ZAPISKI FRAGMENTY UTWORÓW SAVOIR-VIVRE NASTOLATKA
 
 






Szata [1]


      Miękkie w dotyku gładkie próżniowe płaszcze przystosowywały się do kształtów ciała i hermetycznie je otulały, choć nie miały żadnych widocznych zapięć. Nic z tych rzeczy. Inteligentne molekuły okrycia zdawały się trafnie odgadywać, czego oczekuje ich dysponent. Bez pośpiechu je na siebie wciągali, rozstając się z łachami, które wcześniej nosili. Nowe przenosiły ich w czasie o dobrych kilka tysiącleci, przeistaczając w wyśmienicie wyposażoną ekipę, zdolną w każdej chwili ruszyć na podbój gwiezdnych szlaków. I pomyśleć, że jeszcze niedawno okutani w zwierzęce skóry i niepewni swego losu smętnie plątali się po porośniętej bukowymi lasami dolinie Nestosu.
      Mi-ir zbliżył się, gdy tamte były już właściwie gotowe. Zamarł, gdy wpadła mu w oczy Safona. Nie wiedział czy wierzyć temu, co znienacka ujrzał. Przetarł powieki, pragnąc się upewnić, że wzrok go nie myli. Wbił mu się w czerep obraz nierozgarniętej i niepoetycznej trackiej dziewki, naiwnie się trzymającej wydumanych przepowiedni i z przejęciem padającej do stóp kamiennym bóstwom. Tymczasem w kombinezonie kosmicznym, okręcająca warkocz, by zmieścił się pod hełmofonem, zrobiła na nim nagle wrażenie kogoś całkiem innego gatunku — kogoś, kto należąc do dumnej z siebie i inteligentnej rasy zupełnym przypadkiem i tylko na krótko trafił do plemiennej wioski między prostych pasterzy i bitnych wojów. Przymierzył się do próżniowego stroju. Szata nie tylko zdobiła, ale i zmieniała tego, kto ją nosił. Tak pewnie było w calutkim kosmosie, wzdłuż i wszerz — bez względu na to, gdzie by się kto nie znalazł. Ogarnęły go wątpliwości, czy zakochana w nim dziewka zechce być nadal bezgranicznie mu oddaną i wierną niewolnicą, co przecież uroczyście przyrzekała, gdy bywał z nią sam na sam. Obawiał się, że zapragnie upodobnić się do Ni, która za nic miała mężczyzn.

02.02.2004 :: 09:24
Komentuj (2)


Szata [2]


      Zdawała się go lunatycznie przyzywać młodziutka kobieta o delikatnych rysach twarzy, nieco skośnych oczach i wymyślnie ułożonych ciemnych lśniących włosach, w które wbito wiążące fryzurę szpile. Prawie na palcach, jakby w obawie, że może ją spłoszyć, zbliżył się do stojącej nieruchomo damy. Głowę miała z wdziękiem pochyloną, dzięki czemu lepiej było widać jej kształtną łabędzią szyję, a powieki na wpół opuszczone. Pewnie nie wypadało jej zaglądać zuchwale w naznaczone marsem srogie oblicze mężczyzny. Wpływała na niego jakoś nadzmysłowo, jakby nadal żyła, a nie była tylko kukłą — i odniósł wrażenie, że od dawna tu czeka właśnie na niego. A może był faktycznie kimś nad wyraz wyjątkowym? To i owo wbiło już mu się w pamięć w związku z różnicami między ludzkimi rasami na Y-o, więc bez specjalnego trudu wykoncypował, iż ta śliczna laleczka ani chybi pochodzi z bardzo odległej wschodniej Azji, a może nawet z ciągnącego się po tamtej stronie kontynentu sporawego archipelagu. Przyjrzał się jej mediumicznemu ubiorowi. Przepasane pasem malowane w kwiaty jedwabne kimono otulało szczupłą sylwetkę. Na nogach miała — także wykończone jedwabiem — proste sandały. Obok z powagą wystawał równie nieruchomy wojak, na którego nałożono bogato zdobioną metalową zbroję, a do odzianej w rękawicę prawicy wciśnięto ciężki miecz. Z uznaniem otaksował go wzrokiem. Mocna szczęka i gęste brwi nadawały twarzy zdecydowany wyraz. Z takim nie było bezpiecznie zetrzeć się w otwartym polu.

