EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(84)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Jesienny plener


      Sobota, 2 października. Biorę udział w wycieczce plenerowej Towarzystwa Miłośników Ziemi Mieleckiej. W programie Kopalnia Soli w Bochni, trzy godziny pod ziemią, następnie zamek w Nowym Wiśniczu, tu bywała królowa Bona, wreszcie kościoły w Lipnicy Murowanej. Pod wieczór grill. Pogoda słoneczna, przewodnicy bez zarzutu, mnóstwo wrażeń.


02.10.2010 :: 22:00
Link |  | Główna


„Salt” z Angeliną Jolie


      Poszedłem wreszcie na "Salt" w reżyserii Phillipa Noyce’a. Rola Daniela Olbrychskiego nie była wcale taka marginalna, jak to sugerowano nim film trafił na ekrany. Znakomicie odtworzył postać odrażającego psychopaty z rosyjskich służb specjalnych. Podnosiły mi ciśnienie sceny ucieczki Evelyn Salt przed amerykańskimi agentami. Podobnych kaskaderskich akcji mogłoby być więcej.
      Angelina Jolie kojarzy mi się przede wszystkim z produkcjami "Lara Croft: Tomb Raider" (2001 r.) i "Lara Croft Tomb Raider: Kolebka życia" (2003 r.). Rozkoszowałem się również filmem "Mr. & Mrs. Smith" (2005 r.) z udziałem Angeliny i Brada Pitta. Przy całym uznaniu dla tej aktorki i jej ról filmowych, trzeba jednak zauważyć, że "Salt" jest z punktu widzenia relacji z widzem nieobliczalną katastrofą. Nie uwzględnia mentalności adorujących tę gwiazdę fanów, którzy przychodzą do kina, aby ją podziwiać, zachłystywać się jej urodą i oglądać jej sukcesy.
      Ta oferta jest pesymistyczna. Już w pierwszych scenach widzimy Evelyn, na której wyżywają się żołnierze północnokoreańscy, upodloną, zakrwawioną i poniżoną. W filmie wciąż ucieka i prawdę mówiąc, chociaż jest doskonała w tym co robi, to jednak ustawicznie przegrywa. A przecież pięknej kobiecie nie wolno przegrywać. Dojmująca pod tym względem i na swój sposób kulminacyjna jest scena, w której Evelyn traci ukochanego męża. Zostaje zastrzelony na jej oczach przez rosyjskich agentów, co sprawia, że jej stosunek do świata diametralnie się zmienia.
      Bardziej podobają mi się produkcje, w których Angelina Jolie bawi się w życie i nie traktuje go poważnie, nawet jeśli gra rolę szpiega czy płatnego zabójcy. Filmy, w których świat z jej udziałem jest może nie do końca prawdziwy, ale na pewno nie szary i smutny.
      Czego bym nie chciał? Nie chciałbym oglądać tej aktorki w roli dojrzałej kobiety, chociaż już do takiej poniekąd się przymierzała — na przykład — w okrzyczanym "Aleksandrze" (2004 r.). Tam przecież odtwarzała Olimpię, matkę dzielnego władcy świata. Krótko mówiąc: młodość jest w cenie i taką być nie przestanie. Bo piękno na to jest, by zachwycało... A Angelina Jolie pewnie jeszcze długo będzie młoda...



07.10.2010 :: 17:31
Link |  | Recenzje filmowe


Kolejna mikropowieść z cyklu „Przyloty na Ziemię”


A oto początek powstałej we wrześniu mikropowieści SF. Nadałem jej tytuł "Supernowa". Ponad 40 ss znorm. mpsu. Dziwnym trafem uporałem się z nią w półtora tygodnia. Nigdy dotąd tak nie pędziłem...


Supernowa      Monotonny głos Jill, uparcie powtarzającej tę samą frazę, sprawił, że otworzyłem oczy. Otaczał mnie półmrok. Próbowałem się poderwać, ale świat wokół niebezpiecznie zawirował. Bezsilnie osunąłem się na kratowany podest. Męczyły mnie mdłości. Obmacałem palcami czoło, odkrywając guz wielkości śliwki. Przede mną w słabym świetle z przełazu znaczyła się biegnąca w dół ściana utworzona ze spojonych nitami metalowych płyt. W ciemności nikły rozlokowane niżej urządzenia. Wracała mi pamięć.
      — Ginger! — wybełkotałem.
      Wiedziałem, co się stało. Usiłowałem złapać burawego kocura, maskotkę stacji i zabrać go na przygotowywany do startu statek kosmiczny. Zwierzak nie przeżyłby w mającej ulec zniszczeniu stacji solarnej. Zwykle przybiegał z wyciągniętym do góry ogonem, licząc na koci przysmak z mej kieszeni, tym razem jednak okazał jawne lekceważenie. Posuwałem się jego tropem niespokojny i rozdrażniony, bo do odlotu zostały nieledwie dwa kwadranse. No i doigrałem się. Wyrżnąłem głową we framugę niskiego przełazu. Straciłem równowagę i spadłem na krużganek. Zawisłem nad przepaścią.
      Nie zważając na mdłości, znowu się uniosłem i z niepokojem wsłuchałem w przytłumiony głos Jill dobiegający z korytarza. Wywnioskowałem ze strachem, że na jakiś czas straciłem przytomność. Wolałem nie wiedzieć, na ile. Bolał stłuczony łokieć.
      — Siedemdziesiąt pięć minut do anihilacji stacji — skandował komputer, który wyposażono w całkiem miły żeński głos.
      — To niemożliwe — szepnąłem ze zgrozą, pojmując, że doszło do najgorszego. Ogarnęła mnie trwoga. — Odlecieli beze mnie? — szczęknąłem zębami. — Jakim cudem?
      Uzmysłowiłem sobie, że w tym sektorze nie ma czujników wykrywających organizmy żywe. Nikt się tu nigdy nie kręcił. Co za pech! Centralny komputer zatem nie wiedział, że w bazie pozostał jeden członek załogi. To szokujące odkrycie poderwało mnie na nogi. Miałem nóż na gardle. Nerwowo usiłowałem się wydostać. Złapałem się poręczy i wspiąłem jak pijany po szczeblach stalowej drabinki. Ból głowy nie ustępował. Pochylony w przełazie, z trudem osiągnąłem korytarz.
      Wszystkowidząca Jill od razu to odnotowała.
      — Na trzecim poziomie zlokalizowałam żywy obiekt, odliczanie wstrzymane — poinformowała beznamiętnym głosem.
      Powtórzyła tę kwestię jeszcze kilka razy i zamilkła.
      — Jill! — charknąłem. — Gdzie są pozostali? Wystartowali beze mnie?
      Zastanawiała się, jakby miała wątpliwości, czy w ogóle powinna ze mną rozmawiać. A przecież byłem człowiekiem, nie szczurem.
      — Brak identyfikacji. Zaloguj się do systemu! — odpowiedziała z właściwą maszynie impertynencją.
      Dotoczyłem się do ściennego terminala i drżącą ręką wpisałem kod dostępu. Pamiętałem te cyfry, zatem nie miałem objawów amnezji. Skaner potwierdził rozpoznanie.
      — Załoga opuściła już bazę — z niezmąconym spokojem objaśniła Jill. — Statek powrotny odleciał osiemnaście godzin temu ku Układowi Słonecznemu.
      Zatkało mnie na amen.
      — Boże, to tyle leżałem w tej dziurze? Nie zauważyli dranie, że jednego brakuje? Ktoś za to beknie — wycedziłem rozzłoszczony.
      Nie zaciekawił jej ten temat. Nie oceniała zdarzeń w kategoriach prawnych i moralnych.
      — Powinieneś bezzwłocznie udać się do ambulatorium — orzekła z niby to matczyną troską. — Masz objawy wstrząsu mózgu — postawiła bez ogródek diagnozę.
      Tylko tego mi było trzeba. Nie dość, że wypadłem z gry, to jeszcze męczył mnie rozwalony czerep.
      — Dobra, rob swoje! — poddałem się ze zniechęceniem. Czułem się fatalnie, miałem nogi jak z waty i kurczowo trzymałem się ściany. — Sam nie dojdę, nie ma mowy.
      Ani się obejrzałem, a przypłynął bolid ratunkowy. Odpowiadała mi wygodna pozycja leżąca i przyjąłem ją z ulgą. Dwa ukłucia sprawiły, że ustąpił ból. Ogarnęła mnie senność. Trafiłem do sali zabiegowej. Aparaty medyczne uporały się w godzinę z postawionym im zadaniem.
      — Sprawność fizyczna przywrócona — usłyszałem niski męski głos, wyrywający pacjenta ze stanu apatii. Otaczające stół agregaty odpłynęły, wtapiając w pokrytą szpitalną zielenią ścianę.

      Zwlokłem się z podestu, obmacując czoło i łokieć. Świadomość tego, co mnie czeka sprawiła, że wrócił lęk. Zawisł nade mną miecz Damoklesa. Nie byłem tchórzem podszyty, ale tym razem naprawdę się bałem. Obejrzałem w lustrze pobladłą twarz. Mając jeszcze cień nadziei, dyplomatycznie zwróciłem się do Jill:
      — Może połączyłabyś mnie z „Paracelsusem”?
      — Powiadomiłam ich o przerwaniu odliczania i twojej obecności. Jürgen od trzech kwadransów czeka na rozmowę.
      Wyszedłem na korytarz. Wstrząśnięty tym, co się stało, zapomniałem, że ta gadająca małpa ma podzielną uwagę i że może wykonywać naraz wiele różnych czynności. Bogiem a prawdą, nigdy się mną bezpośrednio nie zajmowała. Nie było powodów, żeby niańczyły mnie wredne maszyny.
      — A kot? Odnalazł się Ginger?
      — Pojawia się na górnych pokładach — enigmatycznie odrzekła. — Obecnie jest poza moim zasięgiem.
      Twarz dowódcy wyprawy, Jürgena Millera, wypełniała wszystkie monitory. Kiedy mnie ujrzał w sterowni, przestał panować nad sobą. Rozsadzała go wściekłość i ruszył do ataku, nie kryjąc furii.
      — Chłopie, aleś nas urządził, to koniec, przecież nie możemy zawrócić — obrzucił mnie nienawistnym wzrokiem. — Zagrzebałeś się na amen. Odbiło ci, czy co?! — pienił się, nie przebierając w słowach. — Gdybym mógł, nogi bym ci z dupy powyrywał! Wiesz, co cię czeka? Zawiodłeś na całej linii!
      Zakręciła mi się łezka w oku. Wiedziałem, co mnie czeka. Badana przez nas masywna gwiazda miała masę kilka razy większą od naszego Słońca. Jej jądro rosło, zapadała się pod własnym ciężarem i przechodziła w fazę supernowej, a spodziewany wybuch miał wywołać potężną falę uderzeniową. Oczyma wyobraźni oglądałem wyrzucone w kosmos połacie słonecznej materii. Ostatnie analizy uprzytomniły załodze stacji, że wskutek nieoczekiwanego kolapsu do eksplozji dojdzie wcześniej niż przewidywano. Brakowało czasu i należało dać nogi za pas. „Paracelsus” był gotowy do odlotu, a przyspieszenie startu wywołało ogólne podniecenie, nie mówiąc o organizacyjnym chaosie.
      — Cóż, mam przed sobą tydzień życia, nie ma co owijać w bawełnę — rzekłem z pozorną beztroską, wkładając ręce do kieszeni zgniłozielonych roboczych spodni. — Potem bazę szlag trafi, a mnie razem z nią, bo stąd nie ma ucieczki.
      Jeśli sądziłem, że poruszą niebo i ziemię, żeby kumpla wyciągnąć z bagna, to się myliłem. Postawili na mnie krzyżyk. Powinienem był tarzać się, lamentować, z rozpaczą wyrywać sobie włosy i z desperacją krzyczeć „Koledzy, ratujcie!”, ale doskonale wiedziałem, że nic by to nie dało. Byli ślepi i głusi na moje nieszczęście. Zrezygnowałem więc z tanich popisów. Nie chciałem się ośmieszać. Skoro miałem odejść z tego świata, to z dumnie uniesioną głową.
      — A dlaczego wróciłeś na „Meduzę”? — tamten przyglądał mi się z podejrzliwą uwagą, jakbym właśnie się przyznał, że od dziecka męczyła mnie mania samobójcza. — Co to był za numer? Nie zgłosiłeś, że opuszczasz pokłady „Paracelsusa”…
      Spojrzałem prawdzie w oczy.
      — Chwila słabości, chciałem odszukać i zabrać kota, myślałem, że zdążę — przyznałem się, rumieniąc jak malec. I dodałem: — Nie wyszło, trudno, żyje się raz, miałem pecha…
      W moim głosie zabrzmiała podejrzana nuta, ale to nie miało żadnego znaczenia. Oczekiwałem cudu z ich strony, a oni musieli martwić się o własne tyłki.




09.10.2010 :: 15:46
Link |  | Główna


„Schody” Zbigniewa Michalskiego


      Sobota, 9 października. W Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mielcu ma miejsce promocja najnowszego tomiku poezji Zbigniewa Michalskiego. Tytuł zbioru „Schody”. Wiersze recytują Dorota Kwoka i Stach Ożóg z Rzeszowa. Ze Stalowej Woli przybywają Małgorzata Żurecka i Kazimierz Linda. Małgosia w imieniu zarządu rzeszowskiego oddziału ZLP wręcza Zbyszkowi kwiaty.



10.10.2010 :: 10:39
Link |  | Główna


Kulminacja akcji w „Supernowej”


Supernowa      Nicole przejęła inicjatywę, popisując się z werwą na moich biodrach. W pozycji jeźdźca była bez zarzutu. Emma i Lucy z wdziękiem jej sekundowały, dodając smaczku scenie ujeżdżania mustanga. Nim jednak doszliśmy do finału, do gabinetu sfrunęła ważka wysłana przez główny komputer. Jill była wyposażona również w mniejsze i większe pająki. Nazywaliśmy te sztuczne owady szpiegami, bo docierały tam, gdzie nie miała zasięgu.
      — Stacja zagrożona — usłyszałem jej opanowany głos. — Zmaterializował się w pobliżu większy od „Meduzy” statek obcych podobny w konstrukcji do tamtego z Notosa. Widzę za nim kilkanaście mniejszych pancerników. Z drugiej strony to samo. Znaleźliśmy się w ogniu walki…
      — W takim razie trzeba stąd spylać — wyjąkałem, zrywając się, odsuwając od siebie Nicole i nieporadnie wskakując w szorty. Trzepotało mi serce. — Same hiobowe wieści.
      — Atakują „Meduzę” — dobiegł mnie gasnący głos Jill. To było ostatnie, co usłyszałem, bo rozpętało się piekło.
      Fruwająca po gabinecie pijana ważka cudem omijała moją głowę. Wreszcie z impetem uderzyła w ścianę i upadła na posadzkę, a tam znieruchomiała.
      Zamigotały i zgasły światła, lecz zaraz włączyło się oświetlenie awaryjne. Korytarzem pędziło stado rozwścieczonych pawianów, wydających krótkie ostre odgłosy. Ich długie ostre zęby odstraszały. Rozpryskiwały się po kolei na niewidocznej przeszkodzie, wywołując snopy iskier. W chwilę później z drugiej strony ujrzałem młode tyranozaury. Instynktownie się cofnąłem, kryjąc w drzwiach pawilonu „K”. Posłyszałem szmer i szybko się obejrzałem. Nicole z dzikim spojrzeniem w oczach zamierzała mnie ugodzić szpikulcem do lodu. Strzeliłem ją pięścią w pysk i wyskoczyłem na korytarz, próbując domknąć drzwi. Osaczono mnie ze wszystkich stron.
      Ostatni tyranozaur przebiegł w podskokach, prawie się o mnie ocierając.
      — To koniec — wycharczałem. Traciłem zimną krew. W trzęsącej się ręce trzymałem wyrwany androidowi szpikulec, jedyne narządzie obrony. Był powleczony srebrem i miał rzeźbioną rękojeść z masy perłowej.
      Stuliłem uszy i pognałem na górę, chcąc w pierwszej kolejności uratować kota. Pomieszczenie obok sterowni było jednak zamknięte.
      — Jill, otwórz, proszę! — jęknąłem w skrajnej rozpaczy.
      Za mną po ścianach korytarza biegły złowrogie cienie. Ujrzałem silny rozbłysk wystrzału i odruchowo klapnąłem na posadzkę, żeby się uchylić. Świetlisty krąg dopadł drzwi, wybijając w nich duży otwór. Szpikulec z brzękiem potoczył się w stronę obcych i cienie raptem umknęły. Miałem nadzieję, że będę szybszy od tych drani. Wpadłem do środka, złapałem zdezorientowanego Gingera i pognałem z nim do hali lotów.
      Ślizgacz stał tam, gdzie go zostawiłem. Wskoczyłem do środka i zadyszany rzuciłem do Nawigatora:
      — Odlatujemy! I to już!
      Zasklepiła się kabina pilota.
      — Twoja Jill nie odpowiada na wezwania do otwarcia śluzy — powiadomił o przeszkodzie.
      — Poradź sobie sam! — rozpaczliwie krzyknąłem, wypuszczając z rąk szarpiącego się kocura.
      Wywołał znaczące się połyskliwą zielenią pole energetyczne i owalna brama do śluzy, a potem druga, prowadząca na zewnątrz stały się na chwilę przenikalne. Błyskawicznie wyrwaliśmy się z bazy i dopiero wtedy ujrzałem okręty kosmiczne obcych. Widok był imponujący. Przed moimi oczyma roztaczała się cała flotylla. Kilka pocisków otarło się o mój ślizgacz, ale ten okazał się odporny na ataki. Navi ostrą spiralą popłynął w górę i ujrzałem ze zgrozą, jak poznaczoną siatką wyładowań „Meduzę” rozsadzają płomienie ognia. Poczułem ukłucie żalu. Requiem aeternam!.. Towarzysząca mi wiernie Jill przestała istnieć. Przetarłem drżącą ręką zroszone czoło. Miałem szczęście, że zdążyłem.
      — Kieruję się w stronę Układu Słonecznego — beznamiętnie oznajmił Nawigator. Myślące maszyny obcych nie wpadały w histerię.



16.10.2010 :: 09:00
Link |  | Główna


„Supernowa” on-line


      Mikropowieść „Supernowa” ma już własną stronę i jest dostępna w całości on-line. Znalazła miejsce w serwisie "Przyloty na Ziemię" jako ósmy z kolei utwór z prezentowanego tam cyklu SF.

      Zobacz: ...>>>

 


23.10.2010 :: 13:44
Link |  | Główna


Moje wiersze w Radiu Rzeszów


Beata Zarembianka
      Niedziela, 24 października. W półgodzinnej audycji radiowej „Słowa”, trwającej zgodnie z ramówką od godz. 16:08 do 16:35, są prezentowane moje erotyki. Audycję prowadzi Beata Zarembianka, aktorka Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie (znana m.in. z telewizyjnego serialu „Na wspólnej”). Jej umiejętność stwarzania nastroju sprawia, że słucham własnych utworów z prawdziwym przejęciem i wzruszeniem.

      A oto jeden z tych erotyków:

Wyznanie

Nie usłyszysz dźwięku gitary,
nie obdarzę Cię kwiatów naręczem,
ale wyślę słów moich flary,
w kształcie serca otoczą Cię wieńcem.

Nie zamówię kolacji przy świecach,
nie zaproszę pianisty we fraku,
morzem słów Twoją postać ukwiecę,
dodam barw jak na płótnach Kossaków.

Nie uczynię Ci raju aresztem,
nie wynajmę hotelu w tropikach,
lecz zabiorę Cię na wyspy wieszcze,
nieśmiertelność dam Ci w lirykach.


24.10.2010 :: 21:00
Link |  | Główna