Ponury ranek i... łyk kawy
Zaspany i półprzytomny, wodził mętnym wzrokiem za kroczącym tam i z powrotem nadętym Hillem. Skrycie ziewał. W Paryżu dochodziła dopiero siódma rano i czuł się zdegustowany tym, że tak brutalnie ściągnięto go z łóżka. O tak wczesnej porze wieża Eiffla mogła mu się kojarzyć tylko ze sterczącym fallusem. Marzyła mu się filiżanka mocnej parującej kawy. Pogoniono go i nie zdążył niczego wrzucić na ruszt przed wyjściem z hotelu przy Avenue de New York, więc teraz najchętniej wymknąłby się na koniec korytarza, by tam przykleić się do kuchennego ekspresu. To jednak nie wchodziło w rachubę. Po zaginięciu krążącego po Europie medium ogłoszono w te pędy stan podwyższonej gotowości i kogo się tylko dało postawiono na nogi. Ryba sprytnie wyślizgnęła się z sieci, a przepadła dosłownie w ostatniej chwili.
============================
Nie było się o co sprzeczać. Młoda Włoszka znikła z pola widzenia satelity i czujników chłopców z ochrony. Tyle na pewno wiedział i chcąc nie chcąc musiał się pogodzić z tym faktem. Ożywił się dopiero, gdy wniesiono kawę. Cholerny Humberto o tym pomyślał, wydając ciche polecenie i John nagle pojął, że jest w nim na powrót bez pamięci zakochany. Wybrał dużą filiżankę, sypiąc dwie czubate łyżki cukru. Wypił łyk i poczuł, że wraca mu energia.
— No i co? Lepiej?!..
Szef sekcji uśmiechnął się do niego niemalże po ojcowsku i John nieoczekiwanie go sobie wyobraził stojącego przy ołtarzu w brązowym habicie zakonnym. Ten palant umiał być przesympatyczny, o ile nachodziła go na to ochota. Niestety, rzadko mu się to zdarzało.
Tak napisali inni:
diancia
;*
30.08.2004 :: 15:26 :: us254.internetd
|
Wróć |