02.02.2004 :: 19:42
Komentuj (1)


Lustro [wynalazek wszechczasów]


      Ni i Safona zabrały się po swojemu do nowych kreacji. Raha wskazał im skwapliwie wyłożoną marmurami pokaźną salę, w której mogły się odświeżyć i przebrać. To, co tam zastały, zdecydowanie wyprzedzało i prześcigało wszystko, co wymyślono dotąd na Y-o i na Urch. Powtórnie witała je fascynująca, nie znana im wcześniej epoka, oferując podróż do siebie transgalaktyckim wehikułem czasu.
      — Na bogów, jakież to wspaniałości — zachłystywała się Safona. — Jakie cuda.
      Były tam ogrzewana bieżąca woda, zgrabne wanny, kabiny z natryskami i jeszcze inne zmyślne urządzenia, których przeznaczenia Ni nie umiała dociec, nie mówiąc o niewielkim uroczo wkomponowanym w całość basenie — więc bezzwłocznie zafundowały sobie porządną kąpiel, ginąc po czubki głów w obfitej białej pianie. Przed olbrzymim lustrem, zajmującym prawie całą ścianę, obie młodziutkie kobiety mogły się nasycić swym wyglądem. Ach, to był naprawdę doskonały i niedościgły wynalazek. Kiedy bogowie stwarzali kobietę, powinni byli od razu o nim pomyśleć. Stały bez odzienia i boso, kontemplując nadane im przez zmyślną naturę kształty. Wcześniej kilka razy pluskały się razem po zdjęciu szat w strumieniu, więc zdążyły nawyknąć do siebie i nie krępowały się być razem nago. Tam jednak płynąca z gór woda była dosyć chłodna, jeśli wręcz nie lodowato zimna, a do mycia służył prymitywny ług. Tu leżały pachnące mydła i stały wyrafinowane płyny. Safona zawiesiła sobie na szyi woreczek z mirrą, z rozkoszą wdychając jej zapach. Poodmykała flakony i słoiczki z pachnidłami i balsamami. Mieszały się wonie henny, nardu, szafranu, aromatycznej trzciny, cynamonu i aloesu. Ni, chociaż wyższa, piersi miała drobniejsze, a biodra węższe. Kędziory Safony ociupinę kontrastowały z jej prostymi i jasnymi jak len włosami. Teraz czesała je starannie, chcąc, aby się pięknie układały. Rozrzucone zestawy grzebieni i szczotek były zachwycające. Spędziły tam sporo czasu, ale kiedy wreszcie opuściły ten niezastąpiony przybytek, były już innymi kobietami.

04.02.2004 :: 12:30
Komentuj (0)


Spisane z GG


— A byłem na mszy w kościele w związku z planowanym bierzmowaniem...
— Też byłam. Scholka śpiewała i klaskała, ale młodzież jakoś tego nie chwytała.
— Jeszcze nie łapią, że msza może być dyskotekowa.
— A może to sprawa oświetlenia? Powinno być w nawie głównej trochę migających świateł... I odpowiednia muzyka.
— A tak, wywaliłbym ten śpiew gregoriański.
— Jakieś bity czy coś takiego, msza mogłaby być rapowa.
— Pełna afrykanizacja liturgii rzymsko-katolickiej.
— Jak myślisz, ewangelię dałoby się rapować?
— Na pewno...
— No właśnie, ale tego, kto by się na to poważył, biskup by pewnie ekskomunikował...

05.02.2004 :: 17:33
Komentuj (4)


Iluminacje


Mucia dowiodła, że miewa przebłyski geniuszu.
A oto, co — bezwzględnie rewelacyjnego — wymyśliła:

Bóg będzie DJ-em, świat będzie parkietem, miłość rytmem, a my... tancerzami.

Jeżeli ktoś jest "zarażony tańcem", może percypować rzeczywistość jako jedną wielką dyskotekę. Nie dziwi więc dj w roli "pierwszego poruszyciela"...

07.02.2004 :: 08:40
Komentuj (1)


Miłość i władza


      Mi-ira nie zaciekawiały stroje, ani męskie, ani damskie, a przebieranie się z ceregielami i okrzykami podziwu uznał za bezdyskusyjną stratę czasu. Odłożył te będące dowodem pewnego zniewieścienia dziwactwa na później. Jakoś zabrakło mu nagle fantazji. Niespiesznie powrócił do figury z niby to wosku, która już wcześniej mu wpadła w oczy. Przy niej też dłużej pozostał. Przechodzący tamtędy Raha zastał go zadumanego, milczącego i nostalgicznie wpatrującego się w filigranową kobiecą postać. Trudno, żeby się nie zatrzymał na dwa słowa.
      — To jedna z wielu konkubin liczącego się kiedyś na dalekim Wschodzie władcy — usłużnie mu podpowiedział, choć tamten nie pytał. — Przebrzmiałe dzieje. Niestety, bezpowrotnie odeszła z tego świata. A szkoda, bo nie brakowało jej gracji, wdzięku i urody oraz wielu innych cnót. Tamten rozkazał ją zgładzić, chociaż ponoć bardzo ją miłował, albowiem oskarżono ją o to, że nie była mu wierna i że pokątnie zdradzała go z jednym z ministrów dworu. Zarzut był bez wątpienia wyssany z palca, ale cóż z tego? Lękano się, że wywrze nadmierny wpływ na swego pana i że zacznie skrycie pociągać za sznurki. Tak pojmowano rację stanu. Została poćwiartowana, a jej członki rzucono wygłodniałym bestiom na pożarcie...
      — W rzeczy samej, to przykre — niemrawo zgodził się z siwobrodym. I dodał zaraz: — Szkoda, że jej tu z nami nie ma...

09.02.2004 :: 11:01
Komentuj (0)


Biada bezżennym


      Czytam właśnie o obyczajach w starożytnych Atenach i Sparcie. Okazuje się, że bardzo poważnie tam traktowano obowiązek założenia rodziny. Według Platona mężczyzna powinien był się ożenić najpóźniej przed ukończeniem trzydziestego piątego roku życia. Jeżeli tego nie zrobił, tracił szacunek. Oporni, lekceważący to prawo, musieli ponadto płacić roczne grzywny na święty fundusz Hery.
      W Sparcie było jeszcze gorzej. Bezżenność — agamia — pociągała za sobą utratę czci. Uchylający się od założenia rodziny byli narażeni na różne formy upokorzenia. Na przykład na rozkaz urzędników musieli zimą obchodzić nago rynek-agorę i śpiewać piosenki, które specjalnie na tę okazję układano. Poza tym wszczynano przeciw nim postępowania sądowe.

09.02.2004 :: 21:20
Komentuj (4)


Walentynki


Dostałem walentynkowe ciastko z wróżbą.
Z wróżby wynikało, że czeka mnie nowa i ekscytująca, ale przelotna znajomość. Ciekawe, kto to będzie...

15.02.2004 :: 13:28
Komentuj (2)


Krwiożercze skłonności


      Ślizgam się po wcześniejszych partiach tekstu, od czasu do czasu wciskając w ten podzielony na rozdziały tort jakieś rodzynki. Wojownik z Urch lepiej się prezentuje, jeśli wyakcentuje się jego krwiożercze skłonności. A oto wybrany fragment:

      JAK PRZYSTAŁO na doświadczonego wojownika z oślepiających białych pustyń Urch, wyczuł jego skrytą obecność. Tamten musiał ciągnąć za nim już od dłuższego czasu, z premedytacją się maskując i utrzymując niezbędny dystans. Z wolna przystanął i pieszczotliwie rozgarnął krzewy. Znalazł zagłębienie za zbutwiałym szerokim pniem powalonego tu dawno temu dębu. Zjechał głową poniżej gęsto rosnących paproci i zamarł w zwierzęcym bezruchu. Osłaniały go omszałe konary i gałęzie. Wcześniej cisnął kilkoma wygrzebanymi z poszycia szyszkami w tę stronę, w którą dążył, aby wywołać wrażenie, że trzeba go szukać dużo dalej.
      — Kim byś nie był, potworze, nie masz żadnych szans — bezgłośnie wyszeptały jego wargi. — Trzeba być pozbawionym wyobraźni głupcem, żeby mi wchodzić w drogę...
      Nie musiał długo czekać. Śledzący go był pewien, że jest bezpieczny. Nie wyczuł zagrożenia. Minął go w odległości kilku kroków, niespiesznie prąc naprzód. Potem coś go widocznie zaniepokoiło, bo z nagła się zatrzymał.
      Bezszelestnie wysunął się ze swojej kryjówki, nieomylnie kierując się w stronę niedoszłego łowcy. Spadł na niego jak błyskawica.
      Pastuch instynktownie się obrócił, zasłaniając twarz ręką. Odskoczył, zręcznie zamachnąwszy się biczem. Mu-ur przewidział ten nieudany atak. Bykowiec chlasnął więc powietrze.
      — To ty? — oniemiał. — Czemu za mną ciągniesz? — rzucił w swoim języku.
      Wyrostek chwilę milczał, ale przestało mu już z oczu dobrze patrzeć. Okazał się nadmiernie domyślny — chociaż z drugiej strony potrzebował niejakiego czasu na to, żeby ze zgrozą pojąć, kogo to wcześniej naprawdę spotkał.
      Gra była skończona.
      — Jesteś obcy — wykrztusił ze zgrozą. — Żmiją z tej wielkiej świątyni, co spadła z nieba...
      Zamachnął się wściekle jeszcze raz, a wojownik nie uznał tego za samoobronę. Tubylec nie miał takiego jak on refleksu. Cios w rękę sprawił, że bicz opadł na ziemię. Młokos był już w półobrocie. Złapał tamtego od tyłu za włosy i przejechał nożem po gardle. Chłopak wił się i charczał, tryskająca tętnicza krew zabarwiła czerwienią okoliczne krzewy, kopał nogami, a gdy uścisk wreszcie osłabł, bezradnie osunął się na ziemię.
      Mu-ur przyklęknął przy dogorywającym pastuchu. Szeptał coś z wściekłością, płynęła litania obcych słów, których nigdy nie słyszała ta planeta, zrazu cichych, jakby syczał wąż, potem przechodzących w wycie, jakiego nie powstydziłby się samotny wilk. Bestia była bestią i nie dawało się zmienić jej natury. Wykrzyczał swój nagły ból i piekącą nienawiść do wszystkiego, co żyło, poczym wstał i z ulgą się wyprostował. Poplamione krwią ręce starannie wytarł w pobliskie gęste trawy. Podobnie uczynił ze sztyletem.
      Zarżnięty jak świniak na plemienną ucztę pastuch był w posiadaniu czegoś, czego wojownik z pustyń Urch pilnie potrzebował. Stopy i łydki miał owinięte onucami, a od spodu skórami, następnie zaś okręcone wełnianym sznurkiem. Począł ściągać z niego te prymitywne skórznie, chcąc w nie wyposażyć siebie. Potem zajął się pasem, nasadzonym mosiężnymi ozdobami. Obejrzał go uważnie, ale z niego zrezygnował.

17.02.2004 :: 15:00
Komentuj (4)


Tłusty Czwartek


      Przebrnąłem przez trudniejszą scenę, otwierającą dziewiąty rozdział, dochodząc do wniosku, że dalsze partie tekstu wymagają tylko oszczędnych szlifów.
      A oto coś na pączkowy czwartek:

      Bez umiaru rozlewane do czar wino zrobiło swoje i tamci byli rozochoceni i rozognieni — bowiem niczym pogardzani przez Greków barbarzyńcy nie mieszali jak należy tego trunku ze źródlaną wodą. Dokazywali. Nie umilały im czasu tancerki, fletnistki i harfistki, bo skąd je mieli wziąć tak wysoko w górach, więc sami musieli sobie uprzyjemnić ucztę. Ich swawole jednak nie przypominały statecznego i ubogaconego dysputami filozoficznymi sympozjonu. Zabrakło im stylu. Mu-ur z wykrzywioną w paroksyzmie straszną maską szamana na twarzy wybijał rytm na zwędzonym z kolekcji Rahy afrykańskim bębnie, obciągniętym skórą kozła. Falowały barwione na intensywne kolory ptasie pióra. Mi-ir odrzucił płaszcz i przytupywał z wyciągniętymi rękoma. Wnet porwał do tańca Safonę, której to było w graj. Szczęśliwa, dała się mu uprowadzić i pokazała w mig, co potrafi, chwaląc się zwyczajowymi plemiennymi pląsami. Półleżący na kline Abihu zabawiał się kunsztownie zrobionymi kośćmi do gry, ale nikt się nie kwapił, by zasiąść przy nim i pójść z nim w zawody.
      Były to pożegnalne popisy, gdyż jedną nogą stali już w Attyce. Opasane metalowymi listwami dwie solidne skrzynie z dębowego drewna z niezbędnym ekwipunkiem czekały przygotowane.

19.02.2004 :: 10:55
Komentuj (2)


Paruzja transgalaktyty


      To są właśnie niesamowite możliwości fantastyki. Ta pozwala w jednej chwili odmłodzić głównego bohatera, a stojącego nad grobem starca przemienić w faceta w średnim wieku. Eksperymenty na miarę przyszłości...

      Nie był potrzebny żaden róg, ani głos koryfeusza. Główny aktor zrzucił maskę i bez ceregieli powrócił na opuszczoną przed chwilą scenę, a widzowie pewni jego przybycia nie opuścili kamiennych ław półkolistego teatru.
      — Na trony Zeusa — wyjąkała zmieszana Ni. — To on!
      Cios był dobrze wymierzony i dosiągł zmizerniałej nagle Urchitki. Wydawało się jej przez moment, że widzi w górze dzierżącego w rękach łuk i śmiejącego się z radości młodziutkiego Erosa o złotych skrzydłach. Właśnie boskie chłopię wypuściło z niego świetlistą strzałę, która dźwięcząc utkwiła w jej sercu, rozdzierając je na dwoje. Gdyby wcześniej przewidziała to niecne taktyczne posunięcie transgalaktyty, zapewne w kotlinie Nestosu tak bardzo by się nie lepiła do budzącego zaufanie pokaszlującego i ciężko powłóczącego nogami matuzalema.
      Grek, który wyłonił się zza niby to zaczarowanych wierzei, był skrytym panem jej losu, jedynym królem jej płochych myśli i uczuć. Wiele razy widziała go w swoich snach i mnąc rękami derkę bezgłośnie pożądała na posłaniu — gotowa oddać wszystko, co miała i zdolna do każdego ustępstwa, byleby tylko razem z nim być. Nie musiała wypłakiwać za nim oczu i z rozpaczą go szukać, krążąc po Atenach, Sparcie, Koryncie i innych greckich miastach, ani też zaklinać tutejszych bogów, by jej pomogli go odnaleźć. Ku jej niewyobrażalnemu zdumieniu był na wyciągnięcie ręki. Nie sądziła, że paruzja transgalaktyty tak bardzo nią wstrząśnie. Serce jej łomotało, omal nie wyrwało się z piersi, lecz przecież nie mogła okazać tego, co czuje. Wejrzał, drań, w jej duszę i wykreował się na obiekt jej marzeń. Wiedziała, że nigdy mu tego nie wybaczy.
      Nikt nie zwrócił uwagi na jej grymasy i dąsy. Tamci hurmem poderwali się na równe nogi i zajęli nowym olśniewającym wcieleniem nestora. Wymodelował się nad wyraz gustownie. Otoczyli cudownie odmłodzonego starca, obmacując jego pozbawioną zmarszczek twarz, poklepując go po ramionach i ucząc się go od nowa. Oglądali go jak dorodnego niewolnika na targu, prawie zaglądając mu w zęby i wydawało się, że zaraz zaczną się zajadle wykłócać o cenę.
      W nowym wcieleniu Raha był mężczyzną przystojnym, silnym i pewnym siebie. Nie pozostało w nim niczego z dawnej ślamazarności starca, z jego trochę ułomnego chodu, przygarbionej sylwetki i opieszałości, choć było widać, że ma bezsprzecznie jego rysy. A może nestora zastąpił jego dojrzały syn? Szczupłą, pociągłą twarz okalały ciemne, kręcone włosy, które przetykały tylko z rzadka nitki siwizny. Broda była króciutko przystrzyżona. Spojrzenie miał bystre i przenikliwe, ale szczere. Nieco się zmieszał w obliczu żywiołowej reakcji kosmicznych wędrowców. Z entuzjazmem ściskali za ręce kupca z Aten, przyjmując go bez zastrzeżeń do kompanii.

19.02.2004 :: 14:14
Komentuj (0)


Zapraszam do Aten


      WEWNĘTRZNY dziedziniec okalały bogato rzeźbione marmurowe kolumny, a pośrodku dumnie królowała wyłożona kamiennymi płytami sadzawka. Woda tryskała w górę i spływała po białym marmurze. Ukryci w cieniu przed gorącym słońcem, stali w otoczeniu starannie pielęgnowanych roślin, kwiatów w wazonach i pnących się ku górze bluszczy. Wino wyparowało im z głów. Rozglądali się niepewnie, jakby w obawie, że coś złego czai się w pobliżu. Witały ich zmyślne milczące posągi i pełne scen rodzajowych ścienne płaskorzeźby. Stopnie, prowadzące do akwenu, zachęcały do zrzucenia szat i zanurzenia się w przejrzystej wodzie.
      Opasane metalowymi taśmami dębowe skrzynie należało umieścić w mrocznych piwnicach, kryjących się pod willą. Mężczyźni tym się w pierwszej kolejności zajęli, odkładając na później oglądanie wystawnej siedziby Eurypidesa. Opuścili na krótko kobiety i zeszli po schodach, dźwigając ciężary. Te pozostały sam na sam z nieznaną im wcześniej finezją kształtów i wzorów. Przykuły na moment ich uwagę ryte w płaskim kamieniu śmiałe sceny miłosne, pewnie dzieła tutejszych snycerzy. Potem Ni poczęła adorować umieszczoną na niewielkim postumencie wydobytą z czarnego bazaltu wysmakowaną figurę nagiej hetery. Przeszyła ją paląca myśl, że ta jest zadziwiająco do niej podobna, jakby to ona sama frywolnie pozowała bez szat nad wyraz uzdolnionemu kamieniarzowi. Wydało się jej to odrobinę podejrzane, ale nie doszukiwała się sprawcy. Gdy tamci uporali się z niewdzięcznym zajęciem i powrócili do atrium, Raha, właściwie zaś Eurypides, gdyż do tego imienia zmuszeni byli teraz przywyknąć, skwapliwie się ofiarował, że oprowadzi obie po domostwie. Chciał zetrzeć z Ni niemiłe wrażenie, które — jak skrycie się domyślał — wywołało jego nagłe triumfalne przeobrażenie. Tamta nie mogła się przecież spodziewać, że jest tym, kim jest.
      Domostwo było okazałe. Skierowane zabudową do środka, czerpało światło nie tyle z zewnętrznych okien, w które były wprawione mało przejrzyste, grube szyby, co z wewnętrznego dziedzińca. Pełnił on rolę tak atrium jak i perystylu. Zajrzeli do komnat, mieszczących się na parterze. Sufity ozdobiono malowidłami, sztukateriami, złoceniami oraz kością słoniową. Niektóre stropy były kasetonowe. Na ścianach widniały lampy z brązu i z terakoty, wiszące na uchwytach w formie galeonów. Ścienne polichromie cechowały lekkość, zwiewność, wdzięk i czar. Niektóre ściany wyszykowano tak, żeby stworzyć imitację barwnego alabastru lub porfiru, ale inne z kolei posiadały okładziny z prawdziwego marmuru. W jednej z większych komnat kryły się liczne zwoje papirusów. Kolekcja była spora, a jej właściciel włożył w ten zbiór dużo serca. Na malowidle ściennym muzy śpiewały Apollinowi. Eurypides wyjął rękopis z purpurowego skórzanego futerału i trzymając za złoty drążek rozwinął przez Safoną i Ni, aby mogły się zapoznać z kształtem greckich i perskich liter.
      Małe amorki na malowidłach przyciągały uwagę trackiej dziewczyny. Z nabożnym lękiem dotykała posągów bogów, spoglądała na mozaiki posadzkowe, po których kroczyła ostrożnie, aby nie obudzić uwiecznionych przez artystów dzikich zwierząt. Sypialnie były na piętrze. Tam, w korytarzu, obie mogły obejrzeć inne jeszcze płaskorzeźby z jeszcze śmielszymi scenami miłosnymi. Przy Greku zezowały na nie raczej dyskretnie. Znalazły kilka pokojów do spania, każdy inaczej umeblowany i urządzony. Łoża były szerokie, intarsjowane drogimi kawałkami drewna oraz inkrustowane złotem i srebrem. Rzuciły się im w oczy starannie utkane pościele i kapy — jedwabiste, barwne, ciemnozielone, szkarłatne, fioletowe, obramowane purpurą i poprzetykane złotem. Okna się otwierały i wychodziły na zadbany ogród.

20.02.2004 :: 12:14
Komentuj (0)


Nieśmiertelność


      Westchnął ciężko, podniósł się i pokazał swemu rozmówcy zejście do piwnic. I te zapewne — podobnie jak skarbiec w masywie Olimpu — kryły wiele tajemnic. Urchita odniósł wszakże wrażenie, że Eurypides chce na pewien czas odwlec dalszą rozmowę o tym, co działo się w kosmosie.
      — Zejdź ze mną — zachęcił go. — A pokażę ci moje bardziej osobiste zbiory.
      Kamienne korytarze i ściany nie działały przytłaczająco. Znaleźli się w słabo oświetlonym audytorium. Wszędzie na podestach stały ręcznie wykonane miniatury.
      — To są moje kochane cudeńka — chwalił się przed Mi-irem. — Wyobraź sobie, że sam je wszystkie posklejałem i złożyłem.
      Były tam liczne antyczne budowle, świątynie i pałace wschodnich władców, piramidy i grobowce, otoczone prymitywną palisadą osady, mosty, zaprzężone w zwierzęta pojazdy oraz łodzie i statki.
      Mi-ir oglądał te urokliwe makiety, które wyszły spod ręki nieskończenie cierpliwego rzemieślnika, ale nie bez wstydu i pewnego zażenowania. Były tego setki i począł zastanawiać się, ile sam by podobnych wykonał, gdyby przyszło mu żyć z pięćset albo z tysiąc lat. Potem uzmysłowił sobie z bólem, że — być może — i jego czeka podobny los. Czy nieśmiertelność, ten przywilej bogów, za którym wzdychali zwykli zjadacze chleba, nie była w gruncie rzeczy potwornym przekleństwem i przerażającym więzieniem bez wyjścia? Miał przez moment wrażenie, że widzi jak w lustrze swoją opłakaną przyszłość. Nie tak ją sobie wyobrażał.
      — Przepiękne i pełne czaru — pochwalił gospodarza, starając się zachować takt. — Wymagały talentu i czasu.
      Bez pośpiechu powrócili na górę.

21.02.2004 :: 11:55
Komentuj (0)


Dowcip


Właściwie już ze sporą brodą, ale akurat mi się przypomniał:

Chorobliwie nieśmiały chłopak dostrzegł przy barze piękną dziewczynę.
Przez jakiś czas zbierał się na odwagę, wreszcie podszedł do niej i z drżeniem w głosie zapytał:
— Czy możemy chwilę porozmawiać?
Dziewczyna spojrzała na intruza i dziko wrzasnęła:
— Nie pójdę z tobą do łóżka!
W knajpie zapadła cisza i wszyscy zaczęli im się podejrzliwie przyglądać.
Przerażony chłopak dał nura do stolika.
Wszystko wróciło do normy, a po chwili dziewczyna podeszła do niego i go przeprasza:
— Jestem studentką psychologii i początkującym dziennikarzem. Badam jak ludzie zachowują się w kłopotliwych sytuacjach.
Na to chłopak ile sił w płucach:
— Dwie stówy Ci wystarczą?

21.02.2004 :: 16:58
Komentuj (6)


Kto z was ma służbę?


      Kiedy z powrotem przekroczyli progi, ku swemu zdumieniu spostrzegli dwóch odzianych w krótkie chitony młodych Greków, którzy krzątali się akurat po perystylu, zapalając światła. Ich poczynania zdradzały, że są zadomowieni.
      — Ach, służba — półszepnęła Ni. — Tyle tu się mieści pod dachem. Nie zastanawiam się nad tym wcześniej. — "Pewnie ma i młode rozkosznie chętne niewolnice!" — przeszyła ją jak błyskawica sprawiająca dojmujący ból myśl. Nie zdecydowała się jej głośno wyrazić.
      Ci na modłę perską skłonili się w pas przybyszom, okazując im należny szacunek i manifestując w ten sposób, że w domowej hierarchii przypada im poślednie miejsce. Safona na moment zesztywniała, nienawykła do odbierania takich czołobitności. Ich twarze nie wyrażały żadnych uczuć, a malowała się na nich jedynie gotowość pospieszenia na każde wezwanie gości. Byli podobnego wzrostu.

24.02.2004 :: 10:46
Komentuj (2)


Zwiastuny wiosny


      Będzie wczesna wiosna, przyleciały już bowiem szpaki. Całe stadko widziałem przed chwilą przez okno. A ciągnące wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki bociany — jak informowali w TV — dotarły już do Izraela i Egiptu.
      Dziewczyny, szykujcie letnie kiecki.

25.02.2004 :: 11:03
Komentuj (4)


Czas pustyni


      Znieruchomiały na łożu wojownik popadł w głęboką zadumę. Z mozaiki zapamiętanych zdarzeń, z kalejdoskopu przejść i przeżyć, nie wyłaniało się jednakże nic, co mógłby uznać za zajmujące i godne uwagi. Brakowało mu cennych wskazówek. Użalał się w myślach nad sobą, podejmując nieudany wysiłek samookreślenia się w nowym świecie, daleko od białych pustyń planety Urch i wojowniczego plemienia, którego pradawnym tradycjom pozostawał nadal rozpaczliwie wierny. Wydawało mu się, że porzucono go nad jakąś przepaścią i że teraz nad nią chwieje się i niebezpiecznie balansuje. Prawdę mówiąc, nie wiedział, kim jest. Raha nazwał go uszczypliwie wyjącym z wilkami. Nie pojmował, dlaczego właściwie musi bezlitośnie zabijać i zaglądać oddającym ostatnie tchnienie niewinnym ofiarom w oczy. "Dokąd podążasz i ku czemu zmierzasz?" — rzucał natchnione pytania niewidomy prorok pustyni, Ab-id. Czy jego słowa — gryzł się w milczeniu — mogły mieć jakieś znaczenie po długiej podróży międzygwiezdnej i nagłym przeobrażeniu na obcej planecie? Czy posiadały jeszcze moc? Były tu wprawdzie białe, żółte i brunatne pustynie, ale zbyt odległe od trasy ich wędrówki, a poza tym mało obchodzące Eurypidesa, Mi-ira i Ni, nigdy więc dotąd nie poczuł rozkoszy obcowania z nimi. Nie widział ciągnących się aż po horyzont oślepiających piasków i nie pokonywał ich na posłusznym wielbłądzie. Nie słyszał tajemnej mowy rozpalonych słońcem pękających pustynnych skał. Liczył na to, że odzyska pewność siebie, stając się myśliwym — wszak w łowach na dzikiego zwierza, tura, rosłego dzika czy niedźwiedzia, było coś z potyczek z wyćwiczonym groźnym przeciwnikiem. W Atenach jednakże nie było na co się zasadzać, a miasto wydawało się kpić z Urchity i z jego kunsztu. Tu był właściwie zbędny. Miałby może znaleźć się na liście nożowników skrytobójców?

25.02.2004 :: 15:35
Komentuj (0)


Czy wierzycie w duchy?


      Woda lekko go unosiła, on zaś poddawał chłodnej ocenie to, co go gryzło. Czuł pod sobą marmurowe dno. Tam, w górskiej kotlinie, w pobliżu jaru, w którym siwobrody opowiadał czarnowłosemu chłopakowi mityczną historię o Faetonie, synu boga słońca, Heliosa, wojownik z Urch przeżył coś niezwykłego, czego dotąd nie umiał sobie wyjaśnić. Gdyby nie owo przedziwne tajemne widzenie, któremu naówczas uległ, nie zachowałby się irracjonalnie, nie wylazłby z krzewów wprost do ogniska i nie zagadałby do transgalaktyty. Nikomu nie przyznał się do tego, co wtedy ujrzał, gdyż lękał się, że zostałby uznany za świra. Dostrzegł zaś prawie namacalnie starego nauczyciela z wyspy Ab-dan-gra. Czy ukazał mu się duch zmarłego, czy też było to coś innego? Przybyły jakby zza światów pomylony mistrz sterczał pod sąsiednim drzewem, będąc nieomal na wyciągnięcie ręki. Przejęty do głębi swoją nadprzyrodzoną rolą, wskazywał mu siwobrodego przy rzucającym w górę iskry ognisku, zachęcając wojownika czynionymi gestami, aby bezzwłocznie zbliżył się do tamtego i potraktował go jak swego.
      Dopadło go olśnienie.
      — Ach, to tak — mruknął. — Teraz już rozumiem. Co za skurwysyn!
      Omal nie załkał, pojmując, że wreszcie tu, w Atenach, udało mu się połączyć z pozoru nie mające ze sobą związku zdarzenia. Nie miał wówczas omamów wzrokowych i nie mógł ich mieć, gdyż z natury był opanowany i trzeźwy. Nie poddawał się złudzeniom i nic mu się nigdy nie przestawiało przed oczami. Wbrew jego wcześniejszym przypuszczeniom mistrz z Ab-dan-gra musiał faktycznie wtedy stać pod kasztanowcem o popękanej korze. Mógł zaś tam stać, jeżeli przyjęło się, iż ów nie był wcale steranym przez życie, wygnanym nauczycielem, za jakiego się podawał, ale nieśmiertelnym strażnikiem tamtej planety. Jako transgalaktyta na krótko pojawił się na Y-o, aby pchnąć ogłupiałego immortusa w ramiona Rahy. Uczynił to i bez wątpienia mu się powiodło. Wywiązał się z cichej umowy ze spiskującym obrońcą Ziemi, nie dekonspirując się i nie popełniając żadnego błędu. Jego scenariusz był pod tym względem bez zarzutu.
      Powoli się uspokajał, godząc się z tą niewiarygodną hipotezą. Pierwsze odkrycie przygnało następne, te łasiły się jak zgłodniałe psy i krążyły uparcie wokół jego głowy jak kąśliwe gzy. Przyszło mu na myśl, że transgalatyczny spisek ma ani chybi znacznie szerszy zasięg niż to im oględnie sugerował Raha. I że z pewnością młodym transgalaktytom chodzi o coś więcej niż tylko o ratowanie raczkujących cywilizacji. Mu-ur nie był naiwny. Każdy przewrót, jaki by nie był, krwawy, czy nie, miał przecież zawsze to samo na celu — przejęcie władzy.
      — Do kroćset! — wyszeptał. — Umiem zabijać. I pewnie im się jeszcze nieraz przydam.
      Wyszedł mokry z sadzawki i udał się do ogrodu, a świecący księżyc towarzyszył mu cierpliwie, co rusz zaglądając w twarz. Palma była wysoka i sięgała odważnie w niebo, rozkładając u góry swe potężne liście. Należało dbać o formę. Objął pieszczotliwie jej włochaty pień, jakby chciał sprawdzić, jaki opór mu stawi. Wytężając ramiona, uda i kolana, jął się wspinać, zdobywając ją piędź po piędzi i łokieć po łokciu. Wnet znalazł się pod koroną, wydając przytłumiony zwycięski okrzyk. Zsunął się w dół, aż dotknął stopami murawy, a potem bez trudu powtórzył ten wyczyn.

27.02.2004 :: 10:54
Komentuj (2)


Były sobie świnki trzy...


      Mu-ura jednakże te obrazy tak żywo nie zaprzątały. Baczył chwilę na chudego jak szczapa żonglera, popisującego się sztuczkami z cienkimi obrożami, a potem poniosło go na skraj agory, gdzie trafił na kryjącą się w niskich murach gospodę.
      W piwnicy panował półmrok, a przy ciągnących się wzdłuż okopconych ścian kamiennych płytach stołowych rozgościła się miejscowa klientela. Grecy trącali się, wznosząc toasty i opijając transakcje. Któremuś rozwiązał się akurat gruby lniany wór i wysypały się z niego z kwikiem trzy prosiaki. Zaczął je łapać i zgarniać z powrotem. Dźwigający ogromną amforę rosły niewolnik omal się na jednej nie potknął. Na wprost w głębi mieściła się szafa, teraz otwarta i odsłaniająca komplety naczyń, kubków, kielichów i czar z dwoma uchwytami. Przykuła jego wzrok niewielka beczułka, stojąca na jednym z wolnych stołów. Ławy miały wysokie oparcia i niektórzy z biesiadujących rozłożyli się na nich ze skrzyżowanymi nogami. Środek sali był pusty. Wojownik sterczał tam niepewnie, starając się przebić wzrokiem półmrok, gdy wtem z jednego z kątów dobiegły go krzykliwe głosy. Nie byłby sobą, gdyby mimowolnie nie sprawdził, czy sztylet ma na swoim miejscu. Pijący wszczęli kłótnię, pewnie któryś z nich bezczelnie oszukiwał przy grze w kości. Zaaferowany gospodarz wyjrzał z zaplecza i szybko zaklaskał w dłonie, a na ten znak wybiegły gibkie dziewczyny w bardzo krótkich chitonach i z rozpuszczonymi włosami. Poczęły tańczyć, wybijając rytm kastanietami. Wynurzył się za nimi ponury brodaty mężczyzna, przygrywający na nieznanym Urchicie instrumencie, ani chybi od dawna służący Posejdonowi — ten jedno oko miał zasłonięte czarną przepaską, widać stracił je w jakiejś portowej bójce.

28.02.2004 :: 21:14
Komentuj (6)