EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(83)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









„Kuligu” ciąg dalszy


Przeszlifowałem opowiadanie „Kulig” z tomiku „Randka” i nieoczekiwanie przyszedł mi do głowy pomysł na ciąg dalszy. No, ale tomik z tymi tekstami został już wydany i trudno do niego coś dorzucać. A tak by to wyglądało...


      Dojechali do miasteczka, mijając ulepionego w sobotę bałwana. Sterczał tam, gdzie go postawili. Przed szkołą w zamieszaniu Diana otarła się o Marka. Ślicznie wyglądała w zielonej wełnianej czapeczce, spod której wydobywały się blond włosy.
      Nie obyło się bez zaczepki.
      — Jeszcze gniewasz się, Supermanie? — psotnie zapytała, figlarnie zaglądając mu w oczy.
      Obejrzał się za Kasią. Odchodziła w towarzystwie Kingi i Rity. Obojętnie wzruszył ramionami.
      — A co? Pewnie chcesz mnie przeprosić? — gniewnie odparował, odruchowo zaciskając piąstki.
      — Nie dąsaj się, przeholowałam, przepraszam! — popisała się z wdziękiem, omal przed nim nie tańcząc. Niespodziewanie cmoknęła go w policzek.
      Była tak niewinna i świeża, że nie mógł się nie uśmiechnąć. Runął nagle mur, którym się otoczył.
      — Czy to ty, czy mi się wydaje? — wymamrotał ze zdumieniem. — To nie jesteś… — zająknął się.
      — No jasne... — pogodnie potwierdziła. Zdjęła czapeczkę, poprawiła włosy i znowu ją założyła. — Zadzwonię do ciebie — rzekła po chwili milczenia. — Może wybralibyśmy się razem do kina? — pytająco zajrzała mu w oczy. Kuła żelazo póki gorące. — Dziś wieczorem?
      Wypuścił z siebie powietrze. Chyba miał bzika na jej punkcie. Pomyślał o niedzielnej Mszy świętej dla młodzieży, na którą zapraszała go Kasia.
      — Czemu nie? Zadzwoń! — układnie się zgodził. Miał zamiar dodać „Albo ja do ciebie zadzwonię!”, ale uznał, że to niepotrzebne.
      Zresztą nie zdążył.
      — Yip-eee-tee-yi-yo! — wydała dziki okrzyk radości. Opuściła go w podskokach, podbiegając do furgonetki i zabierając swój plecak. Pomachała mu ręką na pożegnanie. Zauważył, że Bartek z Grześkiem pobiegli za nią, ale tym się nie przejął.
      Zaprzężone sanie odjeżdżały.
      — Kompletna wariatka — płochliwie mruknął, usiłując pozbierać myśli.
      Kusiło go, żeby ulepić gałkę i cisnąć nią w Dianę, ale obawiał się, że może nie trafić. Pożegnał wzrokiem budynek szkolny, którego tynkowane mury znaczyły mokre plamy. Świeciło słońce i temperatura skoczyła o kilka stopni. Zbliżało się południe i było powyżej zera.
      Pociągnął swoje sanki, przeganiając nurtujące go wątpliwości.
      — Do licha! — miauknął. — Czym tu się przejmować? Koń ma wielki łeb, niech się martwi.
      Ruszył ostro do przodu. Usiłował sobie uprzytomnić, co grają w kinie i zabiło mu mocniej serce. Szło „Przeminęło z wiatrem”. Wcześniej musiał odrobić lekcje. Kasię, Kingę i Ritę dostrzegł w oddali, lecz nie zamierzał ich doganiać. Stracił ochotę na Mszę dla młodzieży.




11.11.2010 :: 11:53
Link |  | Główna


Posłuchaj wiatru…


      Sobota, 13 listopada. W Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mielcu odbywa się wieczór autorski Janusza Kapuścińskiego. Promuje swój pierwszy tomik wierszy „Posłuchaj wiatru, posłuchaj”. Utwory recytują gimnazjaliści, a na gitarze nastrojowo gra i śpiewa znakomity w roli barda Marek Paprocki, dyrektor szkoły, w której Janusz Kapuściński pracował jako nauczyciel, a zarazem przewodniczący rady powiatu mieleckiego upływającej kadencji.



13.11.2010 :: 22:00
Link |  | Główna


Kłopoty ze wzrokiem


(monolog satyryczny)

      Przed oszklonymi drzwiami księgarni siedział młody wilczur. Minąłem go w drodze do kiosku z gazetami. Obrzucił mnie pełnym wyższości spojrzeniem tak inteligentnym, że przeszły mnie ciarki. Kupiłem papierosy. Kiedy odchodziłem od lady, dopadła mnie myśl, że jego właścicielka jest studentką, a ten pupil wziął mnie za matoła. Psy jednak nie gapiły się z góry na ludzi i wywnioskowałem, że musiało mi się coś przywidzieć.
      Znalazłem się z powrotem przed księgarnią, czujnie zezując w stronę podejrzanego czworonoga. Wilczur ze wzgardą odwrócił się ode mnie, dając do zrozumienia, że rozmawia przez komórkę. Serce zabiło mi jak szalone, bowiem uprzytomniłem sobie, że zwierzęta nie gadają przez telefon. W ogóle nie gadają. Korba mi odbiła, czy co? Szedłem sztywny jak kij, jednak po kilkunastu krokach udało mi się opanować rozedrgane nerwy. Zachowałem zimną krew. Wziąłem głębszy oddech i jak na ćwiczeniach w wojsku zrobiłem w tył zwrot. Chciałem zaspokoić ciekawość i przyjrzeć się właścicielce tego zapchlonego kundysa.
      Ku memu zdumieniu wilczura nie było już przed wejściem. Dostrzegłem go nieco dalej. Biegł w stronę placu w towarzystwie mniejszego białego pudla. Nie wyłuskałem wzrokiem żadnej zgrabnej laski. Czyżby to ten mały drań był w księgarni?
      Zatrzymałem się. Pojąłem, że zaczynam gubić się w otaczającej mnie rzeczywistości. Wyjąłem dunhilla, zapalając go drżącą ręką. Zaciągnąłem się dymem, szukając ukojenia. W tej samej chwili rozległ się w mojej głowie złowieszczy alarm. Jak w komputerze, który wykrył wirusa.
      — Jasny gwint! — warknąłem, gasząc papierosa. Od piętnastego nie było wolno kurzyć w publicznych miejscach.
      Wróciłem do mieszkania i z ulgą usiadłem w kuchni przy popielniczce. Wtedy odezwał się telefon.
      — Hau, hau! — usłyszałem w słuchawce.
      Tego mi było za wiele. Zakląłem jak szewc. Świat przewracał się do góry nogami. Zrezygnowany pojąłem, że muszę się napić. Klamka zapadła. Sprawdziłem, ile mam przy sobie i udałem się spacerkiem do ulubionej piwiarni. Ku memu zaskoczeniu psy spod księgarni już tam się rozgościły, jeden zamówił gingera, a drugi żółtego reda.
      Zaszyłem się w kącie, starając się nie stracić ich z pola widzenia. Przy drugim kuflu świat wokół mnie zaczął nabierać barw. Znowu widziałem wszystko ostro. Nie musiałem iść do okulisty. Przetarłem powieki i łypnąłem ku nim z zaciekawieniem. To wcale nie były suczki, jak wcześniej sądziłem, ale zgrabne nastolatki. Brunetka i blondynka.
      Dziewczyny wyszły z pubu, nie zapuściły tam korzeni, ja zaś chwiejnym krokiem udałem się za nimi, chcąc się upewnić, że wzrok nie sprawi mi już kłopotów. Posuwałem się spokojnie i godnie. Nie zamierzałem latać za nimi jak kot z pęcherzem. Skryły się w cukierni. Wszedłem tam bez żadnych obaw, bo w głębi prowadzili dział monopolowy.
      Te młode siedziały przy szarlotkach, rozkosznie paplając. Niestety, znowu traciłem kontakt z rzeczywistością. Nie miały przed sobą słodkich ciastek. Podszedłem bliżej, mimochodem lustrując blat stolika. Bawiły się stosem kolorowych kartoników z tymi… wiecie… kondomami.
      — Koniec świata! — jęknąłem. Krew uderzyła mi do głowy. Byłem dokumentnie pogrzebany. Zrozpaczony kupiłem sobie pół litra, wyszedłem z butelką z cukierni i w najbliższej bramie opróżniłem ją do dna. Włochaty pająk przyglądał mi się z zakurzonej ściany. Rozejrzałem się za białymi myszkami, ale gdzieś się pochowały.
      Potem urwał mi się film. Ocknąłem się dopiero w izbie wytrzeźwień. Okazało się, że zwinęli mnie, bo próbowałem tym laskom założyć obroże. Skąd jednak wziąłem te obroże? Choćbym bardzo chciał, to sobie nie przypomnę.


24.11.2010 :: 11:20
Link |  | Główna