EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(84)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Niby-raj z sylfidami: Agnes


fragment powieści SF „Enbargonki”

      — Hej! — usłyszałem za sobą miły głos. Nerwowo się obejrzałem. Stała za mną blondynka o prostych platynowych włosach, wystarczająco ludzka, bym mógł poczuć się swobodnie. Nie czekały tu na mnie żadne dziwolągi. Odziana w czerwoną sukienkę mini o niewyrafinowanym kroju, zapinaną z przodu na drobne guziczki, pozwoliła mi przez chwilę kontemplować swe długie nogi na obcasach. Stwarzała miłe wrażenie. Była seksy i na pewno nie miała trzydziestki. — Przyleciałeś z Układu Słonecznego? Mam na imię Agnes — rzuciła bez zbędnych wstępów. — I jestem trzecia na liście.
      — William Smith — przedstawiłem się, dbając o maniery. — Co tu robicie? — zapytałem.
      — Pracujemy — skwitowała. — Dopiero się pojawiłeś? Chodź, pokażę ci twój apartament.
      Okazała się bezpośrednia, uczynna i szczera. Jeśli wszystkie mieszkające tu madonny takie były, to nie miałem się czego obawiać. Nie groziło mi, że dostanę po głowie.
      Przeznaczone dla mnie mieszkanko składało się z jasnej sypialni i eleganckiej łazienki. Było duże i mogłoby się w nim z powodzeniem urządzić kilka osób. Przez duże oszklone okna zaglądały egzotyczne kwiaty. Klimatyzacja działała jak należy. Wygodne łoże zapraszało. W szafie ujrzałem trochę letnich ciuchów i miękką piżamę. Czekało tu na mnie kilka par obuwia i domyśliłem się, że wszystko jest na miarę. Przy kabinie regeneracyjnej wisiały płaszcz kąpielowy i ręczniki. Zamieniłem moje masywne, półwojskowe buty, zupełnie nieprzydatne w tym otoczeniu, na miękkie mokasyny.
      Śliczna Agnes z zainteresowaniem mi się przyglądała. Nie sposób było dociec, co o mnie myśli, niemniej jednak z niebieskich oczu wyczytałem, że jej się podobam. Dmuchnął mi wiatr w żagle. Pod tym względem zawsze miałem nosa.
      Zatarłem ręce. Zajrzałem jej figlarnie w oczy. Delikatnie ująłem drobną dłoń, pozwalając sobie na odrobinę poufałości. Nie miała pomalowanych paznokci.
      — Dobra nasza! — rzuciłem, kwitując to, co tu ujrzałem. — To co mam robić, prześliczna madonno?
      Nie wyrwała mi ręki. Uległe poczekała, aż sam ją puszczę.
      — Lunch będzie za godzinę. W międzyczasie możesz obejrzeć ośrodek. Oprowadzi cię Grace. Kieruje tu wszystkim. I jest pierwsza na liście.


