EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
Hegemone(9)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(68)
Publikacje(35)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Nowy Rok 2009


Szczęśliwego Nowego Roku!

01.01.2009 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Wśród znajomych


Założyłem sobie konto w serwisie nasza-klasa.pl.

— O, piękna, kiedy będziesz mieć nowe fotki? :)
— Jak sobie napstrykam! :P

09.01.2009 :: 08:52
Link | Komentuj (2) | Główna


Współczucie dla termometru


     Mróz trzyma, termometr trzęsie się z zimna i wyglądając przez okno wyobrażam go sobie czasem figlarnie owiniętego szaliczkiem, z wełnianą czapeczką na głowie i w ciepłych rękawiczkach. Ale czy tak okutany, pokazywałby, ile jest stopni? Wystawiamy go z sadyzmem nie osłoniętego na mróz, a nie liczymy się z tym, co czują jego szklano-rtęciowe zmysły. Ciekawe, co by to było, gdyby nas ktoś wystawił nago za okno i po naszych reakcjach wyrokował o temperaturze. Brrr, okrucieństwo!
     Jak by na to nie spojrzeć, lepiej być termometrem w tropikach.

14.01.2009 :: 11:57
Link | Komentuj (2) | Główna


Pogoda, PIT-y i koty


     Pogoda iście przedwiosenna, mocno niżowa, usypiająca, nie ma mrozu, a z nieba trochę kapie. Tym niemniej trzeba mieć trzeźwy umysł, bowiem nadszedł czas PIT-ów. Człowiek główkuje nad tym, ile mu się uda odliczyć, jakie musi zdobyć załączniki, czy ma się sam rozliczać, czy z kotem, czy jeszcze z jakąś inną żywą istotą.
     Skoro już dotknąłem kocich spraw, to muszę dodać, że od pewnego czasu chodzi mi po głowie temat komunikacji międzygatunkowej. Jak się porozumieć z domowym zwierzakiem? Nie znamy kociej mowy, nie wymruczymy tego, co byśmy chcieli, kot też nie zna naszego języka. Tym niemniej jest on zwierzęciem na swój sposób inteligentnym, więc pozostaje mu mowa gestów.
     Mój kot opanował znakomicie system znaków, niezbędnych do wyrażania elementarnych potrzeb. Jeżeli na przykład jest głodny, czeka, aż ktoś przyjdzie do kuchni, pomiaukuje, zwracając na siebie uwagę, a potem z zadartym ogonem pieszczotliwie ociera się o lodówkę…

17.01.2009 :: 16:00
Link | Komentuj (1) | Główna


Nasz Dom Rzeszów


      Otrzymałem pocztą styczniowy numer miesięcznika „Nasz Dom Rzeszów”. Wspominam o tym, bo znalazły się w nim aż trzy moje teksty. Pierwszy, zawierający relację z promocji najnowszej książki Włodzimierza Kłaczyńskiego. Relację przygotowałem razem z Anią Bratek. Drugi, to wywiad z Józefem Witkiem, autorem trzytomowej „Encyklopedii miasta Mielca”. Trzeci zaś, we wkładce literackiej, to recenzja tomiku wierszy Wiesława Zielińskiego „Żart Pana Boga”.
      

20.01.2009 :: 21:14
Link | Komentuj (0) | Główna


Aquarius


Weszliśmy w znak Wodnika (21 stycznia — 20 lutego).

22.01.2009 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Sesja


System Eliminacji Studentów Jest Aktywny

05.02.2009 :: 15:53
Link | Komentuj (0) | Główna


Lecą bociany


      Wiosna coraz bliżej — Bambosz widziała na niebie pierwszego bociana, a biedronki już powychodziły w ubiegłym tygodniu — tym niemniej w tym roku jakoś o niej nie myślałem. Zima mnie nie znużyła. Nie zdążyła. Jako że byłem mocno obłożony robotą, przeleciała nim się obejrzałem.


01.03.2009 :: 10:07
Link | Komentuj (2) | Główna


Potop


      Pada, przestaje, potem znowu pada. Z duszą na ramieniu patrzę na to, co z tego wyniknie, bo ani chybi szykuje się powódź. Waldi uznał, że czas budować łódź. Z heroizmem wszedł w rolę Noego, popluł w dłonie i zabrał się do pracy. Przyklasnąłem jego przedsięwzięciu, rezerwując sobie w jego arce kabinę dla palących. Nigdy nic nie wiadomo, więc lepiej się zaasekurować.
      Jednak Waldi to łebski facet. Sam byłbym w stanie zbudować tylko tratwę z wykałaczek. A to trochę za mało...

12.03.2009 :: 10:17
Link | Komentuj (5) | Główna


Wzrost popularności


     Jak wynika ze statystyk, w marcu kilkudziesięciokrotnie wzrosła liczba odwiedzin serwisu www.guziakiewicz.pl, osiągając pułap 1200 — 1500 gości (visitors) dziennie.

     Zastanawiałem się, jakie powody złożyły się na ten nagły wzrost popularności. Sądzę, że przyczyniły się do tego sukcesu portale literaci.eu i zixo.pl, jak również to, że na początku tego roku wydałem drukiem trzy książki, co wywołało echo w mediach. Mogą też w grę wchodzić jakieś inne czynniki.


31.03.2009 :: 10:15
Link | Komentuj (1) | Główna


„Hurys z katalogu” ciąg dalszy


Zabrałem się do trzeciej części „Hurys”, to lot na Ganimedesa, i od razu przybyło mi bohaterów. Na statku kosmicznym jak w pociągu, szybko zawiera się znajomości.


      — Dzień dobry! — usłyszał dźwięczny głos za swoimi plecami, gdy po kolejnym krótkim spacerze wracał do swojej kajuty.
      Obejrzał się z odrobiną irytacji. Na szczęście, nie dobierał mu się do skóry karminowy robot z napojami i słodyczami.
      — Dzień dobry, panno… — zająknął się, nie kryjąc zaskoczenia.
      — Beatrycze! — złotowłosa nastolatka dygnęła, afirmując go z wdziękiem. Miała jasną cerę, pięknie zarysowane brwi, niebieskie oczy, delikatny nosek i słodkie miękkie usta. Skromna różowa bluzeczka była wpuszczona w luźne białe spodnie, do których pasowały białe sportowe pantofle. Jej włosy zdobiła różowa przepaska z wpiętą różyczką. Komunikator w kształcie wisiorka znaczył się przy lewym uchu.
      — Raoul! — zrewanżował się tym samym.
      Afrodyta podpłynęła, niepostrzeżenie sytuując się w pobliżu.
      — Mamy do pana prośbę! — śmiejąco się zagaiła. Choć była wyrośnięta, nie siliła się, żeby pozować na dorosłą. Podróże zbliżały, ciasnota również. Trudno więc było się dziwić, że przypięła się do seniora. Akurat był pod ręką.
      — Mamy? — domyślnie zawiesił głos.
      — Wieje nudą, chcemy się rozerwać, więc szukamy czwartego do brydża — rozbrajająco zdradziła, co ją gryzie. — Coś trzeba robić dla zabicia czasu.
      Jego brwi powędrowały wysoko.
      — To fakt! Ale czemu ja? — cmoknął. — Leci was siedem, jeśli się nie mylę, cała paczka. Jest w czym wybierać.
      — Zgadł pan, ale nie wszystkie to pociąga. Jedne wolą to, drugie tamto…
      Kusiło go, żeby się sprawdzić. Bogiem a prawdą, od szkolnych lat nie obracał się w takim smarkatym towarzystwie. Pytająco zerknął na Afrodytę, jakby w obawie, że dojrzy w jej chabrowych oczach cień dezaprobaty. Nie dojrzał. Jego śliczna hurysa nie była strażniczką moralności. Jeżeli się wahał, to tylko chwilę. Ostatecznie niczym nie ryzykował, może tym, że trochę się ośmieszy, a poza tym sam też się nudził.
      Beatrycze, pewna, że nie odmówi, z gracją wskazała mu drogę. Jej milutkie koleżanki, całe świeżo opierzone stadko, rozłożyły się przy przeźroczystych stolikach w messie i przyjęły jego przybycie z widoczną ulgą. Co robiły w wolnych chwilach? Studiowały magazyny mody i stereotypowe porady dla nastolatek? Nie musiał się przedstawiać, wziął głębszy oddech i przysiadł się bez słowa. Nie pojmował, dlaczego tym kurczakom zależy na jego towarzystwie, bo przecież należał do wrednej generacji old boyów. Na co dzień takich się unikało. Usadowiona naprzeciwko piękność ożywiła się i zaczęła leniwie tasować karty, a potem je rozdawać. Następnie wstała na chwilę, by poprawić siedzisko. Jasnobrązowy fotel lekko uniósł się w górę. Miała na sobie modną kolorową tunikę, a pod spodem czarne obcisłe getry.
      Były trzy chętne, on czwarty. Nie zamierzały grać w brydża, to było dla nich za trudne, ale też nie rwały się do tego, żeby po chamsku rżnąć w pokera. Łapał uszami ich imiona. Iryda miała rację, wtłaczając mu do głowy, że nie musi wpadać w popłoch z powodu swoich lat. Był szczupły, wysoki i wysportowany, nie sterczał mu brzuch, miał budzącą zaufanie twarz i doskonałe łuki brwi. Zatem mimo podeszłego wieku był jeszcze od biedy do wzięcia. A przynajmniej mógł sobie coś takiego wyobrażać, nie narażając się na kpiny. „Rozkoszne dzieciaki!” — pomyślał, lustrując ich gładkie twarze z ledwo znaczącym się makijażem. Miały na oko po szesnaście lat.
     

