EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
Hegemone(9)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(66)
Publikacje(34)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Wcinam się w Nowy Rok!


      Rzadziej zaglądam na ownloga z tej racji, że zrezygnowałem na jakiś czas z Internetu w mieszkaniu, ale i tak mam wrażenie, że siedzę w przeciągu. Ze statystyk wynika, że dziennie "eddiego" odwiedza co najmniej dwudziestu internautów. Czasami wizyt jest blisko czterdzieści. Cieszy to, ale i rodzi rodzaj buntu. Marzyłby mi się blog anonimowy, dziennik, w którym mógłbym pisać, co tylko zechcę, bez autocenzury. No, ale zaczynając tę zabawę przed kilku laty, nie sądziłem, że to wszystko się tak upubliczni...

07.01.2005 :: 18:51
Link | Komentuj (6) | Główna


„Genesis” [sf]


      Jak już chyba wspomniałem, zacząłem pracować nad tym utworem w grudniu ubiegłego roku. Nowela znajdzie się pewnie w prezentowanej w Internecie serii "Przyloty na Ziemię". Punktem wyjścia jest jedna z kilku miniaturowych zagadek kryminalnych, powstałych w latach 90. i opublikowanych przeze mnie pod pseudonimem w regionalnej prasie. Jej tytuł brzmiał "Śmierć pięknej tancerki".
      Już na pierwszej stronie oglądamy zwłoki tytułowej bohaterki — ale cóż to za przeszkoda dla kosmitki? Ta ożyje i da dyla z prosektorium...
      A tak się ta historia zaczyna:

      Na zakryte kartonami martwe ciało natknął się nad ranem szukający resztek pożywienia trzęsący się żebrak — na tyle uczciwy, czy raczej aż tak przerażony, żeby powiadomić policję. Biedak skorzystał z mieszczącej się przy głównej ulicy budki telefonicznej, drżącą ręką wybierając numer. Nocą nieco kropiło, a przed świtem dawał się we znaki dojmujący chłód. Wyciągnięty wczesną porą z łóżka komisarz ze skupieniem przyglądał się delikatnej twarzy z co nieco rozmazanym makijażem. Takie słodkie kociaki oglądało się na okładkach ilustrowanych magazynów. Przeszło mu przez myśl, że najlepiej prezentowały się na tle luksusowych wozów. Dziewczyna wyglądała na prostytutkę, biorąc pod uwagę jej skąpe jaskrawe ciuchy — ale jeśli w istocie robiła w tej branży, to z takim seksapilem była warta krocie. Mogła mieć góra dwadzieścia dwa lata. Nawet po śmierci była piękna. Obnażone bosko zgrabne nogi wywoływały niedwuznaczne skojarzenia. Dla platynowych blondynek w jej typie nadziani faceci w podeszłym wieku szybko tracili głowy i ciągnęli do nich jak głupie ćmy do płomienia świecy. Szli jak w dym.
      — Wszystko kręci się po staremu — mruknął pod nosem, spoglądając na zegarek. — Co za świat? Ohyda. Hej, masz ochotę na kolację ze śniadaniem? Czemu nie? Jeśli jesteś przy szmalu... — A przecież mogłaby taka mieć męża i dzieci.
      Z niezwykłym okrucieństwem podcięto jej gardło ostrym narzędziem, ani chybi brzytwą. Tę zakrwawioną znaleźli wkrótce chłopcy z dochodzeniówki w sąsiednim wąskim przetoku między ścianami kamienic w metalowym pojemniku na śmiecie. Sprawca z pewnością usunął ślady linii papilarnych, chyba, że nie miał poukładane w głowie.
      Ponętna młódka trudniła się w ulokowanym przy głównej ulicy klubie nocnym z mało rzucającym się w oczy wejściem — i to udało się od ręki ustalić. Zeznał tak jeden z gapiów, którzy mimo wczesnej pory powolutku się gromadzili, przyciągnięci widokiem ekipy policyjnej. Ten akurat był dość dobrze zorientowany, bo pracował w ochronie pobliskiego supermarketu. Pamiętał wszystkich stałych klientów, a sprzątnięta laska zaglądała tam prawie codziennie. Znał nawet jej ksywę. Był to pierwszy wyraźny trop i pomyślał, że z mety wybierze się do jaskini rozpusty, by dowiedzieć się czegoś więcej. Intuicja go nie myliła i okazało się, że jeszcze tam jest otwarte.
      Genesis nie miała alfonsa. Tam zeznał łysawy barman, który mimo tego, że zbliżał się ranek, kręcił się wciąż po klubie. Kończył wymieniać spalone żarówki. Twarz miał zmęczoną i było widać, że chce czym prędzej przyłożyć głowę do poduszki. Zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że dziewczyna nie żyje. Dla pewności komisarz mu ją dokładnie opisał. Wieczorami tańczyła, robiąc striptiz, a po północy umawiała się na ciąg dalszy, jeżeli palił się na to jakiś chętny. Różnie to bywało i zazwyczaj kończyło się w pobliskim hoteliku, gdzie miała wynajęty pokój. Widywano ją w towarzystwie starszego starannie ubranego i zamożnego mężczyzny, który kazał się tytułować hrabią, a także w asyście czterdziestokilkuletniego kupca z Dzielnicy Łacińskiej. Ostatnio uderzał też do niej obiecujący rzeźbiarz artysta. Ten był najmłodszym z jej gachów. Barman znał ich nazwiska oraz adresy i bez oporów udostępnił je gliniarzowi. Pewnie dla jego firmy nie była to wielka strata. Striptizerki przychodziły i odchodziły. W tej branży należało pamiętać o rotacji, liczyć się z przykrymi zajściami, no i dbać o dobre stosunki z policją.
      — Danse macabre — szepnął komisarz, nieruchomiejąc za kierownicą wysłużonego wozu. Założył miękkie skórzane rękawiczki. Była pełna życia, śmiejąca się i z ikrą, pewnie z planami na przyszłość, dopóki nie znalazła się w upiornym tanecznym korowodzie ze wstrętnym chichoczącym kościotrupem na czele. Podły los nie szczędził razów i każdego to czekało, ale przecież nie należało się z tym spieszyć. A już tym bardziej z paranoiczną gorliwością dopomagać przeznaczeniu. Ruszył z miejsca, uzmysławiając sobie, że bardzo mu zależy na tym, żeby znaleźć zwyrodnialca, który tę śliczną młódkę wysłał na tamten świat.