02.11.2015 :: 22:00
Link |  | Enbargonki


Niby-raj z sylfidami: Jacqueline


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Obszedłem dookoła rozległy niby-hol, przyglądając się pokrytym modnymi, abstrakcyjnymi płaskorzeźbami ścianom, a potem przez oszklone drzwi wyszedłem nad wcinającą się między urocze pawilony i okoloną palmami pływalnię. Lekki wiatr marszczył taflę wody. Wyciągnąłem się wygodnie na białym leżaku, jakbym był u siebie. Niestety, nie zabrałem ze sobą z Florydy okularów przeciwsłonecznych, gdyż o tym nie pomyślałem. Mogłem kupić je w hotelowym kiosku lub zamówić do pokoju. Na niebie widniała tylko jedna złota gwiazda, więc pojąłem, że trafiłem na inną planetę niż poprzednio. Na tamtej, gdzie mnie leczono po ataku transfugera, świeciły dwa słońca.
      Znowu nie byłem sam.
      — Hej! — poderwała mnie na nogi kolejna tutejsza piękność.
      Olśniewająco piękna brunetka była zupełnie naga, jednak wcale się tym nie przejmowała, jakby brak ubioru był tu czymś normalnym. Czyżby znudzona krążyła po plaży dla nudystów i szukała znajomych? Omal mnie nie zamurowało na jej widok.
      — Jesteś Grace? — wyjąkałem.
      Śmiało do mnie podeszła, chcąc mi się dobrze przyjrzeć, a na jej twarzy pojawił się wyraz aprobaty. Było widać, że przypadłem jej do gustu. Nie czuła się skrępowana moją obecnością i nie zamierzała się wstydzić.
      — Nie, mam na imię Jacqueline i jestem czwarta na liście — wyjaśniła, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
      Cholera, co z tą listą? Nie miałem pojęcia, o co chodzi witającym mnie laluniom.
      Lustrowała mnie z uwagą. Wreszcie uśmiechnęła się, pokazując białe zęby. Miała faktycznie rewelacyjne ciało i przez chwilę musiałem walczyć z oczopląsem. Udało mi się zmusić wzrok, by zawisł na jej uwodzicielskich ustach i nie opadał niżej. Gdyby się ześlizgnął w dół, miałbym poważne kłopoty z rękami.
      — Wyszłaś popływać? — zapytałem jak matoł, zaglądając w jej brązowe oczy.
      Skinęła głową, odruchowo poprawiając włosy.
      — Coś w tym stylu. Na poprawę apetytu przed lunchem.
      Pomyślałem, żeby też skoczyć do wody.
      — Możemy spróbować razem?
      — Nie ma sprawy — odpowiedziała. — Basen jest dla wszystkich. A poza tym ty tu rządzisz.
      Wykonała pokazowy skok ze słupka i strzeliła w górę fontanna dżdżu.
      Szybko się rozebrałem. Na szczęście, miałem na sobie obcisłe slipy. Lekko zsunąłem się do wody, odruchowo sprawdzając temperaturę. Była w sam raz. Akwen miał jakieś trzy metry głębokości. Odbiłem się i popłynąłem crawlem.
      Pokonaliśmy dwie długości, a potem wynurzyliśmy się obok siebie. Mokre włosy oblepiały jej twarz.
      — O co chodzi z tą listą? — zdyszany zapytałem, prychając i lekko unosząc się na powierzchni.
      — Nie wiesz? — zdziwiła się.
      — Nie wiem.
      — W takiej kolejności mamy pójść z tobą do łóżka — wyjaśniła bez cienia zakłopotania. — To w trosce o porządek.
      Zaparło mi dech z wrażenia. Przez chwilę wydawało mi się, że nie opanuję łomotu serca.
      — I ty, Jacqueline, będziesz czwarta?
      Lekko skinęła głową.
      — Jest jeszcze coś, co powinieneś wiedzieć — dorzuciła. — To taki nasz mały sekret.
      — Co takiego?
      — Możesz zmieniać kolejność — zdradziła mi w tajemnicy, jakbym był jej dobrym kumplem, któremu wypada wszystko powiedzieć. — Nie musisz trzymać się listy. — Potem pokazała głową w stronę pawilonu. — Chyba powinieneś wracać na brzeg. Widzę, że Grace już na ciebie czeka. Ma cię powitać w naszym imieniu. Gość w dom, Bóg w dom! — spointowała.
      Zanurkowała i odpłynęła, sunąc jak delfin tuż przy dnie. Gdyby jej przypiąć płetwę ogonową, mogłaby uchodzić za syrenę.
      Nie mieściło mi się to w głowie. Osiem bogiń na jednego faceta? Miałem wrażenie, że trafiłem na główną wygraną na loterii. Czy naprawdę w Układzie Słonecznym nie było odpowiedniejszych mężczyzn? Dlaczego padło właśnie na mnie? Nie umiałem rozwiązać tej zagadki. Wietrzyłem podstęp. Pałętałem się po terytoriach kontrolowanych przez Enbargonów, którzy mogli wykorzystywać swą intelektualną przewagę i pozbawiać mnie orientacji. Co się za tym wszystkim kryło? Może ci dranie lubili igrać z takimi jak ja? Bawić się jak kot z myszką?
      Wydostałem się na brzeg, ociekając wodą. Owinąłem się w biodrach puchatym ręcznikiem, zostawionym na oparciu leżaka.


03.11.2015 :: 09:00
Link |  | Enbargonki


Niby-raj z sylfidami: Grace


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Cierpliwie czekająca na mnie Grace nie przypominała groźnego szefa, któremu nie należy wchodzić w drogę. Tym niemniej budziła respekt. Odrobinę mnie onieśmielała i była zdolna utrzymać mnie na dystans. Świadoma swej urody mogła bez obawy spoglądać na mężczyzn z góry. Lekko kręcące się włosy, ciemna karnacja skóry, nieco krągłe kształty i rewelacyjnie piękne piersi decydowały o jej atutach. Była efektowna i wyglądała tak, jakby ściągnięto ją z planu wyjątkowo drogiej produkcji filmowej. Takich babek nie spotykało się na ulicach. Przywodziła na myśl dojrzałą brzoskwinię, pękającą od nadmiaru słodkiego soku. I szykownie wyglądała w tym, co miała na sobie. Trudno było na nią nie polecieć. Jeżeli zamierzała ze mną się zabawić, to nie musiała się wysilać. Wystarczyłby jeden gest. Gdyby kapryśnie skinęła palcem, pognałbym za nią jak pies z wywieszonym jęzorem, po przyjacielsku przymilając się i łasząc.
      Przyjrzała mi się z odrobiną krytycyzmu. Odniosłem wrażenie, że powinienem włożyć na siebie coś bardziej odpowiedniego.
      — Dzień dobry! Amfibia wylądowała, więc jesteś. Witamy na Eufemii, tak z grecka nazywa się ta zagospodarowana planeta. Jest idealnym miejscem do pracy badawczej i wypoczynku. Widziałeś już swój apartament?
      — Tak, Agnes mi go pokazała.
      — W takim razie powinnam cię poznać z pozostałymi dziewczynami. Jest nas osiem, zajmujemy się różnymi branżami i każda jest w swojej dziedzinie niedościgniona. Ujrzysz wszystkie podczas lunchu.
      — Z przyjemnością się z nimi przywitam — układnie odrzekłem.
      — W międzyczasie mogę zaprowadzić cię do Miriam. Wytrzyj się i wrzuć coś na grzbiet. Poczekam. Ma oranżerię z kwiatami z różnych planet. To bardzo widowiskowe miejsce i warto je zobaczyć w pierwszej kolejności.
      Wytarłem się do sucha i założyłem ciuchy. Potem potuptałem za nią, nie spuszczając wzroku z lekko kołyszących się, kuszących bioder. Trudno, żebym nie był napalony. Musiałem się opanować, żeby jej pieszczotliwie nie klepnąć. Przy pięknych kobietach stawałem się zanadto wylewny. A poza tym zawsze miałem kłopoty z przestrzeganiem zasad savoir-vivre’u. Usiłowałem zmusić moją makówkę do myślenia. Jeżeli Grace była pierwsza na liście, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że spędzę z nią najbliższą noc. Zapowiadało się upojnie. Czy to było możliwe? Oszalałe serce domagało się, by zrobić coś z zegarami. Czy w tym zakątku wszechświata należało czekać do zmierzchu? Co tu się działo? Pomyślałem, że muszę się mocno uszczypnąć i sprawdzić, czy przypadkiem nie śnię. Dziwnym trafem znalazłem się w raju pełnym cudownych hurys. Bo jak inaczej mógłbym nazwać to niezwykłe miejsce z dala od Ziemi?


04.11.2015 :: 07:30
Link |  | Enbargonki


Niby-raj z sylfidami: Miriam


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Feeryczny pawilon zrobił na mnie wrażenie. Odurzyła mnie mieszanina woni egzotycznych kwiatów, których tu było bez liku. Intensywnie pachniały, a ich aromaty zdawały się zamieniać to pomieszczenie w krainę baśni. Większość z rosnących tu ozdobnych roślin bezsprzecznie pochodziła z innych planet, bo nigdy takich nie widziałem. Cieszyły oczy delikatnością kształtów i bogactwem kolorów. Z pewnością zebrano tu najciekawsze, poniekąd eksportowe gatunki, gotowe zachwycić każdego, z jakiej strony kosmosu by nie przybył. Mogły konkurować z orchideami. Minęliśmy plątaninę tajemniczych bluszczy o zdobnych liściach i różnych odcieniach brązu i zieleni. Mające pogięte pnie drzewa i krzewy strzelały w górę, zamieniając się pod szklaną kopułą w niby to świątynne sklepienie, rozszczepiające światło słońca na tysiące barw. Szliśmy dalej. Zielone pnącza ocieniały boksy z sadzonkami obsypanymi drobnymi kwiatami. Dalej witały nas drzewka owocowe.
      Zaaferowana pracą w tej nietypowej oranżerii Miriam miała długie blond włosy zawiązane w koński ogon. Była odziana w wygodną jasnoszarą sukienkę z rękawami trzy czwarte i dużymi kieszeniami. Z jednej z nich wystawał wymyślny sekator. Ku memu zdumieniu Grace na jej widok wzięła mnie pieszczotliwie pod rękę, jakby chcąc podkreślić, że jako pierwsza na liście ma do mnie szczególne prawo. Poczułem jej jędrne piersi na swym ramieniu.
      — Hej! — rzekła cicho do blondynki, gdy już podeszliśmy bliżej. Jej gładka twarz o nieco skandynawskich rysach dobrze wyglądałaby na bilbordach. — Mamy już gościa z Ziemi. — A do mnie szepnęła: — Jest druga na liście.
      — William — uprzejmie się przedstawiłem, nie pojmując, dlaczego brunetka lęka się podnieść głos.
      Miriam domyśliła się, że dziwi mnie ten szept. Ujmująco się uśmiechnęła.
      — Witaj, donżuanie! Niektóre z tych udanych roślin reagują na hałas. Krzyknij, to się przekonasz!
      — Nie — cicho zaprotestowała Grace, przewidując, co się może stać. — Nie rob tego!
      Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zmierzyć się z kosmicznym zielskiem. Odchrząknąłem, szykując się do batalii.
      — Jestem Supermenem — krzyknąłem, zwijając dłonie w trąbkę. Przed laty identycznie popisałem się w szkole. Namówiony przez kumpli, wrzasnąłem tak w połowie lekcji, wprawiając w osłupienie nauczyciela. Wysłał mnie potem do szkolnego psychologa, aby zajął się moją głową.
      Zaszeleściło. Wiszące pod kopułą co poniektóre odrosty opadły w dół, zaciekawione widocznie tym, jak wygląda niecodzienny przybysz z planety Krypton. Zakotłowało się ponad moją głową. Obracały się w moją stronę kielichy kwiatów.
      — Przejdźmy szybko dalej, bo za chwilę się nie wyplączemy — podpowiedziała Miriam, ubawiona moją niepewną miną. — Musiałabym je pociąć sekatorem. — Pokazała na swoją kieszeń. — To moje narzędzie obrony.