02.04.2009 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


O czym można rozmawiać w podróży?


      — To dokąd lecicie? — ciekawie zapytał, gdy wróciła mu pewność siebie.
      Setki godzin spędził przy kartach, kiedy służył w armii. Cóż innego można było robić w wolnych chwilach na peryferiach Układu Słonecznego? Odruchowo się rozejrzał, jakby w poszukiwaniu ukrytych kamer. Nie cierpiał, gdy ktoś filował mu w czasie gry przez ramię.
      Nie odpowiedziały, uważnie przyglądając się temu, co trzymały w rękach.
      — Dokąd? — Beatrycze się ocknęła. — Jesteśmy dobre w tańcu współczesnym, tak przynajmniej o nas mówią. A pędzimy na eliminacje — wyjaśniła, marszcząc w wysiłku czoło i nie odrywając wzroku od kart.
      — Taniec, istotnie, że też o tym nie pomyślałem — skojarzył sobie po niewczasie. — Jesteście do siebie takie…
      — Podobne? — roześmiała się, domyślając się, o co mu chodzi. — Wzrost, waga i te pe? Szczupłe i wysokie? Nie możemy się bardzo różnić. Nawet opalenizną. Na scenie nie ma żartów…
      Zamilkła, wpatrując się w karty.
      — Masz jakieś zwierzątka w domu? — z dziecięcą ciekawością zapytała go siedząca po lewej stronie Kinga. Zasuwana z przodu odrobinę za luźna mięciutka bluza z kapturem była rozpięta, odsłaniając głęboki dekolt. Szykownie upięte włosy dodawały jej lat.
      — Jaszczurkę, węża i pająka… — rzucił bez namysłu, bo tak mu akurat przyszło do głowy. Figlarnie pokazał jej zęby. — A potem już z nutą powagi w głosie dodał: — Żartowałem, oczywiście. Naprawdę mam delfina i dwa owiraptory, Cezara i Brutusa.
      Przyjęła to za dobrą monetę. Zadumał się nad tą krótką listą i uzmysłowił sobie, że pominął śliczne androidy klasy zerowej. Przecież też je miał. Ale to była inna para kaloszy. Nie wypadało się chwalić posiadaniem naszpikowanych elektroniką kurtyzan. I to przed takimi dzieciakami.
      Młode za jego plecami źle znosiły tę podróż. Były apatyczne i przygnębione. Jedna z nich miała podkrążone oczy. Afrodyta cicho przysiadła przy tej czwórce w swoich wystrzałowych ciuchach. Przy kolejnym rozdaniu instynktownie się obejrzał, żeby sprawdzić, jak sobie z nimi radzi. Zdumiał się. Błyskawicznie przełamała pierwsze lody. Zaplatała warkoczyki anielicy o dużych, naiwnych oczach, z zabawnie przekrzywioną głową poufale z nią gawędząc. Nie przypuszczał, że jego seksbomba tak szybko wejdzie z nimi w komitywę. Oszałamiająca uroda robiła swoje.
      — Czemu one są takie smutne? — zapytał konfidencjonalnym szeptem.
      Kinga teatralnie przewróciła oczami. Zabawnie wydęła usta.
      — Tylko Carmen. Jej tatko zmienił płeć i ona ma teraz dwie mamusie — zdradziecko sypnęła koleżankę z zespołu.
      Beatrycze i Lukrecja zachichotały, porozumiewawczo zaglądając sobie w oczy. Co je tak rozbawiło?
      — Faktycznie, to przykre! — ze smutkiem wybąkał i zamilkł, spuszczając wzrok. Było to zbyt żenujące, by wdawać się w komentarze. Zaraz jednak pozbierał myśli i doszedł do wniosku, że przewrotna Kinga wpuściła go w maliny. „Taka młodzież, niczego się człowiek nie dowie!” Chodziło mu niejasno po głowie, że na Dianie nie było wolno zmieniać płci, jeżeli posiadało się dzieci.


07.04.2009 :: 18:08
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Co jeszcze można robić podczas lotu?


      Rozstali się w porze obiadu, lecz lekko podminowana Beatrycze ponownie dopadła go przed kolacją. Iryda zmierzyła ją groźnym wzrokiem, ale tamta nią się nie przejęła. „To pańskie córki? Nie, przyjaciółki!” Tyle już ta młoda zdążyła się dowiedzieć. Wiadomo, plotka, poczta pantoflowa, marketing szeptany. Takie informacje rozchodziły się z prędkością światła.
      — No i co znowu? — zapiał, zezując na nią z zaciekawieniem. Usiłował spojrzeć na nią twardo, z potępieniem, ale mu się nie udało. Czy chciał, czy nie, jej widok rozjaśniał mu twarz.
      — Przebieramy się, super zabawa na cały wieczór, mamy masę kostiumów — przymilnie zaszczebiotała, wciągając go w swoje zwariowane plany. — Przewidujemy konkurs i potrzebny nam juror...
      Odchrząknął z zażenowaniem w zwiniętą pięść.
      — Ja w roli arbitra? Nie znam się na damskich kreacjach, brakuje mi gustu — kręcił nosem, zdradzając niechęć do tego projektu. Może Iryda byłaby lepsza? — ruchem głowy wskazał ciemnowłosą madonnę, stojącą u jego boku.
      Beatrycze nie raczyła obrzucić jej wzrokiem, traktując ją jak powietrze.
      — Co ty, Raoulu, żartujesz? To wszystko na niby… — obruszyła się z wdziękiem, śmiesznie marszcząc nosek. — Taki tam szkolny rytuał. Musi być ktoś starszy — suszyła mu głowę, nie pozwalając mu odejść. — Koniecznie facet. Ty jesteś w sam raz. Inaczej bym ci nie proponowała.
      — Dobra, niech będzie! — dał znak, że się zgadza. Czy miał zresztą inne wyjście? Ostatecznie mógł raz się wygłupić, nie groziło mu, że spadnie mu korona z głowy.
      — Tylko nie zapomnij. To o pokładowej dwudziestej! — rzekła z naciskiem.
      Migiem dał się złowić, jak zapewne przewidywała, i pozostawiła go z rzuconą na odchodne instrukcją.
      — Ja w jury! Coś takiego? — z niedowierzaniem pokręcił głową.
      Pomyślał, że następnego dnia tnący zimne przestrzenie wahadłowiec dotrze do stacji przesiadkowej i że te urocze bachory będzie mógł na zawsze wymazać z pamięci.
      Młódki były bezpośrednie i miłe, to fakt, ale już się połapał, że nie są wcale takie bezradne, na jakie wyglądały na pierwszy rzut oka. „Słaba płeć? Tylko w literaturze pięknej!” Z pozoru wstydliwe i nieśmiałe, umiały sprytnie owinąć sobie faceta wokół palca. Czyżby to miały zapisane w genach? Wykoncypował, że gdyby się nie opamiętał, po niejakim czasie musiałby tańczyć jak by mu zagrały. Byłby kukiełką na sznurkach. Miał jednak swoje niezłomne zasady i nie chciał do tego dopuścić. Kiedy zasiadał do stolika, biorąc do rąk serwetę, w nagłym przebłysku uświadomił sobie, że dziwnym trafem przeoczył moment, w którym przeszły z nim na ty.


10.04.2009 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Internet


     Mój kot wie, że Internet to okno na świat. Siada więc na monitorze i wygląda przez okno...

14.04.2009 :: 15:08
Link | Komentuj (0) | Główna


Warsztaty literackie


Opracuj następującą myśl, wyrażoną językiem potocznym:

Myślał, że odejdzie, jednak ona została.

Opracowanie:

      Był przejęty do głębi myślą, że go porzuci i odejdzie, dlatego żałośnie udawał chłód i obojętność, walcząc z sobą każdego dnia i zachowując żenujący dystans. Biedaczyna nie wziął pod uwagę tego, że jej serce biło dla niego. Gdyby spokojnie się zastanowił i całą rzecz przemyślał, pewnie by to zrozumiał. Zabrakło mu jednak doświadczenia życiowego, a poza tym umiejętności trafnej oceny zjawisk. Z byle powodu wpadał w panikę, jak wszyscy bez pamięci zakochani.

19.04.2009 :: 16:03
Link | Komentuj (1) | Główna


Smak lata w tropikach


      Przeglądałem «Wakacje w Izraelu» i natrafiłem w piątym rozdziale na fragment, który w moim odczuciu może samoistnie egzystować — po pewnej obróbce, ma się rozumieć — jako wiersz biały.
      A oto efekt:

Edward Guziakiewicz

Smak lata w tropikach

czarowna scena w półmroku jej pokoju
dziewczęce piersi tak zachwycające,
a kobiece krągłości — tak porywające

jej uległość poruszała go do głębi
ukryte wejście do smukłej katedry usilnie zapraszało
pieścił jej atramentową w mroku wyspę szczęścia
kto kogo wtajemniczał w sekrety miłości?

ich ciała splotły się ze sobą w radosnym uniesieniu
zatracił się w falującym tańcu, sięgającym bram raju

przyciągała do siebie oburącz jego rozkołysaną czuprynę
szeptała w ekstazie słowa, których nie rozumiał

miał w nozdrzach woń ciepłego deszczu
z którym zatonął z mocą siewu w jej słodkiej wilgoci
znajdując ukojenie


20.04.2009 :: 12:44
Link | Komentuj (0) | Główna


Z grzechów przeciw komputerowi


Jadłam chrupki nad klawiaturą!

28.04.2009 :: 07:01
Link | Komentuj (0) | Główna


Przesiadka na „Agisa”


      Baza Merkury pamiętała czasy, w których żmudnie sklejano Dianę z tysięcy planetoid i roiło się tu od pracujących robotników oraz przedstawicieli różnych firm. Okres jej świetności jednak minął, gdy uporano się z tym gigantycznym przedsięwzięciem. Podupadła i nie miała przyszłości. Nie była należycie wyposażona i straszyła prowizorką, służąc głównie jako peryferyjny dworzec towarowy. Nikt w nią nie inwestował i nie dbał o estetykę jej pomieszczeń. Ponury, kiepsko oświetlony hol z promienistym sklepieniem nie napawał optymizmem. Odpychały długie ascetyczne korytarze z nijakiego koloru ścianami. Mimo solidnych pancernych powłok, czuło się tu na karku lodowaty oddech kosmicznej nocy. Wpadały w oczy żelbetonowe zbrojenia i przenośne metalowe ogrodzenia, wyznaczające trasy dla bezgłośnie sunących wózków transportowych. Te były zużyte i odrapane. Na szczęście, ciążenie i ciśnienie utrzymywały się we względnej normie i w powietrzu nie brakowało tlenu. Nieliczni pasażerowie snuli się ospale, grawitując w stronę zdobionych prymitywnymi reklamami świetlnymi kawiarenek i barów, stanowiących jedyny żywy akcent za dużego wnętrza.
      Raoul nie musiał czekać i wpatrywać się niewidzącym wzrokiem w wywołujący depresję surowy szalunek, bowiem cumujący tu „Agis” przyjmował już pasażerów. Z bliżej nieokreślonych względów, najpewniej technicznych, statek nie mógł przybić do „Konia Trojańskiego”, co byłoby ułatwieniem dla wybierających się w podróż.
      Kosmiczna karawela nie różniła się zbytnio wielkością od „Olafa”, którego zapamiętał z wyprawy na Ziemię i od podobnego „Remedium”, którym wracał na Dianę, jednak nie miała postaci cygara jak większość tej klasy statków pasażerskich. Zbudowano ją z dwu nałożonych na siebie części, przy czym każda przypominała kształtem deltę. Ta niższa, wysunięta do przodu, była większa, wyższa mniejsza. Inaczej usytuowano też napęd. Z taką budową wiązała się konieczność instalacji dwóch niezależnych systemów grawitacji śródokrętowej.
      Cierpliwość nie leżała w jego naturze, więc odetchnął z ulgą po pokonaniu rękawa i wejściu na jasno oświetlone pokłady. Chciał się czym prędzej znaleźć w apartamencie pierwszej klasy i zakosztować jego wygód. Czekała go jednak niespodzianka. Kiedy zobaczył, kto mu się pcha w oczy, opadła mu ze zdumienia szczęka. Ślicznotki z zespołu „Escape” też trafiły na ten duży statek. Co więcej, miały na sobie czarne bluzy z jego podobizną na piersiach lub na plecach. Teraz już rozumiał, dlaczego te młode nie próbowały się z nim żegnać.
      — Wy tu? Coś takiego? Nie sądziłem, że wybieracie się tak daleko.
      Beatrycze z dumą wypięła pierś, a w jej oczach dojrzał radosne błyski.
      — Jak to? Nikt ci nie powiedział? — na jej twarzy znaczył się wyraz niedowierzania.
      Jego kościsty palec powędrował w stronę wizerunku na t-shircie, zatrzymując się w przyzwoitej odległości.



30.04.2009 :: 11:43
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Jeśli tańczyć, to najszybsze i najbardziej ogniste tańce na świecie!


      Trafił do nastrojowej sali koncertowej „Agisa” i mógł wreszcie na własne oczy zobaczyć, co te bachory potrafią. Obiecał przelotem spotkanej Beatrycze, że tam zajrzy. Nie przyszła mu do głowy żadna wymówka. A poza tym — co tu kryć — ciągnęło go do nich jak pszczoły do miodu. I tak przez pierwszych sześć dni lotu udało mu się zachować dystans, wyjąwszy przypadkowe poobiednie pogawędki. Sala była niczego sobie, niewielka, ale ładnie urządzona. Rozsiadł się wygodnie w miękkim fotelu, mając obok siebie oddaną Afrodytę. Pękające od nadmiaru decybeli ukryte głośniki dawały czadu, a dziewczyny z zespołu „Escape” poruszały się wściekle rytmicznie, zmysłowo, w diabolicznym wręcz tempie, zgrane jak dobrze zaprogramowane androidy. Szał ciał! Jeśli tańczyć, to najszybsze i najbardziej ogniste tańce na świecie! Rzucające skry błyszczące kostiumy dodawały im uroku.
      — Niemożliwe, ale odlot! — szepnął w pewnej chwili. — Nigdy bym się nie przypuszczał...
      Przyglądał się im z osłupieniem, pojmując, że nie był dotąd świadkiem takiej magii. Spodziewał się szkolnego popisu, przy którym dyskretnie poziewuje się w rękaw, by potem nagrodzić domorosłe gwiazdy udawanymi oklaskami. Te młode nie były jednak debiutantkami, reprezentowały zdumiewająco wysoki poziom, ich harmonia ruchów była nie do skopiowania i dziwił się, że nie otarł się o nie na Dianie, śledząc serwisy publicystyczne. Były wyjątkowe. No, tak, gdyby niczego nie potrafiły, nie pofrunęłyby w kosmos na eliminacje międzyplanetarne! Trening, trening, trening. Wywnioskował, że sam zawinił, bo nie interesował się życiem kulturalnym w Nowym Konstantynopolu. Nie był ani razu w operze, mieszczącej się nieopodal wznoszącego się dumnie na wiele pięter Pomnika Słońca, nie mówiąc o teatrze muzycznym, ulokowanym w zachodniej dzielnicy.
      Żywiołowy popis się skończył i jeszcze przez chwilę dla relaksu kręciły się swobodnie w nieco wolniejszym dancehallowym rytmie, lecz już każda sobie, jakby łącząca je więź prysła. Urosły w jego oczach. Potem zmiotło je ze środka sceny i zobaczył Kingę, wykonującą krótką breakdancową solówkę.
      Posiedział tam z kwadrans, a później rozmarzony opuścił salę. Doładował sobie akumulatory. O dziwo, czuł się odprężony i zrelaksowany, jakby był na elektryzującym koncercie, na który od dawna czekał. Spodobało mu się to, co ujrzał i pomyślał, że jeszcze do nich wróci.
      — Potrafiłybyście tak zatańczyć? — z zaciekawieniem zwrócił się do swego anioła stróża.