10.01.2005 :: 10:07
Link | Komentuj (2) | Główna


A to pierwszy podejrzany...


      Hrabia był wyniosły i nieomal lodowaty. Spoglądał na komisarza z majestatycznym spokojem. Przyjął go w kwiecistym męskim szlafroku w wyłożonym perskimi dywanami wielkim salonie z meblami w stylu empire. Zaczesane do tyłu szpakowate włosy podkreślały wysokie czoło.
      — Genesis? — zmarszczył brwi, bijąc się z myślami. Szukał natchnienia. Dobre pół minuty trzymał wypielęgnowaną dłoń na słuchawce aparatu telefonicznego w geście, który kazał się domyślać, że za chwilę wybierze numer gabinetu ministra spraw wewnętrznych lub innej równie ustosunkowanej osobistości, a wreszcie się skrzywił, ostatecznie uwalniając się od wątpliwości. — Genesis — powtórzył z rozmysłem. Rozparł się w fotelu i potwierdził, że zna tancerkę. Wykoncypował, że nie ma powodów, aby się jej wypierać. Dodał, że nie żywi do niej głębszych uczuć. — To przelotna znajomość — oznajmił z opanowaniem. I zaraz z niepokojem zapytał: — Chyba niczego nie ukradła? — A widząc zdumienie w oczach komisarza, dorzucił, jakby się usprawiedliwiając: — Efektowna, to jasne, ale ma przewrócone w głowie. Jest zafascynowana arystokracją, jednak nie znajdzie się w wyższych sferach ze swoją reputacją. Gubią ją wyniesione z półświatka fatalne nawyki — gorzko podsumował. — Dziecię marginesu...
      — Niestety, to dziecię nie żyje. Zwłoki odkryto dzisiaj nad ranem — rzucił z dojmującym chłodem, nie spuszczając z tamtego wzroku.
      Dźgnięcie było celne. Hrabiemu nie drgnął żaden muskuł, potrafił się doskonale maskować, lecz przed doświadczonym gliną nie umiał ukryć tego, co działo się w jego duszy. Chyba nikt nigdy nie zadał mu silniejszego ciosu. Można było odnieść wrażenie, że właśnie przegrał w ruletkę wszystko, co miał. Calutki majątek. Nie. Po prostu stracił najbliższą sercu osobę.
      Komisarz chwilę siedział w kłopotliwym milczeniu, po czym z atencją się podniósł, szykując się do wyjścia. Niepewnie podniósł oczy. Jego nos mówił mu, że rozmówca nie może mu pomóc w śledztwie. Zresztą tamten chciał zostać sam.
      — Czy miała rodzinę? — zapytał prawie na obchodne.
      — Nie.
      — Można zatem liczyć, że... — zawiesił na moment głos.
      — Tak — tamten wiedział, o co mu chodzi. — Podejmę się identyfikacji — wychrypiał. Zestarzał się nagle o kilka lat. — Proszę tylko powiedzieć, kiedy i gdzie.
      Pożegnali się bez słowa. Żałował, że musiał się wcielić w rolę zwiastuna złych nowin. Zstępował po szerokich schodach z uporczywą myślą, że okazał się mało taktowny, bo przeoczył należne kondolencje. W tym przepięknie położonym pałacyku właśnie zmarł ktoś z niby-rodziny. Ale straszliwie zakpiłby sobie z hrabiego, gdyby próbował mu je złożyć.
      — Szlag by to trafił! — warknął, gdy zasiadł za kierownicą.
      Sięgnął po paczkę papierosów. Zapalił jednego, wydmuchując kłęby dymu. Współczuł tamtemu. Należało go dawno temu przestrzec. Facet nie powinien był pochopnie otwierać serca przed panienką lekkich obyczajów — choćby nie wiadomo jak się kleiła i choćby nie wiadomo jak rozpaczliwie szukała w nim ojca, którego los poskąpił jej w dzieciństwie. Ale na cenne rady było za późno. Ruszył z miejsca z zasępionym obliczem. Sam przed laty popełnił podobny błąd. Nieźle się naciął i pewno dlatego został starym kawalerem. Za dobrze go rozumiał.

11.01.2005 :: 10:57
Link | Komentuj (2) | Główna


Drugi podejrzany


      Otyły kupiec był wrednym typem, co od razu wpadło komisarzowi w oczy, przynosząc mu niejaką ulgę. Taki gruboskórny palant nie cierpiał z powodu kurewek, które żegnały się z tym światem. I na tym polegała jego przewaga nad starszym od niego nieuleczalnym romantykiem, który w samotności lizał teraz rany.
      — Genesis jest łasa na szmal — miękko objaśniał komisarzowi, gdy ten zjawił się na zapleczu sklepu z konfekcją. Omal nie mruczał jak kot i nie ocierał się pieszczotliwie o glinę. — Dla forsy jest gotowa na wszystko. Mimo to — moim skromnym zdaniem — ma gołębie serce — konfidencjonalnie dzielił się z nim posiadaną wiedzą, markując opiekuńczość i życzliwość, ale było widać, że łże jak pies. Miał głęboko w dupie tę striptizerkę. Tyle dla niego znaczyła, co manekin w witrynie. — To dobra dziewczyna, ale zepsuta przez środowisko. Gdyby tak poszła na studia... — cmoknął w pewnej chwili, doprowadzając do absurdu swój kłamliwy wywód. — Na przykład na Sorbonę? — Na pewno nie dałby na to ani centa.
      Komisarzowi przeszło przez myśl, że drań najwyraźniej nie zapłacił jej za kilka ostatnich nocy i główkuje, jak się z tego wywinąć. I pewnie korci go, by podłapać chętną studentkę z długimi nogami.
      — Ach, tak? — nieznacznie się zdziwił. — Biedaczka nie żyje — powiedział.
      — Co? Słodka Genesis nie żyje? — tamten zrobił wielkie oczy, skupiając wzrok na gliniarzu i nieruchomiejąc na dłuższą chwilę. — W głowie się nie mieści — wymamrotał z niesamowitym zdumieniem. — I pomyśleć — palnął bez namysłu — że widziałem się z nią jeszcze przedwczoraj...
      Wydawało się komisarzowi, że kupiec z ulgą odetchnął. Wiadomo, zmarli nie upominali się o gotówkę.

13.01.2005 :: 10:39
Link | Komentuj (1) | Główna


Byłem w jury


      Byłem w jury Młodzieżowego Turnieju Poetyckiego o "Srebrne Pióro" Prezydenta Miasta Mielca. Uroczysty finał konkursu miał miejsce dnia 14 stycznia 2005 r. Święta i Nowy Rok spędziłem więc nad nadesłanymi tekstami, główkując i usiłując spośród nich wyłuskać te najlepsze. Innymi słowy: pławiłem się w poezji młodych.

      Szczególnie spodobał mi się wiersz "Wypadek" Anny Bielat z I LO w Mielcu. Autorka ta otrzymała za ten utwór I wyróżnienie.

      A oto ta perełka, którą zamieszczam tutaj — ma się rozumieć, za jej zgodą.

Anna Bielat   „Wypadek”

Zaskoczenie
jeździ Jaguarem
duma
Mercedesem
przyjaźń
rowerem
ryzyko
ma Porsche
a samochód miłości...
miłość miała dziś wypadek
jak zwykle zawiodły hamulce
jedna osoba w stanie ciężkim
kierowca wyszedł bez szwanku

15.01.2005 :: 14:54
Link | Komentuj (6) | Główna


Trzeci podejrzany


I sakramentalne pytanie: Który zabił?

      Trzeci z kandydatów na mordercę mieszkał w Montmartre. W drodze komisarz połączył się z prosektorium, by porozmawiać z lekarzem, a jego pierwsze niejasne domysły się potwierdziły. Miało się to wprawne oko. Zgon nastąpił około drugiej w nocy i nie było oznak gwałtu. Morderca przewiózł zwłoki i porzucił je w pobliżu klubu. Zupełna amatorszczyzna. Widocznie tchórzliwie liczył na to, że im dalej znajdą się od miejsca zbrodni, tym będzie dla niego bezpieczniej. Gdyby miał odrobinę oleju w głowie, postarałby się o to, żeby trefne ciało znikło bez śladu.
      — Złudne nadzieje! — mruknął, przyspieszając. Przez chwilę czuł się tak, jakby był bohaterem komiksów w stylu "A prendre avec des gants". Potem już tylko rozglądał się za miejscem do parkowania.
      Rzeźbiarz przyjął komisarza w obszernym atelier w otoczeniu posągów i popiersi. Jego dziełka nie należały do okrzyczanych, ale zdobył już sobie markę dobrze zapowiadającego się artysty, którego kłopoty finansowe nie będą się imać. Szczupły i wysoki, z długimi rozczesanymi na środku głowy włosami i krótko przyciętą bródką. Do obcisłych dżinsów założył luźną białą koszulę ze stójką, zdobioną barwnymi motywami.
      — Genesis? — dłonie tamtego nie przypominały rak kamieniarza i trudno je było sobie wyobrazić z zakrwawioną brzytwą. — Spotykałem się z nią, nie ma co tego kryć — cedził, bawiąc się niewielkim dłutem. — Muszę rzec, że to rzadkość w tym babskim fachu. Żadna tam przypadkowa z ulicy. Stwarzała wrażenie małej cudownej istotki, wprost stworzonej do miłości. Zaraz, zaraz, kiedy ją ostatnio widziałem? — usiłował sobie przypomnieć. — Pewnie ze trzy dni temu... A co się stało?
      Glina wrócił do komisariatu. Zgodnie z telefonicznym poleceniem, Filip niuchał już za podejrzanymi w archiwach policyjnych.
      — Wszystko wskazuje na to, że to robota hrabiego de la Potterie — zaczął bez ogródek, gdy tylko ujrzał komisarza. — Przed kilku laty był już zamieszany w śmierć prostytutki, ale śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Cóż, należy do elity i ma swoje dojścia do...
      — Nie, to nie on... — przerwał mu szef, kwitując jego sugestię skrzywieniem ust i wymownym ruchem ręki.

20.01.2005 :: 09:30
Link | Komentuj (4) | Główna


Urodziny


      Weszliśmy w znak Wodnika i zima wróciła. Jako że to mój znak, więc postanowiłem trochę poszaleć. Wrzuciłem do Sieci dwie nowele science fiction: "Ekscytozę" i "Przerwany lot". Kto lubi taką literaturę, może sobie poczytać. W sumie ok. 100 ss znorm mpsu. To taki mój urodzinowy prezent dla internautów. Piątego lutego bowiem kończę... eeee... ile to? ...dziesiąt trzy lata. Nie chce się wierzyć. Boże, kiedy to przeleciało?!

25.01.2005 :: 10:08
Link | Komentuj (9) | Główna


No więc zabił... eee...


      Glina wrócił do komisariatu. Zgodnie z telefonicznym poleceniem, Filip niuchał już za podejrzanymi w archiwach policyjnych.
      — To robota hrabiego de la Potterie — zaczął bez ogródek, gdy tylko ujrzał komisarza. — Przed kilku laty był już zamieszany w śmierć prostytutki, ale śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Cóż, należy do elity i ma swoje dojścia do...
      — Nie, to nie on... — przerwał mu szef, kwitując jego sugestię skrzywieniem ust i wymownym ruchem ręki. — Nie uwierzysz, ale poszlaki wskazują na tego artystę... — zadumał się, gryząc się z myślami. — Co? — zapytał, widząc zdumienie w jego oczach. — Aha! Dlaczego? — wstydliwie odchrząknął. — Presumpcja jest z rzędu tych, których się nie poważa — i pewnie każdy sędzia wyśmiałby mnie, gdybym próbował powoływać się na coś takiego. To dobre w tanich kryminałach. Tylko ten łajdak mówił o niej w czasie przeszłym — wydusił z siebie, omal się przy tym nie rumieniąc. Wyciągnął chusteczki higieniczne, by przetrzeć sobie nos. — W passé composé... — po chwili dorzucił.
      Tamten zerknął z żalem na papiery, nad których zgromadzeniem siedział przeszło godzinę. Gorliwość nie popłacała. Przynajmniej nie w policji. Przyłożył się do zbędnej pracy.
      — Wiedział, skurwiel, że jego laska nie żyje... — rzekł w zamyśleniu, jakąś częścią swego ja godząc się z wywodem szefa, którego zdanie sobie cenił. Marzył o tym, żeby mu z czasem dorównać. Inna nadal niezłomnie broniła hipotezy o winie hrabiego.
      — A co z nakazem rewizji w jej mieszkaniu? — ocknął się Delorme.
      Filip zerknął na zegarek.
      — Będziemy go mieć za jakąś godzinę — odpowiedział.

      Kogo interesują dalsze losy kosmitki o wdzięcznym imieniu Genesis, tego zapraszam pod adres free.of.pl/a/autor/genesis/. Można tam będzie na bieżąco śledzić postępy prac nad tą nowelą.

31.01.2005 :: 14:45
Link | Komentuj (5) | Główna


Fantastyki ciąg dalszy


      Piszę dalej tę nowelę sf, to już część druga, akcja przenosi się do Warszawy, a wątek miłosny, który nieoczekiwanie wysunął się na pierwszy plan, przyćmi wkrótce wątek kosmicznej wojny z Arvotarami.
      Ale nie uprzedzajmy faktów...
      Zapraszam pod adres free.of.pl/a/autor/genesis/.

04.02.2005 :: 11:11
Link | Komentuj (6) | Główna


Świętego Walentego


     Wszystkim zakochanym moc walentynkowych życzeń i spełnienia najskrytszych marzeń...

14.02.2005 :: 11:13
Link | Komentuj (8) | Główna


Image


      Spodobała mi się ta fotka. Brązowe kozaczki, czarna spódniczka mini, biała kurteczka, a w rękach składany parasol w czerwonym pokrowcu. Twarz pogodna, buzia uśmiechnięta. Tak trzymać...

21.02.2005 :: 12:35
Link | Komentuj (6) | Główna


Powrót kosmitki


      I tym sposobem uporałem się z czterema częściami noweli "Genesis". Tytułowa bohaterka odrodziła się jak feniks z popiołów i umknęła w przestrzeń kosmiczną. Naturalnie, w piątej części powróci. Akcja będzie się zaś toczyć już nie w Paryżu ani nie w Warszawie, ale w malowniczej scenerii Majorki, hiszpańskiej wyspy leżącej na Morzu Śródziemnym. Końcowe sekwencje zaś — w Arizonie...

25.02.2005 :: 10:55
Link | Komentuj (5) | Główna


I gotowe...


      Portret kosmitki o wdzięcznym imieniu Genesis jest już gotowy. Końcówka wyszła trochę sadomasochistyczna, co jednym się spodoba, a innym nie. No, ale jako autor nie miałem już na to wpływu, he, he — można co najwyżej winić głównych bohaterów...

04.03.2005 :: 12:38
Link | Komentuj (6) | Główna


Dzień Kobiet


      Z okazji Dnia Kobiet wszystkim Paniom na blogu moc najserdeczniejszych życzeń...

08.03.2005 :: 11:53
Link | Komentuj (2) | Główna


Kartkując „Windę czasu”


Przeglądam sobie tę powieść, tu i ówdzie coś dodając lub ujmując. Neogeneranie są wyposażeni — rzecz oczywista — w ludzkie ciała, które sobie sami stworzyli.


      Zamyśliła się, oczyma wyobraźni przenosząc się do otoczonej winnicami malowniczej burgundzkiej wioski. Późną wiosną wybrała się karocą do Dijon i zatrzymała się na nocleg w przydrożnej karczmie. Przy cuchnących łajnem stajniach ujrzała byle jak odzianą młodziutką wieśniaczkę o olśniewającej urodzie. Podśpiewywała, czyszcząc konie. Zawdzięczała jej swój późniejszy wygląd zewnętrzny. Dobrze zapłaciła garbatemu karczmarzowi o odpychającym obliczu gnoma i ten nakazał płochej służebnej, by przed podróżującą damą w sypialni rozebrała się do naga. Syciła się jej wstydem. Długo studiowała jej fizys, obchodząc dziewczynę z zapaloną lampą w ręku i oświetlając z różnych stron. Wymogła na niej, by przed nią tańczyła, śmiała się i płakała. Jej skóra była delikatna jak aksamit, twarz gładka, a zęby równe i zdrowe. Później dziewka usługiwała jej przy kąpieli. Natura płatała niekiedy figla, wyposażając nieświadome posiadanego bogactwa przypadkowe biedne istoty w przymioty, o których nie mogły marzyć nawet królowe. Miała szczęście, że tam się znalazła. Jej myśli pobiegły w stronę Anny Austriaczki i przyszło jej raptem do głowy, że mógłby ją uwiecznić dla potomnych ten znany malarz flamandzki, Peter Rubens, którego chwalono za cykl monumentalnych dekoracyjnych malowideł do Pałacu Luksemburskiego. Przedstawiały one życie Marii Medycejskiej, drugiej żony Henryka IV. Zaraz zrezygnowała z tego ambitnego planu. Tylko kiep zwracałby na siebie uwagę. Zresztą wyrzeźbiła w sobie kształty tej dziewki doskonalej od biegłych w artystycznym fachu uznanych kamieniarzy, dodając sobie przy tym nieledwie kilka lat — i pewnie sam Fidiasz mógłby jej zazdrościć, a Michelangelo Buonarroti kłaniać się w pas. Nadal były prawie jak dwie krople wody. Nurtowała ją myśl, że powinna wybrać się znowu do Burgundii, odnaleźć tamtą płochą wieśniaczkę w obszarpanych łachach, przywieźć ją do Paryża, a tu przyzwoicie odziać, nakarmić, nauczyć dobrych manier i przedstawić jako młodszą siostrę.
      — Eh, wariactwa! — syknęła. Wszystko to było obliczone na tłumienie bolesnej samotności. — Nie daj się ponieść szaleństwu! — pogroziła palcem swojemu odbiciu. Pomimo perfekcyjnego podobieństwa byli obcymi między ludźmi. Stuprocentowymi cyborgami. Kalekami, posługującymi się protezą ludzkiego ciała.

11.03.2005 :: 14:10
Link | Komentuj (3) | Główna


Znowu dodane...


      — Boże, kiedy to się zaczęło? — usiłował sobie uprzytomnić.
      Chyba końcem zimy zaczął ją mimowolnie wyróżniać. Dyskusje z tą milutką i zarazem bardzo inteligentną studentką dopingowały go do niejakiego wysiłku umysłowego — stawiała bowiem niebanalne pytania i dzieliła się przemyśleniami, których nie powstydziłby się szanujący się naukowiec z wieloletnim stażem pracy. Po prostu była niezłym analitykiem i umiała to wykorzystać. Matematyka, logika formalna, metodologia, hermeneutyka... Rzadko kiedy interesowało to piękne dupcie. Gdyby wszakże nieszczęsna wiedziała, w jakich okolicznościach jej horrendalny rozmówca naprawdę trafił na Sorbonę, zapewne nie zaglądałaby zalotnie w jego poważne, chłodne oczy. Skrzywił się i smutno pokiwał głową. Cóż, żeby wstąpić na miejsce wytypowanego wcześniej rzutkiego pracownika nauki, musiał nie tylko do niego się upodobnić, ale i definitywnie pozbyć się oryginału. To było podłe, lecz konieczne. A ponoć przestępstwo nie popłacało. Na szczęście dla niego, tamten był odludkiem i nie utrzymywał kontaktów z dalszą rodziną. Bliższej nie miał. Pamiętał ową ponurą noc, kiedy kopał dół pod jego zwłoki na zapuszczonym wiejskim cmentarzu. Wył wicher, szarpał konarami drzew, księżyc przyoblekł się w czerwień, złe duchy chichotały za jego plecami, a między zmurszałymi płytami grobowców przebiegały podejrzane cienie.
      — Ani to pierwszy mord, ani ostatni!.. — posępnie skonstatował. Zbrodnia była doskonała, skoro w ciągu trzech lat nikt nie wpadł na jej ślady.

14.03.2005 :: 11:04
Link | Komentuj (4) | Główna


Rodzina mi się powiększyła


      Nie, nie, to nie to, o czym myślicie. Przyniesiono mi do domu maleńką mysz. Dziwną jakąś, jakby nieziemską. Może pochodzi z kosmosu? Tułów ma niewielki, ogonek długi, ale nie w tym rzecz. Chodzi o mysią sierść. Moja myszeczka jest różnokolorowa i wygląda tak, jakby właśnie wypuścili ją od fryzjera, który chciał być na topie. Przód ma cytrynowo-zielony. Środek — biały. A tyłeczek intensywnie różowy. Nie wiem, jak to jest zrobione, bo przecież jej w sklepie zoologicznym nie popryskali sprayem. Widocznie gdzieś na świecie wyhodowali taki gatunek.
      Dochodzę do wniosku, że powinienem się dostosować i w takich samych kolorkach zrobić sobie fryzurkę. Wiadomo, kto z kim przestaje... Nie dzwońcie po pogotowie ratunkowe, jak mnie zobaczycie.

15.03.2005 :: 16:13
Link | Komentuj (9) | Główna


Wesołego Alleluja!


      Jako że Wielkanoc już za pasem, wypada mi wszystkim blogowo-ownlogowym przyjaciołom i sympatykom złożyć moc najserdeczniejszych życzeń. Smacznego święconego i mokrego dyngusa. Nie dawajcie się wyjątkowo okrutnej w tym roku zimie i niech się Wam szczęści we wszystkim!

22.03.2005 :: 16:08
Link | Komentuj (4) | Główna


Zmarł papież


Przemija postać tego świata.
Pamiętam dzień, w którym go wybrano. Szaleliśmy z radości.





      Ktoś mi zwrócił uwagę, że jeśli doda się cyfry z daty i godziny jego śmierci, otrzyma się liczbę lat pontyfikatu...

07.04.2005 :: 16:00
Link | Komentuj (4) | Główna


Przy kosmicznym okrągłym stole


Wrzuciłem do sieci jeszcze jeden fragment "Windy czasu". To blisko dziesięć stron komputerowych. Jeśli kogoś interesują takie rzeczy...



      Zgasił w kuchni światło i pociągnął ją za sobą. Niby to za nim ulegle poszła, jednak raptem poczuł, że mu się wymknęła. Z niepokojem obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł w mroku jej sylwetki. Znieruchomiał. Płaszcz kąpielowy, który trzymał za rękaw, luźno opadł na podłogę.
      — Sylvie — jęknął rozpaczliwie, usiłując ściągnąć ją z powrotem. — Idiotko, nie chcę, nie potrzebuję — skamlał jak pies. — Masz natychmiast to przerwać. Rozkazuję ci, wracaj...
      Nie pomogły szeptane do ścian i sprzętów zaklęcia. Nic nie było w stanie powstrzymać uroczej woltyżerki. Instynkt mu podpowiadał, że zgrabnej dupci nie ma już w mieszkaniu — pomimo to zajrzał, gdzie mógł, a nawet jak głupi podszedł do wejściowych drzwi, by upewnić się, że są od wewnątrz zamknięte. Wykoncypował, że jakimś cudem oślepiła mu zmysły. W łazience wisiały jej rzeczy. Bezmyślnie dumał nad długim jedwabnym szalem, który wystawał z jej torebki. Powoli go wyciągał, aż do końca, by potem główkować nad tym, do czego miał służyć. Chyba do miłosnych igraszek, czyli w praktyce do wiązania rąk. Bezwiednie zarzucił go sobie na szyję. Zdegustowany i zrezygnowany zawrócił wreszcie do sypialni — lecz tam zatrzymał się jak wryty, uzmysławiając sobie, że stało się coś anormalnego. To były kosmiczne górne rejestry. Przecież nie dotknął go obłęd. W jego spokojne życie znienacka wdarł się inny wymiar, a słodka kochanica z Sorbony zatrważająco dopięła swego.

11.04.2005 :: 10:42
Link | Komentuj (6) | Główna


Słowiańskie Magnificat


      Czterokrotnie znalazłem się blisko Karola Wojtyły. Pierwszy raz na początku lat siedemdziesiątych. Kardynał pokonał pieszo z Obidzy i Zagród ponad dwukilometrowy odcinek drogi na Suchy Groń w Paśmie Radziejowej, by uczestniczyć w oazowym dniu wspólnoty. Przewodniczył celebracji sub divo. Za ołtarz służył stos płaskich kamieni. Ten wakacyjny dzień nieoczekiwanie utkwił mi głęboko w pamięci. Od rana grzało i kiedy ruszaliśmy z Krościenka szlakiem przez Dzwonkówkę, byliśmy przekonani, że słoneczna pogoda utrzyma się do wieczora. Mało kto zabezpieczył się na wypadek deszczu. Kiedy rozpoczęła się liturgia słowa, nadpłynęły groźne chmury, a w czasie przygotowania darów lunęło jak cebra. Mimo, że zebrało się na szczycie kilkaset osób, znalazły się tylko... dwa duże parasole. Jeden rozłożono nad celebransem i koncelebrującym ks. Franciszkiem Blachnickim, drugi otwarto nad darami ofiarnymi. Kolejny raz miałem okazję ujrzeć Karola Wojtyłę w domu ks. Blachnickiego na Sławinku w Lublinie. Spotkał się tam z nim i z jego współpracownikami. Na pożegnanie uścisnął każdemu rękę. W tym również i mnie. Trzeci raz wpadł mi w oczy już w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Zamyślony stał wieczorem na dziedzińcu akademickim KUL, dokładnie w tym miejscu, gdzie potem wzniesiono pomnik. Pamiętam, że dyskretnie pokazywałem go komuś, kto był ze mną, a jeszcze go nie znał. Czwarty raz oglądałem go już jako papieża w auli Pawła VI w Watykanie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przyjechałem na tydzień do Rzymu z Belgii, wykorzystując zimową przerwę świąteczną. Trudno, bym opuścił środową audiencję ogólną.
      Właśnie ona sprawiła, że zainteresowałem się jego nauczaniem. Kolega z polskiej sekcji Radia Watykańskiego podsunął mi wydruki niektórych katechez z przyszłego tomu "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich". Co tu dużo mówić, to były bardzo trudne teksty. Pisywałem wówczas do "Gościa Niedzielnego", więc chciałem je zaprezentować w jednym z artykułów. Nie wyszło. Udało mi się przebrnąć przez hermeneutykę Jana Pawła II dopiero po kilku kolejnych latach refleksji i studiów. Stąd mogę rzec, że lata osiemdziesiąte były w moim życiu okresem wczytywania się w przesłanie papieskie. Oczywiście, nie w całość. Skupiłem się na jego nauczaniu społecznym i wizji człowieka pracy (homo laborem exercens), a także na nauczaniu do młodzieży (wzrastanie w definicji młodości) — co zaowocowało odrobiną eseistyki, nie mówiąc o kilku opracowaniach naukowych. W latach dziewięćdziesiątych pochłonął mnie warsztat pisarski, więc późniejsze nauczanie papieskie nie było mi już tak bliskie i nie wgłębiałem się w jego szczegóły. Nie mogę jednak powiedzieć, bym nie odkrywał Karola Wojtyły od strony spuścizny literackiej. Tu zaś szczególnie bliskie było mi jego koronne "Słowiańskie Magnificat". Uważałem je za jego najpiękniejszy i najdoskonalszy utwór poetycki.


15.04.2005 :: 11:06
Link | Komentuj (4) | Główna


Habemus papam


      Urodziłem się za Piusa XII. Potem byli Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł I i Jan Paweł II. Teraz zaś — Benedykt XVI.
      Co jest głównym atutem nowego papieża? Myślę, że germańskie zamiłowanie do porządku. Ponieważ jestem w jednej czwartej Austriakiem, a do tego umysł mam ścisły, potrafię docenić tę mało słowiańską cechę charakteru...

19.04.2005 :: 21:01
Link | Komentuj (12) | Główna


Dwa newsy


      Miałem wczoraj spotkanie autorskie z gimnazjalistami w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Chyba było ciekawie, szalenie interesujący rozmówcy. Potem wywiad dla radia. To ta dobra wiadomość. Zła to taka, że Diancia skasowała bloga. Buuuuuuuuu!..

26.04.2005 :: 11:46
Link | Komentuj (4) | Główna


Dobra wiadomość


      Jednak Diancię ruszyło sumienie i przywróciła swego bloga. Heh! A już się wydawało, że będzie koniec świata...
:)

I strzał w dziesiątkę...

Diancia się pyta, dlaczego ją czytamy, Basik odpowiada, iż dlatego, że ją uwielbiamy...

27.04.2005 :: 17:12
Link | Komentuj (2) | Główna


Faceta czasami ciężko ubrać


      Edyta zabrała swój maleńki plecak i pociągnęła za sobą Festę. Erw też wysiadł, ale utknął na skraju wydeptanego iglastego lasu. Nikt tu nie od dawna nie sprzątał i było czuć kloaczny fetor. Snuł się anemiczny dym z kawiarnianego grilla, niosący zapach pieczonych kiełbasek. Poziewywał, medytując nad swoim wyglądem. Obawiał się, że stwarza nienajlepsze wrażenie. A może w jego matrycę wpisały się przypadkowe kompleksy, związane z ubiorem? Kierowca tira ironicznie uśmiechnął się pod nosem, lustrując jego sylwetkę. Ten miał na sobie przepoconą flanelową koszulę w kratę i do niemożliwych granic wygniecione niby-dżinsy z lichego materiału. Kieszeń na piersi wypychały jakieś dokumenty, a obfity brzuch kołysał się, podtrzymywany przez przetarty skórzany pasek. Przetłuszczone włosy dawno nie widziały fryzjera, zaś broda — maszynki do golenia.
      — Hm, chyba coś jest nie tak!
      Niepokoił się, że biorą go za porąbanego agenta tajnych służb na urlopie. A może za ugrzecznionego pedała? Włożył na siebie to, na co dzień wcześniej zdołała go namówić Edyta. A więc obcisły T-shirt w militarny wzór, wąski zapinany na zamek ciemnobrązowy sweterek, popielate bojówki i jasnobrązowe zamszowe buty. A do tego wcisnął na nos bardzo ciemne okulary przeciwsłoneczne.
      — Fatalnie!
      Okulary zdjął i obracając nimi w palcach pomyślał, że wywali je do najbliższego kosza na śmiecie — ale tak, żeby Ziemianka tego nie zobaczyła. W razie czego powie jej, że je zgubił.
      — Ech, być wolnym!
      Zatęsknił za swym paryskim mocno już wymiętoszonym szarym garniturkiem, w którym czuł się najlepiej. Miał już dość tego obcego kraju. Najchętniej wsiadłby w samolot i wrócił nad Sekwanę, a tam cofnął się w czasie. Wykombinował, że odzywają się utrwalone nawyki. Przyzwyczajenie było drugą naturą, czy tego chciał, czy nie.

Facetkę nie

      Prezentowała się jak modelka, subtelny makijaż, zapach perfum, wysokie buty, rajstopy kabaretki i zwiewna sukienka z zarzuconym na nią długim miękkim cardiganem, jednak nie wyglądała na uradowaną. W ogóle była ostatnio uszczypliwa i kąśliwa jak osa, więc można było odnieść wrażenie, że całe to towarzystwo, które za sobą ciągnęła, ciąży jej jak kula u nogi.


06.05.2005 :: 10:01
Link | Komentuj (4) | Główna


A w Paryżu faceci tak się nosili...


      Trzymająca w ręku parasolkę Helena nieomal skręcała się ze śmiechu, gdyż za ich trójką od pewnego czasu podążał przystojny młodzik, szukający okazji do zaczepki i flirtu. Gdy znalazły się przy czekającym powozie, tamten odważył się i zbliżył, uprzejmie się przedstawiając. Ukłonił się, zdejmując miękki kapelusz z pękiem strusich piór i niemal zamiatając szerokim rondem ziemię. Był przy szpadzie i choć sypał mu się dopiero pierwszy wąs, wyglądał na chwata. Miał na sobie nowy luźny pourpoint, rozpuszczone włosy opadały na rozłożysty batystowy kołnierz, a modne buty z odwiniętymi cholewkami odsłaniały naszytą na batyście koronkową krezę. Również narzucona na prawe ramię i przytrzymywana na rzemieniu bogato zdobiona kurtka świeciła nowością i z pewnością była na miarę.
      —Jeszcze nie — dała znak woźnicy, który szykował się do odjazdu.
      Pozostawiła swe podopieczne z odzianym à la mode kawalerem, kierując się w stronę rysującego się dalej mostu. Jednak zaraz zawróciła, bowiem wyczuła, że dzieje się coś nie po jej myśli.

10.05.2005 :: 09:52
Link | Komentuj (0) | Główna


Japoński w modzie?


waszatobuda wielkatomicha okurasama małatokasa

I staroegipski...

tutenchamon

12.05.2005 :: 18:05
Link | Komentuj (4) | Główna


Skrucha


„...i za wszystkie grzechy szczerze żałuję, ale nie wiem, czy się poprawię!”

18.05.2005 :: 12:45
Link | Komentuj (4) | Główna


Internet Archive


      Czasami ktoś skasuje bloga, jak to ostatnio zrobiła Diancia, i sądzi, że go już nie ma w sieci. A cóż to za złudzenia? W Necie wszystko jest archiwizowane i nic nie ginie z tego, co się już raz pojawiło.
      Nie wierzycie? Sprawdźcie sami. Ogólnie dostępne, choć niekompletne archiwum internetowe znajduje się — na przykład — pod adresem:
http://www.archive.org/.
      Wstawcie do okienka WaybackMachine adres usuniętgo serwisu, a przekonacie się, że tam się zachował...

20.05.2005 :: 13:01
Link | Komentuj (0) | Główna


Wyobraźnia potrafi płatać figle


      Czasami przychodzą mi do głowy zwariowane pomysły, do których wolę się nie przyznawać. Totalna kompromitacja...
      A oto próbka:

      Nasza ukochana mysz wpadła do maszynki do mięsa. I dopiero kiedy w sznyclach znaleźliśmy resztki kolorowej sierści...

24.05.2005 :: 16:04
Link | Komentuj (2) | Główna