07.11.2015 :: 19:00
Link |  | Enbargonki


Czym te sylfidy się zajmują?


PROFESJE PRZYSZŁOŚCI | fragment powieści SF „Enbargonki”

      Po obiedzie młodziutka Daisy nie ruszyła się nigdzie z salonu. Pomagała w sprzątaniu ze stołu. Ciągnąłem za nią tęsknym wzrokiem, obawiając się, że gdzieś przepadnie. Ta gąska miała w sobie coś magicznego, co sprawiało, że nie można było przejść obok niej obojętnie. Dowodziła sobą, że Bóg, jeśli chciał, potrafił stworzyć prawdziwe cudo. Olśniewała swoją urodą i wyglądała porywająco, jakby się urodziła na dworze arcybogatego radży. Gęste włosy w odcieniu ciemnej czekolady układały się w lekkie fale, a oliwkową twarz zdobiły piękne duże oczy, okolone wyrazistymi brwiami, śliczny nos i cudownie skrojone usta. Była laską o hipnotyzującym spojrzeniu, wywołującym ogień w mężczyźnie. Drzemała w niej siła, a każda cząstka jej ciała emanowała seksapilem. Pojąłem, że jest uosobieniem zmysłowości i zacząłem podejrzewać, że może okazać się tak namiętna jak słodka Madison z Orlando.
      Kiedy do niej się zbliżyłem, zaparło mi dech z wrażenia. Miałem rację, była niezwykła.
      — Siemanko, piękna z końca stołu! Porozmawiamy? Czy gdzieś się spieszysz? — układnie zapytałem, tłumiąc zachwyt. — Moglibyśmy się lepiej poznać, przy obiedzie się nie dało.
      Zachęcająco wskazałem ręką zestaw wypoczynkowy z widokiem na kąpielisko przy oszklonej ścianie, mając nadzieję, że mi nie odmówi.
      Okazała się zadziwiająco skromna jak na ósmy cud świata, którym bezsprzecznie była. Potulnie się zgodziła, pozwalając, bym po męsku przejął inicjatywę. Nie zamierzała krzywić się i zadzierać nosa.
      — Nie ma sprawy! — rzekła posłusznie. — Możemy pogawędzić.
      Porzuciła stół, cedując poobiednie porządki na pozostałe madonny. Mogliśmy rozgościć się przy ławie. Szczupła, żywa i niezwykle sprawna fizycznie, usiadła, zwracając się w moją stronę i podwinęła nogi. Poczułem się przy niej tak, jakbym znowu miał dwadzieścia lat.
      — Dlaczego umieszczono cię dopiero na ósmym miejscu? — zaciekawiony zapytałem.
      — Bo ja wiem? Pewnie dlatego, że jestem nieśmiała — odrzekła.
      Odniosłem wrażenie, że przesadza. Nie czuła się skrępowana, nie siedziała przy mnie sztywno i zachowywała się w miarę swobodnie. Wyglądała na niepłochliwą dziewczynę. Czegóż miałaby się wstydzić? Nie zamierzałem jej tłumaczyć, że faceci lecą na boskie lale w jej wieku jak ćmy do świecy, bo częstowałbym ją truizmami. Tu nie było miejsca na taką grę.
      — Może mi powiesz, czym zajmują się twoje koleżanki? — uprzejmie zaproponowałem. — Na razie znam tylko ich imiona.
      Skinęła głową. Jej spojrzenie zdradzało wybitną inteligencję, uroda nie mogła tego ukryć, więc potrafiła ująć to zwięźle.
      — Grace jest specjalistką od architektury krajobrazu, a ściśle biorąc od projektowania obiektów w kosmosie, Miriam jest botanikiem, ekspertem od flory na różnych planetach, Agnes jest genetykiem, Jacqueline zna się na nawigacji, jest obeznana ze statkami kosmicznymi, potrafi nadzorować ruch międzyplanetarny, a nawet międzygalaktyczny, Alison jest z kolei kimś w rodzaju maklera, śledzi wahania na giełdach i przepływy środków płatniczych, a ponadto jest w stanie sprostać księgowości ogromnego koncernu, Belinda jest specem od manipulacji w mediach, Chloe podobnie.
      Gdybym miał więcej oleju w głowie, wpadłbym na to, że singielki goszczące w tym kurorcie nie zdobywały szlifów w Układzie Słonecznym, ale poza nim, gdzieś w odległych stronach wszechświata. A gdzie dokładnie? Może w Galaktyce Trójkąta, skoro w jej rewirach urzędowały? Zapatrzony w piękne oczy azjatyckiej arystokratki jednak o tym nie pomyślałem. Jej uroda sprawiała, że traciłem zdolność trafnej oceny sytuacji.
      — A ty?
      — Jestem od sprzątania — rzekła skromnie. — Niekiedy nazywają mnie gońcem.
      — Nie wierzę! — wypaliłem impulsywnie, a moje brwi powędrowały wysoko. — Gonią cię do roboty? Przecież teraz sprzątają maszyny. Chyba że chodzi o gońca na szachownicy — zażartowałem.
      — Trudno — westchnęła. — I tak byś się dowiedział. Jestem specem od mokrej roboty, kimś w rodzaju korporacyjnego cyngla — zdradziła w sekrecie, odruchowo zniżając głos.
      Nie chciało mi się wierzyć. Kojarzyła się z pięknymi strojami, a nie z tym brudnym zajęciem, do którego trzeba było mieć skórę nosorożca.


10.11.2015 :: 11:00
Link |  | Enbargonki


William Smith


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

Scharakteryzować głównego bohatera, zestawiając go z innymi postaciami...

Kapelan

      Nawet kapelan mnie olał. Nie kiwnął palcem w bucie. Nie powinienem był mu się dziwić, bo przez ostatni rok ani razu nie zajrzałem do kaplicy. Byłem daleki od tego, żeby mu przypochlebiać i przyklaskiwać, bowiem praktyki religijne mnie nie pociągały. Inni z zapartym tchem słuchali jego kazań, wpatrywali się w niego jak w tęczę i brali sobie do serca to, co mówił. Niestety, miałem u niego przechlapane. Twierdził, że jestem diabłem, bojącym się wody święconej. I stałem się tak zły, że wyrzuciliby mnie nawet z piekła. Cynicznie się zastanawiał, czy urodziłem się sukinsynem, czy zamieniłem się w niego dopiero w wyniku długotrwałej pracy nad charakterem. Gadał, co chciał, nie było sensu rozdzierać szat. Rewanżowałem mu się tym samym. Utrzymywałem, że kościoły i zbory są instytucjami biznesowymi, żerującymi na naiwności i łatwowierności wiernych. I że należy trzymać się od nich z daleka, żeby nie zostać z pustymi kieszeniami. Wzywał do ubóstwa, a sam żył w bezbożnym przepychu. Uczył, że człowiek ma wolną wolę i że może świadomie wybierać między dobrem a złem. Ja głosiłem, że to fikcja, zaś można wybierać co najwyżej między przyjemnością a jej brakiem. Trudno, by mu tego nie powtarzano i by moje kąśliwie uwagi nie doprowadzały go do szewskiej pasji. Co tu dużo mówić, brakowało mi pionu moralnego. Należałem do wyjątkowych drani i nie można mnie było wynieść na ołtarze.

Ludwik XIV

1.    W jednej chwili mnie olśniło. Miałem cierpieć w milczeniu? W samotności łykać gorzkie łzy? Dość litowania się nad sobą! Puściły hamulce i doszły do głosu uśpione instynkty. Zagrały emocje i ogarnęła mnie euforia. Poczułem się nagle despotycznym władcą, mającym na „Meduzie” nieograniczoną władzę. Na moment stałem się bogiem. Ja niepodzielnie rządziłem tą stacją orbitalną. Jak Ludwik XIV dumnie rzuciłem: — l’Êtat c’est moi! — Tyle umiałem w języku żabojadów, pominąwszy powszechnie znane zwroty grzecznościowe, wyniesione z lekcji w szkole.
      Do tego francuskiego króla, odzianego z ostentacyjnym przepychem, odnosiłem się z estymą, bo jako mały chłopiec miałem komplet figur z jego dworem. Bawiąc się posłusznymi marionetkami, najchętniej wcielałem się w jego rolę. Spędzał czas w otoczeniu pięknie odzianych dam w długich barwnych sukniach z mnóstwem falban i zdobień. Jego zachcianki były prawem dla pospólstwa. Te zabawki swoje zrobiły. Gdy w teatrzyku szkolnym wystawiano sztukę o Ludwiku XIV, ku zdumieniu kumpli zdecydowałem się zagrać monarchę. Dobrze czułem się na scenie, udając wyniosłego suwerena, pana Francji i Nawarry. Podobały mi się tyranie i rządy autokratów. Coś z tego zostało we mnie na całe życie. Nie chwaliłem się jednak przed otoczeniem drzemiącą we mnie manią wielkości, bo nie chciałem, żeby brano mnie za świra. Gdy podrosłem i zmądrzałem, dowiedziałem się, że wielbiony przeze mnie król, najdłużej panujący władca Europy, miał kilkanaście kochanek i swawolił z nimi na potęgę. Mogłem mu tylko pozazdrościć. (...)

2.    Pobiegłem myślami ku szkolnym latom. Kiedy wpadałem w kłopoty, ratowałem się, odwołując w myślach do mojego idola, Ludwika XIV, Króla Słońce. Stawiała mnie na nogi jego próżność, z którą się utożsamiałem. I teraz poczułem się hegemonem, mającym w tym nadmorskim ośrodku wypoczynkowym nieograniczoną władzę. Nie było Wersalu bez monarchy. Te madonny musiały robić, co chciałem, jeśli zamierzały pozostać w mojej świcie i cieszyć się światłem, padającym z mego oblicza.


16.11.2015 :: 07:00
Link |  | Enbargonki


Krwawe safari. Karabinki myśliwskie obcych


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Niżej wzniesienia kończyły się jak uciął, przechodząc w płaską niby to afrykańską wysokotrawiastą sawannę, poprzecinaną spływającymi z gór strumieniami, a zdającą się być bez granic. Ze zdumieniem przyglądałem się pasącym się ogromnym stadom zwierząt. Były tu gatunki, żywcem przeniesione nie tylko z wyżyn Kenii, antylopy, bawoły, słonie i żyrafy, ale również z parków jurajskich. Wpadały mi w oczy brachiozaury i diplodoki. Innych gadów nie umiałbym nazwać. Między roślinożernymi zauropodami znaczyły się gromady zwierząt, które na pewno nie pochodziły z mojej planety.
      Amfibia opadła na niewielkie wzgórze, porośnięte akacjami i baobabami. Grunt był kamienisty. Wysiedliśmy z bronią, zeskakując na rzadką w tym miejscu trawę. Przepłoszyliśmy pobliskie stado bawołów o przedziwnie krętych rogach. Zwierzęta ruszyły, oddalając się od nas.
      — Na co zapolujemy? — zapytałem Daisy.
      — Na razie poćwiczcie na drzewach — zaproponowała. — Zobaczę, jak sobie radzicie. Potem zajmiemy się tyranozaurami. Za bardzo się rozmnożyły i należy przerzedzić ich populację.
      — Skąd się tu wezmą?
      — Komputer pokładowy zacznie emitować sygnał, który je przywoła.
      Wybrałem za cel jeden z pobliskich baobabów. Strzeliłem dwa razy z muszki, ale chybiłem.
      — Korzystaj z obiektywu. — Objaśniła mi, do czego służą przyciski. — Broń będzie superniezawodna po zaktywizowaniu sprzężenia z twoim systemem nerwowym. Jeśli przekażesz mentalnie informację, w co chcesz trafić, pocisk pójdzie nawet po krzywej.
      — Rany, to tak można? Rewelacja!..
      Po kilku minutach prób panowałem już nad enbargońską zabawką. Byłem zdziwiony, że takie gówienko potrafi dostosowywać się do moich myśli.
      — Zaraz się pojawią, musimy czekać — rzekła Daisy, wpatrując się w poruszane lekkim wiatrem trawy. — Nie spodziewaj się jednak gigantów, mających ponad dziesięć metrów długości. Występujące tutaj okazy są wielkości człowieka, poruszają się szybko i potrafią polować. Łączą się w stada. Jeśli będzie ich za dużo, wycofamy się do amfibii.
      Pierwszy tyranozaur wystawił nad trawy swoją wstrętną mordę. Skoczyła mi adrenalina. Wycelowałem i wypaliłem. Skróciłem go o głowę. Daisy i Jacqueline też zaczęły strzelać. Pojawiły się następne pyski. Było ich ze dwadzieścia i na moment zwątpiłem w swoje siły. Głęboko odetchnąłem. Drapieżniki szły całą falą od słońca, doskonale się kryjąc w wysokiej trawie. Broń się sprawdzała. Zerknąłem na skupioną Hinduskę. Unosiła brew i naciskała spust, raz za razem. Położyłem kilka kolejnych sztuk. Tłukłem gady jeden po drugim, jednak wyrastały jak z pod ziemi następne. Jacqueline ustawiła swój karabinek na większą moc i jej okazy wyrzucało w górę. Tyranozaury rwały w stronę amfibii, nie bacząc na zagrożenie. Wreszcie znikły.
      — Co się stało? — zapytałem Daisy.
      — Są inteligentne. Pojęły, że muszą zmienić taktykę. Teraz zaatakują ze wszystkich stron równocześnie.
      Szykowała się wojna nerwów. Rozstawiliśmy się dookoła maszyny. Daisy miała rację, tyranozaury nas okrążyły. Nie zamierzały rezygnować ze zdobyczy. Znowu uderzyły. Wzorem Jacqueline ustawiłem karabinek na większą moc. Radziliśmy sobie, dziesiątkując agresywne gady, jednak nadal napływały nowe. Podchodziły coraz bliżej i widziałem ich ostre zęby.
      — Przejdź na ogień ciągły! — krzyknęła do mnie Jacqueline.
      Teraz broń pluła pociskami w niewyobrażalnym tempie. Oczyściłem sobie pole, a przede mną przybyło rozerwanych ciał.
      Jednak na komendę przezornej Daisy wycofaliśmy się do kabiny.
      — Ufff! — sapnąłem wniebowzięty, sadowiąc się w fotelu. — Ale frajda! Niezła akcja. Daliśmy popalić tym skunksom!
      Amfibia błyskawicznie wystartowała, nieruchomiejąc nad polem walki. Z wysokości kilkudziesięciu metrów rysował się krajobraz po bitwie. Wyglądałem przez iluminator, oceniając rezultaty bezpardonowego starcia. Byłem spocony z wrażenia, a serce mi tak waliło, jakbym właśnie wykonał sprintem pełne okrążenie bieżni.
      — Popatrz! — Daisy pokazała palcem.
      W stronę wzgórza ciągnęły już setki gadów. Zatrzęsienie. Uzmysłowiłem sobie, że gdybyśmy tam dłużej zostali, niechybnie pożegnalibyśmy się z życiem. We trójkę nie mielibyśmy żadnych szans.
      — Co by się stało, gdybyśmy nie wskoczyli na czas do kabiny? — zapytałem hinduską księżniczkę.
      Zadumana Daisy milczała, więc Jacqueline za nią usłużnie odpowiedziała.
      — Komputer pokładowy roztoczyłby nad nami awaryjne pole ochronne. Ratowałby nas, bo tak jest zaprogramowany. — I zaraz dodała: — Ale wtedy Daisy miałaby przechlapane. Byłby alarm, hałas na całą galaktykę. Musiałaby się pożegnać z wyprawą na Marsa.
      Przez chwilę przeżuwałem w myślach tę rewelację. Nie spodziewałem się, że z tej małej będzie taka ostra sztuka.
      — Lubisz ryzykować! — rzuciłem do niej, jednak bardziej z podziwem niż z wyrzutem.
      — Przesadzacie — mruknęła z lekka rozbawiona. — Było fajnie? Było. To o co wam chodzi?


19.11.2015 :: 11:00
Link |  | Enbargonki


Na wpół człowiek, na wpół Enbargon


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Wróciliśmy przed lunchem. Goszczące w ośrodku madonny znowu uderzyły w wysokie tony i zasiedliśmy do stołu jak na dworze królewskim. Brakowało tylko służby. Wyluzowane i spokojne, celebrowały posiłek, nigdzie się nie spiesząc i o nic się nie martwiąc. Pobyt tutaj był dla nich pretekstem, aby się zabawić. Co rusz miały na sobie nowe ciuchy. Chyba nigdy nie słyszały o pięciodniowym tygodniu pracy lub o dwudziestoczterogodzinnych dyżurach w bazach orbitalnych z wyłączaną na noc grawitacją. O tyraniu w niedziele i święta. Były do wyższych rzeczy stworzone. Spoglądałem na nie inaczej niż przedtem. Już wiedziałem, że są Enbargonkami. Znakomicie skrywały swe urodzenie i nie sposób było wpaść na to, że nie pochodzą z Ziemi, Księżyca czy Marsa. Główkowałem nad tym, czym się od nich różnię. Teoretycznie biorąc, pozostawałem nadal Ziemianinem. Jednak nie do końca. Po wypadku z transfugerem enbargońscy medycy obdarowali mnie przecież nowym ciałem. Byłem więc na swój sposób i człowiekiem, i Enbargonem. Jak one wszystkie. Teoria naciągana, ale postanowiłem się jej trzymać.
      — Ale się porąbało?! — mruknąłem pod nosem, zabierając się do deseru. Podano ciasto z kremem waniliowym i lody bakaliowe.
      Te babki wstrząsnęły moim światopoglądem. Musiałem pogodzić się z tym, że we wszechświecie krzyżują się i splatają interesy różnych kosmicznych ras. Nie przetrwałbym, gdybym tego nie odkrył i nie zaakceptował. Jakie sekrety jeszcze kryły? Czy to nie był przypadkiem dopiero wierzchołek góry lodowej?


20.11.2015 :: 11:40
Link |  | Enbargonki


Przy pełni


      Wczoraj była pełnia księżyca. Pogoda sprzyjała i przyglądałem się w czasie spaceru jaśniejącemu krążkowi na niebie, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądać jego powierzchnia za kilkaset lat, o ile naszej cywilizacji się powiedzie. Marzymy o zagospodarowaniu Marsa i satelitów Jowisza, tym niemniej w pierwszej kolejności nasi zstępni zajmą się pewnie tym najbliższym Ziemi ciałem niebieskim.
      Ciekawie nocne niebo musi wyglądać, jeśli planeta posiada kilka księżyców. Wykorzystuję ten obraz w powieści „Enbargonki”:

      Zadarłem głowę, oglądając gasnący błękit. Morze miało się wkrótce spowić szkarłatnym ogniem zachodu.
      — Czy mi się wydaje, czy nie?.. — rzekłem zaciekawiony. — Jeśli się nie mylę, słońce krąży tu po niebie w przeciwną stronę niż na Ziemi czy na Marsie. Wschodzi na zachodzie, a zachodzi na wschodzie.
      Grace to potwierdziła.
      — Eufemia obraca się wokół swojej osi w kierunku przeciwnym niż większość znanych ci planet, tym należy tłumaczyć ten zadziwiający efekt. W Układzie Słonecznym tak wirują tylko Wenus i Uran. Prawdopodobnie w odległej przyszłości w wyniku zderzeń przekręciły się osie tych dwóch ciał niebieskich. A wirowanie pozostało. Eufemię też odwrócono, kiedy zaczynano pracę nad jej przystosowaniem do życia — ze spokojem wyjaśniała. — Dodam jeszcze, że doba jest tu krótsza niż na Ziemi, a nawet krótsza niż na Marsie. Księżyce również tańczą po swojemu. Dwa opływają Eufemię w jedną stronę, trzeci w drugą. Zobaczysz, gdy wzejdą.
      Była wybitną specjalistką od projektowania obiektów w kosmosie, więc z pewnością miała tutejszy układ solarny w małym palcu. Nie próbowałem jej jednak zachęcać do wykładu z astronomii.
(…)

      Rusałki miały rację, księżyce Eufemii wyglądały efektownie. Szczególnie ten największy, zagospodarowany podobnie jak jego planeta i posiadający atmosferę. Takiego nieba jeszcze nigdy nie widziałem. Grace nie pozwoliła mi pociągnąć za pokrzykującymi dziewczynami, które wysypały się na plażę, zdejmując szpilki. Trzymała mnie na smyczy. To był nadal jej wieczór.


26.11.2015 :: 10:30
Link |  | Enbargonki