      — Będziemy go mieć za jakąś godzinę — odpowiedział.

      Kogo interesują dalsze losy kosmitki o wdzięcznym imieniu Genesis, tego zapraszam pod adres free.of.pl/a/autor/genesis/. Można tam będzie na bieżąco śledzić postępy prac nad tą nowelą.

31.01.2005 :: 14:45
Komentuj (5)