22.05.2009 :: 09:41
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Terroryści na pokładzie?


Zapowiada się kolejna awantura, Raoul jednak nie ma złych przeczuć i ignoruje ostrzeżenia Afrodyty, mimo że dziewczyna ma nosa...


      — Gdzie jest Iryda? — zazgrzytał, chcąc przenieść uwagę na coś innego, mniej irytującego.
      Afrodyta służyła wyjaśnieniami.
      — Niucha po statku. Na jej czarnej liście znalazło się trzech podejrzanych typków. Prawie ze sobą nie rozmawiają, udają, że się nie znają, jednak wyczuwa, że to kamuflaż. Wzięła ich pod lupę. Mówiła, że za nimi pochodzi, żeby im się dokładniej przyjrzeć, ale nic na łapu-capu. I że poszpera w ich bagażach.
      — Tak? — zaciekawiła go tą informacją. — Co to za jedni?
      — Każdy z nich wsiadał gdzie indziej. Pierwszy leci najdłużej, bo ze strefy Wenus, drugi z Marsa, trzeci zabrał się razem z nami z bazy Merkury, ale nie przytargał się z Diany. Wziął się tam nie widomo skąd.
      — To co ich łączy? — zapytał z duszą na ramieniu. Poczuł ukłucie strachu i z wrażenia zwilgotniały mu dłonie.
      — Z pozoru nic szczególnego. Są jednak na pewno specami od mokrej roboty, chociaż starają się to ukryć. Wszyscy trzej już bywali na bakier z prawem, a poza tym występują pod przybranymi nazwiskami. Wygląda na to, że mają na oku coś śmierdzącego i że cichaczem kompletują zespół złożony z podobnych co oni drani. Iryda nie ma co do tego ani cienia wątpliwości…
      Skrzywił się z niesmakiem, z oporem przyjmując te rewelacje. Pomyślał, że jak tak dalej pójdzie, zacznie bać się własnego cienia. Nie dosłyszał w jej głosie fałszu, to nie było możliwe. Nerwowo przeczesał palcami włosy.
      — Jeżeli kompletują ekipę, to pewnie z myślą o księżycach Saturna, a nie o nas. Gdzież tam! Niech się więc inni o to martwią — machnął ze wzgardą ręką, marginalizując niebezpieczeństwo. — Przecież we trójkę nie skoczyliby nam do gardła. Myślę, że wysiądą na orbicie Ganimedesa, pewnie mają tam punkt zborny, i że dołączą do warujących tam kolesiów… — kombinował ze ściśniętym gardłem. — A tym samym zejdą nam z oczu. Nie sądzisz?
      Powinna była odpowiedzieć, że to pochopne i przedwczesne wnioski, ale nic nie odrzekła, przerzucając to niełatwe zadanie na śmielszą Irydę.


30.05.2009 :: 11:00
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Po Podkarpaciu


      Czerwcowa aura odpychająca, prawie ciągle pada, tym niemniej udaje nam się wstrzelić w ładny słoneczny dzień. Najpierw Zamek w Odrzykoniu, potem Rezerwat „Prządki”, wreszcie Krosno. Po południu zaś Dukla. Piję wodę ze źródełka przy pustelni św. Jana, kierując do świętego swoje prośby.
      Średnia wieku wysoka, około siedemdziesięciu pięciu lat, bo to wycieczka Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Uczestnicy zaskakują mnie jednak swoją kondycją fizyczną. Śmigają po górkach jak małolaty.

18.06.2009 :: 20:30
Link | Komentuj (0) | Główna


Warsztaty dziennikarskie i literackie


      Grochowe, 22-26 czerwca. Grupa niewielka, gimnazjaliści i licealiści, jednakże złożona z osób uzdolnionych, co mnie cieszy. Pracuje się więc z nimi z przyjemnością. Wykorzystuję — m.in. — ćwiczenia warsztatowe, które od lat wplatałem w swoje notatki na blogu. Efektem pięciodniowych zajęć jest seria tekstów prozatorskich i poetyckich, w tym cztery naprawdę udane opowiadania.

      A oto zabawna palcówka, zaproponowana przez jedną z uczestniczek:

Impresje na temat nudy

      Nazywam się nijak, mam naście lat i za długie rękawy kurtki, boję się wszystkiego, co mnie otacza, chyba że zapomnę, że mam się bać, wtedy się nie boję, ale wtedy i tylko wtedy, bo poza tym zwykle staram się pamiętać, że się boję.
      Ostatnimi czasy namiętnie poszukując nudy odkryłem miejsce dostatecznie nudne, by nudzić się w nim bez żadnego zagrożenia ze strony możliwych atrakcji. Miejsce to było wypełnione nudą po brzegi i zaryzykowałbym stwierdzenie, że z nudy też było zbudowane.
      Nudni ludzie siedzieli na nudnych krzesłach, wdychali nudę, grali w nudę, jedli nudę, popijając nudą, zaglądali nudnym wzrokiem w swe nudne oczy, puszczali z dymem nudę z filtrem, zawiniętą w bibułki, zostawiając jej resztki na swych nudnych płucach, toczyli nudne rozmowy, nudne spory, a czasem wdawali się w nudne bójki dla spotęgowania nudy. Niekiedy pojawiał się ktoś nowy, przerywając stateczną nudę nudnawym powiewem świeżej nudy z zewnątrz.

27.06.2009 :: 13:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Promocja tomiku poezji


     I kolejne wydarzenie. Dnia 4 lipca w czytelni MBP w Mielcu odbywa się promocja tomiku „Szukaj mnie”. To eksperyment, szokujący dla niektórych. Tomik zawiera wiersze moje, czyli faceta mocno po …dziesiątce i młodziutkiej studentki, Joanny Betlej. Wszystko to erotyki. Wiersze recytuje cudowny duet z Rzeszowa, dr Stach Ożóg i Dorota Kwoka. Blasku spotkaniu nadaje występ Agnieszki Ryś, studentki Centrum Sztuki Wokalnej w Rzeszowie.
     Promocji patronuje Oddział Rzeszowski ZLP, a reżyserują całość Zbigniew Michalski, prezes Mieleckiej Grupy Literackiej „Słowo” i Maria Błażków, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej.


06.07.2009 :: 14:55
Link | Komentuj (0) | Główna


Beatrycze


Ta marginalna postać — wbrew moim oczekiwaniom — wysunęła się na plan pierwszy. A nie przewidywałem dla niej takiej roli...


      Czekał na nią w wyłożonej finezyjną boazerią kawiarence, powolutku sącząc dobrze schłodzonego drinka. Nie chciał bawić się w schadzki, ale uparła się, że ma mu coś ważnego do powiedzenia, co może mu zdradzić tylko w cztery oczy, więc z lekko bijącym sercem zgodził się na kameralne tête-à-tête. Wnętrze wyposażono z dyskretną elegancją i było tu cicho i spokojnie. Dominowały odcienie beżu i brzoskwini. W zgrabnych boksach po przeciwnej stronie kryło się przy stolikach jeszcze dwóch lub trzech pasażerów, bo dobiegały go stamtąd strzępy rozmowy. W wirtualnych oknach deszcz spływał po szybach wąskimi strużkami, zamazując widok na schludną wybrukowaną uliczkę z zadbanymi gotyckimi kamienicami w tle. Nie czuło się tu dojmującego chłodu przestrzeni kosmicznej. Był odprężony i zrelaksowany, a przy tym nastrojony refleksyjnie, jednak doskwierała mu myśl, że dobija się do niewłaściwych drzwi. Nie na tym polegała jego misja. Między nim a Beatrycze wyraźnie się iskrzyło, to prawda, ale mimo to nie powinien był angażować się w ten niedorzeczny związek. On — antyk, ona — wariat. Słyszał dawniej, że rozkwitające nastolatki najpierw testują swoje wdzięki na dużo starszych od siebie facetach, aby potem na serio zająć się równolatkami. Pocieszał się więc myślą, że będzie to przejściowy niby-romans, który skończy się wcześniej nim faktycznie się zacznie.
      Pojawiła się z godną pochwały punktualnością, a przy tym ubrana jak spod igły. Pantofle na kilkucentymetrowych obcasach czyniły ją wyższą i szczuplejszą. Miała na sobie żółtą jedwabną bluzkę, na tyle ciemną, by wyglądała jak złota, do niej zaś czarną spódnicę z lejącego się błyszczącego materiału. Tak ubierały się kobiety koło trzydziestki. Do tego zrobiła coś ze swoimi włosami, upinając je w koka. Te upiększające zabiegi dodały jej lat.
      — Jak wyglądam? — zapytała, widząc jego uważne taksujące spojrzenie.
      — Jak młoda mężatka — zażartował. Spodziewał się, że ubierze się na biało. Lubiła przecież luzackie ciuchy w tym kolorze.
      Z wdziękiem przysiadła przy stoliku, nie komentując oczywistego nonsensu, którym ją przywitał. Przyjrzał się z niedowierzaniem jej złotemu naszyjnikowi i wisiorkom wysadzanym brylantami. Wyglądały na prawdziwe, a przynajmniej nosiła je tak, jakby takimi były. Może miała w rodzinie jubilera, gotowego w przypływie dobrego humoru grzecznościowo wypożyczać bajońsko drogie cuda? A może dotknął ją swoją ręką król Midas? Tak wystrojoną powinien był zaprosić na nastrojową kolację przy świecach. Była taka na jednym z wyższych poziomów, z wyfraczonymi kelnerami i drogimi winami, których nie wliczano do ceny biletu.
      — Cieszę się, że na mnie czekałeś.
      Poruszył szklanicą z grubego szkła i kostki lodu uderzyły o brzeg.
      — Napijesz się czegoś?
      — Jasne — rzekła. — Szkockiej z wodą sodową.
      Na jego twarzy pojawił się blady uśmiech.
      — Naoglądałaś się starych filmów — zawyrokował. — To w czym rzecz? Gadaj! — zapytał, dyskretnie filując na boki. Nikt im się nie przyglądał. Wymknął się spod opiekuńczych skrzydeł swoich hurys, ale wiedział, że i tak za kilka minut jedna z nich tu trafi.
      — Tak od razu? — zapytała, odrobinę zawiedziona. — Może najpierw poplotkujemy o tym i owym? Chcesz mnie zaraz spławić?
      — Byłoby fajnie — odrzekł. — Ale doskonale wiesz, że nie zostaniemy tu długo sam na sam. Rozumiesz, o czym mówię.
      Zbił ją z tropu. Pojęła, co miał na myśli, zaś na jej twarzy pojawił się wyraz zawodu. Liczyła na więcej romantyzmu z jego strony.
      — Zatem przejdę do rzeczy. To dla mnie ważne. Rzeknę krótko — zawiesiła na moment głos. Niewinnie zatrzepotała rzęsami, jakby chodziło o coś błahego, a potem wypaliła: — Musisz się ze mną przespać, Raoulu, inaczej skompromituję się w oczach koleżanek! — Rzuciła to, następnie zaś wpatrzyła się z uwagą w jego oblicze.
      Nie sądził, że powie to tak bez ogródek. Igrała z ogniem. Zesztywniał, a potem zrobiło mu się dziwnie gorąco. Odniósł wrażenie, że coś się dzieje z grawitacją środokrętową, bo jego ręce stały się naraz ciężkie jak ołów. Poszukał plecami oparcia. Znalazł je, odgrodzony od niej błyszczącym blatem stolika. Usiłował wziąć głębszy oddech. Przez głowę przetoczył mu się huragan myśli. Miał ochotę krzyczeć z bezsilnej złości, bo nie przypuszczał, by złożyła mu tę porywającą ofertę serio. Pociągała go, a przez to była dla niego niebezpieczna. Mogła go łatwo zranić.
      — Zaraz, zaraz — udał nagłą amnezję. — Masz naprawdę ochotę... na szybki numerek? I to ze mną? — wystękał zdziwionym głosem i przygryzł wargę. Uznał, że palnął głupstwo i że nie tak należało jej odpowiedzieć, ale nic innego nie przyszło mu do głowy.
      Zarumieniła się i zauważył, że na jej gładkiej twarzy znaczą się delikatne piegi. Nie rzucił się jej do stóp, by wyznać miłość. Przypominał raczej nieczuły kloc drewna.
      — Nie, nie o to chodzi — wydukała. — Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Należymy do tajnego bractwa, wyobraź sobie. Cenimy starożytność, korzenie naszej kultury. A to jest element inicjacji, związanej z kultem Orfeusza — dzielnie kroczyła po chybocącej się kładce, podkreślając to greckie imię. — Przewiduje ona, że miss, to znaczy wybrana, powinna pójść do łóżka z jurorem. Tym powinien był się skończyć tamten deiktyczny wieczór, ale dałeś dyla… — dodała z odrobiną wyrzutu w głosie. — A klamka zapadła i nie mogę się już wycofać.
      „Deiktyczny? Co to takiego?” Miał ochotę sięgnąć po szklankę z drinkiem, ale obawiał się, że pokazałby, iż drżą mu z wrażenia ręce. „Cholera, te dzieciaki są zepsute!” Jeśli mówiła serio, to jej koleżanki bawiły się w coś, co na pewno nie przypominało szkółki niedzielnej ani zbiórek skautowskich. Co to było? Czary? Pakt z diabłem? Dzikie orgie? Do kroćset, dlaczego pozwalano działać takim konfraterniom?!
      — Jak uważasz — wybąkał niby to przegrany. — Skoro to część waszego uświęconego rytuału i nie można inaczej…
      Przemógł się, sięgnął po szklankę i kilkoma łykami opróżnił ją do dna.
      — No widzisz? — rzekła ciepło, kiedy ją odstawił. — Z tobą zawsze się można dogadać. Jesteś łebski facet. Możesz mnie uratować. Bo gdybym nadal była dziewicą…
      Poderwała się, podeszła do niego, milutko przesunęła dłonią po jego podbródku i cmoknęła go w czoło. Zaraz się jednak odsunęła, jakby jego skóra ją parzyła. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że ten przelotny pocałunek napawa ją wstrętem, ale się mylił. Oczy świeciły się jej ze szczęścia.
      — Już lecisz? — usiłował ją zatrzymać, widząc, że ma zamiar odejść.
      Serce waliło mu jak szalone. Miał ochotę złapać ją za złoty pasek od spódnicy i przyciągnąć do siebie, a następnie posadzić ją sobie na kolanach.


17.07.2009 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


W matni...


