EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
Hegemone(9)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(68)
Publikacje(35)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Życzenia noworoczne


Szczęśliwego Nowego Roku 2012!

01.01.2012 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Cztery pory roku


Uroczystość Objawienia Pańskiego


      Mimo że aura nie dopisała, a zamiast śniegu mamy deszcz, w kalendarzu zimowe święto. Uroczystość Trzech Króli. Na tę okazję mam opowiadanie „Mędrcy”, drukowane przed laty na łamach „Przewodnika Katolickiego”. Zaczyna się tak:

      Pokryta tu i ówdzie skarlałymi krzewami pustynia sięgała po horyzont i wydawała się nie mieć granic. Przesypujący się niczym popiół piasek przestawał parzyć, a skały rzucały dłuższe cienie. Rozkulbaczone wielbłądy i dromadery majestatycznie wpatrywały się w dal lub szukały pożywienia. Pospiesznie rozbijali obóz, dwojąc się i trojąc, żeby zdążyć przed zapadnięciem ciemności. Wzorzyste namioty lśniły, a obok nich leżały pokaźne juki z towarami. Trzej magowie wypoczywali, schronieni pod rozwieszoną na bambusowych prętach purpurową materią. Byli zadumani i myślami nieobecni. Kasper gładził pokrytą siwizną długą brodę. Baltazar mamrotał słowa dziwnej modlitwy, niezrozumiałej i brzmiącej obco dla sług. Melchior zdawał się na siedząco zasypiać. Mędrcy pochodzili z daleka, może nawet z Mezopotamii i zajęty wielbłądami Ereb zerkał co rusz w ich stronę z mieszaniną lęku i ciekawości, gotowy podbiec, gdyby czegoś potrzebowali. Ich największym skarbem był pieczołowicie przechowywany pożółkły papirus, zawierający proroctwo o wielkim królu.

      więcej ...>

05.01.2012 :: 15:07
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie...


Fragment „Buntu androidów”

      Zmaterializowaliśmy się przed kurortem na zboczu Dekstecyzy. Cisza była tak dojmująca, że aż nierealna. Poczułem mroźny chłód. Przyglądałem się kolibrowi, który dostał się tu razem z nami, a potem obrzuciłem wzrokiem nieszczęsną drużynę. Dostaliśmy w skórę, bo za późno wzięliśmy nogi za pas. Jeszcze chwila, a bandyci z Galaktyki Sombrero starliby nas z powierzchni ziemi. Na szczęście, żaden z agentów nie doznał uszczerbku. Byliśmy spoceni, ubłoceni i brudni, lecz cali i zdrowi. Jedynie Tomowi ciekła krew z nosa.
      — Dali czadu, tego nie było w programie, szefie! — jęknął przejęty Bruno.
      Dźwignąłem się, nie wypuszczając karabinka z rąk. Miałem obolałe mięśnie i dzwoniło mi w uszach. Nie mogłem uwolnić się od niepokoju. Nie tak miał wyglądać koniec akcji.
      — Comandante! — nadzwyczaj spostrzegawczy Samuel z lękiem wskazał niebo. — I tych puścili w skarpetkach…
      Pobiegłem wzrokiem ku górze i nogi pode mną się ugięły. Nasza podniebna warownia zmieniła położenie, przechyliła się i osunęła w dół. Niestety, to nie była przekrzywiona dekoracja. Przeświadczony o mocy swoich skrzydeł lekkomyślny Ikar płacił wysoką cenę za brak rozwagi.
      — I cały misterny plan w pizdu — jęknąłem, wstrząśnięty do głębi.
      — Jak moje limo? — Tom zwrócił się do Sama, wycierając ręką krew.
      — Spoko — pocieszył go kumpel. — Nie zrobili ci z mordy galarety. Nos jak hamulec od karuzeli, ale od tego się nie zdycha!
      Zdesperowany wszedłem przez oszklone drzwi do luksusowego holu, licząc na Or-Mata jak na ostatnią deskę ratunku. Moje zabłocone buty zostawiały brudne ślady. Niecierpliwie na mnie czekał, a jego marsowe oblicze witało mnie na dużym monitorze.
      — Sypnęło się? Kurna chata, co się stało? — niespokojnie rzuciłem, przecierając ręką spocone czoło. Nie byłem tchórzem podszyty, jednak tym razem umierałem ze strachu.
      — Nie trać ducha, nic się nie sypnęło, zachowaj zimną krew. Spisaliście się na medal, zaraz wrócicie nad Amazonkę — szybko odrzekł, widząc załamanie malujące się na mojej twarzy. — Panujemy nad sytuacją.
      Flaki we mnie się przewracały. Nie chciało mi się w to wierzyć, a jego optymizm wydał mi się nieuzasadniony. Przełożyłem karabinek do drugiej ręki.
      — Tak twierdzisz? To co się, do cholery, dzieje?! — warknąłem przez zęby.
      Na jego obliczu zagościł blady uśmiech.
      — Nie da się ukryć, było tu gorąco, a ci cwaniacy usiłowali nas roznieść na strzępy. Wredne gnomy! Na szczęście, udało nam się odciągnąć ich od naszej fortecy i zwabić w pułapkę. Był na to sposób, wzmocniłem wezwania pomocy emitowane przez Ka. — Odkaszlnął i przeszedł do rzeczy: — Pokłusowali na Ziemię, żeby ją ratować, a tam spuściliśmy na nich bombę EMP o straszliwej mocy, Zor-Ton znalazł takie cudo w zbrojowni — rzucił z błyskiem w oku, odsłaniając dotąd skrywaną strategię. — Zdetonowaliśmy ją właśnie nad dżunglą, więc jest tam gorąco — wyłożył ostatnią kartę na stół.
      Doznałem olśnienia. Promień słońca przebił się wreszcie przez gęste chmury.
      — Jeśli znaleźli się w jej zasięgu, to już po nich i po hardej Kasandrze… — wycedziłem, obłędnie zdziwiony. Pomyślałem, że Trójoki jest naprawdę geniuszem. A rusé, rusé et demi, na cwaniaka półtora cwaniaka! Sprytne posunięcie! Dla cyborga silne pole elektromagnetyczne było gorsze od napalmu.
      Odetchnął z ulgą i z uznaniem skinął głową.
      — Złapaliśmy byka za rogi — z powagą potwierdził moją diagnozę. — Polecicie tam zaraz, by zrobić porządek. Ładujcie akumulatory — i w drogę! Dam ci znać, jak się upewnię, że już nie są groźni.
      — Nic wam się nie stało?.. — zapytałem. Powoli wracał mi spokój.
      Skrzywił się, jakby połknął cytrynę.
      — Uszkodzili napęd stacji, ale główny koordynator z tym sobie poradzi — obiecał. I dodał: — Na razie nie myśl o nas, rób swoje!
      Opanowany wyszedłem przed budynek. Lena wyczytała z mojej twarzy, że nie wyrzuciło nas z torów i że szykuje się dalszy ciąg akcji. Pokrótce podzieliłem się z nimi tym, czego dowiedziałem się od Or-Mata.
      — Bogu dzięki! — z ulgą mruknął Harry.
      Bruno kończył oglądać jego kark, w który wbiła się spora bambusowa drzazga. Założył na ranę brunatny, indiański opatrunek. Sok z drzewa maibo odkażał lepiej niż jodyna.
      Powiało lodowatym wiatrem. Musieliśmy się sprężać, żeby nie zmarznąć do szpiku kości.


12.01.2012 :: 12:53
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Jubileusz pracy twórczej


      Mielec, 3 lutego, jestem w Miejskiej Bibliotece Publicznej przy ul. Kusocińskiego. Asystuję pani Jolancie Strycharz, która wypełnia gabloty eksponatami. Nabiera kształtów wystawa z okazji moich sześćdziesiątych urodzin i trzydziestopięciolecia pracy twórczej. Lata biegną nieubłaganie, więc czas na podsumowania…
      W moim środowisku jubileusz wywołuje rezonans i jest życzliwie przyjmowany. A oto życzenia, które — m.in. — otrzymuję:

Pan Edward Guziakiewicz

Szanowny Panie,

Proszę przyjąć najserdeczniejsze gratulacje oraz wyrazy najwyższego uznania za uniwersalne wartości całokształtu twórczości literackiej oraz budowanie więzi społecznej i rodzinnej, łączenie piękna z pracą i życiem codziennym, popularyzację najcenniejszych wartości wyrażanych poezją.
Pana rocznica urodzin oraz jubileusz 35-lecia pracy twórczej stają się doskonałą okazją do złożenia gratulacji, wyrazów szacunku i podziękowania za Pana pracę, dorobek artystyczny w dziedzinie literatury oraz pielęgnowanie dziedzictwa kulturowego, Pana zaangażowanie w idee pisania książek mieszczących się w szeroko rozumianym nurcie kultury otaczającego nas świata, promowanie słowa pisanego prozą i wierszem, które nie tylko znajdują czytelniczy oddźwięk, ale także odpowiadają na podstawowe pytania współczesnego człowieka.
Z ukazanych w Pana twórczości „odsłon pamięci i wyobraźni” wyłania się obraz niezwykle żywy, autentyczny, który koresponduje z metafizyką wykraczającą poza doświadczenia i zmierzającą do poznania istoty ponadziemskich zjawisk. Ten wspaniały świat, utkany z wyobraźni ludzkiej i będący jej dziełem — był, istnieje i dzięki Panu będzie istnieć.
Pisarz i publicysta — podobnie jak lekarz, nauczyciel — to nie tylko profesja, ale i powołanie, misja, którą należy pełnić wobec społeczeństwa, to także odpowiedzialność za kształt kultury, za dobro wspólne narodu.
Dziękuję Panu za troskę o piękno mowy polskiej i wymianę artystycznych doświadczeń. Mam nadzieję, że dalsze działania na niwie literackiej przyniosą owocne rezultaty i wiele okazji do przeżywania satysfakcji.
Z okazji rocznicy urodzin oraz jubileuszu pracy twórczej składam życzenia zdrowia oraz wielu sukcesów w życiu artystycznym i prywatnym.

Z poważaniem
Władysław Ortyl, senator RP

Kolega
Edward Guziakiewicz (w znaku Wodnika)

Drogi Edwardzie!
Z okazji tak znamienitych dla Ciebie dat — urodzin i pracy twórczej proszę przyjmij najlepsze życzenia. Ciesz się życiem i realizuj ambitne plany swej twórczości. Nasze środowisko Oddział ZLP Rzeszów widzi Cię w panteonie twórców, którzy wyznaczać będą kanony literatury i staną się natchnieniem dla potomnych. Niech moc czuwa nad Tobą, a gwiazdy wskażą Ci drogę do sukcesu.

Tego życzy Halina Kurek (również spod znaku Wodnika),
wiceprezes ZLP O/Rzeszów

Klub Literacki RCKP

Szanowny Kolega
Edward Guziakiewicz

Wiązankę najpiękniejszych życzeń urodzinowych:
szczęścia, dobrego zdrowia i sił,
powodzenia w twórczości literackiej.
Spełnienia najskrytszych marzeń,
realizacji dobrych zamiarów i planów.
Pogody ducha, nadziei na dalszą przyszłość
oraz wszelkiej pomyślności
życzy w imieniu Klubu Literackiego
Regionalnego Centrum Kultur Pogranicza
Wacław Turek

Krosno, 03.02.2012

03.02.2012 :: 10:33
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Spotkanie w Strzyżowie


      Wtorek, 7 lutego, jestem w Strzyżowie. Mam wykład dla słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku na temat „Praca jako wyraz tożsamości człowieka”. Jest to już moje drugie spotkanie w tej malowniczej miejscowości, przyciągającej zimą ośnieżonymi stokami i znanej miłośnikom jazdy na nartach (Łętownia). Wykład odbywa się w Domu Kultury „Sokół”, gdzie strzyżowski UTW ma siedzibę.

07.02.2012 :: 17:29
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Kolejna wirtualna podróż,
tym razem do Acapulco...


Fragment „Buntu androidów”

      W boksach Oorian panowało zamieszanie. Z nudów tam pożeglowałem, by zobaczyć, co się dzieje. Chcieli uchronić zamieszkałą planetę w Galaktyce Trójkąta przed zbliżającą się asteroidą i gotowali się do akcji. Byli wkurzeni, bo nie zgadzały im się obliczenia. Szukali przyczyn. Dałem sobie z nimi spokój i podszedłem do Trójokiego.
      — Co nowego? — sennie zaczepiłem Or-Mata, nieruchomiejąc za jego plecami.
      — Są wyniki, ale nie będziesz z nich zadowolony — leniwie mruknął, łypiąc na mnie roztargnionym wzrokiem. — Twoi agenci dostali za akcję w Brazylii od stu do trzystu punktów. To wyjątkowo dużo. Ty jesteś na zerze…
      Nie chciało mi się wierzyć.
      — Jak to? — zabulgotałem jak indor. — To jakiś żart? — Byłem dumny z tej misji. — Przecież zrobiłem, co do mnie należało!..
      — I ocenili cię jak należy, sporo ci przyznali — potwierdził. — Tyle samo jednak odjęli za naruszenie naszych zasad.
      — Do stu piorunów, co za dewianci, jakich zasad? — zaperzyłem się. O co jak o co, ale o zapłatę należało się upominać. — Pogięło ich, czy co?
      — Wybacz, stary, to moja wina — usprawiedliwił się, postanawiając wziąć uchybienie na siebie. Usiłował mnie udobruchać. — Znaleźliśmy się w stanie wyższej konieczności, wszystko wisiało na włosku, więc uznałem, że możemy naruszyć żelazne reguły gry. Niestety, byli innego zdania. Rzecz w tym, że nie wolno nam uczestniczyć we wspólnych misjach z androidami z pierwszego poziomu. Żadnego spoufalania się z tamtymi! — zaakcentował. — Kierowanie akcją należało zlecić Harry’emu lub innemu agentowi.
      — Skandal, jak tak można? A to łotry!..
      Usiadłem przy Trójokim, masując lekko zdrętwiałą rękę. Awansowałem, ale co z tego. Wszystko kręciło się po staremu i były rzeczy, na które nie miało się wpływu.
      — Obiecałem Lenie, że z nią się zobaczę — wycedziłem naburmuszony. Nie zamierzałem rezygnować ze schadzek z cudownym kociakiem, a dziewczyna była za słodka, by spisywać ją na straty.
      — Ha! — Or-Mat oparł się wygodnie. Na jego twarzy pojawił się wyraz lekkiego rozbawienia. Mrugnął trzecim okiem. — Nie ma sprawy — odpowiedział. — Zlecisz jej drobną misję w uroczym zakątku Ziemi i polecisz za nią. Powinieneś jednak zachować ostrożność, żeby generator was nie nakrył.
      Moje brwi powędrowały wysoko. Musiałem przyznać, że mnie zaskoczył. Rzucił to tak, jakby chodziło o coś z gruntu błahego, a ktoś go spytał, ile jest dwa razy dwa.
      — Jestem pod wrażeniem — rzekłem. — Zatem można wykiwać tych drani z trzeciego poziomu?
      — Czemu nie? Każdy tu się urządza jak może, lawiruje i kluczy, żeby wyjść na swoje, posiedzisz dłużej, to się przekonasz — wyjawił ze zdumiewającą szczerością. I dorzucił: — Nikt nie może odmówić ci prawa do podróży. Cały kosmos przed tobą! Możesz szlajać się, gdzie chcesz, pod warunkiem, że się nie zdekonspirujesz. Cóż z tego, że natkniesz się przypadkiem na agenta z pierwszego poziomu, któremu akurat zlecono coś pilnego? A kogóż to obchodzi?
      Chciał jeszcze coś dodać, ale ugryzł się w język. Przestałem go zajmować. Wrócił do grafów na monitorach. Pochłaniała go praca. Harował jak wół, chociaż nikt go nie popędzał.
      Opuściłem go nie bez oporów i usiadłem w moim boksie. Uzmysłowiłem sobie, że nie mam prawa do uroczej Leny. Pakowałem się w ryzykowny mezalians i mogłem za to słono zapłacić. Czułem do niej miętę, ale miałem związane ręce, bo byłem, kutwa, z wyższej sfery! Mimo to nie zamierzałem złamać danego jej słowa.
      — Zlecenia dla androida płci żeńskiej — markując obojętność rzuciłem do komputera. — Układ Słoneczny, Ziemia, opcjonalnie: wyspy w tropikach.
      Wyświetliła mi się notatka o tytule „Acapulco”. Przeczytałem ją ze zmarszczonymi brwiami. Należało dorwać handlarza bronią i udaremnić planowaną transakcję. Skoczyło mi ciśnienie. Zadanie uznałem za nietrudne i pojąłem, że następnego dnia będę mógł zabrać się za budzenie mego aniołeczka. Gra była warta świeczki.
      — Acapulco? Gdzie to jest? — nerwowo zapytałem. — Aha, w Meksyku, w strefie podzwrotnikowej, z drugiej strony kontynentu, na wybrzeżu Pacyfiku.


