EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(84)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Rajski owoc


      Otrzymałem właśnie pocztą egzemplarz autorski kwartalnika „Ruch Biblijny i Liturgiczny” z moim tekstem „Rajski owoc i podstawy biblijnej moralności”.

Tekst on-line …>

» Edward Guziakiewicz, Rajski owoc i podstawy biblijnej moralności, Ruch Biblijny i Liturgiczny, 68 (2015) nr 1, s. 59-68.

Abstrakt

      Autor ukazuje związki między trójdzielnym modelem antropologicznym a trójdzielnym schematem biblijnej moralności. Interpretuje w tym świetle opis owocu z drzewa poznania dobra i zła. Znaczącym odniesieniem jest biblijna nauka o trojakiej pożądliwości, której czytelnym odbiciem są rady ewangeliczne.

03.02.2016 :: 13:27
Link |  | Publikacje


Enbargoński medykament


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Rozejrzałem się po rozległym salonie. Miałem już w pokoju napoczętą butelkę koniaku. Poprosiłem Alison, by przyniosła mi jeszcze z kuchni szkocką whisky i wkrótce śmiał się do mnie bursztynowy „Jack Daniel’s”. Omal jej za to nie ucałowałem. Były na Ziemi marki, które zniewalały klientów od setek lat, a ta whisky bezsprzecznie do nich należała. Tak uzbrojony powlokłem się do apartamentu, a tam w samotności urżnąłem się do nieprzytomności. Nawet nie próbowałem śpiewać.
      Obudziła mnie Miriam, która zajrzała do mojego numeru. Wiedziała, że tu znajdzie koguta z Ziemi. Za oknami kładł się zmierzch. Byłem na wpół przytomny, jednak seksowna botaniczka nie zamierzała mi odpuścić i pozwolić, żebym pogrążył się we śnie. Zmusiła mnie, bym otworzył oczy. Ciążyła mi głowa. Musiałem wyglądać jak półtora nieszczęścia.
      — Ki chuj wodę mąci? — bez przekonania się postawiłem. — Kolesiów szukasz? — prychnąłem odstraszająco, widząc ją jak przez mgłę.
      Wyjęła mi z rąk opróżnioną do dna butelkę, odstawiając ją na bok. Nie przyszła góra do Mahometa, więc Mahomet pofatygował się do góry. Zajmowała drugie miejsce na liście, zatem do niej miał należeć ten wieczór. Niestety, narzeczony się schlał. Zniweczyłem jej plany, z którymi zapewne wiązała ciche nadzieje.
      — Wypij, pyszczku! — opiekuńczo rzekła, podsuwając mi plastikowy kubeczek z przeźroczystym płynem. — Wyjdzie ci to na dobre.
      Owiał mnie delikatny zapach jej kosmetyków. Gdybym teraz próbował wstać, musiałbym czepiać się ściany, bo ziemia huśtałaby się pode mną na wszystkie strony. Na szczęście, nie dostałem pijackiej czkawki, więc nie skompromitowałem się do końca w jej oczach.
      — Nie! — niemrawo zaprotestowałem, pokonany przez siłę grawitacji. — Nie chcę... Dzisiaj idę na wagary i zostawiam puste gary — zasłoniłem się pijackim bełkotem. — Miałem sprzątaczkę, ale wyrzuciłem ją na złom, okazała się kiepska, ciągle się psuła, a w dodatku nie była gumowym jebadłem — zwierzałem się, plotąc banialuki. — Odejdź, ślicznotko, nie przyjmę cię do pracy, idź do łóżka sama, seks to przeżytek — wygęgałem, próbując przewrócić się na bok i uderzyć w kimono. — O innej porze aligatorze!
      Miriam jednak nie ustąpiła. Nadal stała, pochylona nade mną. Poklepała mnie po policzku.
      — Jeszcze jesteś, słoneczko? — zacząłem nadawać na innej fali. — Nie wstanę, bo przywali mi podłoga i będę miał rozwalony czerep — grymaśnie się żaliłem. — Kąt padania równa się kątowi odbicia. Nie jestem facetem na poziomie, więc nie utrzymam się w pionie — skamlałem, siląc na profesorski ton. — Lubię wiedzieć, na czym stoję, nawet jak się położę — uparcie ciągnąłem chory wykład z fizyki. — Przytelep się później, będę czekał z utęsknieniem, przyślę po ciebie limuzynę z kierowcą… — wystękałem na koniec, częstując ją obietnicą bez pokrycia. Na tyle mnie było stać. — Zanim zaśniesz, złotko, pomyśl o mnie słodko!..
      Przytrzymała mi łepetynę. Przyłożyła mi kubek do ust, nie przejmując się moimi oporami.
      — Nie kopnij mnie w oko! — byłem gotowy wierzgnąć. — Lecisz na ślinę?
      — Spokojnie, to cię postawi na nogi! — powiedziała.
      — Koło dupy mi to lata… — szedłem nadal na udry. — Leżę na leżąco i nie mogę tego zmienić… — uparcie trwałem przy swoim.
      Wlała mi lekarstwo do gardła. Przełknąłem z grymasem odrazy. Nie musiała ściskać mi nosa. I wtedy się zaczęło. Enbargońskie świństwo uaktywniło się w okamgnieniu. Było gorzkawe. Nie wiedziałem, że stworzono tak gwałtownie działające środki medyczne. Poraził mnie grom z jasnego nieba i poderwałem się, bezradnie podpierając na rękach. Wypełnił mnie ogień. Serce tłukło się jak oszalałe.
      Otworzyłem szeroko usta, nie mogąc złapać tchu. Odniosłem wrażenie, że za chwilę zacznę gryźć ściany, byleby tylko uwolnić się od tego, co czułem. Czyżbym miał się przenieść na tamten świat?
      — Nabierz powietrza! — rozkazała. — Śmiało!
      Usiadłem w kucki na łóżku. Wezbrane wody niby po rzęsistym deszczu wypełniły wyschłe koryto. W moje zastygłe żyły wlała się ożywcza energia. Opadłem na pościel, przykładając czoło do poduszki. Przykre sensacje stopniowo ustępowały. Przechodziły jak ręką odjął. Stał się cud i po minucie lub dwóch czułem się jak nowo narodzony. Ogarnął mnie błogi spokój. Żołądek, który podszedł mi do gardła, wrócił na swoje miejsce.
      — Mon Dieu, co to było?!
      Oddychałem normalnie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Obejrzałem swoje dłonie. Nie drżały. Znalazłem się po słonecznej stronie życia. Byłem tak trzeźwy, jakbym nie miał alkoholu w ustach od stu lat. Dziewczyna faktycznie postawiła mnie na nogi. Dokonała cudu.
      — Uwolniłam twój organizm od toksyn — zdradziła, przyglądając mi się uważnie. Pochyliła się nade mną, badawczo lustrując moją twarz, jakby chciała sprawdzić, czy lekarstwo wywołało pożądany skutek. Jej długie złociste włosy omal nie dotykały moich piersi.
      Gdybym był sportowcem, pomyślałbym, że poczęstowała mnie rewelacyjnym anabolikiem. W kilka chwil przeistoczyłem się z zapijaczonego pętaka w nieulękłego herosa, gotowego ruszać na podbój świata. Pojąłem, że mogę żyć na wysokich obrotach. Już od zaraz.
      Zajrzałem w jej chabrowe oczy.
      — Co robisz aniele w weekend? — zapytałem jak matoł.
      Uśmiechnęła się, nie spuszczając ze mnie wzroku.
      — Nic takiego, śpiewam w chórze kościelnym — odbiła piłeczkę, dostosowując się do mojego wątpliwego poczucia humoru.


08.02.2016 :: 20:00
Link |  | Enbargonki


Superrasa


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Grace zajrzała mi w oczy, jakby chcąc z nich wyczytać, co wiem, a czego nie wiem.
      — Jesteś ulepszoną wersją samego siebie. Posiadasz nadzwyczaj wydolny organizm, my też takie mamy. Ewolucyjnie stoisz dużo wyżej niż inni ludzie — wyjaśniła z najwyższą powagą.
      — Stworzyliście superrasę? Ja cię kręcę! Dlaczego tego nie zauważyłem? — ironicznie parsknąłem.
      Podeszła do nas Jacqueline, jakby przewidując, że będzie potrzebna.
      — W czym rzecz? — ciekawie zapytała.
      — Należałoby rozpocząć od pokazania ci możliwości twojego układu regeneracyjnego — ciągnęła Grace, klarując mi to wszystko pod dachem. — Wypadałoby cię mocno zranić, najlepiej nożem — dodała, znacząco zerkając na brunetkę.
      — O nie, nie piszę się na to — prychnęła Jacqueline. — Nie dla mnie takie numery. Poproś Daisy, ona jest od mokrej roboty. — Rozejrzała się za Hinduską.
      — Załatwcie to razem — w te pędy rozstrzygnęła Grace. — Wy dwie pierwsze zaczęłyście go wtajemniczać.
      Sprzątano po śniadaniu. Jacqueline i Daisy poważnie potraktowały zalecenie Grace, czego się nie spodziewałem. Uznałem, że nie należy traktować jej słów serio. Umknąłem na pływalnię i wyciągnąłem się na leżaku, przymykając oczy i wystawiając twarz do słońca. Jednak nie byłem w stanie ukryć się przed nimi. Rozhasane dziunie mnie dopadły, nie pozwalając mi zapomnieć o tym, co wyniośle zakomunikowała pierwsza dama.
      — Musisz przez to przejść — z ożywieniem oznajmiła brunetka. Powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o niewinną grę w berka.
      Daisy bawiła się swoim nożem, a w jej oczach migotały niebezpieczne błyski.
      — Mam odegrać rolę prosiaka, którego zarzyna się na ucztę plemienną? — usiłowałem ich zamiar obrócić w żart. Nie chciałem, by na mnie eksperymentowały. Nie nadawałem się na królika doświadczalnego.
      — Coś w tym stylu. Dawaj rękę! — zażądała Hinduska. Nie wierzyłem, że to zrobi. Nie wykręciłem się sianem. Chwyciła ją mocno i oparła o poręcz leżaka. Ciachnęła mnie nożem, przebijając dłoń na wylot.
      Wyrwałem jej rękę i wrzasnąłem wniebogłosy. Bolało jak diabli. Zerwałem się z leżaka. Moja krwawiąca prawica wyglądała tak, jakbym właśnie dostał stygmatów.
      — Odbiło wam, czy co? — przerażony jęknąłem. — Taki z ciebie ochroniarz? Masz mnie bronić, a nie kroić w paski!
      Daisy ostrożnie wyciągnęła złoty sztylet z rany.
      — A teraz patrz! — powiedziała.
      Rana szybko znikała. Nie trzeba było jej bandażować. Stopniowo się zabliźniała i po minucie nie został żaden ślad po zadanym ciosie. Skóra była gładka. Poruszyłem palcami. Ból ustał, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Czyżby przestały obowiązywać prawa natury?
      Rozpaczliwie zajrzałem w ich oczy, próbując pojąć, kim stałem się w rękach nieprzeniknionych Enbargonów. Nie były przejęte incydentem, a Daisy bawiła się nadal sztyletem.
      — Mogę ci jeszcze uciąć palec — zaproponowała z miną urodzonego sadysty. O dziwo, z tą miną było jej do twarzy, a jej szelmowski uśmiech zniewalał. Broniłem się dotąd przed myślą, że ta niewinna istota jest w stanie zabić z zimną krwią.
      — Nie, nigdy! — zaprotestowałem. — Wierzę ci na słowo.
      Przypomniałem sobie, że w pradawnej yakuzie karą za błąd było obcięcie palca. Ten ponury rytuał wywodził się z kodeksu samurajskiego i nosi nazwę yubitsume. Ja jednak nie byłem członkiem żadnej mafijnej organizacji, a poza tym palec z całą pewnością by mi odrósł. Naprawdę im wierzyłem.
      Przysiadłem na leżaku, przyglądając się nieufnie obu madonnom. Rozochocone, mogły ponownie spróbować swoich sił i dobrać się do mnie. Skupiłem trwożną uwagę na penisie.
      — To kim, do diabła, jesteśmy? Tworzymy faktycznie nową rasę?
      — Coś tak jakby… — beztrosko odpowiedziała Jacqueline.
      Pomyślałem, że znowu muszę się upić. Zalać się w sztok. To przechodziło ludzkie pojęcie. Byłem sobą i nie byłem.
      Nad zdolnością do regeneracji ziemscy i marsjańscy naukowcy pracowali od wieków, ale nie odnieśli większych sukcesów. Enbargoni pod tym względem zaszli dużo dalej. Ze zgrozą pojąłem, że ocierają się o nieśmiertelność. Człowiek nie potrafił dogonić salamandry. Zraniony ziemski płaz był w stanie odtworzyć sobie ogon, kończyny i ważne organy wewnętrzne. Pozwalał mu na to układ odpornościowy. Zrozumiałem, dlaczego moje madonny nie miały przebitych uszu i nie nosiły kolczyków w pępku. Ich naruszona skóra momentalnie się odnawiała. Pobiegłem myślami w stronę medyka z Orlando, który zbadał mnie po przylocie z orbity supernowej i podzielił się ze mną swoimi wątpliwościami. Zastanawiało mnie, jak dalece przeniknął sekrety obcych. Czy byłem wydaniem pierwszym poprawionym samego siebie, czy całkiem nowym wydaniem drugim? Odniosłem wrażenie, że moje madonny chcą mnie przekonać, iż w grę wchodzi druga ewentualność.
      Wstałem i ponuro zerknąłem na Daisy. Była cała w skowronkach. Pokazała pazurki, ale doskonale wiedziała, że puszczę jej to płazem.


22.02.2016 :: 14:30
Link |  | Enbargonki


Coraz bliżej


Zostało 26 dni do nadejścia wiosny...

23.02.2016 :: 17:05
Link |  | Cztery pory roku