EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(84)
Publikacje(39)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Czas ruszać w drogę, czyli początek dziewiątego rozdziału


Fragment „Buntu androidów”

      Na poszarpanym skalistym zboczu trzymał niewielki mróz i leżały podtopione płaty śniegu, jednak w dolinach panowało lato. Dwa złote słońca rzucały rozszczepione cienie. Rysował się na niebie niby ostrzeżenie srebrzysty dysk, zdający się konkurować z białymi obłokami i kluczami przelatujących ptaków. Nad łąką pracowicie krążyły owady. Roiło się od kolorowych motyli i ogromnych ważek, pod których ciężarem uginały się łodyżki kwiatów. Jedna z nich przysiadła mi przyjaźnie na otwartej dłoni i mogłem uważnie jej się przyjrzeć. Delikatne przeźroczyste skrzydełka mieniły się kolorami tęczy.
      Trenowałem z grupą szturmową z pierwszego poziomu na rozświetlonej blaskiem słonecznym leśnej polanie, leżącej daleko na wschód od naszego mocno ośnieżonego górskiego kurortu. Należało rozgrzać się przed walką. Było tu cicho, spokojnie i w miarę bezpiecznie. Jednak licho nie spało. Śledziłem z pewnym niepokojem krążącego nad polaną uskrzydlonego drapieżnika. Z pozoru nie zajmowało go to, co działo się w dole. Był podejrzanie duży i mógł okazać się groźny. Dziewicza Neeida tętniła życiem, a na trawiastych sawannach, które oglądałem w czasie zwiadowczego lotu, pasły się ogromne stada dziko żyjących zwierząt, przypominających bawoły, antylopy i gazele. Mijałem też gromady dinozaurów. Wszechwładna natura szafowała tu obficiej niż na globie ziemskim i wpadały mi w oczy nieznane tam gatunki, pośrednie między archaicznymi gadami a późniejszymi ssakami. Może nawet straszyły latające smoki, ziejące ogniem z brzydkich pysków?
      Zaliczyłem z drużyną strzelanie do celu różnej klasy ładunkami, osobistą integrację z bronią, by wreszcie przejść do testowania niewidocznych osłon energetycznych. Poszło mi jak po maśle. Byliśmy wyposażeni w lekkie, ale groźne karabinki oraz mocowane na przedramieniu wielofunkcyjne automaty. Przyklejone do kącika ust wielkości pieprzyka komunikatory pozwalały wymieniać lakoniczne uwagi na odległość, rzecz przydatna, gdy agenci w terenie nie widzieli się nawzajem. Pozostały jeszcze do odfajkowania nocne działania zaczepno-obronne. Należało sprawdzić, jak doborowy zespół radzi sobie w zupełnych ciemnościach, w rzęsistym deszczu i w bagnistym terenie.
      Agenci wyrwali mi się spod kontroli. Zdradzający myśliwskie zapędy chłopacy dostrzegli w podczerwieni przyczajonego zwierzaka i skoczyła im adrenalina. Za mym cichym przyzwoleniem zniknęli w chaszczach, żeby go dopaść. Wsłuchiwałem się w ich spokojną wymianę zdań i czekałem, kiedy wrócą. Żałowałem, że nie kazałem z kurortu zabrać magicznego oka. Sterowany mentalnie niby-pająk z napędem grawitacyjnym swobodnie unosił się w powietrzu, a kamery pozwalały szybko przeczesać przestrzeń i wyłowić każdy większy obiekt.


02.10.2011 :: 19:00
Link |  | Bunt androidów


Na zboczu Dekstecyzy (Bunt androidów)