18.02.2012 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Zwariowane dialogi


Fragment „Buntu androidów”

      Dopadliśmy Kasandrę i dwóch drani z Galaktyki Sombrero, cel misji został osiągnięty, więc świadome sukcesu bractwo chciało się odreagować. Zbliżała się noc. Do zamykającego akcję transferu mieliśmy labę i mogliśmy byczyć się w dżungli jak turyści na wakacjach. Korciło mnie, żeby wybrać się do Rio de Janeiro, aby się zabawić, należało się chłopakom, ale nie chciałem przeholować. Lepiej było zakończyć tę akcję bez fajerwerków. Mieliśmy ich dość.
      — Ami, go home! — szepnąłem do swoich myśli.
      Tomowi zaczynało odbijać. Wspiął się na zwalony pień. Szykował się spektakl w mało szekspirowskim wydaniu.
      — Bracia, nadchodzi era ciemności — zawołał z kretyńską miną, skupiając na sobie uwagę pozostałych agentów niby widzów w teatrze. — Kosmos na wieki pogrąży się w mroku. My, królowie nocy, przejmiemy władzę nad całym światem, a myślące istoty ze wszystkich planet padną nam do stóp… — podzielił się z nami błazeńskim przesłaniem żywcem z londyńskiego Hyde Parku. Ubaw po pachy.
      Lena próbowała się uśmiechnąć, słysząc te bzdury.
      — Bardzo śmieszne, jaka era? Puknij się palcem w czoło, tępaku — Harry usiłował sprowadzić go na ziemię. Robił to ze śmiertelnie poważną miną — tak poważną, że nie chciało mi się wierzyć, iż też się popisuje. — Słońce zachodzi, baranie, rankiem znowu wzejdzie…
      Samuel skwapliwie przyszedł Tomowi w sukurs. W końcu byli za pan brat. Teraz drugi domorosły aktor zaczynał podgrzewać atmosferę.
      — Nieważne, co tam, wschód czy zachód, napijmy się, bo nam mordy szuwarami zarosną — wpadł w swoją rolę. Wyciągnął płaską butelkę brandy, podsuwając ją Harry’emu przed oczy. Podobnie jak tamten zapobiegliwie zaopatrzył się w kurorcie na Neeidzie. A potem zwrócił się w stronę Toma. — Stworzyłem model pijanego wszechświata, wyobraź sobie, Albert Einstein przy mnie wysiada — hałaśliwie nadawał. — Po kilku głębszych w każdym punkcie przestrzeni obowiązują inne prawa fizyczne. Heraklitejska płynność w najlepszym wydaniu — spointował. — Rewelacja! Chcesz się przekonać?
      Harry skrzywił się z odrazą. Nie był w stanie utrzymać ich w szachu. Spychali go na dalszy plan.
      — Czemu nie? — Tom zatarł ręce, widząc butelkę. Zeskoczył z nadpalonego pnia na ziemię. Wyszczerzył zęby. — Jest co oblać. Zabalujemy! Tak czy siak, opuszczamy ten lokal. Wyskoczymy do Los Angeles na koncert Michaela Jacksona, a potem na panienki… — snuł przebojowe plany, jakby mógł decydować o tym, co będzie robić po akcji.
      — Jeże ci kable zjadły? — Harry znowu zaprotestował. Kręcił się w kółko, okazując zniecierpliwienie. — Przecież król popu nie żyje…
      — Co tam, poradzimy sobie — popisujący się Tom od ręki znalazł receptę. Przyjął od Sama butelkę i pociągnął łyk. — Cóż to dla takich jak my? Pestka! Przy nas Superman to pętak. Ci od voodoo też byliby bez szans!
      Kiedy to usłyszałem, poczułem ukłucie w sercu i niepewnie pobiegłem myślami ku trzeciemu poziomowi. Kryjący się tam spryciarze mogli przywrócić Ka do życia i znowu postawić ją u mego boku. Cholerna reinkarnacja! Nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie mogliśmy odtrącić daru nieśmiertelności. „Podły los! Do trzech razy sztuka!” — ze smutkiem pomyślałem. Miałem cichą nadzieję, że nie będę musiał znowu robić z siebie błazna.
      — Ja wam dam panienki! — rzuciłem, stając obok Harry’ego i siląc się na ton mentorski. Mrugnąłem do niego okiem, chcąc go wesprzeć. — Wybierzcie się raczej na mecz siatkówki. Los Angeles Sparks będą grać z Indiana Fever!
      — Siatkówka? Wiem, co to jest! — Tom nadal błaznował. Oddał brandy Samuelowi. — Odbija się piłkę przez sieć rybacką. Wymyślili to Indianie w jakiejś wiosce nad oceanem…
      — A mnie weźmiecie? — zapytał Harry, pogardliwie wydmuchując w stronę chudzielców chmurę dymu z cygara.
      — Co ty? Nie jesteś z tej bajki, El Gigante — nieuprzejmie odparował Sam. — Ale możesz się napić! — łaskawie wyciągnął butelkę w jego stronę.
      Harry nie skorzystał z propozycji i ostentacyjnie się odwrócił.
      — W dupach wam się poprzewracało — skwitował, ale bez irytacji. — Szamba zamiast mózgu!
      Słysząc o rozstaniu, Lena niepokojąco zajrzała mi w oczy.
      — Nie obawiaj się, nie wystrychnę cię na dudka — szepnąłem jej do ucha. — Nie rzucam słów na wiatr!


