Sądny dzień, o zgrozo!
Dyrektor szkoły nie bez skrytej dumy obrzucił wzrokiem ściany i sufit pokoju nauczycielskiego. Jasnopopielaty garnitur był prosto spod igły. Zatrzymał się pośrodku i chwilę się bawił guzikiem przy znaczącej się pod jednorzędową marynarką kamizelce. Za każdym razem, gdy tu wchodził, błogo się rozkoszował się rezultatami pracy malarzy, którzy wiosną uporali się z renowacją wybranych pomieszczeń, nie robiąc bałaganu i nie naruszając planu zajęć. Z lekka ukłonił się współpracownikom i cicho przeszedł do swojego gabinetu.
Nauczyciel wychowania fizycznego nie dał się zepchnąć na drugi plan. Znajdował się nadal w centrum uwagi. Ten to był alpacino i tak go zresztą w szkole nazywano, przystojniak, jak nic. Stał w swoich nieodłącznych sportowych dresach i popisywał się trefną wiedzą, której zdążył się nałykać. Prowadził ostatnio w starszych klasach pogadanki o narkotykach, więc kilku kolegów po fachu nadstawiało uszu.
— Na skunie nie pojedziesz tak szybko jak na afganie: już po lufce możesz się władować w haluny — pewny siebie beztrosko paplał, wyraźnie się zwracając w stronę młodziutkiej polonistki z wełniano-dredową fryzurą. Uwielbiał droczyć się z nią i zachłystywać przy tym młodzieżowym slangiem.
— Dobra, dobra, bajer to ty masz opanowany — odszczeknęła się mu. — Nie o to pytałam. — Nie rób ze mnie ameby. Chodziło mi o coś innego — rzuciła, zezując w stronę katechetki.
— A o co? — zapytał z miną niewiniątka.
Nie zdążyła jednak otworzyć ust — a raczej je otworzyła, by już ich nie zamknąć. Oto bowiem drzwi, prowadzące z gabinetu nauczycielskiego w dół, do piwnic, uchyliły się z piskiem i zgrzytem — niczym bramy piekieł. Z diabelskich czeluści wynurzyły się dwie dziewczęce postacie, których w kłębach czarnego pyłu nie można było rozpoznać.
— Co to za akrobacje?
Tknięty przeczuciem dyrektor wyjrzał akurat z gabinetu, oniemiał i omal nie zamienił się w słup soli. Wpatrywał się w kota, którego jedna z dziewczynek przytrzymywała na ramieniu — co najmniej tak, jakby to był E. T.
— Sądny dzień, o zgrozo — jęknął, rozluźniając krawat i łapiąc z trudem powietrze. — Istna apokalipsa. Dopust Boży!
— Ale agenciory, wykręcić taki numer? — dziwił się Alpacino. — Z czyjej klasy te siksy?
— Jak to, z czyjej? Z twojej — z przekąsem odrzekła polonistka.
— Opowiadasz, z mojej? Ja ich nie poznaję.
Nauczyciel angielskiego złapał dziennik, który przed nim leżał i próbował się osłonić przed chmurą pyłu.
— Niech mnie kule biją! — wyszeptał.
Słońce wydawało się tracić blask, a pokój nauczycielski w okamgnieniu stał się szary.
— Zamknijcie te cholerne drzwi! — krzyknął w zapamiętaniu dyrektor, nie licząc się z tym, że ma chore serce i że nie powinien podnosić głosu.
Rychło drzwi zatrzaśnięto, odcinając przybyszom z otchłani drogę powrotu. Dziewczyny były bez szans. Sterczały na środku pokoju nauczycielskiego z wymalowanymi na twarzach i poszarpanej odzieży dowodami straszliwej winy. I nie mogły jej zmazać nawet najszczersze przeprosiny.
Tak napisali inni:
eddie
o jaaa...
wy to naprawdę fajnie macie...
15.07.2004 :: 19:45 :: neptun.czajen.p
diana
ta my to mamy szczescie... ;P
15.07.2004 :: 19:29 :: us254.internetd
eddie
nie bój się o nie, calineczko...
potem je i tak rozgrzeszą...
wiadomo, laskom [prawie] zawsze udaje się wyjść z opresji cało...
15.07.2004 :: 18:13 :: neptun.czajen.p
Calineczka
A co one takiego uczyniły???
14.07.2004 :: 21:40 :: bxy26.neoplus.a
|
Wróć |