KOMENTARZE
 



Strasznych ciemności ciąg dalszy...


      Ktoś przymknął drzwi i teraz dopiero znalazły się w zupełnym mroku.
      — Wracamy? — trwożnie zapytała Justyna.
      — Zwariowałaś? A kot? Pamiętam, jak tu jest. Zajrzałam kiedyś w zimie.
      Posuwały się w milczeniu. Przeszły kilka metrów i Justynka o coś się potknęła. Majka przytrzymała ją za łokieć.
      — Uważaj! — instruowała ją. — Tu, bliżej ściany, powinno być przejście. Musimy na nie natrafić.
      Raptem zachichotała jak głupia. Potem dostała ataku kaszlu.
      — Dlaczego rechoczesz? — zaniepokoiła się Justyna.
      Majka zasłoniła usta, nadal chichocząc. Krztusiła się od śmiechu.
      — Bo... nasz książę... prowadzi nas teraz... do swoich komnat... — wydusiła z siebie jak głupia.
      Spazmatyczny śmiech był zaraźliwy i udzielił się Justynce.
      — Odbiło ci? — usiłowała ją uspokoić.
      Zaraz jednak niechcący potrąciła opartą o ścianę dużą łopatę. Ta przewróciła się z hukiem, pociągając za sobą inne stojące tu narzędzia.
      — O, rany. Zachowujemy się jak słoń w składzie porcelany.
      — Masz cykora?
      — Nie.
      Krok po kroku dotarły wreszcie do złożonej z desek przegrody.
      — Tu jest węgiel — szepnęła Majka. — Co dalej, nie wiem.
      — Miauuu — odezwał się znowu znajomy głosik i o nogę Majeczki otarło się coś miękkiego. Pochyliła się i uniosła z radością niespodziewaną zdobycz.
      — Jest, jest nasza zguba — napawała się, szczęśliwa do niemożliwych granic. Dzierżyła maleństwo w rękach.
      Justyna chciała także dotknąć kota, dla którego odbyła po omacku wyprawę na drugi koniec kotłowni. Jednak ledwo się ruszyła, a już wpadła w niewidoczną dziurę. Ratując się, złapała kołek, przytrzymujący przegrodę z desek. Ten manewr okazał się jednak fatalny w skutkach.
      Przegroda z trzaskiem ustąpiła, a kryjące się za nią usypisko z węgla osunęło się z łomotem.
      — Jesteś tam cała? Nic ci się nie stało? — Majka była poważnie zaniepokojona. Kichnęła. Domyśliła się, że w powietrzu unoszą się tumany czarnego pyłu.
      — Jestem. I nic mi się nie stało — Justynka gramoliła się z trudem, odsuwając rękami bryły węgla. — Utknęłam — powiedziała. Drapało ją w gardle, więc musiała kilka razy odkaszlnąć.
      Winny tej przygody spoczywał bezpiecznie na ramieniu Majki, wbijając pazurki w bluzkę. Koleżanka dotarła jakoś do niej — i mogła go wreszcie pogłaskać.
      — Ale heca — wymamrotała. — Dobrze, że nas nikt nie widzi. Jak my wyglądamy? Jak górnicy po szychcie.
      Majka się uspokajała.
      — Ufff! — sapnęła. — Kota wreszcie mamy, ale co teraz? Wracać czy iść dalej?
      — Zdaję się na twoje wyczucie — szepnęła jej koleżanka. Wyraźnie była zmęczona całą eskapadą.
      Majka namacała nogą stopień.
      — Tu są kamienne schody — unaoczniła sobie. — A wyżej powinny być drzwi — ucieszyła się. — Tylko dokąd? — głowiła się. — Co tam, raz kozie śmierć, wdrapiemy się i zobaczymy!




Tak napisali inni:


Hanka


...zapowiada się interesująco!!W takim razie życzę natchnienia muz i...czekam na ciąg dalszy!!

11.07.2004 :: 20:36 :: bv138.internetd



| Wróć |