W rozdziale trzynastym powieści terroryści opanowują statek kosmiczny. A zaczyna się to tak:


          Poczuł obok siebie pustkę, mruknął, pomacał ręką i otworzył oczy. Męczył go nieciekawy sen. Snuł się po starym ponurym cmentarzu, przez ciemne chmury wyglądał księżyc, a gdzieś w pobliżu smutno szczekał pies.
      — Co się stało? — półgłosem zapytał, widząc, że Afrodyta i Iryda są na nogach. Nie mógł mieć wątpliwości, to był alert, przygotowywały się do akcji. Jednak na statku kosmicznym panowała noc i nic nie wskazywało na to, że muszą się mobilizować.
      — Wiesz, to ten niewielki krążownik, który wczoraj przycumował przy śluzie… — szepnęła Iryda. — Zgłaszali brak paliwa i zasłaniali się drobnymi uszkodzeniami. Prosili o pomoc. Mieli rankiem wejść na pokłady i zameldować się u kapitana.
      — I co? — zachrypiał, ściskając dłonią wymiętą pościel. Przypomniał sobie, że była o tym mowa przy kolacji.
      — Rzecz w tym, że ktoś ich wpuścił po północy.
      Przetarł zaspane oczy. Ziewnął z odrobiną irytacji. Nie pojmował, skąd wiedziały, co dzieje się w obrębie górnej delty.
      — Przesadzacie — wkurzyły go tą nadgorliwością. Nie czuł zagrożenia. — Wracajcie do łóżka. Jutro wszystko się wyjaśni!
      Chcąc nie chcąc, musiały mu się podporządkować. Wróciły do niego, ogarniając go ciepłymi ramionami. Lubił zasypiać, czując bliskość ich czarownych ciał. Nie miał jednak pojęcia, że popełnił straszny błąd. Może najstraszliwszy w życiu. Uzmysłowił sobie to dopiero rankiem, kiedy znowu się obudził.
      Afrodyta czekała, aż otworzy oczy. Przyłożyła znacząco palec do ust, dając znak, że nie powinien się odzywać.
      — Nie jest wesoło. Oni opanowali statek — w sekrecie szepnęła mu do ucha. — Inwigilują apartamenty i kajuty, zajmowane przez pasażerów. — Kamery i mikrofony są włączone. A co gorsze, zablokowali wszystkie drzwi. Jesteśmy uwięzieni i nie możemy wyjść na korytarz.
      Doznał szoku. W jednej chwili odeszły go resztki snu i przygryzł do bólu wargi. Pojął, jakim jest idiotą. Niewystarczająco ufał swoim androidom i w efekcie czekały go teraz cięgi.
      — Coś takiego? — zaskamlał, nie odwracając głowy i prawie nie otwierając ust. — Jak to się stało? — wymamrotał jak brzuchomówca. Pluł sobie w brodę, ale niewiele mógł wskórać. Zawróciła mu w głowie płochliwa nastolatka i zamiast o bezpieczeństwie myślał o amorach.
      Leżąca z drugiej strony Iryda włączyła się do szeptanej rozmowy. Cmoknęła go w policzek i przeciągnęła się rozkosznie, symulując poranne zmysłowe igraszki. Potem oparła się na łokciu, a materac lekko się ugiął pod ciężarem jej ciała.
      — Jeszcze nie jest za późno. Możemy obejść cały ten system i przejąć kontrolę nad „Agisem”. O ile dasz nam wolną rękę i pozwolisz nam działać.
      — To skończy się krwawą jatką. Chcecie ich pozabijać? — jęknął przerażony.
      — Jeśli zajdzie taka konieczność… — kontynuowała przy jego policzku, na którym znaczył się lekki zarost. — Trzeba się spieszyć. Statek jest duży, elektronika skomplikowana, więc jeszcze się we wszystkim nie połapali. Chyba że chcesz zobaczyć na własne oczy, do czego ci dranie są zdolni — w jej głosie zabrzmiały groźne tony. — W pierwszej kolejności zechcą się zabawić z tymi młodymi z zespołu „Escape”. To laski jak się patrzy. A resztę pasażerów sprzedadzą jako niewolników do jakiejś kopalni. Wcześniej spróbują ogołocić ich konta. Każdy odda wszystko, wierząc, że odzyska wolność.
      Oczy Raoula pociemniały z wściekłości. Trafiła w jego czuły punkt.
      — Zgoda — wygęgał. — Macie wolną rękę. A poradzicie sobie?
      — Postaramy się! — tym razem odpowiedziała Afrodyta.
      — A propos. Im chodzi o mnie, czy o statek?
      — Raczej o statek. O tobie nic nie wiedzą.


22.07.2009 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Czas na kontratak


      Atmosfera przy śniadaniu była, delikatnie mówiąc, napięta. Nieuchwytni porywacze przez wewnętrzną sieć głosową powiadomili pasażerów, że statek został przejęty przez Solarną Federację Pacyfistyczną, co zakrawało na ironię, bowiem wymyślili sobie nazwę, będącą zaprzeczeniem tego, czym się zajmowali. Doradzali spokój i bezwzględne podporządkowanie się rozkazom grupy szturmowej. Wypuścili wprawdzie wszystkich na poranny posiłek, ale po nim zalecili powrót do apartamentów. Wyznaczyli limit czasu, strasząc wyłączeniem grawitacji w dolnej delcie. Ostrzegli, że każdemu, kto włóczyłby się po pokładach, grozi śmierć. Nim opuścił apartament, na sztywnych z przerażenia nogach zasłał zsunięte łoża, jakby się spodziewał wojskowej inspekcji. Siateczka zmarszczek wokół jego oczu stała się wyraźniejsza. Jego boginie wykorzystały chwilę otwarcia kabin i ruch na dolnych pokładach, by zniknąć bez śladu. „Będziemy działać szybko!” — obiecała mu Iryda.
      W restauracji, oprócz androidów klasy pierwszej i drugiej w roli kelnerów i ich pomocników, nikogo więcej nie było. Nie pojawił się nikt z żywej obsługi statku, a stolik kapitana i jego zastępców stał pusty.
      Raoul zezował w stronę tancereczek. Beatrycze miała markotną minę, podobnie pozostałe. Panowała złowróżbna cisza i nikt się nie odzywał, a jeżeli już to szeptem. Słyszał tylko dobiegające go od sąsiednich stolików delikatne stuknięcia widelców o cienkie porcelanowe talerze. Sam też był spięty jak diabli. Ściskało go w żołądku i z tego wszystkiego nie mógł jeść. Koszmar! Strzygł uszami, główkując nad tym, co porabiają jego anielice i czy im się poszczęści. Nie był pewny tego, czy wywiążą się z zadania, jakie sobie postawiły. Z odrobiną ufnej wiary spoglądał na opiekuna zespołu „Escape”, wyobrażając go sobie w roli ich pomocnika. Jego wielkie bicepsy zdawały się rozsadzać rękawy koszulki. Coś mu mówiło, że te dupki, czyli porywacze, robią wszystkim wodę z mózgu, ale i to, że nikt nie pokwapi się, żeby sprawdzić, jak jest naprawdę. Nikt nie chciał ryzykować życiem. Chyba tamci zdawali sobie sprawę z tego, że mogą się spodziewać buntu. Umiejętnie zdusili myśl o oporze. Jeden z androidów z obsługi z nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą obszedł salę restauracyjną z tacą, na której leżała ścięta głowa kapitana statku. Straszliwy widok! Zgilotynowany łeb zdawał się ostrzegać: „I was to czeka, jeśli nie padniecie im do stóp!” Nie wiadomo dlaczego przyszedł mu na myśl biblijny Herod i ujrzał oczyma wyobraźni głowę Jana Chrzciciela, przyniesioną pięknej Salome. Zło zdawało się wypełniać salę i wdzierało się do serc i umysłów, napotykało jednak opór w postaci ogromnych pokładów nie ustępującej nadziei.
      Raoul siedział w napięciu, drżąc z obawy, że domyślą się braku jego towarzyszek. Odstawił filiżankę z kawą na spodek. Brzęknęła melodyjnie. Z namaszczeniem wybrał kromkę chleba z koszyka i zamoczył w oliwie. Nie mógł liczyć na sprawiedliwość boską, a jego bronią były opanowanie i spokój, nie licząc dwu kruchych przyjaciółek. Czy ci zwyrodnialcy już się połapali, że w sali restauracyjnej nie ma kompletu? Nikt z pasażerów nie zwracał uwagi na jego stolik, przy którym tego dnia siedział samotnie, bo każdy martwił się o siebie. Tylko przejęty technik z „Body Perfect” odnotował nieobecność cudnych hurys. Raoul napotkał jego niespokojne spojrzenie, w którym determinacja przebijała się przez lęk. Wyczytał z niego, że chłopak dobrze wie, czym zajęły się jego klony. Tego chudego rudzielca z firmowego serwisu nie dało się oszukać. Jak nikt inny znał ich nadludzkie możliwości.
      Czuł się winny całego zamieszania na „Agisie”. Stary wyleniały lew zlekceważył zagrożenie, a teraz, żeby ocalić tyłek, tchórzliwie przerzucał odpowiedzialność na sprytniejsze i inteligentniejsze od siebie młode lwice. Te wyruszyły już dzielnie na tereny łowieckie. Jednakże mogły przecież ponieść klęskę.