20.02.2012 :: 19:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


O modelach Boga w ODK KARTON w Rzeszowie


      Piątek, 24 lutego, jestem w Osiedlowym Domu Kultury KARTON w Rzeszowie. Odbywa się tu pierwsze spotkanie z nowego cyklu imprez zaplanowanych pod hasłem POSTSCRIPTUM. Organizator: Rzeszowski Oddział ZLP. Pierwotnie planowany trójgłos zamienia się w dwugłos. Jeden z zaproszonych prelegentów nie mógł bowiem przybyć. Temat: Współczesne filozoficzne i teologiczne modele Boga.
      Jestem pierwszym mówcą. Prezentuję w przekroju historycznym wachlarz zagadnień związanych z tematem modeli Boga w filozofii i teologii, koncentrując się na nurcie arystotelesowsko-tomistycznym i współczesnych bliskich myśli chrześcijańskiej kierunkach filozofii (egzystencjalizm i personalizm). Uwzględniam również zagadnienie: kosmologia a teologiczne modele Boga.
      Radovan Brenkus, mówiący po polsku słowacki fizyk, poeta, tłumacz i wydawca, skupia się na prezentacji metodologicznego podejścia do zagadnienia Boga, cechującego nowożytny idealizm i wywodzące się z niego późniejsze nurty myślowe (opozycja do ujęć substancjalnych). Po wykładach toczy się dyskusja.
      Spotkanie trwa prawie trzy godziny. Prowadzi je Marta Pelinko, prezes ZLP O/Rzeszów.


25.02.2012 :: 11:30
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Międzynarodowy Dzień Kobiet


Z okazji Dnia Kobiet wszystkim Paniom moc najserdeczniejszych życzeń! :)

08.03.2012 :: 11:00
Link | Komentuj (0) | Cztery pory roku


Lena w Acapulco


Fragment „Buntu androidów”

      Zmaterializowała się w kępie zieleni w pobliżu wysokiego Casa Inn Hotel Acapulco. W recepcji nie robiono jej trudności, występowała jako obywatelka USA i okazała paszport amerykański oraz kartę turystyczną, więc znalazła się w lot w zarezerwowanym dzień wcześniej apartamencie z aneksem kuchennym. Działała klimatyzacja, wnętrze było przestronne i estetycznie urządzone. Cieszył ją balkon z widokiem na morze. Było właściwie po sezonie, zbliżała się letnia pora deszczowa i popołudniami mogło padać, tym niemniej w pierwszej połowie dnia prażyło tropikalne słońce. Nadchodził weekend, więc miało przybyć gości. Wprawdzie nie brakowało w Acapulco droższych i bardziej luksusowych hoteli, ale ze względu na planowaną akcję najbliższą dobę miała spędzić w raju dla mniej zamożnych turystów. Tu nie wpadała nikomu w oczy.
      Rzuciła neseser na podwójne łóżko i obejrzała się w lustrze. W generatorze spała bardzo krótko. Nie klonowano je na nowo, więc ciało miała takie jak podczas pierwszej i drugiej misji. Była nadal seksowną blondynką, dobrze wyposażoną przez matkę naturę i wyglądającą jak bóstwo. Pod rozpiętą bluzką wdzięczył się bezszwowy biustonosz typu Aire Bra, uwypuklający kształtne piersi. Krótkie dżinsowe spodenki z postrzępionymi nogawkami podkreślały wąskie biodra i zgrabne nogi. Te rzeczy włożyła na siebie, kiedy przygotowywała się do transferu.
      Postanowiła sprawdzić, co jej dano na drogę. W neseserze znalazła dwie stylowe sukienki mini na ramiączkach, skąpy strój plażowy, coś na noc, a także saszetkę z plikiem dolarów amerykańskich i meksykańskich pesos. Obejrzała kosmetyczkę. Perfumy były najlepszego gatunku. Przymierzyła pierścionki i zajęła się klipsami. Potem wyjęła z samego dna torebkę, kilka par damskich pantofli, kolorowe tenisówki i czółenka na wysokim obcasie. (...)
      Zdjęcie Rity Craven miała w neseserze. Dokładnie je sobie obejrzała, wbijając w pamięć, a potem podarła na drobne kawałki i wrzuciła do muszli klozetowej. To na wypadek, gdyby ktoś niepowołany zamierzał grzebać w jej rzeczach. Tajna agentka miała zadbać o bezpieczeństwo transakcji. Podlegało jej kilku uzbrojonych łajdaków, z którymi kontaktowała się przez telefon komórkowy. Bez niej bodyguards nie mieli pojęcia, gdzie się mają stawić i kogo chronić. Może nawet nie wiedzieli, jak wygląda ich szefowa. Jeszcze tego dnia Olga miała ją zlikwidować.
      — Bułka z masłem — prychnęła. Cóż to było dla urodzonej zabójczyni?
      Rita była zepsutą lesbijką i wypełniała czas przed akcją, polując na naiwne turystki amerykańskie. Uwodziła bidule, zapraszała do siebie i w chwili nieuwagi wsypywała im coś do drinka. Lena musiała zbliżyć się do niej. Była w jej typie, więc spodziewała się, że ta wredna suka na nią poleci. Gdyby ten scenariusz zawiódł, miała wedrzeć się nocą do jej sypialni i zrobić swoje, gdy babka spała. Tak czy siak, pierwsza część misji nie była trudna. Potem czekały ją trzy dni laby, jednak już nie w Casa Inn. Miała przenieść się do luksusowego i relaksującego Las Brisas Acapulco.


24.03.2012 :: 17:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Mike i Antonio


Fragment „Buntu androidów”

      — Una botella de agua?
      Zaciekawiona podniosła oczy. Sympatyczny blondyn w kolorowych szortach trzymał w ręce nabytą w barze butelkę wody. W Meksyku nie należało pić z kranu. Był mocno opalony, muskulatura dowodziła, że bywa często na siłowni, a żeglarski tatuaż zdradzał miłośnika obcowania z morzem. Trochę zniszczone od słońca i morskiej soli długie włosy miał zawiązane w koński ogon. Lena uświadomiła sobie, że nad Bahia De Acapulco seksowna laska, tym bardziej samotna, nie opędzi się od adoratorów.
      — Nie, dziękuję, nie chce mi się pić! — odrzekła po angielsku.
      Jej odmowa nie zbiła go z tropu. Takiej modelce się nie przepuszczało.
      — To może dasz się zaprosić na drinka? — zapytał.
      Zdjęła okulary, groźnie marszcząc brwi.
      — Nie, chcę być sama — usiłowała go zmyć. — A poza tym nie piję przed lunchem.
      Chwilę się wahał, nie zamierzając ustąpić.
      — Jeśli będziesz szukała kogoś do towarzystwa, to pamiętaj, że jestem w pobliżu. Mike — przedstawił się. — Zawsze do usług!
      Obojętnie skinęła głową i spławiony Casanova wrócił do baru. Pomyślała, że gdyby się dowiedział, z kim ma do czynienia, trzymałby się od niej z daleka.
      Dopiero gdy odszedł, zaczęło bić jej mocniej serce. Przeskanowała go, chcąc się upewnić, że poznany mężczyzna nie jest androidem. Dyskretnie zezowała w jego stronę. Był człowiekiem, samcem z gatunku Homo sapiens. Porównała go w myślach z ucieleśnionymi Ziemianami, Harrym, Samem, Tomem i Brunonem, których poznała w czasie drugiej misji. Powoli się uspokajała. Doszła do wniosku, że ten przystojniak nie może jej niczym zaskoczyć.
      Ku jej zadowoleniu, odciągnął go od baru wyglądający na Włocha szczupły młodzian, który pojawił się nie wiadomo skąd.
      Mike na jego widok radośnie krzyknął:
      — Ja cię chrzanię, Antonio z Rimini, nareszcie! Kawał świata!
      Przywitali się, poklepując po ramionach, jak starzy dobrzy kumple, a potem odeszli, niknąc jej z oczu.


26.03.2012 :: 10:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


3000 dni ownloga!


Ownlog został założony 11.01.2004, zatem ma już 3000 dni. Jest na nim ponad 560 wpisów.



28.03.2012 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Wesołego Alleluja!


Pogody ducha, zdrowia i radości oraz wszelkiego dobra z okazji Świąt Wielkanocnych!


02.04.2012 :: 21:21
Link | Komentuj (0) | Główna


W rzeszowskim EMPIK-u


      W rzeszowskim EMPIK-u, mieszczącym się w Galerii Graffica przy Placu płk. Leopolda Lisa-Kuli 19, będę miał — 16 kwietnia — spotkanie autorskie. Przewidziano je w ramach drugiej edycji Światowego Tygodnia Książki, organizowanego przez Empik z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich. W ciągu wspomnianego tygodnia w rzeszowskim EMPIK-u będzie gościć kilku twórców, w tym Siostra Anastazja.


10.04.2012 :: 12:56
Link | Komentuj (1) | Imprezy kulturalne


Z przyjaciółmi w EMPIK-u


      Poniedziałek, 16 kwietnia, Rzeszów. Mam miłe spotkanie autorskie w EMPIK-u, mieszczącym się w Galerii Graffica przy Placu L. Lisa-Kuli. Wydzielony w dużej nowoczesnej i eleganckiej księgarni kącik sprawia, że przebiega ono w kameralnym nastroju. Przede mną przyjaciele i znajomi. Przyszli zainteresowani z Rzeszowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, Regionalnego Stowarzyszenia Twórców Kultury oraz Wydawnictwa Dreams, inicjatora spotkania (Lidia Miś-Nowak, właściciel i dyrektor naczelny, Magdalena Łuczyk-Słoma, dyrektor zarządzający i Grzegorz Działo, grafik).
      Spotkanie prowadzi z mikrofonem w ręce Rafał Potocki, redaktor Polskiego Radia Rzeszów. Należy ono do cyklu imprez, zorganizowanych przez EMPIK z okazji Światowego Tygodnia Książki. Podpisuję dostępne w sieci EMPIK-u powieści „Obcy z Alfy Centauri” i „Hurysy z katalogu”, a także ilustrowaną książeczkę dla dzieci „Radosny świat Mireczki”.
      Po spotkaniu rozmowę ze mną przeprowadza Barbara Kędzierska z rzeszowskiego portalu Twinn. Trafiam do do tego portalu (profil i wywiad dźwiękowy), a 25 kwietnia (środa) o godz. 20:00 pod poświęconym mi artykułem ma odbyć się czat.


Edward Guziakiewicz i Rafał Potocki


16.04.2012 :: 21:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Na czacie


      Środa, 25 kwietnia. Po wywiadzie dźwiękowym ze mną i prezentacji mojej sylwetki na portalu Twinn.pl, zostałem zaproszony do udziału w czacie. Nad całością półtoragodzinnej klawiaturowej rozmowy, której tematem była głównie moja fantastyka, czuwała Barbara Kędzierska. W intrygującym spotkaniu uczestniczyło około ośmiu osób, stawiających mi różne pytania i wyrażających swe opinie. Zapis tej rozmowy, obejmującej łącznie siedemdziesiąt wpisów, pozostał na forum.



25.04.2012 :: 22:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Długi majowy weekend


      Przed nami długi majowy weekend. Pogoda sprzyja, więc życzę udanego wypoczynku i wielu miłych wrażeń!

29.04.2012 :: 14:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Lena w porze obiadu


Fragment „Buntu androidów”

      Słońce rozleniwiało, czas biegł szybko i ani się obejrzała, gdy nadeszła pora obiadu. Wróciła do swego pokoju, przebrała się i zjechała windą do restauracji Bellavista. Z okien roztaczał się przepiękny widok na zatokę. Mike’a dostrzegła kątem oka, zaaferowany rozmawiał z Włochem, więc jej nie zauważył. Chcąc być jak najdalej od niego, wybrała stolik po przeciwnej stronie sali restauracyjnej. Jej kształtne piersi zdawały się być luksusowym towarem, po który należało natychmiast ustawić się w kolejce. Ścigało ją wzrokiem kilku siedzących tu facetów, na szczęście w średnim wieku, jednak zgodnie z przyjętą strategią starała się ich ignorować. Dawała im odczuć, że są dla niej jedynie powietrzem. Blondas z końskim ogonem dopadł ją dopiero, gdy wymykała się z lokalu. Miał na sobie podniszczoną żółtą bluzkę.
      — I jak? — zapytał, traktując ją już jak starą znajomą. — Pracujesz jako modelka? Bosko wyglądasz w tej kiecce. Dawno nie widziałem tak równej opalenizny…
      Założyła okulary.
      — Wal się! — fuknęła niegrzecznie i poszła dalej, ignorując jego zapędy towarzyskie.
      Po obiedzie zatrzymała się w ogromnym holu. Wybrała nie rzucający się w oczy fotel ulokowany przy jednej z kolumn i zasłoniła się płachtą gazety. Leżało tu kilka folderów. Nie umiała oderwać myśli od Mike’a i jego kumpla. Co robili nad Pacyfikiem? Mimowolnie usiłowała ich rozpracować i wywnioskowała, że ten kłopotliwy nawyk pozostał jej po pierwszej misji. Inwigilowała wtedy zbuntowaną Kasandrę i musiała włóczyć się za nią po mieście.
      Słońce schowało się za chmury i turyści ściągali z plaży, wracając do pokojów hotelowych. Wieczorem mieli zabijać czas przy tequili w pobliskich kafejkach. Znudzony Meksykanin z ochrony otarł się o nią ze dwa razy, ale nie miał się o co przyczepić. „Dymaj się, stary rowerze!” — opryskliwie prychnęła w myślach. Na jej nadgarstku widniał identyfikator hotelowy, więc mogła wypiąć się na niego. Znalazł sobie zresztą inny obiekt zainteresowania. Starsza zadbana dama głośno wykłócała się o trzymanego na rękach pudelka. W Casa Inn zwierzęta nie były mile widziane i musiała poszukać sobie innego hotelu. Obrażona odeszła z torbą na ramieniu i pupilkiem na smyczy, a nadgorliwiec z ochrony odprowadził ją do wyjścia.

01.05.2012 :: 17:30
Link | Komentuj (0) | Główna


Lena rusza do akcji...


Fragment „Buntu androidów”

      Ujrzała Ritę Craven. Przybyła z lotniska brunetka zatrzymała się przed kontuarem recepcji. Odłożyła gazetę, a gdy śledzona kończyła załatwiać formalności, podniosła się z fotela i z niezmąconym spokojem ruszyła ku windom. Znieruchomiała, wpatrując się w migające numery, aż intuicyjnie wyczuła, że ma ją za plecami. Niby przypadkiem wsiadła do tej samej kabiny, wcisnęła przycisk piętra i nieśmiało ustawiła się z boku. Potem zdjęła okulary słoneczne i przywołała na twarz niewinny uśmiech.
      Były sam na sam. Dopasowany czarny markowy kostium podkreślał szczupłą sylwetkę Rity, spod żakietu wyzierała biała bluzka z żabotem, a zebrane z tyłu kręcące się włosy układały się w zwiewne naturalne loczki. Należała do atrakcyjnych kobiet, choć zapewne najlepsze lata miała już za sobą.
      — Ciężka — Lena odważnie zagaiła, wskazując na elegancką skórzaną torbę podróżną. Nie miała kółek, więc nie można było jej toczyć.
      Przypominała znudzoną nastolatkę, której chwilowo brakuje zajęcia. W krótkiej czerwonej sukience na ramiączkach wyglądała świeżo i ponętnie, tym bardziej że świetnie trzymające się piersi nie wymagały biustonosza. Można było odnieść wrażenie, że wprost marzy, by spotkana trzydziestoletnia kobieta nią się zaopiekowała. Była ciastkiem, które należało czym prędzej schrupać.
      Rita obrzuciła ją taksującym wzrokiem i przestała zajmować się komórką. Schowała aparat do torebki. Nie musiała szukać. Ofiara sama pchała się w ręce.
      — Po sezonie nie zatrudniają boyów — odrzekła. I zachęcająco dodała: — Jeśli chcesz, możesz mi pomóc, o ile ci się nie spieszy, widzę, że ulokowałaś się piętro wyżej…
      — Chętnie — Lena ucieszyła się jak szkrab. — Jestem tu sama i nie mam żadnych znajomych. A chłopaków nie cierpię… — usłużnie zaterkotała, gotowa przy niej zatańczyć.
      Uszczęśliwiona propozycją nie zauważyła dziwnych błysków w ciemnych oczach brunetki, ani tego, że jej lekko azjatyckie rysy twarzy na moment stężały.


05.05.2012 :: 08:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Kto jest myśliwym, a kto zwierzyną łowną?


Fragment „Buntu androidów”

      Winda szczęknęła i drzwi się rozsunęły, więc Lena skwapliwie złapała pasek torby po swojej stronie. Uwielbiała zawierać znajomości. Nie wyglądała na osobę, która ma złe zamiary, dobrze jej z oczu patrzyło, a śmiejące się oblicze mogło każdego wprowadzić w błąd. W chwilę później znalazła się w apartamencie Rity. Podobny do jej numeru, dawał widok na góry. Rozejrzała się ciekawie, gotowa nadal asystować świeżo poznanej turystce.
      Brunetka była zmęczona po podróży. Cieszyła ją łatwa zdobycz, ale zamierzała do kogoś zadzwonić i znowu wyjęła komórkę. Z ulgą zdjęła z nóg czarne pantofle i spojrzała na gotową do poświęceń nastolatkę. Obłędnie szybko dała się przygruchać, a na jej szczerej twarzy uwidaczniały się wszystkie emocje. Była wyjątkowo uległa i Rita doszła do wniosku, że wprawiłaby ją w trans już połowa zwykłej narkotycznej dawki.
      Łakomie przełknęła ślinę na myśl o chwili, w której otępiałą gąskę weźmie w ramiona. Tak apetycznej młódki już dawno nie miała.
      — Wpadnij potem na drinka — zachęcająco rzekła, nie przewidując odmowy. — Jak masz na imię?
      Blondyneczka radośnie wyciągnęła prawicę w jej stronę.
      — Lena — rzekła, szczerząc zęby. — Jestem z Oakland w Kalifornii.
      Ricie wypadało uścisnąć jej rękę, co akurat nie należało do rzeczy nieprzyjemnych. Nie zdążyła odwzajemnić prezentacji. Poczuła ukłucie i naraz ogarnęła ją ciemność. Ostatkiem sił próbowała złapać oddech. Bezradnie osunęła się na wykładzinę, w dziwnej pozie nieruchomiejąc u stóp urodziwej anielicy.
      Klonowana agentka z gwiazd z uwagą obejrzała swoją dłoń, czekając aż ukryje się wystająca spod paznokcia igła miotacza, podniosła upuszczony telefon komórkowy Rity i jakby nic się nie stało wyszła z apartamentu. Była po akcji. W jakiś czas później martwego gościa hotelowego miała znaleźć pokojówka, a wezwany lekarz stwierdzić zgon w następstwie zawału. Nie wszyscy przybyli dobrze znosili nagłą zmianę klimatu.


10.05.2012 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Przepytywanie z polskiego


— Kto oprócz Wisławy Szymborskiej otrzymał literackiego Nobla? — pyta nauczycielka.
— Czesław Małysz — szybko odpowiada uczennica.
— Miłosz — poprawia ją belferka.
— Miłosz Białoszewski? — uczennica wpada w popłoch.
— Miron — polonistka znowu ją poprawia.
— Miron? — dziewczyna jest kompletnie zdezorientowana.

15.05.2012 :: 09:01
Link | Komentuj (0) | Główna


Spotkanie z poezją


      Środa, 16 maja, jestem na spotkaniu z poetami z Krakowa, Józefem Baranem i Adamem Ziemianinem. Odbywa się ono w Samorządowym Centrum Kultury w Mielcu. Prezentację swojej twórczości Józef Baran rozpoczyna od wiersza „Na początku był kapelusz”. Nawiązujący w żartobliwej formie do biblijnego aktu stworzenia figlarny utwór pobudza moją (teologiczną) wyobraźnię i przychodzi mi do głowy, żeby przytoczyć jego fragment w tej notatce.

KAPELUSZ

na początku był kapelusz
cyrkowy kapelusz
z którego Bóg
ku własnemu zdumieniu
wyciągnął samego siebie
potem wkładał rękę do kapelusza
i przez sześć dni z rzędu
wyciągał Niebo i Ziemię
oraz pięć dowodów
na własne istnienie
(…)

      Zarząd Oddziału Rzeszowskiego ZLP reprezentuje, obok mnie, Zdzisława Górska, która zatrzymuje się w Mielcu w drodze z Krakowa do Strzyżowa. Na spotkaniu są też członkowie Grupy Literackiej „Słowo” oraz inni mieleccy miłośnicy poezji. Piotr Durak śpiewa przy gitarze wiersze Adama Ziemianina z repertuaru „Starego Dobrego Małżeństwa”. Poetycki wieczór zamyka zajmująca dyskusja.


16.05.2012 :: 22:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Złote myśli


Jako że w modzie są aforyzmy i złote myśli, pomyślałem, że kilka swoich dorzucę.

• Nic gorszego niż czuć się Napoleonem, a robić z siebie błazna.
• Ludzie w niewystarczającym stopniu oddalili się od swej zwierzęcej natury, by nazywać siebie mądrymi i światłymi.
• Jak utożsamiać się ze swymi korzeniami, jeśli te spróchniały?


24.05.2012 :: 08:08
Link | Komentuj (0) | Główna


Siłownia, bilard i inne pokusy...


Fragment „Buntu androidów”

      Nie przepuścili takiej okazji. Skwapliwie podeszli, pełni sztubackiego podziwu dla trenującej dziewczyny. Miała w nosie aplauz z ich strony i zgrzana zeszła z bieżni, porzucając rolę długodystansowca. Założyła sobie na szyję ręcznik zabrany z łazienki. Udawała, że tych pajaców nie widzi, ostentacyjnie omijając ich wzrokiem.
      — Hej! — blondas nic sobie nie robił z jej fochów. — To mój kumpel Antonio. Nurkujemy razem w Pacyfiku.
      — Ciao! Piacere di conoscerti! — przystojniak żywiołowo zareagował. — Come va?
      Nie miała innego wyjścia, łaskawie skinęła mu głową. Jak na jej gust był za chudy, na pozbawionych opalenizny ramionach i piersiach nie widniał żaden tatuaż, jednak kręcące się ciemne włosy dodawały szczupłej twarzy uroku. Paradował w czarnych szortach i czarnej podkoszulce. Podobnie jak Mike górował nad nią wzrostem. Na pewno nie przyleciał z USA, bo gdyby był stamtąd, nie popisywałby się włoskim.
      — Lena — odrzekła i ruszyła do wyjścia.
      Przyczepili się do niej jak rzep do psiego ogona, a Mike nie ustawał w swoich zapędach.
      — Co porabiasz wieczorem? Może wybralibyśmy się razem do Baby’O? Wiesz, tequila, muzyka i tańce! — dogonił ją, usiłując zajrzeć w jej niebieskie oczy.
      Miała cholerną ochotę, by się zabawić, a sama nie chciała włóczyć się po mieście. Przyszedł jej do głowy figlarny pomysł. Zatrzymała się na moment.
      — Jak sobie radzicie z bilardem? — spytała.
      — Grywało się tu i tam — Mike zatarł ręce.
      — Za pół godziny w sali bilardowej — zaproponowała. — Jeśli będziecie lepsi, pójdę z wami — pozostawiła ich ze złudną obietnicą.
      Wymienili znaczące spojrzenia.
      — Nie ma sprawy, jasne!
      — Volentieri!
      Wykąpała się i przebrała. Włożyła krótkie dżinsowe spodenki i sportowy biustonosz. Włosy zaplotła w warkocz, żeby nie przeszkadzały jej przy stole bilardowym. Usiłowała sobie wyobrazić, jakie będą mieć miny, kiedy rozłoży ich na łopatki.


05.06.2012 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


EURO 2012


      Runda grupowa EURO 2012 potrwa od 8 do 19 czerwca, mecze ćwierćfinałowe odbędą się w dniach 21-24 czerwca, a półfinały 27 i 28 czerwca. Finał turnieju w Kijowie zaplanowano na 1 lipca.
     

08.06.2012 :: 08:41
Link | Komentuj (0) | Główna


Iść czy nie iść do Baby'O?


Fragment „Buntu androidów”

      Cierpliwie czekali na nią, pewni, że ją pokonają, ale po kilku minutach zorientowali się, że nie mają żadnych szans. Biła ich na głowę. Mostek otwarty, mostek zamknięty, mostek stawiany na bandzie… Niemal tańczyła przy stole bilardowym, a biała bila ustawiała się za każdym razem dokładnie tam, gdzie chciała.
      — Impossibile! Che sorpresa! Complimenti! — wystający za jej plecami Włoch wylewnie komentował precyzyjne uderzenia. Nie zależało mu, żeby wygrać. Większą radość sprawiało mu jej towarzystwo.
      Mike’owi zrzedła mina. Trzymając kij w ręce, osowiały przyglądał się jej popisom. Miał palce brudne od kredy.
      — Przyleciałaś na mistrzostwa? — w pewnej chwili zapytał, usiłując dociec, jakim cudem poderwana laska tak dobrze sobie radzi.
      Podniosła się znad stołu, figlarnie zerkając na niego.
      — Nie, grywam dla zabicia czasu!
      Mike parsknął:
      — Nie wierzę, co za przypał, dawno nikt nie spuścił mi takiego manta — przyznał się z żalem. A potem zaświeciły mu się oczy. — Główka pracuje, mam pomysł, należy nam się rewanż. Może zmierzymy się na pływalni? Stylem dowolnym na sto metrów?
      Lena wysłała kolejną bilę do łuza.
      — Sorry, nic z tego, nie mam stroju — chłodno odpowiedziała. — Spróbujcie beze mnie, w bikini nie popłynę.
      — To z Baby'O nici? — Mike przeżywał porażkę. — To świetny klub, dwa kroki stąd. Wiesz, kto tam bywa?
      Wyprostowała się. Cieszyło ją, że jest górą.
      — Czemu? Wybiorę się z wami, ale najwyżej na godzinę. — Zaczynała się dobrze czuć w ich towarzystwie.
      — Bomba. Będziemy się świetnie bawić, podbijemy we trójkę to meksykańskie miasto!
      Odłożyła kij i pobiegła myślami ku swojemu mafioso. Apollo krzywiłby się, gdyby mu powiedziała, że włóczyła się nocą z obcymi chłopakami po mieście. Potem przypomniała sobie o telefonie Rity, porzuconym na łóżku.
      — Nie, nie pójdę — wycofała się. — Fajne z was chłopaki, nie gniewajcie się, ale nie jestem z żelaza. Dopiero co przyjechałam, padam z nóg.
      Wróciła do siebie i odkryła, że do sprzątniętej przez nią Rity Craven przyszedł esemes.


13.06.2012 :: 16:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Szmaragdowa pantera


Fragment „Buntu androidów”

      Or-Mat i Mi-Mi stali po drugiej stronie gwiezdnych wrót, czekając na mój powrót. Do Trójokiego podeszło kilku rozradowanych agentów. Poklepywali go, szczerzyli do niego zęby i gratulowali błyskotliwej interwencji. Mogłem wreszcie przywitać się ze szczupłą aż do przesady młodą Archetanką. Pokrywający jej ciało gęsty meszek był tak krótki, że nie zasługiwał na nazwę futra.
      Z atencją podałem jej prawicę, starając się okazać serdeczność. I nie przeszkadzały mi jej ostre kły. Gdyby duże ziemskie koty w wyniku ewolucji się uczłowieczyły, pominąwszy barwę, wyglądałyby pewnie tak jak ona.
      — Al-Mac — przedstawiłem się. — Miło mi cię poznać, jestem tu od tygodnia.
      Szmaragdowa pantera zalotnie się do mnie uśmiechnęła, a jej ogon znowu powędrował do góry. Wydawało się, że kokieteryjnie zatańczy. Poruszała się w sposób niezwykle finezyjny i zdumiewała harmonią ruchów. Niewielkie spiczaste uszy przylegały do głowy, a duże oczy z pionowymi źrenicami spoglądały życzliwie. Palce miała dłuższe ode mnie.
      — Mi-Mi — odrzekła miękkim głosem. — A mnie awansowano przed dwoma dniami, wyobraź sobie. Jeśli czegoś nie będę wiedzieć, uderzę do ciebie. Podobno świetnie się z tobą współpracuje… — wpadła w wysokie tony, żartobliwie biorąc mnie pod włos.
      Nie miałem dla niej czasu. Zająłem się Go-Tonem, chcąc go udobruchać po mimowolnym nerwowym starciu, jednak czułem, że kiedy na nią nie patrzę, kątem oka z zaciekawieniem studiuje mój profil. Zacząłem podejrzewać, że chce zostać moją bratnią duszą.
      Nie kręciłem się tam długo. Ostatni wyskok Ka pozbawił mnie sił i skonany powlokłem się do apartamentu.

22.06.2012 :: 17:09
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Wiwat, Hiszpania!


4:0

01.07.2012 :: 22:30
Link | Komentuj (0) | Główna


Lena w Baby'O


Fragment „Buntu androidów”

      Zawróciła, postanawiając, że wbrew oporom wdepnie do Baby’O. Rozważyła wszystkie za i przeciw. Przebrała się w lśniącą czarną sukienkę i z biciem serca opuściła senny hotel. Lokal mieścił się o krok, zaraz po drugiej stronie ulicy, chroniony podświetlonym wysokim murem, pokrytym stylizowaną na prymityw płaskorzeźbą, jakby rekwizytem z filmu „The Flintstones”. Znaczyły się na niej ogromne wypukłe litery nazwy klubu, a do środka jak do jaskini wchodziło się po zielonych schodkach przez zachęcające „O”. Przygotowany na wszelki wypadek banknot studolarowy okazał się niepotrzebny. Wystarczył dwudziestodolarowy.
      Wpuścili ją bez przeszkód, uderzyła ją feeria migających świateł i wypełniła rytmiczna muzyka. Nie było kompletu i przy amfiteatralnie ustawionych okrągłych stolikach widniały wolne miejsca, mimo to panował ruch, a parkiet z tańczącymi przyciągał jak magnes. Przeważały meksykańskie nastolatki. Nie brakowało też dobrze ubranych dorosłych.
      Mike wyłuskał ją wzrokiem, święcie wierzył, że się pojawi, i podniósł się, z entuzjazmem przywołując do siebie. Był z Włochem. Podekscytowana przysiadła się do nich, dochodząc do wniosku, że naprawdę ich lubi. Antonio miał na sobie długie popielate spodnie i białą koszulę z krótkimi rękawami. Pili margaritę.
      Amerykanin zatarł ręce.
      — Do groma, to może nam się uda?
      — Co się uda? — nieufnie zajrzała w jego niebieskie oczy.
      Mike zerknął na Włocha.
      — Spotykamy się tu, wynajmujemy jacht, wypływamy i nurkujemy. We trójkę. Rzecz w tym, że asekurująca nas z pokładu kumpela z Kanady złamała nogę. Może ty byś ją zastąpiła?
      Z jego oczu wyczytała, że bardzo mu na tym zależy. Mimo to pokręciła przecząco głową.
      — Nic z tego, jutro przylatuje mój facet i wynoszę się do innego hotelu.
      Spadły im nosy na kwintę.
      — Trudno, urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, więc może coś wymyślę — blondas mruknął ze smutkiem. — A teraz chodź się pokręcić, tego mi nie odmówisz — zachęcająco się podniósł. — Ty, amigo — zwrócił się do Włocha — zamów jeszcze jedną margaritę!
      — Dobrze, ale trzymaj ręce przy sobie — ostrzegawczo prychnęła.
      Kiedy zeszła na parkiet, poczuła, że jest naprawdę w innym świecie. Uzmysłowiła sobie, że wciąż niewiele wie o Ziemi.
      Mike doznał olśnienia.
      — Może twój facet zabrałby się z nami na jacht? Gdybyś go przekonała…
      — Coś ty? — przeraziła się. — To nie te klimaty!


03.07.2012 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Kolejna charakterystyka szmaragdowej pantery


Fragment „Buntu androidów”

      Niefrasobliwa Mi-Mi dopadła mnie, gdy przeglądałem wirtualny plan Acapulco, ucząc się linii brzegowej i zabudowy. Miała na sobie obcisły srebrny kombinezon z luźną stójką obejmującą szyję. Podkreślał jej szczupłą sylwetkę. Światło igrało tęczowymi refleksami na metalizującej błyszczącej powierzchni.
      — Hej! — ucieszyła się. — Od samego rana pracujesz? — niewinnie zapytała, jak uczennica adorująca przystojnego belfra.
      — Mam coś pilnego — mruknąłem na odczepne, nie odrywając rąk od klawiatury.
      Nadchodził mój wielki dzień i przygotowywałem się do niego z biciem serca. Miałem transferować się nad Pacyfik i spotkać z oddaną mi Leną. Musiałem sobie to i owo dośpiewać o Meksyku, korzystając z ziemskiego Internetu. Nie wypadało lecieć w ciemno. Plan Acapulco powinienem był mieć w małym palcu, nie mówiąc o znajomości życia codziennego i obyczajów.
      Giętki ogon Mi-Mi ciekawie myszkował po pulpicie, jakby żył własnym życiem, wreszcie znieruchomiał przy starożytnej kostce Rubika.
      — Czy to nie jest przypadkiem artefakt? — zapytała.
      — Co?!
      Wskazała na kostkę.
      — Przedmiot o magicznej mocy.
      Obojętnie wzruszyłem ramionami.
      — Tak uważasz? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Kojarzy mi się prozaicznie, co najwyżej z kością słoniową, bo z tego materiału została wykonana. Nie wierzę w artefakty. Nie dla nas magia, jesteśmy dziećmi zaawansowanej technologii.
      Wydawało mi się, że nie godzi się ze mną. Przewracała sześcian końcem ogona, jakby ciekawa tego, co znajduje się na pozostałych ściankach, a może w środku tej zabaweczki, a potem dała sobie spokój.
      — Powiedzieli mi, żebym wybrała się do kurortu na Neeidzie — zmieniła nagle temat. — Poleciałbyś tam ze mną?
      Zlustrowałem ją ze zdumieniem. Nie byliśmy ze sobą aż tak związani, żeby wybierać się gdzieś tylko we dwójkę. Sentymenty sentymentami, ale przecież nie mogłem z tym miłym zwierzaczkiem pójść do łóżka. Pachniałoby zoofilią.
      — Chętnie, ale nie teraz — odrzekłem układnie. — Zmywam się stąd na trzy dni. Dopiero jak wrócę.
      — Aż na trzy dni? Umrę z nudów.
      Znowu na nią zerknąłem.
      — Nie gonią cię do roboty?
      — Nie, na razie mam się aklimatyzować — niezmącenie wyjaśniła. — Chyba że Si-Len i Ar-Wo wymyślą dla mnie coś arcyciekawego. To Archetanie — szybko dodała, widząc, że nie kojarzę imion. — O, właśnie jeden z nich mnie przywołuje!
      Oddaliła się w podskokach, jakby nie umiała normalnie chodzić, a ja z tego wszystkiego wylądowałem przy Trójokim.
      — Dlaczego ona do mnie się klei? — zapytałem głosem pozbawionym energii. — Przecież nie jestem zielonym kocurem z Archei.
      — Nie wiesz, kim była?
      — Nie — skrzywiłem się, nie mając ochoty korzystać z pomocy głównego koordynatora. Lękałem się, że odkryje, co mnie łączy z Leną. A na to nie mogłem sobie pozwolić.
      — Zapytaj ją sam, chętnie ci opowie!
      — O rety! A kim była? — wierciłem mu dziurę w brzuchu. Próbował się wymigać, ale nie ustąpiłem.
      — Epifitem — odmruknął, gdy uporał się z kolejną linią dziwnego kodu. Odniosłem wrażenie, że nie chce, by ktoś mu zaglądał przez ramię. Mignęło ujęcie z dzikiej dżungli. — Bardzo długo pasożytowała jako rozumny symbiont. Żyła w organizmie Eefiusa, to takie istoty z Galaktyki Trójkąta. A potem… Dlatego czuje potrzebę przylgnięcia do kogoś, kogo lubi. Przyzwyczajenie jest drugą naturą. — I domyślnie dorzucił: — Owinie się wokół ciebie jak bluszcz.
      — Aha! — zaczęło mi świtać w głowie. — Nadążam — odrzekłem. Tym niemniej nadal go sondowałem: — „A potem?” Coś zacząłeś i nie dokończyłeś.


09.07.2012 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów