EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(83)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Jesień


      I nadeszła kolejna jesień ze swymi kaprysami, zmienną aurą i niepogodą. Pierwszy dzień tej raczej niechcianej pory roku przypadł w piątek, 23 września. Za oknem jest przeważnie szaro i buro. Cieszą jedynie dary jesieni, a zwłaszcza kolorowe liście, których żywot jest jednak krótki. Schną szybko lub mokną w deszczu. W ostatni weekend października zmieni się czas na zimowy.
      Myślami jestem wciąż w tropikach. Wirtualnych, ma się rozumieć, bo na planecie Eufemia w Galaktyce Trójkąta. Otwieram plik z powieścią „Enbargonki”, dokonując drobnych uzupełnień. W tamtym gorącym słońcu, w kurorcie na brzegu morza, życie zdaje się biec inaczej, radośniej i pogodniej. Ale to przecież tylko fikcja.

01.10.2016 :: 00:00
Link |  | Cztery pory roku


Na hawajskiej wyspie Oʻahu


      TVN7 zaczęła wyświetlać serial „Zagubieni” („Lost”). Jest to już kolejna telewizyjna emisja tej niezwykłej produkcji, łączącej elementy przygodowe i SF. Serial pochodzi sprzed około dziesięciu lat, odcinek pilotażowy wyświetlono już w 2004 r., więc jest znany, a poza tym zdobył sobie dużą popularność. Tym niemniej z przyjemnością obejrzałem pierwsze odcinki, których dotąd nie widziałem. Opowiada on tragiczną historię pasażerów pechowego lotu z Sydney do Los Angeles. Ich samolot rozbija się na z pozoru bezludnej tajemniczej wyspie, pokrytej tropikalną dżunglą oraz pełnej klifów i plaż. Serial był kręcony na wyspie Oʻahu w Archipelagu Hawajów. Warto odnotować, że w przepięknej scenerii tej wyspy — w rzeczywistości zamieszkałej, mieści się na niej stolica Hawajów, Honolulu — powstało wiele filmów, a między innymi osławiony „Avatar”.
      Ciągnie mnie w stronę Hawajów, bo tam toczyłaby się akcja mojej kolejnej powieści, o ile wróciłbym do wątku fantastyczno-naukowego podjętego w „Syrenach z Cat Island”. Z Bahamów i Miami na ten odległy archipelag na Pacyfiku? Byłoby to interesujące.

07.10.2016 :: 19:20
Link |  | Recenzje filmowe


Czy muszę rumienić się przy śniadaniu?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Miriam otworzyła oczy. Włosy miała potargane, jednak wieczorny makijaż zniknął z jej twarzy. Wyglądała świeżo, choć przecież dopiero co się obudziła.
      — Hej, myszko! Mam lukę w pamięci — rzekłem, całując jej gładkie ramię, a potem usta. — Co właściwie wczoraj robiłem? Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?    
      Jacqueline też się obudziła. Przeciągnęła się czarownie. Jej cudowne piersi wyłoniły się spod nakrycia. Były doskonałe. Lubiłem cieszyć się nimi i pieścić jej wzrokiem.
      — Najpierw tańczyłeś solo i śpiewałeś, a potem próbowałeś zasnąć na stole. Uważałeś, że to twoje łóżko. Sporo wypiłeś. Wcześniej dopiąłeś się do Agnes. Wylałeś jej na głowę butelkę brandy i twierdziłeś, że jest Kleopatrą kąpiącą się w oślim mleku. Pomogłyśmy ci wrócić do sypialni, bo sam nie dałbyś rady.
      Zaniepokoiłem się nie na żarty.
      — O zgrozo! To fatalnie wypadłem. Czy muszę rumienić się przy śniadaniu?
      Anielice spojrzały po sobie. Przekornie parsknęły śmiechem.
      — Nie, nie musisz się wstydzić — uspokoiła mnie blondynka. — Przecież niezły z ciebie szpaner. Bijesz wszystkich na głowę.
      Pojąłem, że przekomarzają się ze mną.
      — Rany koguta! Mówcie prawdę!
      — Co tu kryć, byłeś śmieszny — Jacqueline przyznała bez ogródek. — Ważne, że dobrze się bawiłeś. Jak my wszystkie.
      Spojrzały po sobie i znowu parsknęły śmiechem.
      — Co znowu? Oby was pokręciło!
      — Nie, nic! Nie przejmuj się, herosie! — pocieszyła mnie brunetka.
      — A co śpiewałem? Hymn Unii Solarnej? Coś z marsjańskich hitów? Jakiś znany przebój?
      — Nie. Stary song o tych, co trudzą się na lądzie, morzu i w powietrzu…
      — Doprawdy? Niech to kule biją!
      Podniosłem się z łóżka. Psiamać, gorzej być nie mogło. Miałem nogi do chóru, a głos do baletu. Nie nadawałem się na wokalistę. Operowe arie nie wchodziły w grę. Co najwyżej mogłem nieudolnie rapować. A tej przyśpiewki w moim wykonaniu nie dawało się w ogóle słuchać i lepiej było mieć zatkane uszy. Nigdy nie próbowałem popisywać się nią publicznie, bo skompromitowałbym się do cna. Zataczano by się ze śmiechu.
      — Nie smuć się, muzyka łagodzi obyczaje… — zaczepnie parsknęła Miriam.
      — I łączy pokolenia! — przekornie zawtórowała jej Jacqueline.
      — Jędze! — stęknąłem, ale bez przekonania. — Nigdy tego nie odkręcę.
      — Nie sztuką jest śpiewać, jak się umie, sztuką jest śpiewać, jak się nie umie — niesfornie rzuciła blondynka.
      Skryłem się w łazience. Gdy odświeżony wróciłem, królowych nocy już nie było. Wyniosły się bez słowa, zabierając rozrzucone z wieczora części garderoby. Przywitało mnie jedynie zasłane przez nie łóżko. Pierwszy raz zrobił to ktoś porządnie.


28.10.2016 :: 14:16
Link |  | Enbargonki


Po co są książki?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      W mahoniowej biblioteczce znalazłem dwa rzędy starannie wydanych papierowych książek. Były tu interaktywne atlasy różnych ciał niebieskich Układu Słonecznego, od Merkurego po planety i księżyce w Pasie Kuipera, animowane komiksy, tomy poezji i prozy oraz zbiory bajek. Wpadł mi w oczy „Mały Książę” Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Tę ostatnią książeczkę wyjąłem i zacząłem kartkować. Była zdobiona oryginalnymi ilustracjami z XX wieku. Olśniło mnie. Udałem się z nią do sypialni i rzuciłem na łóżko. Otworzyłem na chybił trafił i wytężyłem umysł. Nie, nie, nie zamierzałem jej czytać, co nie znaczyło, że nie żywiłem szacunku do tego francuskiego pisarza, jej autora, bo przecież był lotnikiem. Pomny mych umiejętności, których nie zdążyłem dotąd rozwinąć, próbowałem siłą woli przewracać stronice.
      Coś drgnęło. Kartka, na której skupiłem uwagę, zaczęła dygotać, aż wreszcie odrobinę się uniosła. Naparłem na nią z całej siły.
      — Rusz się, poczwaro! — warknąłem przez zaciśnięte usta. Poczułem, że się pocę.
      Męczyłem się tak kilka minut, próbując różnych sposobów, aż wreszcie papier mi uległ. Posłuszna kartka przewróciła się na drugą stronę.
      — Potrafię! — rozpromieniłem się i z zadowoleniem zatarłem ręce. Pojąłem wreszcie, jak to robić. Nie musiałem się wcale wysilać.
      Zerwałem się i odtańczyłem wokół łóżka niby wokół plemiennego ogniska indiański taniec zwycięstwa. Brakowało mi tylko dzidy i pióropusza. Moje madonny nie kłamały, miałem tego namacalny dowód. Enbargoni wyposażyli mnie w uzdolnienia parapsychiczne. Powinienem był nad nimi popracować.


30.10.2016 :: 17:46
Link |  | Enbargonki