      Wehikuł miękko opadł na gładki prostokąt lądowiska obok oszałamiającej rezydencji, kontrastującej nowoczesnym wyglądem z surowym otoczeniem. Okolony opadającym w dół lasem iglastym oszklony dwupoziomowy budynek z szerokim podworcem wbijał się w skaliste zbocze Dekstecyzy. Za nią rysowały się w tle wyższe, mocno ośnieżone szczyty. Wchodziło się tu jak do okrzyczanego wielogwiazdkowego hotelu w Nowym Jorku, Genewie czy Dubaju. Luksusowo urządzony hol był utrzymany w ciepłych pastelowych kolorach. Witały w różnokształtnych donicach egzotyczne rośliny i kwiaty, a miękkie fotele zapraszały do wypoczynku. Dalej była wytworna restauracja ze stolikami dla około dwudziestu osób, ze szklanymi żyrandolami na zdobionym freskami suficie, obsługiwana przez oryginalnego w wyglądzie przegubowego robota. Nie brakowało pływalni, sali do ćwiczeń fizycznych i sauny. Apartamentów na piętrze też było około dwudziestu. W ściennej szafie znalazłem stroje na mój rozmiar. Wisiało kilka garniturów, jeden biały, a nawet smoking na wieczorowe okazje. Naszpikowany elektroniką system błyskawicznie dostosowywał się do potrzeb gości, z jakiej by nie byli planety i wyczuwało się tu rękę mistrzów z trzeciego poziomu. Ktoś, kto stworzył ten ośrodek, doskonale wiedział, co robi.
      Wybrałem wygodny zestaw półsportowy, złożony z płóciennych spodni i koszulki polo, po czym z rękami w kieszeniach udałem się na obiad. Dałem wszystkim wolne do wieczora, więc w restauracji towarzyszyła mi wiernie tylko Lena, nie mająca pomysłu na popołudnie. Tom i Sam poszli popływać, Harry nie wystawił nosa z pokoju, a Bruno zajrzał na chwilę, by powiedzieć, że chce pokręcić się po żywicznym lesie, który kojarzył mu się z borami świerkowo-jodłowymi północnej Kanady. Blondaska miała na sobie szerokie, wcięte w pasie spodnie i równie szeroką bluzę z kapturem — szare luzackie ciuchy, kryjące jej kobiece kształty. Nie epatowała mnie swoją urodą, więc czułem się swobodniej. Silący się na maestrię patykowaty robot odwracał zresztą moją uwagę od cichej partnerki, z wirtuozerią podając nam do stołu i zabawnie komentując podawane potrawy.


16.10.2011 :: 19:30
Link |  | Bunt androidów


Zjawiskowa agentka


Fragment „Buntu androidów”

      Zjawiskowa agentka zaskoczyła mnie dopiero wieczorem. Do umówionej kolacji zasiedliśmy w kameralnej sali stylizowanej na saloon z westernów. Zrezygnowałem z eleganckiego pokoju koktajlowego z krępującymi ruchy wysokimi krzesłami przy stolikach. Nie czulibyśmy się tam swobodnie. Wyłożone przypalonym drewnem ściany i podpory zdobiły akcesoria kowbojskie, bandamki, pasy z kaburami, rewolwery, lassa, noże, siodła i ostrogi. Na szczęście, nie zalatywało końskim łajnem. Bruno z łobuzerskim uśmiechem przypiął mi do koszuli błyszczącą gwiazdę szeryfa i poczułem się, jakbym był na Dzikim Zachodzie. Na Lenę musieliśmy długo czekać, spóźniała się jak to kobieta, a kiedy wreszcie się pojawiła, jej skąpa kreacja zwaliła nas z nóg. Nasz rodzynek miał na sobie jedynie kuse dżinsowe spodenki i czarny sportowy biustonosz. Nawet Tom, rzucający z zacięciem lotkami do przypiętego do okrągłej tarczy zdjęcia Kasandry, zamarł w bezruchu, nie mogąc oderwać od wzroku od dziewczyny. Szczęka opadła mi z wrażenia.
      — Zaspałam — półnagi kociak wytłumaczył się, siadając na zydelku przy okopconym stole, podpierając się na łokciu i sięgając po kufel z piwem.
      Harry pieszczotliwie nałożył jej na tył głowy kapelusz kowbojski, którym się wachlował, było jej w nim do twarzy, ale skarcony moim spojrzeniem zaraz go zdjął. Samuel z kamienną twarzą postawił przed nią czysty talerz, przysunął salaterkę z sałatką, a potem pognał po porcje mięsa z grilla. Bruno niby chiński kelner podał sennej damie sztućce.
      Nie bawiły mnie ich sztubackie popisy. Stare konie, a zachowywali się jak szczeniaki. Wystarczyło, że ujrzeli młódkę świecącą golizną, a już obłąkańczo prześcigali się w zalotach. Byłem daleki od tego, by takiej podfruwajce dać się omotać. „Strzel się!” — posępnie mruknąłem do niej w myślach. Z malującym się na twarzy dobrze zagranym zaaferowaniem podniosłem się zza masywnego stołu i ulotniłem po angielsku, czmychając przez kryjącą się w półmroku restaurację. W luksusowym holu niby w bezpiecznym porcie nie groził mi zniewalający śpiew syren ze spienionych morskich głębin. Rozsiadłem się w kącie przed szerokoekranowym monitorem z wyrazistymi zdjęciami uroczych plaż tropikalnych. Cieszyły oczy nadmorskie piaski w różnych kolorach — od całkiem białego, przez odcienie pomarańczy i różu, po fiolet i czerń.
      Rzuciłem półgłosem hasło „Gelanin” i inteligentny moduł podsunął mi kilka krótkich filmów o tej rozumnej rasie, górującej nad ziemską pod względem rozwoju o dobrych kilka stuleci. Pobiegłem myślami w stronę Go-Tona.
      Osowiała Lena znalazła mnie w tym zaciszu, z podwiniętymi nogami opadła na stojący obok sapiący fotel ze skóry, a potem niewidzącym wzrokiem zapatrzyła się w ekran, jakby był bramą do świata bez granic. Nie udało jej się przegonić resztek snu. Uzmysłowiłem sobie, że zawsze wybiera moje towarzystwo i to odkrycie połechtało moją męską dumę. Kątem oka zlustrowałem czarowny profil, a skonane spojrzenie zdradziło mi, co ją gnębi. W nieogarnionym wszechświecie, ani w tej, ani w innych galaktykach, nie było miejsca, które ten słodki cukiereczek mógłby pieszczotliwie nazwać swoim domem. Home! Jakież to piękne słowo! Czuła się niepotrzebna, samotna jak palec i bezwiednie szukała w kimś oparcia. Wstydliwie podrapałem się za uchem. Mimo iż przyłożyłem rękę do jej niezwykłych kosmicznych narodzin, nie potrafiłem jej go zapewnić.
      Wystrzałowa uparciucha była jednak innego zdania, bo kiedy pożegnałem przestronny hol i udałem się do komfortowego numeru na piętrze, dotarła tam za mną niczym barka dopływająca do przystani. Ciągnęła jak ćma do światła, za nic mając linię demarkacyjną między nami. Może wypiła za dużo piwa? Z olimpijskim spokojem spoczywałem na zarzuconym poduszkami szerokim łóżku z królewskim baldachimem, przy stonowanym świetle podziwiając dzieło niedościgłego dekoratora wnętrz. Nie minął kwadrans, kiedy mieszczące się naprzeciw mnie gościnne drzwi ustąpiły. Rajski ptak nieśmiało zajrzał, sprawdzając, co porabiam i bacznie lustrując zdobione kosztownymi meblami sanktuarium, a potem decydując się na inwazję.
      — Hej, szefie! — niepewnie rzuciła na powitanie. — Mogę?!
      Odetchnęła z ulgą, widząc, że jestem sam. Weszła, a drzwi za nią cicho się zasunęły. Trzymała w dłoniach dwie salaterki z bitą śmietaną i wisienkami na wierzchu.
      — Jasne! Wejdź! Przyniosłaś mi deser? — zdziwiłem się. — Nie musiałaś!
      Z uwagą śledziłem wzrokiem jej szczupłą sylwetkę. Ominęła stojący na posadzce ogromny globus w brązowej obudowie i pochylając się, ostrożnie postawiła salaterki na stylowym mahoniowym stoliczku. Zdążyła odświeżyć się i przebrać, a miała na sobie tylko ściągnięty w talii płaszcz kąpielowy.
      — Deser? Nie, siebie! — filuternie sprostowała, nieruchomiejąc przede mną i prowokacyjnie zaglądając mi w oczy.
      Nim zdecydowałem się na kolejny unik, jej wiotkie okrycie niby pod wpływem magicznego zaklęcia zsunęło się z gładkich ramion na marmurową posadzkę, odsłaniając nieskazitelnie wyrzeźbione ciało. Przeszył mnie szaleńczy dreszcz pożądania. Nie spodziewałem się żadnego ekscytującego spektaklu i jak sprężyna zerwałem się z posłania. Czyżby boska Afrodyta wynurzyła się z piany morskiej? Gdzież tam Afrodyta! Kształty tego apetycznego dziewczęcia były znacznie doskonalsze.
      Z niedowierzaniem ją objąłem i dotknąłem drżącą ręką złotych włosów, pragnąc się upewnić, że to, co widzę, nie jest iluzją. Nie miałem przecież czarodziejskiej różdżki. Olśniewająco piękna Lena nie grała roli dumnej księżniczki i nie żądała, bym zabiegał o jej względy, lecz jak uległa niewolnica podawała mi siebie na tacy. Wróciły mi przed oczy Babilon i Suza oraz tamtejsze pociągające kobiety. Moja ponętna przyjaciółka i kochanka, Barsine, córka satrapy frygijskiego, uwielbiała rozpustnie tańczyć przede mną i z wdziękiem się obnażać, jak również umilać mi czas pochodzącym z Afryki tańcem brzucha. Nie powiem, żeby jej pląsy nie rozpalały mi zmysłów.
      — Nie chcę wbijać się klinem między ciebie a agentów — cichutko szepnęła, pragnąc się wytłumaczyć. Szukając azylu, łamała przecież nasze surowe reguły gry.
      Pieszczotliwie zamknąłem jej dłonią usta. W takich okolicznościach słowa niewiele znaczyły i lepiej ich było nie wypowiadać.


19.10.2011 :: 09:00
Link |  | Bunt androidów


Na rzeszowskiej Baranówce


      Piątek, 21 października 2011 r. Jestem w Klubie „Karton” na rzeszowskiej Baranówce. Zaproszony przez Dorotę Kwokę, uczestniczę w promocji wydanych tomików poetyckich. Razem z Dorotą prezentują swoją twórczość Mieczysław Działowski z Mielca i Zdzisław Stokłosa z Rzeszowa. Obok mnie z Rzeszowskiego Oddziału ZLP w tej imprezie biorą udział Adam Decowski i Bogusław Kotula. Rozmawiamy w kuluarach o planowanym spotkaniu integracyjnym zarządu.
      Do Rzeszowa i z powrotem jadę z Mielca nowiutkim citroenem Berlingo z Samorządowego Centrum Kultury w towarzystwie kilku członków Grupy Literackiej „Słowo”. W drodze powrotnej Zbigniew Michalski, prezes GL „Słowo”, barwnie opowiada o związkach znanego działacza związkowego, Mariana Krzaklewskiego, z mijaną Kolbuszową.


21.10.2011 :: 21:30
Link |  | Imprezy kulturalne


Srebrny jubileusz „Wzrastania”


      Sobota, 29 października 2011 r., Brzesko. Uczestniczę w obchodach 25-lecia powstania miesięcznika „Wzrastanie”. Są one połączone z inauguracją roku akademickiego Małopolskiej Szkoły Wyższej w Brzesku. Celebracji eucharystycznej przewodniczy ks. bp Władysław Bobowski, on też prowadzi wykład inauguracyjny. Ponieważ w latach 1986-1994 byłem związany z redakcją tego pisma dla młodzieży, otrzymuję pięknie oprawiony dyplom uznania. Spotykam tych, z którymi wówczas współredagowałem ten periodyk: obok ks. Zygmunta Bochenka, Halinę Bednarczyk i Andrzeja Trybulskiego. W inspirującym środowisku „Wzrastania” rodziły się moje książki dla młodzieży: „Randka i inne opowiadania”, powieść „Wakacje w Izraelu”, dramat „Szukanie Boga” i „Z oazą na ty. Vademecum animatora Ruchu Światło-Życie”.




29.10.2011 :: 21:30
Link |  | Imprezy kulturalne