08.08.2009 :: 08:59
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Androidy w akcji...


      Chyba nikt z ciągnących tego feralnego ranka na śniadanie nie zorientował się, że dwie młode pasażerki beztrosko zboczyły z kursu, za nic mając groźnie brzmiące ostrzeżenia. Artystyczny owal we wnęce zdobionej abstrakcyjną płaskorzeźbą, spoglądającą tysiącem par oczu, na moment ustąpił, odsłaniając sekretne przejście i zaraz powrócił na swoje miejsce. Zapewne w tym miejscu byłyby zwykłe, ledwo się znaczące na ścianie super szczelne techniczne drzwi dla personelu, gdyby nie to, że dekoratorom wnętrz przyszedł do głowy figlarny pomysł umieszczenia tu ściennego dzieła sztuki. Narowiste laski w okamgnieniu ukryły się w powstałej czeluści, pochylając głowy. W ciemnym przełazie, stworzonym z myślą o pracach konserwacyjnych i remontowych, zgromadziły sprzęt, ściągnięty wcześniej po kryjomu z przepastnej ładowni „Agisa”. Niebezpiecznych zabaweczek, którymi dysponowały, nie można było bowiem legalnie zabrać na pokłady pasażerskie. Nie musiały działać na oślep. Obie miały w głowach dokładne plany statku, dokładniejsze od tych, które posiadali kapitan i jego oficerowie. Nie interesowały ich jednak główne korytarze, ale kanały, szyby, tunele, rury i przewody wentylacyjne. Afrodyta pozostała w swych szałowych ciuchach, Iryda zaś przebrała się w czarny kombinezon. Nieużywana winda ruszyła, wynosząc je do góry. Znalazły się na poziomie górnej delty. Tu rozdzieliły się bez słowa. Afrodyta pobiegła wąskim przesmykiem, doskonale sobie radząc w labiryncie rozwidleń i nieomylnie trafiając do sporawej, choć nieco ciemnej ładowni. Przeszła bez trudu przez śluzę, bo w hali było powietrze, jednak nie filtrowane, a przez to trochę stęchłe i śmierdzące. Tam spoczywała karawela, którą przybyli porywacze. Furę mieli niezłą, szybką i zwrotną, ale mocno sfatygowaną, spędziła pewno w próżni z dziesięć lat. Rankiem ściągnęli ją przez właz w obudowie do wnętrza statku.
      Blond bogini pomyślała, że popełnili błąd. Ona tak by nie postąpiła. Zatrzymała się, wyrównała oddech, a potem wyważonym krokiem zaczęła się wspinać po wypuszczonych metalowych schodkach ku otwartemu i oświetlonemu wejściu. Detektory ruchu jej podpowiadały, że we wnętrzu pozostał tylko jeden człowiek.
      Dostała się do środka i wąskim korytarzem dotarła do sterowni, nie próbując kryć swego przybycia. Pilnujący maszyny trefny osobnik z gębą szczura i rzadkimi wąsikami dostrzegł kruchą postać na monitorach i obrócił się ku niej z wycelowaną bronią. Był spokojny, bo doskonale wiedział, że drobna blondynka przytargała się sama. I to bez broni. Nie mogła zatem mu zagrażać.
      — Heja! — zawołała przymilnie, usprawiedliwiając swoją obecność. — Cyrus wysłał mnie, żebym dotrzymała ci towarzystwa. Mam się postarać, żebyś się nie nudził… — zręcznie puściła mu dym w oczy.
      Tamten kompletnie zbaraniał, szeroko otwierając usta. Wyglądała jak objawienie, niezwykle ponętnie i zmysłowo. Otarł się z pewnością o wiele tanich dziwek, ale bogini z tak wściekłym seksapilem na pewno nikt mu dotąd nigdy nie podrzucił. Była z najwyższej półki. Zaparło mu dech z wrażenia i zapomniał, że trzyma w ręku broń.
      Afrodyta niespiesznie podeszła, zalotnie kołysząc biodrami. Znieruchomiała przed nim, pozwalając mu, by się na nią z bliska napatrzył. Jej płaski brzuch z odkrytym pępuszkiem znalazł się na wprost jego głodnych oczu.
      — Podobam ci się? — zalotnie zapytała. Prowokacyjnie rozpięła guziczek przy gorsecie, a jego nozdrza owiał zapach jej wymyślnych perfum.
      Oszołomiony bliskością seksbomby terrorysta bezmyślnie skinął głową. Siedział jak zahipnotyzowany. Nie wyglądał na specjalnie rozgarniętego i pewnie dlatego pozostawiono go w odwodzie.
      Wpadł w jej szpony. Nim się zorientował, co się dzieje, wypuścił automat z rąk. Potem wywinął salto, lądując z jękiem na pokrytej metalową kratą posadzce.


11.08.2009 :: 18:12
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Androidy w akcji... (2)


      Iryda udała się w kierunku osi statku. Pokonała zabezpieczenia, chroniące właz do rozciągniętego na całą wysokość górnej delty prześwitu o średnicy około trzydziestu metrów. Nie było tu wind ani schodów. Po jednym z pionowych grubych stalowych prętów, stanowiących część wewnętrznej konstrukcji i podtrzymujących usytuowane przy ścianach galeryjki, zsunęła się w dół zręcznie jak małpa i dotarła do modułów głównego węzła energetycznego. Tu powinna była odłączyć zasilanie pokładów, na których znajdowali się porywacze, następnie zjechać na jeszcze niższy poziom i dostać się do awaryjnej sterowni, która automatycznie się uruchamiała po wyłączeniu głównej. Tam mogła przejąć kontrolę nad „Agisem” i uwięzić terrorystów w sektorach, do których się wdarli, zdalnie blokując wybrane przejścia i drzwi.
      Zatrzymała się na wąskim chronionym barierką podeście przed ścianą pokrytą instalacją i główkowała nad krokami, które powinna była uczynić. Zadanie, które miała do wykonania, wydawało się jej szalenie proste, niemalże szkolne, nie na miarę jej możliwości. Pobiegła myślą ku porywaczom, z cicha marząc o tym, by stanąć z nimi oko w oko. To ją łakomiło. Potężny kop adrenaliny dobrze by jej zrobił. W ciągu ostatnich lat tylko dwukrotnie próbowano porwać statek pasażerski. Obie próby okazały się nieudane, bowiem kosmiczne fregaty posiadały znakomite zabezpieczenia. Nie wiedziała, skąd ma te informacje, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Ten przypadek był trzeci. Czy obecna próba została lepiej zaaranżowana? Sądziła, że jeśli porywaczom powiodło się z abordażem, to głównie dzięki nieudolności kapitana, który okazał się łatwowierny i nie zastosował się do obowiązujących procedur.
      Potem wróciła myślą do Raoula, w nagłym przebłysku uzmysławiając sobie, że ich pan i władca dał im wolną rękę. To sprawiło, że zmieniła plan. Żądza zwycięstwa wzięła w niej górę i poczuła raptem ogromną ulgę. Zdecydowała, że najpierw podroczy się z porywaczami. Zabawi się z nimi w kotka i myszkę.
      Odłożyła manipulacje z elektroniką na później, windując się na wyższy poziom i nieomylnie wybierając wąski prześwit. Za metalową ścianą ciągnął się korytarz, od którego oddzielała ją tylko owalna standardowa klapa. Wystarczyło uruchomić jej mechanizm, by natychmiast znaleźć się wśród tamtych.
      Do sterowni weszła niezauważona. Było w niej trzech uzbrojonych osobników, znających się widocznie na nawigacji, skoro tam przebywali, ale nie najlepiej przygotowanych do bezpośredniego starcia z wrogiem.
      — Cześć, chłopaki! Jestem! — bezczelnie rzuciła im na powitanie.
      Nie zdążyli się zorientować, co się dzieje. Nie minęła jedna sekunda, a wyrwała najbliżej stojącemu broń, a potem zrobiła z niej użytek. Oddała trzy krótkie strzały, wysyłając trójkę pechowców na tamten świat. Następnie zatrzasnęła się od wewnątrz w sterowni, korzystając z ręcznej blokady drzwi i przypięła się do podświetlonych klawiatur. Była w transie. Doskonale wiedziała, że nie wpadła w pułapkę i że nie ma noża na gardle, chociaż ktoś z zewnątrz mógłby tak oceniać jej położenie. Bo przecież trafiła do gniazda os. Miała dostęp do sieci komunikacyjnej i mikrofony pod ręką, ale nie zamierzała negocjować z porywaczami. Rozejm też jej nie interesował. Czekał ją niezły ubaw. Postanowiła, że po babsku zagra im na nerwach.


13.08.2009 :: 12:39
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Dała czadu


      Gdzieś w połowie śniadania statek drgnął i Raoul pojął, że włączyły się silniki hamujące lub że dzieje się coś niedobrego z ciążeniem. Odruchowo złapał się za blat stolika, nie chcąc polecieć do tyłu. Usłyszał z głośników krzyki, wkrótce też na potężnym wirtualnym ekranie pojawił się obraz. Pokazał się wreszcie Cyrus w całej okazałości. Puściły mu nerwy. Jego demoniczne oblicze wykrzywiał straszliwy gniew. Raoul go zapamiętał, inni pasażerowie też, był lecącym z Marsa mrukiem, snującym się samotnie po pokładach i nie podejmującym z nikim rozmowy. Twarz miał twardą i kanciastą. Rzucały się w oczy jego mocno zarysowana szczęka, wąskie wargi i niezupełnie prosty nos. Dygocący z wściekłości ślinił się teraz przez mikrofon. Wrzeszczał w paroksyzmie złości. Płynęły pełne jadu słowa o kryzysie solarnej cywilizacji, o tym, że nadchodzi czas wielkich zmian, że ludzkość dojrzeje w bólu i krwi, a tacy jak on, namaszczeni przez Boga, przywrócą ład w Układzie Słonecznym. A przejęty statek stanie się nową arką Noego.
      Niestety, po niecałej minucie wpadł mu w słowa wysoki kobiecy głos, nonszalancko przerywający wrogą tyradę:
      — Cyrusie, ty podły psie, nie popisuj się. Nie masz szans, palancie. I wkrótce twój brudny mózg zapaskudzi ściany i posadzkę!
      Obrazu nie było, jednak Irydę słyszeli wszyscy. Stawiła mu czoła i tamten zamilkł niby pod wpływem nagłego ciosu. Takiej obrazy nie mógł znieść. I to ze strony zarozumiałej młódki. Zmrużył oczy w przerażającej zimnej furii.
      — Wredna dziwko! — warknął przez zęby, nie godząc się z przegraną. — Nigdzie mi nie uciekniesz, suko. Nie wyrwiesz się stąd. Tak cię zerżnę, że…
      Nie pozostała mu dłużna.
      — Ty nędzny szmaciarzu, wal się sam, jeśli potrafisz! — śmiało bluznęła, wpadając mu w słowa.
      — Cienko zaśpiewasz, pyszałkowaty babsztylu! I to już wkrótce! — bulgotał jak indor w obliczu jej kolejnej impertynencji.
      — Najpierw mnie złap, sflaczały kutasie — znowu chlapnęła. — I nie połam sobie nóg!
      Pozował na wielkiego, wściekłego i ziejącego ogniem, a ona pluła mu w twarz, pokazując, że jest błaznem.
      — Kurewskie nasienie! Będziesz wić się u mych stóp, srać ze strachu w majtki i błagać o litość! — złowrogo dyszał. — Już niedługo!
      — Sam sobie sraj w gacie, popaprańcu! Chamowaty durniu! Na kant dupy możesz mi wskoczyć! Statku kosmicznego ci się zachciało? Lepiej zajmij się łapaniem much! — terkotała jak najęta. — Wracaj do swojej zapyziałej nory, ty cuchnąca kupo łajna! Zaczniesz szanować damy, jak ci przywalę w świński ryj! Do wora i do jeziora!
      Nie należał do tych, którzy przyjmą mocny cios i potrafią wstać. Oszalały z wściekłości i upokorzenia, miotał obelgami, odpłacając jej co rusz pięknym za nadobne, aż wreszcie zabrakło mu słów i zaczął wydawać z siebie tylko dziwne gardłowe dźwięki. Potem do uszu przerażonych pasażerów dotarły stłumione odgłosy wystrzałów. Następnie obraz znikł i połączenie się urwało.


13.08.2009 :: 14:36
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Mignęła jak spadająca gwiazda


      Nie przejmowała się tym, że za solidnymi drzwiami warują rozsierdzeni porywacze, w przypływie złości gotowi rozerwać ją na strzępy. Nie lękała się zagrożenia z ich strony. Była kuta na cztery nogi. Doprowadziła Cyrusa do szału, co nie było trudne, zważywszy że miała niewyparzony język, po czym doszła do zadziwiającego wniosku, że osiągnęła to, co chciała i że może wracać z orbity. Jeżeli obudował się murem pewności siebie, to właśnie ten mur runął.
      Poruszała się lotem błyskawicy. Jednym sprawnym ruchem wyłączyła światła na piętrze i nie czekając, aż zapali się słabe oświetlenie awaryjne, rzuciła się ku drzwiom, w te pędy zwalniając ręczną blokadę. Zaczęły się rozsuwać. Tamci nie nadążali za lawiną zdarzeń. Nim się całkiem uchyliły, z kocią zręcznością przeturlała się na korytarz i w zupełnych ciemnościach, na siedząco, spod przeciwnej ściany oddała dwa celne strzały. Ona ich widziała, oni jej nie. „To już pięciu! — pomyślała. Dwie serie puściła w głąb korytarza, ale nie była pewna czy trafiła. Stłumiła w sobie pokusę, by zostać tu dłużej i zmierzyć się z pozostałymi członkami grupy szturmowej. Skryła się za owalnym przełazem, a będąc już z drugiej strony upewniła się, że klapa bezszelestnie wskoczyła na swoje miejsce.
      Wróciła do błyskających zimnymi światłami modułów głównego węzła energetycznego. W kilku miejscach odcięła zasilanie, wyjmując pomarańczowo-czarne płytki bezpieczników, a potem zjechała do awaryjnej sterowni. Afrodyta już tam dotarła.
      — Przyleciało ich trzynastu — powiedziała. — Przyparłam do muru tego, który pilnował ich łajby, więc od razu zaczął gadać. Brzydki jak noc. Mieli ze sobą tylko podstawowe wyposażenie. Nie wykryłam śladów niczego naprawdę niebezpiecznego, żadnych środków biologicznych czy chemicznych.
      — To dobrze, króliczku. Razem piętnastu, nie licząc twojego. Pięciu już wysłałam na tamten świat. Co do dwóch następnych nie mam pewności. Tak czy siak, zostało dziesięciu.
      — Znając ciebie, myszko, to raczej ośmiu. Zresztą, zaraz zobaczymy. Weźmy się do galopu!
      Zabrały się do dzieła. Należało posprzątać w tym tnącym zimną próżnię chlewie. Nadawały na tej samej fali. W mig osaczyły kosmicznych piratów, depcząc im po piętach i blokując sektory, które tamci okupowali. Przyglądały się im jednocześnie przez wysokiej rozdzielczości kamery pokładowe, dające dobry obraz mimo świateł awaryjnych. Sześciu było martwych, jeden ciężko ranny. Ten dogorywał. Pozostali, faktycznie ośmiu, skupili się wokół rozwścieczonego Cyrusa. O czym rozmawiali, nie usłyszały, bo szeptali sobie do uszu.
      — A zakładnicy? Czyli obsługa? Gdzie ich ukryli?


14.08.2009 :: 11:50
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu