EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(14)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(63)
Publikacje(33)
Pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.pdg.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Happy New Year 2013



01.01.2013 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Promocja


      Sobota, 5 stycznia 2013 r. Jestem na spotkaniu w MBP w Mielcu. W Grupie Literackiej „Słowo” promocja nowego tomiku poezji Barbary Augustyn, nauczycielki z gimnazjum w Radomyślu Wielkim. Tomik nosi tytuł „Kątem oka”. Przy tej okazji Wiesława Weronika Górak z Klubu Środowisk Twórczych TMZM prezentuje swoje prace w drewnie. Promocji nadają koloryt urocza wokalistka Barbara Giża, śpiewająca a cappella i jej koleżanki z Radomyśla Wielkiego, Kornelia i Dominika Batko oraz Agnieszka Grzyb, deklamujące wiersze z prezentowanego tomiku.

06.01.2013 :: 17:16
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Pod znakiem Wodnika


      Jak co roku o tej porze weszliśmy w znak Wodnika. Ponieważ urodziłem się pod tym znakiem, powinienem poczuć korzystny przypływ energii i rzucić się z werwą w wir zajęć. Jednak sroga zima po trosze studzi zapały, strasząc wichrem i mrozem. Lepiej być Wodnikiem w tropikach. Z perspektywy rozgrzanej słońcem plaży świat wydaje się lepszy, ciekawszy i weselszy.

21.01.2013 :: 10:37
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Zmarł kard. Glemp


      Wczoraj zmarł w wieku 83 lat kard. Józef Glemp, prymas Polski w latach 1981-2009. Tym samym został zamknięty na swój sposób ważny okres we współczesnych dziejach Kościoła i państwa.

24.01.2013 :: 10:55
Link | Komentuj (0) | Główna


Zima w pełni


      I tym sposobem mamy zimę w pełni. Słupek rtęci spada nocą do kilkunastu stopni poniżej zera. Jest ślisko, trzeba uważać, żeby nie zaliczyć bliskiego spotkania z zalodzoną glebą, co mi się już przydarzyło, chodzić ostrożnie i z rozwagą, nie brać ostro zakrętów. Żyjemy w strefie klimatycznej, w której różnice między temperaturami zimy i lata sięgają pięćdziesięciu stopni. Za duże kontrasty. Jeżeli więc ktoś uważa, że należy mówić o klimacie umiarkowanym, poważnie się myli.

28.01.2013 :: 09:25
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Przyprószone śniegiem


      W numerze 78 (2012 r.) kwartalnika „Krynica”, pisma mniejszości polskiej na Ukrainie, zagościli poeci Podkarpacia z utworami poświęconymi tematyce Bożego Narodzenia (ss. 48-52). Wiersze zaprezentowało siedemnastu autorów, w tym dziewięciu z Rzeszowskiego Oddziału ZLP. W omawianym numerze znalazły się utwory s. Dawidy Ryll, Janiny Ataman-Gąsiewicz, Małgorzaty Żureckiej, Haliny Kurek, Mieczysława A. Łypa, Wacława Turka, Ryszarda Mścisza, Edwarda Guziakiewicza i Bronisławy Betlej.

01.02.2013 :: 16:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


W Wielopolu Skrzyńskim


      Tłusty Czwartek, Wielopole Skrzyńskie, biorę udział w imprezie, zorganizowanej przez Podkarpacką Izbę Poetów WDK Rzeszów. Odwiedzamy Muzeum Tadeusza Kantora. Potem odbywa się spotkanie autorskie Andrzeja Talarka, wyróżniającego się poety z Mielca.
      Wielopole jest ciekawą miejscowością nie tylko dlatego, że wywodzi się z niej Tadeusz Kantor. Mieszkańcy są też dumni z innych osobistości życia publicznego. Pochodzi z Wielopola — m.in. — znany satyryk Marcin Daniec.

07.02.2013 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


W Walentynki o „Hurysach z katalogu”


      Powieść „Hurysy z katalogu” wywołuje różne reakcje w sieci. Jedni się nią zachwycają, dostrzegając jej nieszablonowość, inni z uporem przekonują czytelników, że nie powinni po nią sięgać. To ostatnie jest to o tyle zrozumiałe, że może być ona odbierana jako zamach na monogamię, choć nie miałem takich intencji. Jeszcze inni nie przebierając w środkach usiłują mi dokopać, jakby to dla nich było sprawą życia i śmierci.
      Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że powieść za szybko się kończy. Powinna być bardziej rozbudowana. Niewykluczone, że za długo parałem się pisaniem mikropowieści, które są bardziej zwięzłe — i to zadecydowało o stosowaniu skrótów. Afrodytę, Irydę, Beatrycze, a także Paula z pobocznego wątku, łatwo pokochać, są przeuroczy i przemili, więc — jak teraz widzę — powinienem był poświęcić im znacznie więcej uwagi. Może czas pomyśleć o drugim wydaniu, znacznie obszerniejszym lub o dopisaniu drugiej części?

14.02.2013 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Czy grozi nam Armagedon?


      Ostatnio kosmos złowróżbnie przypomniał nam o sobie (Asteroida 2012 DA14, deszcz meteorytów na Uralu). Kiedy dziś myślimy o przyrodzie, musimy brać pod uwagę nie tylko to, co dzieje się na powierzchni planety, ale również w nieogarnionej próżni. Jesteśmy częścią kosmicznego ekosystemu, od którego pozostajemy dramatycznie zależni. Krucha Ziemia jest narażona na kolizje z odłamkami skalnymi, pędzącymi z ogromną prędkością. Szereg produkcji filmowych spod znaku SF dotyka tego tematu. Uczymy się więc życia, z uwagą omiatając niebo.
      Ale zagrożenia mogą przychodzić także spoza Układu Słonecznego, a kolizje na niewyobrażalną skalę wstrząsać wszystkimi ciałami niebieskimi naszego systemu solarnego. Przy nich uderzenie asteroidy to bułka z masłem. Podejmuję ten wątek w powieści „Obcy z Alfy Centauri”.

16.02.2013 :: 08:26
Link | Komentuj (0) | Główna


Z przymrużeniem oka


      Internetowi prześmiewcy nie oszczędzą żadnej świętości. Dostało się też ks. Janowi Twardowskiemu, którego głęboka myśl „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” doczekała się humorystycznej parafrazy. Znalazłem wersję „Śpieszmy się kochać kobiety, tak szybko tyją”.
      I pomyśleć, że dopiero co były walentynki, a wkrótce dzień kobiet. Ale nie ma co wylewać krokodylich łez. Po prostu life is brutal.

24.02.2013 :: 11:32
Link | Komentuj (0) | Główna


Maggie


fragment „Buntu androidów”

      Dłubię sobie nadal przy „Buncie”. I pewnie w rezultacie tego powstanie trzecia część z akcją w Egipcie.

      Wróciłem nad ranem z Acapulco, nieświadomy tego, co działo się pod moją nieobecność na rozświetlonej platformie. Wydawało mi się, że wszystko jest po staremu. Gdy po śniadaniu rozsiadłem się w boksie, pojąłem, co się zmieniło. Dopadła mnie wściekle seksowna madonna, triumfująca, pełna radości i jakby stworzona do tego, by iść przebojem przez życie. Zaskakiwała nietuzinkową urodą. Jej gładką twarz okalały przycięte płomienne włosy z modną grzywką. Pokazała mi się w całej okazałości, nogi cudo, omal nie zatańczyła przede mną i żartobliwie zapytała:
      — I jak? Wdechowo, nie? Brakuje mi tylko szpilek.
      Obejrzałem ją sobie od stóp do głów, nie kryjąc zdumienia. Czarna sukienka mini bez ramiączek leżała na niej jak ulał, ozdobiona modnym naszyjnikiem z drobnymi koralami w odcieniach czerwieni.
      — Skąd my się znamy? To ty Mi-Mi? — zapytałem, nie wierząc własnym oczom. Myślami byłem wciąż nad Pacyfikiem i nie przyszło mi do głowy, że mogę zobaczyć rozhasaną szmaragdową panterę w nowej postaci.
      — Owszem, ja! — potwierdziła z nieskrywaną dumą.
      Pomyślałem, że Or-Mat zaczął klonować jej nowe ciało jeszcze nim udałem się do Meksyku. Psubrat spieszył się jak nigdy dotąd. Dlaczego mu tak na tym zależało?
      — Perfekcyjnie — cmoknąłem, nie mogąc wyjść z podziwu. — Nigdy bym się nie spodziewał.
      Trójoki zwykle nie zapuszczał żurawia do mojego boksu. Tym razem jednak złamał tę zasadę i podpłynął zaciekawiony. Zmierzył nas uważnym wzrokiem.
      — Co powiedział ten ananas? — pogodnie zapytał agentkę.
      — Jesteś prawdziwym czarodziejem — uprzedziłem Mi-Mi. Należało go docenić. — Chwała ci, mistrzu!
      Zatarł ręce z zadowoleniem.
      — I o to chodziło… — poczuł się rad. Wywiązał się ze swego zadania. Niczym wybitny kreator mody wypuścił na wybieg prawdziwe cudo.
      Mi-Mi chwilę się krygowała, wreszcie się odważyła i wpakowała mi się na kolana, łapiąc mnie za szyję. Poczułem niepokojący zapach jej perfum.
      — Jeszcze imię — słodko zażądała. A widząc znaki zapytania w moich oczach, szybko dodała: — Powinnam mieć ziemskie, nie archetańskie.
      — Maggie — usłużnie podpowiedział Or-Mat, patrząc na mnie porozumiewawczo.
      — Może być — przełknąłem tę propozycję. I żartobliwie dorzuciłem, zanurzając palce w jej włosach: — Zejdź mi z kolan, Maggie, jesteśmy w pracy.
      Podniosła się i klasnęła w dłonie. Poprawiła sukienkę.
      — Rozkaz!
      Nie odeszła daleko. Ku memu zaskoczeniu wylądowała tuż obok — w byłym boksie Kasandry. Zdążyła tam się już wcześniej rozgościć. Sięgnęła po kosmetyczkę, wyjęła lusterko i lekceważąc agentów na platformie ostentacyjnie zajęła się makijażem.


05.03.2013 :: 09:40
Link | Komentuj (0) | Główna


Tajemne moce Maggie


fragment „Buntu androidów”

      Za oknami zapadał zmierzch, a ośnieżone góry kryły się w mroku. Zbliżała się pora kolacji. Leżeliśmy obok siebie, zmęczeni miłością. Oparty na łokciu, przyglądałem się mokrej od potu twarzy Margaret. Jeśli zależało jej na tym, żeby odrobić zaległości, uporała się w okamgnieniu. W moich objęciach znalazła to, czego szukała. Była śliczna, zmysłowa, bardzo naturalna i nie kojarzyła mi się z mutantami profesora Charlesa Francisa Xaviera. Może Trójoki straszył mnie na wyrost?
      Dociekliwość była moją drugą naturą, więc postanowiłem to zbadać.
      — Podobno potrafisz telepatycznie wpływać na innych agentów, tygrysico — szepnąłem z zaciekawieniem, usiłując wciągnąć ją w rozmowę. — Or-Mat mimochodem o tym wspomniał. Na czym polega ta umiejętność? To coś niezwykłego?
      Otworzyła oczy, przeciągnęła się i figlarnie uśmiechnęła. Poprawiła poduszkę, która wyglądała tak, jakby przetoczyło się po niej tornado. Musiałem się podnieść.
      — Koniecznie chcesz się przekonać, ogierze? — zapytała.
      — Mhm!
      Wyciągnęła rękę i jej T-shirt pofrunął jak porwany przez wiatr jesienny liść. Opadł przy drugiej ścianie apartamentu.
      — Zobaczysz na sobie, jak to działa — powiedziała. — Ale będzie to tani spektakl — zaznaczyła. — Niczym udzielna władczyni rozkażę ci: „Idź i przynieś mi tę bluzkę!”, a ty wyciągniesz się wygodnie i odpowiesz: „Nie jestem twoim służącym, sama ją sobie przynieś!” — podzieliła się ze mną naprędce wymyślonym scenariuszem. — Dobrze?
      — Ha, ha, ha! Ma się rozumieć! — roześmiałem się ubawiony. — Nie ruszę tyłka, nawet nie drgnę, nie ma mowy.
      — Zobaczymy — mruknęła. Pewna swej przewagi, uśmiechnęła się tajemniczo. A potem słodko rzuciła, wyciągając rękę: — Biegnij, gamoniu, po T-shirt! Już!
      W okamgnieniu się zerwałem i pognałem na łeb na szyję, jakby nie było dla mnie nic ważniejszego. Złapałem w zęby ciemnopomarańczowy ciuch i niczym aportujący pies przyniosłem go na czworakach, porzucając przy łóżku. Omal nie wywaliłem ze szczęścia jęzora. Ogonem nie mogłem pomachać, więc tylko zakręciłem tyłkiem.
      — Proszę! — szczeknąłem.
      W tym momencie ochłonąłem. Podniosłem się z wykładziny i znieruchomiałem. Zamrugałem powiekami i złapałem się palcami za skronie. Ciężko oddychałem. — Do diabła! — warknąłem z niedowierzaniem, ostatecznie wracając do rzeczywistości. — To była twoja robota? Potrafisz zakręcić facetem wbrew jego woli?
      Uzmysłowiłem sobie, że przez kilka sekund byłem jej ślepo posłusznym medium, gotowym zrobić wszystko, co każe. Straciłem nad sobą kontrolę. Zamieniłem się w wytresowanego czworonoga, nawykłego do karności i dyscypliny.
      — Moja — potwierdziła, bacznie zaglądając mi w oczy. — Nie gniewaj się, sam chciałeś. Jesteś bardziej podatny, bo pozostałych agentów na platformie po części uodpornił główny koordynator, gdy tylko się pojawiłam. Ale nie obawiaj się — zapewniła mnie. — Nie usiłowałabym manipulować tobą przy pomocy magicznych mocy, to nie w moim stylu. Nic bez twojej zgody.
      — Cholera, X-Men — mruknąłem z przejęciem.
      Nie wiedziałem, co o tym sądzić.


13.03.2013 :: 13:14
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Habemus papam


      Kardynał Jorge Mario Bergoglio jako Franciszek I, Argentyńczyk włoskiego pochodzenia, jezuita, przez wybrane imię nawiązujący do reformatorskiej tradycji franciszkańskiej, kładącej nacisk na wartość prostoty i ubóstwa. Pierwszy papież z Ameryki Łacińskiej.

13.03.2013 :: 21:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Gdzie ta wiosna?


      Tegoroczna zima ma w nosie kalendarz. Do nadejścia wiosny 7 dni — a tu zawierucha, a tu gęsty śnieg, a tu minus siedem stopni. Może szykuje się globalne ochłodzenie, jak w filmach SF, a cała planeta znajdzie się w okowach lodu?


15.03.2013 :: 06:36
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Pomieszanie z poplątaniem


      Ktoś musiał być baaardzo niegrzeczny, bo wciąż mamy zimę. Wygląda na to, że trzeba będzie ustroić choinkę, zapalić światełka i zabisować Boże Narodzenie. W drugi dzień świąt zamiast oblewać się wodą, będziemy obrzucać się gałkami ze śniegu. Któż to widział?

22.03.2013 :: 09:56
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Zima


      Co się porobiło? Drugi kwietnia, a tu nadal zima. I pomyśleć, że w tych dniach pszczoły zwykle wylatywały z ula na pierwszy oblot! Według długoterminowych prognoz pogody wiosna dopiero w połowie kwietnia...

02.04.2013 :: 17:25
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Figle Maggie


fragment „Buntu androidów”

      Na pływalni panował półmrok. Wysoko na niebie znaczyły się gwiazdy. Maggie z wdziękiem zdjęła płaszcz kąpielowy, pozwalając, by zsunął się do jej stóp. Kostium wybrała szałowy i kiedy na nią spojrzałem, przeszył mnie dreszcz pożądania. Z rozmachem skoczyłem do wody, wyrzucając fontannę dżdżu. Ciekawie obejrzałem się za siebie.
      — Chodź! — zachęcająco zawołałem.
      Zielonooka kaprysiła. Tylko z pozoru poszła w moje ślady. Musiała się popisać i pokazać, że ma w nosie prawa mojego świata. A zwłaszcza siłę przyciągania. Uczyniła kilka ostrożnych kroków po wodzie, nie zapadając się w toń. Stąpała po pomarszczonej drobnymi falami powierzchni jak Jezus po Morzu Galilejskim. Wreszcie ułożyła się wygodnie ponad głębią i zerknęła na mnie ciekawie. Lewitowała. Wydawać by się mogło, że spoczywa na nadmuchiwanym materacu, tyle tylko że niewidzialnym. Wyobraziłem ją sobie medytującą w pozycji lotosu na gładkiej tafli jeziora.
      Podpłynąłem do niej i ją ochlapałem niczym figlujący małolat.
      — Boisz się wody? Jak koty? — zapytałem. — Jest ciepła i czysta.
      — Nie, ale zniszczę sobie fryzurę, będę źle wyglądać.
      — Jesteś bóstwem w każdym calu, nie musisz się przejmować.
      Posłusznie się zsunęła, znikając pod powierzchnią. Wynurzyła się i parsknęła. Mokre włosy oblepiały jej twarz.
      — Idealnie — cmoknąłem. — Przepłyńmy kawałek.
      Pokonałem crawlem odległość dzielącą mnie od drugiej strony basenu, odbiłem się od brzegu i ruszyłem z powrotem. Płynęła za mną stylem motylkowym. Znieruchomiałem na środku, bo przyszło mi coś do głowy.
      — Jak duże przedmioty możesz podnosić siłą woli? Udźwignęłabyś takiego faceta jak ja?
      — Pokazać ci? — niewinnie zapytała.
      Przyzwalająco skinąłem głową, nie zdając sobie sprawy, w co się pakuję. Wystarczyła chwila nieuwagi, by wpaść z deszczu pod rynnę.
      Wysadziła mnie z siodła. Nim zdążyłem się zorientować, wystrzeliłem jak z armaty, tracąc kontrolę nad ciałem. Zawisłem w połowie wysokości trampoliny, rozpaczliwie trzepiąc rękami i runąłem w dół. Poleciałem na głowę, z impetem rozpryskując wodę. Z rozpędu dotarłem do dna. Powtórzyła ten numer. Śmignąłem spod powierzchni jak startująca rakieta. Wykonałem niezgrabne salto. Znów runąłem w dół. Wysłała mnie w górę trzeci raz. Koziołkowałem. Niestety, nie miałem skrzydeł i nie mogłem utrzymać się w powietrzu.
      W końcu zielonooka dała mi spokój. Wynurzyłem się o własnych siłach, wypluwając wodę i przecierając oczy. Zaczerpnąłem powietrza. Nie przypuszczałem, że to chuchro może dysponować samsonową siłą. Jeździła po mnie jak po łysej kobyle.
      — Wystarczy, suko! — jęknąłem rozdrażniony. — Żeby cię pogięło…
      Niczym tonący rozbitek uchwyciłem się brzegu. Wdrapałem się na pokryty kafelkami taras. Kaszlałem. Maggie jak gdyby nigdy nic podpłynęła za mną. Podałem jej rękę i wydostała się z basenu. Normalnie, bez żadnych fajerwerków.
      — W porządku? — niewinnie zapytała, podnosząc oczy na moją twarz.
      Byłem wzburzony i ciężko dyszałem. Bawiła się mną jak kupioną w sklepie zabawką i trzymały się jej wątpliwe figle. Tego mi było za wiele.
      — Masz nie po kolei w głowie? — warknąłem, wściekły jak diabli.
      Poniosło mnie i w napadzie złości strzeliłem ją w pysk. Straciła równowagę i wpadła do wody.
      Błyskawicznie się wynurzyła. Z przerażenia oczy miała jak talary.
      — Teraz w porządku — zgrzytnąłem, łaskawie podając jej dłoń.
      Potulnie się wdrapała i przygarbiona stanęła obok. Dygotała przerażona.
      — Przepraszam — z trudem wydobyła z siebie głos. Szczękała zębami. — Pozostały mi… nawyki z ostatniej… krucjaty. Archetanie lubią być… podrzucani. Myślałam, że to cię... ucieszy.
      — Podrzucani? — syknąłem z irytacją. — Nie jestem szmacianką.
      Może zielone pantery za tym przepadały, ja nie. Były zwinne i zwrotne, nawykłe do skakania po drzewach. Pomagały im długie ogony. Nic więc dziwnego, że wariowały na punkcie takich zabaw.


08.04.2013 :: 14:26
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Wiosna


      Powolutku, na palcach, jakby niepewna swego, nadchodzi. Po prawie półrocznej zimie.

13.04.2013 :: 10:28
Link | Komentuj (0) | Pory roku


W Lubeni


      Słoneczny czwartek, 25 kwietnia. Biorę udział w sesji wyjazdowej Podkarpackiej Izby Poetów Wojewódzkiego Domu Kultury w Rzeszowie. Spod WDK rusza mikrobusem grupa złożona z członków RSTK, ZLP O/Rzeszów i twórców niezrzeszonych. W Lubeni składamy kwiaty na grobie Stanisławy Kopiec, zmarłego członka Rzeszowskiego Oddziału ZLP, w Sołonce odwiedzamy muzeum i oglądamy kaskadę solną, następnie — w Gminnym Ośrodku Kultury w Lubeni — bierzemy udział w spotkaniu autorskim Mirosława Osowskiego i w otwarciu poplenerowej wystawy pod hasłem „Ukorzenieni”.

26.04.2013 :: 10:03
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Shalimar


fragment „Buntu androidów”

Teraz się mówi, że audycja zawiera lokowanie produktu...

      Moja dłoń nieświadomie błądziła po gładkim pulpicie. Świeżo wykreowana bogini miała starannie zrobione manicure. Mimowolnie zapuściłem żurawia do otwartej kosmetyczki.
      — To błyszczyk do ust — wyjaśniła ze spokojem, widząc, co trzymam w palcach. Nie wkurzała się, że grzebię w jej rzeczach.
      — A twoje perfumy? Mają jakąś nazwę?
      Sięgnęła i wydobyła kształtną buteleczkę.
      — Shalimar — pokazała mi napis na etykiecie. — Uznawane za jedne z najlepszych, wyjątkowo ekskluzywne. W staroindyjskim ich nazwa znaczy „dom miłości”. — I dodała w zaufaniu: — Podobno są odzwierciedleniem mojej osobowości.
      Wyjęła korek z niebieskiego szkła i mi podsunęła. Pociągnąłem nosem. Zapach odurzał. Przez moment rozkosznie balansowałem na granicy zakazanego. Iskrzyło się między nami jak nic. Zatrzymałem wzrok na lekko rozchylonych wilgotnych wargach. Ta ślicznotka aż się prosiła, żeby ją schrupać. Stłumiłem w sobie pragnienie, by bezzwłocznie wziąć ją w ramiona.
      — Kto cię nauczył sztuki makijażu? — zapytałem, starając się nie okazywać narastającego we mnie podniecenia.
      — Główny koordynator — odpowiedziała. — Wybierz swój pogrubiający tusz, wybierz swoją ulubioną kredkę, wzmocnij efekt różem do twarzy i konturówką do ust…
      — Możemy lecieć po obiedzie, Maggie — przerwałem jej. — Zamówię dwa apartamenty.
      Spojrzała na mnie z odrobiną zdziwienia.
      — Wystarczy jeden — zaoponowała bez cienia zażenowania.
      Przymknąłem oczy. Musiałem wziąć głębszy oddech, bo nieoczekiwanie przeszył mnie dreszcz rozkoszy.
      — W porządku, poproszę o dwuosobowy — zgodziłem się potulnie. Pojąłem, że nie muszę o nią walczyć i nie miałem powodu, żeby protestować. — To wracam do pracy.
      Usiłowała mnie zatrzymać.
      — Mogę usiąść przy tobie w boksie? — spytała przymilnie. — Popatrzę na to, co robisz. Szybciej się czegoś nauczę.
      — Czemu nie? Chodź! — odrzekłem.
      Ująłem ją za końce palców, poderwała się jak baletnica i dała się pociągnąć.


02.05.2013 :: 11:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Ja, kosmita


Z dziennika pokładowego

      Po przylocie na Ziemię i zbadaniu istniejących tu gatunków nie stwierdziłem obecności inteligentnych form życia. Uznałem, że równowadze ekologicznej planety najbardziej zagraża pasożyt o nazwie człowiek. Aby uratować Ziemię i zachować jej faunę i florę, należało wyplenić ten gatunek. Po głębszym namyśle zdecydowałem się jednak pozostawić przy życiu jedną dziesiątą populacji. U niewielkiej części osobników wykryłem bowiem obiecujące sekwencje genetyczne.
      Świetlista strzała z zabójczym wirusem wystrzeliła w stronę globu, opływając go dokoła, ja zaś wybrałem się w dalszą drogę. Od czasu do czasu dobrze było posprzątać w kosmosie.
      Ten pasożyt był ambiwalentny. Dysponował wprawdzie pewnym potencjałem mentalnym, ale targany sprzecznościami nie był w stanie go poprawnie wykorzystać.

11.05.2013 :: 16:00
Link | Komentuj (0) | A jeśli jutra nie będzie


Magiczny pokaz


fragment „Buntu androidów”

      Nie wydawała się przekonana, ale posłusznie ruszyła za mną. Ostatnia rzecz, jaka mnie pociągała, to badanie nieznanych mi korytarzy. Miałem na głowie labirynt w grobowcu Ramzesa Wielkiego w Dolinie Królów w Tebach i nie zamierzałem się rozpraszać. Jednak pomyślałem, że wspomnę Trójokiemu o jej odkryciu. Może gdzieś tu kryło się tajemne przejście na trzeci poziom?
      — Co jeszcze potrafisz, skrzacie? — spytałem, kiedy weszliśmy do apartamentu z kominkiem. — Umiesz krzesło zamienić w leżak? — zażartowałem. — Albo szafę w stół?
      Skrzywiła się. Kpiłem sobie z niej.
      — Tego nie potrafię. Ale mogę wywołać wrażenie, że dana rzecz jest inną niż jest. To rodzaj iluzji, przejściowej lub trwałej.
      — Możesz mi to unaocznić na przykładzie? Ale tak, żebym się nie wkurzył?
      — Przecież widziałeś — nieznacznie się obruszyła. — Pokazywałam ci planety, na których byłam. Zresztą, zobacz, nie ma sprawy. Spojrzyj na skórę pustynnego lwa z Neeidy!
      Rozciągnięte przed płonącym w kominku ogniem futro nagle się poruszyło, jakby myśliwy i garbarz nie do końca się uporali ze swym zadaniem. Powracały kości i mięśnie. Na moich oczach trwała zadziwiająca metamorfoza, będąca zaprzeczeniem praw natury. Wskrzeszony przez nadzwyczaj uzdolnioną agentkę lew zaryczał, czujnie rozglądając się dokoła. Niecierpliwie pomachał ogonem.
      Zamarłem z wrażenia. Odruchowo uruchomiłem uzbrojenie, skryte w prawej dłoni, gotowy zmierzyć się z bestią.
      — Bez nerwów, to tylko złudzenie — natychmiast mnie uspokoiła, kładąc mi rękę na ramieniu. — Nie jesteśmy w buszu.
      Kończyła magiczny pokaz. Lew rozpłaszczył się przed kominkiem, zamieniając z powrotem w wyprawioną skórę. Rzeczy były tym, czym były, choć zmysły niekiedy kłamały. Sięgnąłem po opróżnioną po części butelkę szampana.
      — Pić mi się chce po pływali i jacuzzi. — I odnotowałem ze smętkiem w głosie: — W dobie komputerów takie cuda? W głowie się nie mieści.
      — Zobacz jeszcze, co potrafię z drzwiami! — ożywiona powiedziała.
      Obejrzałem się ku wyjściu. Rozsuwane podwoje znikły, a ich miejsce zajął realistyczny obraz litej ściany, pokrytej malowidłami.
      — He, he! — roześmiałem się. — Świetne. Można naprawdę kogoś wystrychnąć na dudka. Gdybym nie był zorientowany, dałbym się nabrać.
      — A widzisz? Teraz już stąd nie wyjdziesz — zalotnie szepnęła, z wdziękiem zarzucając mi ręce na ramiona. — Zostałeś, miśku, moim więźniem!


13.05.2013 :: 09:05
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Ale ziąb!


Maanam, Wyjątkowo zimny maj

Dzień za dniem pada deszcz
Słońce śpi, nie ma cię
Jest mi bardzo, bardzo źle
Zimny kraj, zimny maj
Koty śpią, miasto śpi
Czarodziejskie śnią się sny

28.05.2013 :: 12:41
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Zmiana strefy czasowej


fragment „Buntu androidów”

      Or-Mata nie było na platformie. Ulotnił się, co mu się rzadko zdarzało. Przepadł gdzieś w kosmosie. Cóż, miał swoje sekrety i należało to uszanować. Słodka Maggie odsypiała zaległości z Neeidy, więc jej boks też był pusty. Na szczęście, nawinął mi się spolegliwy Go-Ton, więc miałem z kim pogadać.
      Ucieszył się na mój widok i wylewnie rozłożył popielate ręce.
      — I jak? Wróciłeś w jednym kawałku? — rubasznie zażartował. I zaraz dodał: — Powinieneś pogodzić się z głównym koordynatorem. Posprzątaliśmy i nie grozi ci żadna wpadka.
      Usiedliśmy przy komputerach Trójokiego.
      — Jest coś nowego? — zapytałem.
      Skinął głową.
      — A jakże! Nasza ukochana forteca zmieni położenie w stosunku do Neeidy. Oorionom i Birdom nie odpowiadała dotychczasowa strefa czasowa, musieli pracować w nocy. Niektórzy Archetanie też podpisali się pod tym projektem. Strażnik systemu przeniesie dysk nad sąsiedni kontynent — oznajmił, ciekawy, jak to przyjmę. — Masz obecnie opcję na państwo nad Nilem, więc musisz wziąć poprawkę na to, że różnica czasu będzie sięgać dwunastu godzin.
      Przypomniałem sobie wyprawę nad Amazonkę. Transferowałem się z agentami ze zbocza Dekstecyzy w porze obiadowej, a w Brazylii przywitał nas słoneczny poranek.
      — Poradzę sobie — mruknąłem ze znawstwem. — Kiedy ruszymy?
      — Lada chwila — wyjaśnił — Zachowując tę orbitę z dużą prędkością popłyniemy na wschód i zatrzymamy się z drugiej strony planety. Zawiśniemy nad nieprzebytą dżunglą w strefie wielkich jezior. Za dwie, trzy godziny będziemy tu mieć zatem późny wieczór. Główny koordynator wszystkim chętnym przestroi zegar biologiczny.
      Ziewnąłem i przetarłem zaspane oczy.
      — Takie buty? — sapnąłem. — Niech będzie. — Pomyślałem o rudowłosej. Figlowaliśmy prawie do rana i zaczynało to teraz ze mnie wychodzić. — Jedno, co mogę zrobić, to przyłożyć głowę do poduszki — rozsądziłem.


05.06.2013 :: 11:22
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Teby coraz bliżej...


fragment „Buntu androidów”

      Maggie wkrótce przyżeglowała do mnie z pytaniem.
      — Chodzi mi o Egipt. Czy mogę zrobić rezerwację hotelu na najbliższy weekend? Nad Zatoką Sueską i Zatoką Akaba jest sporo ośrodków wypoczynkowych. Plaże i rafy koralowe…
      Oparłem się wygodnie, odrywając wzrok od ekranów. Pomyślałem, że dziewczyna umie trzymać rękę na pulsie.
      — Już w ten weekend? Niech będzie — zgodziłem się po chwili namysłu. — Niestety, nas interesuje południowy Egipt, nie północny — zaznaczyłem. — Znajdź hotel, w którym obiecują wycieczki do Doliny Królów w Tebach. Musimy sobie obejrzeć z bliska grobowiec Ramzesa II — podpowiedziałem. — I nie pomyl go z Ramesseum, czyli kompleksem świątynnym tego faraona.
      — Postaram się nie pomylić — obiecała.
      — Jeszcze jedno — przypomniałem sobie. — Chodzi o artefakt. Możesz go znowu uruchomić?
      Starożytna kostka Rubika leżała tam, gdzie powinna. Maggie błyskawicznie uwinęła się ze swym zadaniem. Kostka zajaśniała i wyświetlił się nad nią plan grobowca z zaznaczoną trasą do ukrytej przez Re-Tona kapsuły.
      Zmarszczyłem brwi.
      — Trzeba by to jakoś przenieść do komputera.
      Trzy kamery na cienkich przegubach tańczyły jak osy wokół jarzącej się mapy i wkrótce ujrzałem obraz świetlny na ekranie.
      — Teraz wypadałoby nałożyć to cudo na powszechnie dostępny plan grobowca KV7.
      Komputer płynnie zestawiał przestrzenne modele, aż osiągnął pełną zgodność obrazów.
      — Znośne — miauknąłem.
      Z Domu Złota, czyli właściwej komory sarkofagowej, wyposażonej w cztery komory boczne, prawe drzwi z tyłu wiodły do ciągu trzech sal kolumnowych ułożonych w kształt litery L, lewe zaś do pojedynczej sali. Właśnie z niej czerwona linia prowadziła w dół na jakieś piętnaście metrów. Zgodnie z danymi archeologicznymi niczego tam jednak nie było.
      — Mamy twardy orzech do zgryzienia — powiedziałem do agentki. — Kiedy znajdziemy się na miejscu, będziesz musiała prześwietlić masyw skalny i sprawdzić, czy jest tam czego szukać. Myślę, że sobie poradzisz, skoro bez trudu odkryłaś zamaskowaną windę w kurorcie na Neeidzie.
      — Nie ma sprawy — odrzekła.
      — Przydałby się sprzęt dla grotołazów, zwłaszcza liny — głośno dumałem. — Gdybyśmy znaleźli zejście…
      — Po co? — obruszyła się. — Przecież wiesz, że radzę sobie z grawitacją.
      — Faktycznie, nie pomyślałem.
      Szykowała się pasjonująca przygoda. Miałem nadzieję, że dzięki pomocy rudowłosej uwinę się w mig.
      — Pójdziesz pierwszym boskim traktem Re, który jest Ścieżką Słońca, następnie drugim i trzecim boskim traktem... — wyszeptałem, gdy agentka odeszła. — Niezłe ziółko z tego Re-Tona!
      Nieustępliwa Maggie wróciła po kwadransie.
      — Najpierw myślałam o Marsa Alam, mieszczącym na południu Egiptu na wybrzeżu Morza Czerwonego, ale potem z tego zrezygnowałam. Stamtąd jest do Teb prawie trzysta pięćdziesiąt kilometrów. Spojrzałam na mapę i mnie olśniło. Po co nadkładać drogi? Możemy przecież od razu udać się do Luksoru. To obecnie duże miasto, mające opinię znakomitego ośrodka turystycznego — wyjaśniła. — Wchłonęło starożytne Teby i Karnak. Jest się gdzie zatrzymać. Teleportujemy się tam i po krzyku. Znalazłam pięciogwiazdkowy hotel nad Nilem — błysnęły jej oczy. — Jest też międzynarodowy port lotniczy. Dolina Królów znajduje się po drugiej stronie rzeki. Wystarczy przepłynąć promem…
      Trafiła w dziesiątkę.
      — Znakomicie — pochwaliłem agentkę. — Po nitce do kłębka. Usuwasz mi kłody spod nóg. — Nie wiedziałem, że dawny Luksor rozrósł się, przetrwał i jest teraz znaną metropolią. Jeśli nie korzystało się z pomocy głównego koordynatora, można było coś pominąć. Błędnie założyłem, że zostały tam tylko ruiny.


14.06.2013 :: 12:17
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


...ale najpierw Kair


fragment „Buntu androidów”

      Uszczęśliwiona odeszła, ale po kilkunastu minutach znowu wróciła. Można było odnieść wrażenie, że zależy jej bardziej ode mnie na rozwiązaniu tej zagadki. Z zaciekawieniem podniosłem na nią oczy.
      — Bo tak się zastanawiałam… — rzuciła nieśmiało. — Moglibyśmy najpierw wybrać się do Kairu i obejrzeć mumię Ramzesa II w Muzeum Egipskim — zaproponowała, nie wiedząc, jak to przyjmę.
      — Mumię? Po co?
      — Może kryje się w niej kolejny artefakt? Odsłaniający sekret lokalizacji kapsuły?
      Przebiegłem szybko myślami długą drogę, jaką odbyły zabalsamowane zwłoki Re-Tona. Pardon, Ramzesa Wielkiego! Pierwotnie złożone w kwaterze KV7, w obawie przed obrabowaniem zostały przeniesione do wspaniałego grobowca Setiego I, a później do tajemnego miejsca pochówku królowej Inhapi. Odnaleziona w dziewiętnastym wieku przez archeologów mumia trafiła do Muzeum Egipskiego w Kairze. W dwudziestym wieku jej stan się pogarszał, więc przetransportowano ją do Paryża, gdzie zajęło się nią szerokie grono najwybitniejszych specjalistów z różnych dziedzin. Udało im się powstrzymać proces grzybiczego rozkładu. Wcześniej mumia była wystawiona w Luwrze. Z Paryża zabalsamowane zwłoki wróciły do Kairu.
      — Jakim cudem? Przeprowadzano dziesiątki badań i prześwietlano ją na różne sposoby, w tym promieniami gamma. Ostało się w niej coś ekstra dla ciebie?
      — Takie badania nie mogły zaszkodzić artefaktowi — zaoponowała. — To całkiem inna dziedzina wiedzy, bliższa magii.
      Ramiona mi opadły.
      — Dobrze, najpierw polecimy do Kairu — odparłem zrezygnowany.
      Dmuchnął jej wiatr w żagle.
      — Z hotelu Intercontinental jest tylko sześćset metrów do muzeum z cudami starożytności — rzuciła z błyskiem w zielonych oczach. — A poza tym mówiłeś… — zająknęła się.
      — Co mówiłem?
      — Powiedziałeś w kurorcie na Neeidzie, że z tym grobowcem nie musimy się spieszyć. Najpierw chciałeś się rozejrzeć po Egipcie…
      — To prawda — nie mogłem się z nią nie zgodzić. — Nikt nas nie popędza.


17.06.2013 :: 20:15
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Lato


Dzisiaj pierwszy dzień lata!

21.06.2013 :: 08:57
Link | Komentuj (0) | Pory roku


W Kairze


fragment „Buntu androidów”


      Wyszliśmy z luksusowego hotelu, żegnając się z klimatyzacją. Buchnęło rozgrzanym powietrzem. Żar lał się z nieba i nie było czym oddychać. Nie miałem ochoty w taki upał iść pieszo, choć do celu nie było daleko. Trafiła nam się taksówka, którą dostaliśmy się szybko przed budynek Muzeum Egipskiego. Kurs był krótki. Kierowca cokolwiek sfatygowanego wozu ruszył, pytając, czy jesteśmy pierwszy raz w Kairze. Otrzaskał się z angielskim i moja śliczna partnerka, siląc się na kurtuazję, próbowała z nim się porozumieć. Nie zamierzała jednak się przyznawać, że ma w małym palcu dialekt kairski, tutejszą odmianę języka arabskiego, i że operuje nim tak, jakby urodziła się w mieście tysiąca minaretów. Co uchodziło androidowi, nie uchodziło turyście z Europy.
      Egipcjanin za kierownicą opuścił czteropasmową arterię, wiodącą od Majdan at-Tahrir, centralnego placu w Kairze, przez most, wyspę Az-Zamalik i kolejny most na drugą stronę rzeki, a prując wzdłuż okrzyczanej promenady Nile Corniche, minął monumentalny Nile Hilton Hotel, nie mniej zachęcający od tego, w którym zatrzymałem się z Maggie. Wyglądałem przez szybę. Po lewej stronie toczyła swe wody najdłuższa rzeka Afryki, dosłownie kilka kroków stąd na południu rozdzielająca się na dwie odnogi. Za imponującym hotelem kairski kierowca skręcił w prawo, w mig docierając na miejsce i triumfalnie zajeżdżając przed wejście. Dałem mu spory napiwek. Witał nas miły dla oka zadbany fronton, z fasadą utrzymaną w odcieniach różu i bieli. Zadbany był również obszerny dziedziniec przed siedzibą muzeum — ze strzelistymi palmami, zieloną trawą, kamiennymi figurami i niewielką sadzawką z kwiatem lotosu i papirusem. Roiło się tu od turystów.
      W tej ładnej dwukondygnacyjnej budowli mieściło się około stu pomieszczeń. Mumia Ramzesa II, obok mumii kilku innych faraonów, znajdowała się na pierwszym piętrze w narożnej sali oznaczonej numerem 56. Żeby tam się dostać, musieliśmy kupić dodatkowe bilety po sto funtów egipskich. Normalny bilet wstępu kosztował sześćdziesiąt funtów. Było co oglądać, bo muzeum szczyciło się posiadaniem ponad stu pięćdziesięciu tysięcy eksponatów. Rzucały się w oczy skarby z grobowca Tutanchamona. Zapachniało mi Egiptem z czasów, kiedy byłem Aleksandrem Wielkim.
      Ramzes II miał doskonale zachowane gęste włosy. Jego wydatny nos mnie nie dziwił, bo już wcześniej oglądałem twarz faraona na ilustracjach. Szczelnie zamknięta gablota, w której znajdowało się jego ciało była wypełniona obojętnym gazem, a specjalne czujniki umożliwiały kontrolę wilgotności i temperatury.


01.07.2013 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


W Muzeum Egipskim


fragment „Buntu androidów”

      Pozostawiłem Maggie przy zasuszonych szczątkach naszego przyjaciela, by mogła się napatrzeć i poszukać tego, co tylko ona była w stanie znaleźć, a sam w tym czasie obejrzałem sobie mumie pozostałych eksponowanych tu faraonów, ze szczególną uwagą lustrując oblicze Setiego I, panującego w Egipcie ponad dziesięć lat. Był ojcem Ramzesa II i pozostawił po sobie wspaniały grobowiec w Dolinie Królów. Jego sarkofag trafił do w Muzeum Johna Soane’a w Londynie. Potem zawróciłem, poziewując w zwiniętą dłoń.
      — I jak? — spytałem zielonooką, sterczącą nadal przy zabalsamowanych zwłokach Ramzesa. Byłem ciekawy efektów. — Odkryłaś coś interesującego?
      Miała zawiedzioną minę.
      — Tu nie ma żadnych artefaktów — zdradziła z bólem.
      Taksowałem ją wzrokiem. Było widać, że bardzo przeżywa swoją porażkę.
      — Nie przejmuj się, errare humanum est, rzeczą ludzką jest błądzić — próbowałem ją pocieszyć.
      — Ludzką? — gorzko się zdziwiła. — Nie jesteśmy ludźmi.
      Dopiero w tym momencie uprzytomniłem sobie, że coś ważnego przeoczyłem. Od pewnego czasu dźwięczał mi w głowie cichy alarm. Stężałem. Przez króciutką chwilę targały mną emocje, uniemożliwiające racjonalne działanie. Szarpany sprzecznościami, usiłowałem się opanować.
      Maggie wyczuła, że coś złego się stało i z niepokojem zajrzała mi w oczy.
      — Gdzieś tu w pobliżu kręci się jeszcze jeden android — wyszeptałem ze zgrozą. — Jasny gwint, obcy. Dopiero teraz się zorientowałem. Na pewno go nie było, kiedy wchodziliśmy do muzeum. Mam nadzieję, że nie jest klasy D3.
      Kto nam deptał po piętach? I dlaczego? Nie robiliśmy niczego złego. Jako agenci drugiego poziomu mieliśmy prawo przebywać na Ziemi, plątać się i udawać niewinnych turystów. Maggie skupiła się, swymi utajonymi zmysłami przenikając ściany.
      — Tak, widzę go — szepnęła po chwili. — Snuje się po piętrze. To Arab około trzydziestki, cyborg, podobny do nas jak nic. Nikt mu nie towarzyszy.
      Byliśmy jak na patelni. Odruchowo sprawdziłem uzbrojenie i zabezpieczenia.
      — Wychodzimy — wychrypiałem. — To publiczne miejsce, na pewno nie dojdzie do konfrontacji.
      Podejrzany Arab znakomicie wtapiał się w tłum zwiedzających. Miał na sobie długie ciemne spodnie i kolorową koszulę. Czarne kręcące się włosy okalały szczupłą śniadą twarz. Udawałem, że go nie widzę. Minę miałem nietęgą i byłem gotowy w każdej chwili zejść mu z drogi. Obcy agent nie usiłował nas zaczepiać. Jednak kiedy mijaliśmy go, uśmiechnął się pod nosem i porozumiewawczo mrugnął okiem do Maggie.
      Agentka złapała mnie pod rękę.
      — Rzucił do mnie perskie oko — zdradziła z bezbrzeżnym zdumieniem.
      Nie zszedł za nami na parter. Zniknął.
      — Co za drań — syknąłem przez zęby. — Stary cwaniak. Czuje się bezpieczny. Daje nam do zrozumienia, że jest górą.
      Kiedy zatrzymaliśmy się przy eksponatach z grobowca Tutanchamona, złotych trumnach, sprzętach użytkowych i wspaniałych maskach, uprzytomniłem sobie, że nie ma go już na Ziemi. Skorzystał prawdopodobnie ze znanej tylko sobie linii transferowej.
      Pomyślałem, że po powrocie do hotelu połączę się z Or-Matem i zapytam, co mam począć w tej sytuacji. Nie chciałem popełnić błędu. Zbyt dobrze pamiętałem starcie ze zbuntowanymi androidami z Galaktyki Sombrero. Może należało zmykać gdzie pieprz rośnie?


10.07.2013 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Wolny strzelec


fragment „Buntu androidów”

      Apartament był przestronny, z przepychem urządzony i utrzymany w miłej dla oka kolorystyce, a składał się z sypialni i oddzielnego pokoju dziennego z telewizorem LCD. Dwa balkony oferowały widok na Nil. W łazience cieszyły oczy markowe kosmetyki.
      Wyciągnąłem się z nogami na wygodnej kanapie, podkładając pod głowę obszytą tkaniną poduszkę i wywołałem Or-Mata. Połączenie z Galaktyką Andromedy wzbogaciło się o wirtualny obraz, a jakość była dużo lepsza niż w Brazylii.
      Trójoki nie krył dobrego humoru.
      — Dobrze się bawicie? — huknął na powitanie. Za jego plecami jak na zawołanie wyrósł Go-Ton.
      — I tak, i nie — odrzekłem zgryźliwie. — W Muzeum Egipskim pojawił się obok nas obcy android. Nie jestem tchórzem podszyty, ale najadłem się strachu.
      — Android? Niemożliwe! — Gelanin impulsywnie włączył się do rozmowy, wyrażając swoje zdumienie. — Chyba że…
      — Skąd się ten typ wziął? Czy mógł być z trzeciego poziomu? — niepewnie zapytałem.
      Trójoki pokręcił przecząco głową. Cmoknął, usiłując pozbierać myśli.
      — Przypuszczam, że trafiliście na… wolnego strzelca. Jeżeli się ujawnił, to znaczy, że chce nawiązać z wami kontakt — rozsądził z miną starego wyjadacza chleba.
      — Wolny strzelec? Któż to taki?
      Or-Mat rozsiadł się wygodnie.
      — To android, który wyrwał się z naszego systemu i usamodzielnił. Teoretycznie biorąc, nie ma takich cyborgów, bo skąd, tym niemniej lepiej zorientowani podejrzewają, że znajdzie się w sumie z pięciu cwaniaków, którzy dziwnym trafem zniknęli z rejestrów. Niewielu. Urządzili się gdzieś w kosmosie, gdzie jest życie i jak ognia unikają dekonspiracji. Re-Ton otarł się o wolnego strzelca w czasie jednej ze swoich misji, stąd o tym wiem.
      — Sądzisz, że ten łotr ma do nas jakąś sprawę?
      — Jeżeli ma, to wróci. Musi być ostrożny i dmuchać na zimne, żeby nie wpaść w pułapkę. Jesteśmy przecież bractwem o niewyobrażalnych wpływach.
      — To co mamy robić? Zwiedzać Kair, czy zjeżdżać na platformę?
      — Olejcie go, nie musicie się przejmować — zatarł ręce. — Najważniejsze to nie ulegać panice.
      Nie było sensu ciągnąć dalej tej rozmowy. Słodka Maggie wyszła z łazienki owinięta dużym ręcznikiem kąpielowym. Wygladała bosko. Pożegnałem się z kumplami i rozłączyłem.
      — Z kimś rozmawiałeś? — zapytała. Nie byłaby kobietą, gdyby jej to nie zaciekawiło.
      — Z Or-Matem — odrzekłem zgodnie z prawdą.
      Powtórzyłem jej to, co usłyszałem. Wysłuchała mnie z uwagą.
      — Nie musimy przerywać weekendu? Świetnie! — ucieszyła się. — Allah jest wielki! — dorzuciła po arabsku, gotowa podskoczyć z radości. — Egipt jest pępkiem świata!


19.07.2013 :: 13:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów