EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
2017
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(14)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(63)
Publikacje(33)
Pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.pdg.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Szczęśliwego Nowego Roku


Aby cały rok był ekstra, a marzenia się spełniały!

01.01.2016 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Balanga


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Po kolacji wziąłem udział w zapowiadanej balandze. Nie spodziewałem się, że te dziewczyny będą w stanie urządzić imprezę z prawdziwego zdarzenia. Migały kolorowe światła, a rozległy salon wypełniła hałaśliwa muzyka. Łowiłem uchem największe przeboje ostatnich dziesięcioleci, same znane utwory, przy tym tak głośne, że zdolne postawić na nogi zmarłego. Okazało się, że tutejsze madonny świetnie sobie radzą z kosmetykami i że wcale nie stronią od biżuterii. Doskonale wiedziały, jak się szaleje na Ziemi i na Marsie. Błyskawicznie przeszły metamorfozę i szokowały niebanalnymi stylizacjami. Były na topie. Zaczęły się powoli schodzić i mogłem z szeroko otwartymi ustami przyglądać się ich olśniewającym kreacjom, pełnym przewrotnej elegancji. Migały mi przed oczyma skąpe gorsety, przykuse spódniczki, nabijane ćwiekami kamizelki, zdobne pończochy, wysokie szpilki, bransolety, kolie, obroże i łańcuchy. Oglądałem szalone fryzury i jeszcze bardziej szalone makijaże. Dominowała czerń, jednak Miriam miała fantazyjną czerwoną sukienkę, jakby dla podkreślenia, że to jej wyjątkowy dzień.
      Odniosłem wrażenie, że znalazłem się w jednym z okrzyczanych klubów w centrum Victorii. Były tam modne, a przy tym drogie dyskoteki, w których gorące laleczki mogły wieczorami balować bez umiaru, nie przejmując się nikim i niczym. Niewidoczne głośniki dawały czadu. Działał generator mgły. Ponad głowami krążyły rozświetlone baloniki. Poczęstowano mnie lekko parującym kolorowym drinkiem, niby to tajemną miksturą z bulgoczącego kotła rzucającej zaklęcia czarownicy. Wszystkie dziunie sięgały po ten napój. To cudo świeciło. Nie wiem, co do niego dodano, ale kiedy wypiłem, poczułem, że muszę zaszaleć. Wyostrzyły mi się zmysły. Zniewalające madonny wyciągnęły mnie na środek i zaczęły wokół mnie tańczyć. Uwodzicielskie i demoniczne, mogły zwalić z nóg każdego faceta aparycją i gibkością ruchów. Tu jednak nie było innych mężczyzn. Poddawałem się diabolicznemu rytmowi, czując, że z każdą z nich mógłbym teraz pójść na całość. Ocierały się o mnie w drapieżnym korowodzie, owiewając mnie niepokojącym zapachem perfum i kusząco zaglądając mi w oczy. Wdzięczyły się do mnie niczym czarowne nałożnice do sułtana, który rozglądał się za kochanką na noc. Wabiły mnie i prowokowały. Trzymałem fason. Wywietrzała mi z głowy myśl, że powinienem szykować się do powrotu. Po co dawać dyla na Ziemię? Tu mogłem zbytkować bez końca. Taniec był rodzajem terapii, przynosił ukojenie i spełnienie. Dodawał pewności siebie.
      Urocza Daisy przykuła mój wzrok, umiała zawsze zwrócić na siebie uwagę, więc pieszczotliwie przygarnąłem ją do siebie i zacząłem z nią się kręcić, poddając się nastrojowi, jaki stwarzała. Spłynęły na mnie jej fluidy. Poczułem na sobie ponętne ciało i wtuliłem nos w pachnące włosy. Pozostałe madonny również połączyły się w pary. Niewidoczny didżej natychmiast się dostosował. Muzyka była teraz refleksyjna, spokojna i łagodna, jednak mimo to nadal bardzo głośna. Z miną wodzireja zarządziłem odbijanego. W moje ramiona wpadła czekoladowa Chloe, potem mająca jeszcze ciemniejszą skórę Belinda, wreszcie rudowłosa Alison, a po niej Agnes.
      Poddawałem się rytmowi, ciesząc się bliskością każdej z czarodziejek, dopóki nie pojąłem, że sięgam granic moich możliwości. Brakowało mi wirtuozerii tanecznej i akrobatycznej, więc nie chciałem się ośmieszać. Nie byłem w stanie wykonać na ich oczach breakdancowej solówki. Wprawdzie w szkole lotniczej goniono nas do ćwiczeń fizycznych, ale tam chodziło o mierzenie się z siłą grawitacji, a nie o pokazywanie, do jakich łamańców jest zdolne ludzkie ciało.
      Miriam wybawiła mnie z kłopotu. Podała mi kolejnego tajemniczego drinka. Usiedliśmy razem i przez kilka minut przyglądałem się rozbawionym madonnom. Muzyka zdecydowanie nabrała tempa. Ukryte głośniki pękały od nadmiaru decybeli, a rozochocone dziewczyny poruszały się wściekle rytmicznie, w niewyobrażalnym wręcz tempie. Szał ciał! Uwalniały się od nadmiaru roznoszącej je energii. Jeśli taniec był formą komunikacji niewerbalnej, to one oznajmiały wszem i wobec, że są porywcze, nieokiełznane i wybuchowe.


05.01.2016 :: 11:53
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Mój kolejny e-book z fantastyką


      Na rynek księgarski za pośrednictwem platformy Legimi.com trafiła w wersji elektronicznej moja powieść sf „A jeśli jutra nie będzie”. Jest ona dostępna w rozszerzeniach pdf, epub i mobi.
      Powieść ta należy do nurtu postapokaliptycznego w fantastyce. Akcja toczy się współcześnie w USA. Głównymi bohaterami są nastolatki.
      Zobacz wydanie: >>>

05.01.2016 :: 13:39
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Najnowsze publikacje


      Na łamach ukazującego się w Kijowie kwartalnika „Krynica” (czwarty numer z 2015 r.) znalazło się moje opowiadanie „Do siego roku!”, pochodzące z tomiku „Randka i inne opowiadania”. Wspomniany kwartalnik, którego redaktorem naczelnym jest Dorota Jaworska, jest pismem mniejszości polskiej na Ukrainie. Egzemplarz autorski dotarł do mnie na początku stycznia.

» Do siego roku!, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 90 (2015), s. 55-57.

      Na łamach „Artefaktów”, wydawanego przez Grupę Literacką „Słowo” Rocznika Literacko-Kulturalnego, został zamieszczony fragment mojej powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”. Promocja tego numeru „Artefaktów” miała miejsce 9 stycznia 2016 r. w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mielcu. Redaktorem rocznika jest Zbigniew Michalski, prezes GL „Słowo”.

» A jeśli jutra nie będzie. Początek powieści SF, Artefakty. Mielecki Rocznik Literacko-Kulturalny, nr 4 (2015), s. 93-99.

17.01.2016 :: 09:42
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Rajski owoc


      Otrzymałem właśnie pocztą egzemplarz autorski kwartalnika „Ruch Biblijny i Liturgiczny” z moim tekstem „Rajski owoc i podstawy biblijnej moralności”.

Tekst on-line …>

» Edward Guziakiewicz, Rajski owoc i podstawy biblijnej moralności, Ruch Biblijny i Liturgiczny, 68 (2015) nr 1, s. 59-68.

Abstrakt

      Autor ukazuje związki między trójdzielnym modelem antropologicznym a trójdzielnym schematem biblijnej moralności. Interpretuje w tym świetle opis owocu z drzewa poznania dobra i zła. Znaczącym odniesieniem jest biblijna nauka o trojakiej pożądliwości, której czytelnym odbiciem są rady ewangeliczne.

03.02.2016 :: 13:27
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Enbargoński medykament


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Rozejrzałem się po rozległym salonie. Miałem już w pokoju napoczętą butelkę koniaku. Poprosiłem Alison, by przyniosła mi jeszcze z kuchni szkocką whisky i wkrótce śmiał się do mnie bursztynowy „Jack Daniel’s”. Omal jej za to nie ucałowałem. Były na Ziemi marki, które zniewalały klientów od setek lat, a ta whisky bezsprzecznie do nich należała. Tak uzbrojony powlokłem się do apartamentu, a tam w samotności urżnąłem się do nieprzytomności. Nawet nie próbowałem śpiewać.
      Obudziła mnie Miriam, która zajrzała do mojego numeru. Wiedziała, że tu znajdzie koguta z Ziemi. Za oknami kładł się zmierzch. Byłem na wpół przytomny, jednak seksowna botaniczka nie zamierzała mi odpuścić i pozwolić, żebym pogrążył się we śnie. Zmusiła mnie, bym otworzył oczy. Ciążyła mi głowa. Musiałem wyglądać jak półtora nieszczęścia.
      — Ki chuj wodę mąci? — bez przekonania się postawiłem. — Kolesiów szukasz? — prychnąłem odstraszająco, widząc ją jak przez mgłę.
      Wyjęła mi z rąk opróżnioną do dna butelkę, odstawiając ją na bok. Nie przyszła góra do Mahometa, więc Mahomet pofatygował się do góry. Zajmowała drugie miejsce na liście, zatem do niej miał należeć ten wieczór. Niestety, narzeczony się schlał. Zniweczyłem jej plany, z którymi zapewne wiązała ciche nadzieje.
      — Wypij, pyszczku! — opiekuńczo rzekła, podsuwając mi plastikowy kubeczek z przeźroczystym płynem. — Wyjdzie ci to na dobre.
      Owiał mnie delikatny zapach jej kosmetyków. Gdybym teraz próbował wstać, musiałbym czepiać się ściany, bo ziemia huśtałaby się pode mną na wszystkie strony. Na szczęście, nie dostałem pijackiej czkawki, więc nie skompromitowałem się do końca w jej oczach.
      — Nie! — niemrawo zaprotestowałem, pokonany przez siłę grawitacji. — Nie chcę... Dzisiaj idę na wagary i zostawiam puste gary — zasłoniłem się pijackim bełkotem. — Miałem sprzątaczkę, ale wyrzuciłem ją na złom, okazała się kiepska, ciągle się psuła, a w dodatku nie była gumowym jebadłem — zwierzałem się, plotąc banialuki. — Odejdź, ślicznotko, nie przyjmę cię do pracy, idź do łóżka sama, seks to przeżytek — wygęgałem, próbując przewrócić się na bok i uderzyć w kimono. — O innej porze aligatorze!
      Miriam jednak nie ustąpiła. Nadal stała, pochylona nade mną. Poklepała mnie po policzku.
      — Jeszcze jesteś, słoneczko? — zacząłem nadawać na innej fali. — Nie wstanę, bo przywali mi podłoga i będę miał rozwalony czerep — grymaśnie się żaliłem. — Kąt padania równa się kątowi odbicia. Nie jestem facetem na poziomie, więc nie utrzymam się w pionie — skamlałem, siląc na profesorski ton. — Lubię wiedzieć, na czym stoję, nawet jak się położę — uparcie ciągnąłem chory wykład z fizyki. — Przytelep się później, będę czekał z utęsknieniem, przyślę po ciebie limuzynę z kierowcą… — wystękałem na koniec, częstując ją obietnicą bez pokrycia. Na tyle mnie było stać. — Zanim zaśniesz, złotko, pomyśl o mnie słodko!..
      Przytrzymała mi łepetynę. Przyłożyła mi kubek do ust, nie przejmując się moimi oporami.
      — Nie kopnij mnie w oko! — byłem gotowy wierzgnąć. — Lecisz na ślinę?
      — Spokojnie, to cię postawi na nogi! — powiedziała.
      — Koło dupy mi to lata… — szedłem nadal na udry. — Leżę na leżąco i nie mogę tego zmienić… — uparcie trwałem przy swoim.
      Wlała mi lekarstwo do gardła. Przełknąłem z grymasem odrazy. Nie musiała ściskać mi nosa. I wtedy się zaczęło. Enbargońskie świństwo uaktywniło się w okamgnieniu. Było gorzkawe. Nie wiedziałem, że stworzono tak gwałtownie działające środki medyczne. Poraził mnie grom z jasnego nieba i poderwałem się, bezradnie podpierając na rękach. Wypełnił mnie ogień. Serce tłukło się jak oszalałe.
      Otworzyłem szeroko usta, nie mogąc złapać tchu. Odniosłem wrażenie, że za chwilę zacznę gryźć ściany, byleby tylko uwolnić się od tego, co czułem. Czyżbym miał się przenieść na tamten świat?
      — Nabierz powietrza! — rozkazała. — Śmiało!
      Usiadłem w kucki na łóżku. Wezbrane wody niby po rzęsistym deszczu wypełniły wyschłe koryto. W moje zastygłe żyły wlała się ożywcza energia. Opadłem na pościel, przykładając czoło do poduszki. Przykre sensacje stopniowo ustępowały. Przechodziły jak ręką odjął. Stał się cud i po minucie lub dwóch czułem się jak nowo narodzony. Ogarnął mnie błogi spokój. Żołądek, który podszedł mi do gardła, wrócił na swoje miejsce.
      — Mon Dieu, co to było?!
      Oddychałem normalnie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Obejrzałem swoje dłonie. Nie drżały. Znalazłem się po słonecznej stronie życia. Byłem tak trzeźwy, jakbym nie miał alkoholu w ustach od stu lat. Dziewczyna faktycznie postawiła mnie na nogi. Dokonała cudu.
      — Uwolniłam twój organizm od toksyn — zdradziła, przyglądając mi się uważnie. Pochyliła się nade mną, badawczo lustrując moją twarz, jakby chciała sprawdzić, czy lekarstwo wywołało pożądany skutek. Jej długie złociste włosy omal nie dotykały moich piersi.
      Gdybym był sportowcem, pomyślałbym, że poczęstowała mnie rewelacyjnym anabolikiem. W kilka chwil przeistoczyłem się z zapijaczonego pętaka w nieulękłego herosa, gotowego ruszać na podbój świata. Pojąłem, że mogę żyć na wysokich obrotach. Już od zaraz.
      Zajrzałem w jej chabrowe oczy.
      — Co robisz aniele w weekend? — zapytałem jak matoł.
      Uśmiechnęła się, nie spuszczając ze mnie wzroku.
      — Nic takiego, śpiewam w chórze kościelnym — odbiła piłeczkę, dostosowując się do mojego wątpliwego poczucia humoru.


08.02.2016 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Superrasa


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Grace zajrzała mi w oczy, jakby chcąc z nich wyczytać, co wiem, a czego nie wiem.
      — Jesteś ulepszoną wersją samego siebie. Posiadasz nadzwyczaj wydolny organizm, my też takie mamy. Ewolucyjnie stoisz dużo wyżej niż inni ludzie — wyjaśniła z najwyższą powagą.
      — Stworzyliście superrasę? Ja cię kręcę! Dlaczego tego nie zauważyłem? — ironicznie parsknąłem.
      Podeszła do nas Jacqueline, jakby przewidując, że będzie potrzebna.
      — W czym rzecz? — ciekawie zapytała.
      — Należałoby rozpocząć od pokazania ci możliwości twojego układu regeneracyjnego — ciągnęła Grace, klarując mi to wszystko pod dachem. — Wypadałoby cię mocno zranić, najlepiej nożem — dodała, znacząco zerkając na brunetkę.
      — O nie, nie piszę się na to — prychnęła Jacqueline. — Nie dla mnie takie numery. Poproś Daisy, ona jest od mokrej roboty. — Rozejrzała się za Hinduską.
      — Załatwcie to razem — w te pędy rozstrzygnęła Grace. — Wy dwie pierwsze zaczęłyście go wtajemniczać.
      Sprzątano po śniadaniu. Jacqueline i Daisy poważnie potraktowały zalecenie Grace, czego się nie spodziewałem. Uznałem, że nie należy traktować jej słów serio. Umknąłem na pływalnię i wyciągnąłem się na leżaku, przymykając oczy i wystawiając twarz do słońca. Jednak nie byłem w stanie ukryć się przed nimi. Rozhasane dziunie mnie dopadły, nie pozwalając mi zapomnieć o tym, co wyniośle zakomunikowała pierwsza dama.
      — Musisz przez to przejść — z ożywieniem oznajmiła brunetka. Powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o niewinną grę w berka.
      Daisy bawiła się swoim nożem, a w jej oczach migotały niebezpieczne błyski.
      — Mam odegrać rolę prosiaka, którego zarzyna się na ucztę plemienną? — usiłowałem ich zamiar obrócić w żart. Nie chciałem, by na mnie eksperymentowały. Nie nadawałem się na królika doświadczalnego.
      — Coś w tym stylu. Dawaj rękę! — zażądała Hinduska. Nie wierzyłem, że to zrobi. Nie wykręciłem się sianem. Chwyciła ją mocno i oparła o poręcz leżaka. Ciachnęła mnie nożem, przebijając dłoń na wylot.
      Wyrwałem jej rękę i wrzasnąłem wniebogłosy. Bolało jak diabli. Zerwałem się z leżaka. Moja krwawiąca prawica wyglądała tak, jakbym właśnie dostał stygmatów.
      — Odbiło wam, czy co? — przerażony jęknąłem. — Taki z ciebie ochroniarz? Masz mnie bronić, a nie kroić w paski!
      Daisy ostrożnie wyciągnęła złoty sztylet z rany.
      — A teraz patrz! — powiedziała.
      Rana szybko znikała. Nie trzeba było jej bandażować. Stopniowo się zabliźniała i po minucie nie został żaden ślad po zadanym ciosie. Skóra była gładka. Poruszyłem palcami. Ból ustał, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Czyżby przestały obowiązywać prawa natury?
      Rozpaczliwie zajrzałem w ich oczy, próbując pojąć, kim stałem się w rękach nieprzeniknionych Enbargonów. Nie były przejęte incydentem, a Daisy bawiła się nadal sztyletem.
      — Mogę ci jeszcze uciąć palec — zaproponowała z miną urodzonego sadysty. O dziwo, z tą miną było jej do twarzy, a jej szelmowski uśmiech zniewalał. Broniłem się dotąd przed myślą, że ta niewinna istota jest w stanie zabić z zimną krwią.
      — Nie, nigdy! — zaprotestowałem. — Wierzę ci na słowo.
      Przypomniałem sobie, że w pradawnej yakuzie karą za błąd było obcięcie palca. Ten ponury rytuał wywodził się z kodeksu samurajskiego i nosi nazwę yubitsume. Ja jednak nie byłem członkiem żadnej mafijnej organizacji, a poza tym palec z całą pewnością by mi odrósł. Naprawdę im wierzyłem.
      Przysiadłem na leżaku, przyglądając się nieufnie obu madonnom. Rozochocone, mogły ponownie spróbować swoich sił i dobrać się do mnie. Skupiłem trwożną uwagę na penisie.
      — To kim, do diabła, jesteśmy? Tworzymy faktycznie nową rasę?
      — Coś tak jakby… — beztrosko odpowiedziała Jacqueline.
      Pomyślałem, że znowu muszę się upić. Zalać się w sztok. To przechodziło ludzkie pojęcie. Byłem sobą i nie byłem.
      Nad zdolnością do regeneracji ziemscy i marsjańscy naukowcy pracowali od wieków, ale nie odnieśli większych sukcesów. Enbargoni pod tym względem zaszli dużo dalej. Ze zgrozą pojąłem, że ocierają się o nieśmiertelność. Człowiek nie potrafił dogonić salamandry. Zraniony ziemski płaz był w stanie odtworzyć sobie ogon, kończyny i ważne organy wewnętrzne. Pozwalał mu na to układ odpornościowy. Zrozumiałem, dlaczego moje madonny nie miały przebitych uszu i nie nosiły kolczyków w pępku. Ich naruszona skóra momentalnie się odnawiała. Pobiegłem myślami w stronę medyka z Orlando, który zbadał mnie po przylocie z orbity supernowej i podzielił się ze mną swoimi wątpliwościami. Zastanawiało mnie, jak dalece przeniknął sekrety obcych. Czy byłem wydaniem pierwszym poprawionym samego siebie, czy całkiem nowym wydaniem drugim? Odniosłem wrażenie, że moje madonny chcą mnie przekonać, iż w grę wchodzi druga ewentualność.
      Wstałem i ponuro zerknąłem na Daisy. Była cała w skowronkach. Pokazała pazurki, ale doskonale wiedziała, że puszczę jej to płazem.


22.02.2016 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Coraz bliżej


Zostało 26 dni do nadejścia wiosny...

23.02.2016 :: 17:05
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Oko za oko, ząb za ząb


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Kiedy nadeszła pora obiadu, usiadłem przy stole z wyniosłą miną. Zabrałem się do zupy grzybowej. Miałem zamiar pod koniec posiłku ogłosić wolę odlotu, ale dziwnym trafem gniew mi minął. Doszedłem do wniosku, że powinienem spasować. Nie mogłem zachowywać się jak rozkapryszona pensjonarka. Jacqueline i Daisy siedziały przy stole sparaliżowane i blade ze strachu. Nie wiedziały, czym się dla nich skończy niefortunne starcie ze mną. Zrozumiały, że posunęły się za daleko. Śmiać mi się chciało, gdy na nie patrzyłem. Pozostałe madonny były pełne słońca i niczym się nie przejmowały. Przyjęły mnie przecież do swego grona, rozpieszczały mnie, chuchały na mnie i dmuchały. Byliśmy grupą udanych kosmicznych przyjaciół i nic nie wskazywało na to, żebyśmy mieli rozstać się w złości.
      Te dwie czarne owce z końca stołu Grace próbowała usprawiedliwić.
      — Wybacz im, okazały się zbyt dosłowne — wyjaśniła. — Przeholowały, to fakt, ale nie miały złych intencji.
      Przytaknąłem, godząc się z jej słowami. Jednak w mojej głowie zachichotał złośliwy głosik, podsuwający mi ripostę: „Nie męczy cię usprawiedliwianie przyjaciółek? Przecież sama je do tego namówiłaś!”
      Jacqueline wpatrywała się w swój talerz tak intensywnie, jakby między piersią kaczki w miodzie a kaszą gryczaną i sałatką trwał interesujący spektakl, tylko dla niej widoczny. Nie miała apetytu. Wreszcie posłała spłoszone spojrzenie w moją stronę.
      Nie zostało mi nic innego, jak okazać wyrozumiałość pechowym laskom. Tym dwóm suniom naprawdę na mnie zależało. Gdybym skreślił je z listy, zadałbym im straszny cios. O wiele większy niż niewinny sztych nożem.
(...)

      Po posiłku rozgościłem się znowu nad basenem. Zaniepokojone Jacqueline i Daisy wkrótce tam za mną dotarły, by błagać o łaskę.
      — Przepraszamy cię. Byłyśmy zbyt nachalne — rzekła brunetka. — A Daisy chce, żebyś ją ukarał. Oko za oko, ząb za ząb! Będzie wdzięczna, jeśli w odwecie przebijesz jej rękę. Tak jak ona ci to zrobiła.
      Hinduska wyciągnęła w moją stronę wąską dłoń, a drugą ręką podała mi swój zgrabny sztylet. Myślałem, że parsknę śmiechem. Przyciągnąłem ją do siebie, zmuszając, by usiadła mi na kolanach. Zrobiła to ostrożnie, przewidując najgorsze. Może obawiała się, że podetnę jej gardło?
      — Co ja tu widzę? — wodziłem ostrzem sztyletu po jej otwartej dłoni, udając, że wróżę. — Wzgórek Wenus jest duży, jesteś więc gorąca i namiętna. Linia małżeństwa mocno zarysowana, co zapowiada jeden trwały związek. Linia serca dochodzi do wzgórza Jowisza, co oznacza szczęście w miłości. Nieźle, tylko pozazdrościć.
      Oddałem jej sztylet i kazałem wstać.
      — To tyle? — ze zdumieniem zapytała. Na jej twarzy nadal malowała się niepewność.
      Miała duszę na ramieniu, więc musiałem ją uspokoić. Zagrałem w otwarte karty, co mi się rzadko zdarzało. Niczego nie traciłem, przyznając się do uczuć, które do niej żywiłem.
      — Dziecinko, szaleję za tobą, więc jestem gotów wiele ci wybaczyć. A poza tym twoje popisy są zabawne. Nie musisz się lękać. Wierz mi, naprawdę! — Podniosłem się i przyciągnąłem ją do siebie, mocno obejmując. Potem złożyłem na jej ustach gorący pocałunek. — Nie gniewam się. Wkurzyłem się, to fakt, ale już mi przeszło — wyjawiłem.


02.03.2016 :: 07:54
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Taniec na wodzie


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Odetchnęły z ulgą.
      — To w takim razie mamy dla ciebie coś na poprawę humoru — rzekła Jacqueline. — Ten popis będzie nieco podobny do lewitacji. Chcemy cię zabawić. Myślę, że ci się spodoba. Siedź i patrz!
      Stanęły z powagą na marmurowym wykończeniu, szykując się do niecodziennego występu. Zrzuciły klapki, które miały na nogach. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Przez krótką chwilę koncentrowały się na czymś dla mnie nieuchwytnym, a potem śmiało ruszyły przed siebie, jakby nie pamiętając, że mają przed sobą pokaźny basen po brzegi wypełniony wodą. Weszły boso na marszczącą się powierzchnię, nie zapadając się w toń. Kroczyły po wodnej tafli, niczym Jezus po Jeziorze Galilejskim. Z wdziękiem po niej stąpały, wolne od siły ciążenia, której zdawały się nie podlegać.
      Minę miałem niewyraźną.
      — Nie chce się wierzyć! — mruknąłem. Przetarłem zdumione oczy. Czy to nie graniczyło z magią? Doszły do głosu tajemne moce?
      Znieruchomiały na środku akwenu, zwróciły w moją stronę, wzięły się za ręce i wykonały taneczny obrót. Jeden, a potem drugi. Nie dotykały wody, mimo to wywoływały niewielkie kręgi.
      — I jak? — zawołała Jacqueline.
      — Rewelacyjnie — odkrzyknąłem.
      — To chodź do nas! — Daisy mnie zachęciła.
      Dałem się nabrać, jak popędliwy Szymon Piotr, który wyskoczył z łodzi, by wyjść na spotkanie Jezusowi, idącemu po poznaczonym falami jeziorze — o czym pisał święty Mateusz w Ewangelii. Niczym nie ryzykowałem. Pływałem jak ryba, jednak nie miałem zadatków na nimfę wodną, ulotną istotę zdolną przyjąć powabne kobiece kształty. Zrobiłem krok do przodu, naiwnie wierząc, że utrzymam się na powierzchni i ku memu zdziwieniu uderzyłem całym ciałem w taflę wodną, wywołując fontannę dżdżu. Woda była wodą. Mogłem się w niej pluskać, ale nie mogłem po niej chodzić. Nie zmieniła się tego popołudnia i nie nabyła cudownych właściwości. Nie pokryła się nagle warstwą lodu. Musiała się przede mną rozstąpić, czy chciałem, czy nie. Dlaczego miałaby stawić opór moim stopom? Na jej napięcie powierzchniowe mogły liczyć co najwyżej drobne owady. Wypłynąłem, prychając. Szeroko rozpostarłem ręce.
      — Do diabła, nie potrafię — sapnąłem ze złością.
      Podpłynąłem crawlem do modelek i zamarłem, przyglądając się im z bliska. Kto tu komu nie dorastał do pięt? Mierzyliśmy się wzrokiem. Czyżby wyszczuplały tak bardzo, że już nic nie ważyły? Zdawały się spoczywać na baśniowym latającym dywanie, tyle tylko że niewidocznym. Bawiły się grawitacją? A może ich ciała podtrzymywało coś na kształt pola siłowego lub poduszki pneumatycznej? Jakim cudem generowały takie podłoże bez żadnych urządzeń? Zamieniały myśl w rzeczywistość? Przekształcały strukturę wody pod stopami? Uczyły ją posłuszeństwa? Czyniły to siłą woli? To było niepojęte.
      — Wystarczy — rozsądziła Jacqueline.
      Opuściły mnie i bez pośpiechu powróciły na brzeg. Byłem pod wrażeniem. Urzekły mnie tym popisem. Mogłyby spacerować nie tylko po wodzie, ale również po ruchomych piaskach Sahary. Zaszokowany tym odkryciem wydostałem się z basenu, zastanawiając się, czym jeszcze mnie zaskoczą. Owszem, widywałem mistrzów tańca na wodzie — kto ich nie oglądał, pokazywano supergwiazdorów na różnych kanałach — ale ich rewie były możliwe dzięki wyrafinowanym zabiegom technicznym, w których nie było niczego magicznego.


10.03.2016 :: 07:55
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


W świecie podsumowań


Mój ownlog został założony 11 stycznia 2004 r., zatem ma już 4444 dni. Uzbierało się 768 notatek.

12.03.2016 :: 10:49
Link | Komentuj (0) | Główna


Wesołego Alleluja!


Przesyłam wszystkim życzenia spokojnych, rodzinnych świąt wielkanocnych.

25.03.2016 :: 14:37
Link | Komentuj (0) | Główna


Główny bohater i pociąg do kieliszka


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      Zamierzałem rzucić się w wir rozrywek jak szastający pieniędzmi młokos na urlopie, delektować się wirtualnym słońcem i zażywać innych rozkoszy. Lepsze było wrogiem dobrego i chełpliwie postanowiłem, że najdroższy alkohol będzie lać się strumieniami. Bez umiaru. Znałem różnicę między wielbłądem a człowiekiem. Wielbłąd mógł pracować przez cały tydzień, nie pijąc, człowiek zaś mógł przez cały tydzień pić, nie pracując. Nie pociągała mnie abstynencja i nie poddawałem się chęci odmawiania sobie przyjemności. Nie umiałem wyobrazić sobie świata, w którym egzystowałbym bez żądz i pragnień. Ich zaspokajanie nadawało przecież sens istnieniu. Jeśli niebo było krainą bez pokus, to za nic nie chciałbym do niego trafić. Co miałbym tam robić? Machać białymi skrzydłami, śpiewać psalmy i składać ręce do modlitwy? Inna sprawa, że nie nadawałem się ani do nieba, ani do piekła. Nigdzie by mnie nie chcieli.

      Szanowaliśmy Boba, bo oprócz tego, że miał dostęp do kuchni, dysponował archaicznym destylatorem. Nikomu nie zdradził, gdzie go ukrył. Przynosił kanistry czystego spirytusu, z którego prokurowaliśmy drinki.

      Otworzyłem butelkę brandy, nalewając sobie do pękatego kieliszka.
      — Zdrowie! — wzniosłem toast do wirtualnej orkiestry. — Moje i pięknych dam!
      Wypiłem, napełniłem do połowy kieliszek, który zdawało się barwić złote światło słońca i wpadłem w niepokojącą zadumę.

      Kiedy chwiejnym krokiem wychodziłem z restauracji z opróżnioną do połowy butelką w ręku, moim skutecznym lekarstwem na smutek, podśpiewując o tych, co czuwali na lądzie, morzu i w powietrzu, przeszło mi przez myśl, że ktoś wykazał się przesadną nadgorliwością, uruchamiając destrukcyjny program anihilacji bazy.

      Madison szybko przełamała pierwsze lody. Musiała mnie rozruszać, bo bałem się przeholować z piciem i byłem o trzy drinki do tyłu. Musnęła ustami mój policzek, owiewając mnie zapachem perfum o wyjątkowo zmysłowej nucie.

      Kiedy podano mi kawę w filiżance z serwisowego kompletu, kapryśnie poprosiłem o kieliszek koniaku. Pyskata Alison okazała się wyjątkowo uczynna. Podniosła się bez słowa i przytargała z kuchni charakterystyczną firmową butelkę z szeroką podstawą i wąską szyjką oraz dwa pękate kieliszki, bo takie nie stały na stole. Zamierzała napić się ze mną. Pewnie wiedziała, że facet nie lubi sączyć trunków w samotności. Spojrzałem na nią z nieskrywanym uznaniem, rozgrzeszając ją za cięty język. Etykieta na butelce mówiła sam za siebie: „Courvoisier, le Cognac de Napoleon”. Rozpieszczała mnie na potęgę. Pomyślałem, że później zabiorę napoczętą flachę do apartamentu.
      Nalałem. Osuszyłem serwetką usta. Podniosłem kieliszek niby do toastu.
      — Życie mierzymy w latach… — radośnie do niej rzuciłem.
      — …a drinki w mililitrach! — w te pędy fajowsko dokończyła. Znała ten odzew, więc umiałaby znaleźć się w moim towarzystwie.
      Skosztowałem. Ona też. To było to! Zaczęliśmy rozmawiać na tematy mniej drażliwe. Nie należało deptać sobie po odciskach.

      Pojąłem, że muszę się upić. Nie miałem innego wyjścia. Ratowała mnie mityczna bestia uwięziona w butelce. Za każdym razem uwolniony z niej rozkołysany dżinn życzliwie pochylał się nade mną. Potrafił mi dogodzić i przychylić mi nieba. Upajałem się błogostanem, w którym wszystkie zmartwienia blakły i przestawały cokolwiek znaczyć.

      Alkohol rozjaśniał mi umysł i był lekarstwem na moje wszystkie dolegliwości. Znalazłem w barku pękatą butelkę koniaku. Po kilku kieliszkach doszedłem do wniosku, że niczego nie zmienię. Było jak było i musiałem się z tym pogodzić.

      Rozejrzałem się po rozległym salonie. Miałem już w pokoju napoczętą butelkę koniaku. Poprosiłem Alison, by przyniosła mi jeszcze z kuchni szkocką whisky i wkrótce śmiał się do mnie bursztynowy „Jack Daniel’s”. Omal jej za to nie ucałowałem. Były na Ziemi marki, które zniewalały klientów od setek lat, a ta whisky bezsprzecznie do nich należała. Tak uzbrojony powlokłem się do apartamentu, a tam w samotności urżnąłem się do nieprzytomności. Nawet nie próbowałem śpiewać.

01.04.2016 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Maraton poetycki, krok pierwszy


      Piątek, 15 kwietnia. W Cafe Kredens przy ul. Głowackiego w Mielcu odbywa się spotkanie Grupy Literackiej „Słowo”. Jest to nowa forma pracy. Przy kawie i herbacie obecni rozmawiają o poezji i czytają swoje wiersze. Dyskusja jest inspirująca i ciekawa.
      Za miesiąc kolejne spotkanie w tym samym miejscu z tego nowego cyklu.

16.04.2016 :: 13:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Jak się ubrać do kolacji?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Spędziłem w oranżerii z pół godziny, kiedy zaś wróciłem do mego apartamentu, przywitał mnie leżący na łóżku strój z czasów Ludwika XIV. Nie zabrakło nawet gustownej peruki. Zatkało mi dech z wrażenia i pomyślałem, że Grace spisała się na medal. Gwałtowny rozwój mody francuskiej nastąpił w XVII wieku i począwszy od lat trzydziestych przez całe stulecie wzorowano się na niej na wszystkich dworach europejskich. Mój męski strój składał się z wamsa, spodni i krótkiego kolistego płaszcza. Urzekał jasną tonacją barw. Przymierzyłem go przed lustrem. Dopełniały obrazu całości miękki kapelusz filcowy o szerokich brzegach i buty ze zgrabnymi cholewami.
      Agnes zajrzała do pokoju, chcąc sprawdzić, czy podoba mi się kostium z epoki, do której miałem sentyment, klasnęła z podziwem w ręce i zdradziła mi, że będzie ubiorem obowiązującym przy kolacji. Ceremonia parzenia herbaty została przełożona na następny wieczór. Pojawiłem się więc w salonie w dworskich fatałaszkach. Mimo że były przeładowane ozdobami, nie ograniczały mi swobody ruchów. Wyglądałem dostojnie, nie włożyłem przecież na siebie okrycia błazna. Śliczne Enbargonki też się przebrały i przypominały damy z królewskiej świty. Zasłoniły oczy gustownymi weneckimi maskami. Czarowały wysokimi fryzurami. Ich wytworne kreacje były jednak zmodyfikowane. Wystąpiły bowiem w sukniach frywolnie przerobionych na mini. Taką stylizację wymyślono w XX wieku i trudno jej było odmówić uroku. Nie oszczędzono wówczas nawet świętego Mikołaja. Przy okazji zimowych świąt w jego krótko przyciętych szatach zaczęły paradować się młode piękne kobiety. Wpisałem się w swoją rolę. Ukłoniłem się madonnom, szarmancko zamiatając kapeluszem, a potem z pańską miną usiadłem przy stole.

17.04.2016 :: 09:43
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Wróżby


Kartka z kalendarza

• Rozsypałeś sól? Pewnie z kimś się pokłócisz i długo nie będziecie mogli dojść do zgody.
• Zbiłeś jajko? Nic wielkiego, ale licz się z tym, że ktoś okłamie cię w ważnej sprawie.
• Jeśli nie chcesz prowokować pecha, nie pij z jednej szklanki z drugą osobą!
• Nie zostawiaj po sobie resztek po kolacji, bo zatrzymasz kłopoty, o których chcesz zapomnieć!
• Wpadła mucha do filiżanki, z której właśnie masz zamiar się napić? Nie złość się, bo to dobra wróżba!

29.04.2016 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Kolejna kartka z kalendarza


Kto się w maju urodzi, temu się dobrze powodzi.

01.05.2016 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Grace po raz drugi


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Jacqueline nie zamierzała wracać do swej pracowni. Jakiś czas pływała, co rusz wynurzając głowę z wody i sprawdzając, czy mnie gdzieś nie poniosło, a potem wydostała się na brzeg basenu. Ujęła ogromny puchaty ręcznik i z wdziękiem usadowiła się obok, gotowa bez znudzenia mnie adorować. Dobrze czuła się przy mnie i tego nie ukrywała. Podejrzewałem, że podobnie jak Daisy ma w nosie enbargońską listę i cierpliwie szuka okazji, by wysunąć się na przód kolejki. Trzymała rękę na pulsie i nie opuszczała dobrej startowej pozycji. Jednak nie próbowała mi się nachalnie narzucać.
      Tu nas znalazła Grace, która nie zamierzała czekać do kolacji przy świecach z wyegzekwowaniem należnych jej praw. Jej też się spieszyło. Czyżby fakt, że jest pierwsza na liście, nie dawał jej gwarancji, iż dobiegnie na czas do mety?
      — Czy to miejsce jest zajęte? — zza mych pleców z udawaną powagą zapytała, jakby właśnie znalazła się na pełnej letników, zatłoczonej plaży i chciała się gdzieś ulokować.
      Odwróciłem głowę. Gdy ją ujrzałem, poderwałem się odruchowo z leżaka i przetarłem oczy ze zdumienia. Postawiła mnie na baczność i omal nie zapomniałem języka w gębie. Przez chwilę czułem się jak przygłup, nie wiedzący jak się zachować. Jej skarby okrywał jedynie nieprzyzwoicie skąpy strój kąpielowy.
      — Madonna santa! — wymamrotałem. — To naprawdę ty?
      Zaskoczyła mnie swoją kreacją i wywołała słodki zawrót głowy. Z wrażenia nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była taka, że palce lizać, a jej bliskość sprawiła, że jak sztubakowi zabrakło mi tchu.
      — Owszem, to ja! Ale nie jestem grecką Afrodytą i nie wyłoniłam się z piany morskiej — zażartowała, widząc, ze wpatruję się w nią baranim wzrokiem.
      Pannę z numerem pierwszym otaczała aura wyrafinowanej zmysłowości. Jej ciało zdawało się być wyrzezane przez niedościgłego mistrza, który wspiął się na niedostępny Olimp, znalazł wśród bogiń model odpowiadający jego aspiracjom i odtworzył go z pietyzmem w marmurze w odcieniu bursztynu, a potem niby Stwórca tchnął w martwy kamień ducha. Lśniące włosy miała zaczesane w koński ogon. Cieszyła oczy pełnymi piersiami, wprost stworzonymi do całowania. Kusiła parą wspaniałych nóg. Wąskie biodra, wklęsły brzuch i cudowny pępek dopełniały obrazu całości. Silnie działała na moje zmysły, nienawykłe do oglądania z bliska młódek z takim seksapilem i w tak nikłych resztkach bikini. Nie pojmowałem, jak można było odziać kobietę, mając niespełna dziesięć centymetrów tkaniny.
      Z przejęcia nie umiałem ukryć tego, co czułem. A czułem, że powinienem płaszczyć się u jej stóp i dziękować za udzielenie mi łaski posłuchania. Do takich bogiń żywiło się nabożeństwo. Nie strącało się ich z piedestału, by zaspokoić męskie żądze.
      — To jest… tak jakby… — wybąkałem, niepewnie przestępując z nogi na nogę. — Fajnie, że się objawiłaś… pojawiłaś.
      Nurtowało mnie przekonanie, że na nią nie zasługuję. Czułem, że nie dorastam jej do pięt. Mogłem ją wielbić, ale nie pieścić i bezcześcić. Nigdy bym się nie pokusił, by samemu nachalnie sięgnąć po lalę z tak wysokiej półki. A poza tym nie wyglądała na dżagę, którą taki matoł byłby w stanie uwieść, a raczej na gwiazdę, która mając przed sobą kilku adoratorów, sama — o ile zechce — kapryśnie wybierze sobie jednego.
      Lśniące oczy Grace zdradzały, że chce się ze mną zabawić. Emanowały pożądaniem. Nie zamierzała zadowolić się niewinnym uwielbieniem z mojej strony, a to, na co miała ochotę było aż nadto widoczne. Postanowiła okazać łaskę boyowi od czyszczenia basenu i zabrać go do swojej sypialni. Już nie była szefem. Zamieniła się w kapryśną królową, eksponującą swoje wdzięki. Mogłem więc jedynie z oddaniem merdać ogonem, całować jej ręce i robić to, co mi każe. Omiotła spojrzeniem Jacqueline, która też odruchowo podniosła się z leżaka. Piękna nudystka wzięła ręcznik i niby w obronie owinęła się nim w biodrach jak chustą pareo. Nie wypadało jej w obecności takiej gwiazdy świecić nagością.
      Nie wiedziałem, co zrobić. Mocowałem się z przerastającą mnie skalą doznań. Zerknąłem rozpaczliwie na Jacqueline, szukając u niej ratunku. Przy Grace traciła punkty. Spadła nagle na drugi plan. Nie dostrzegłem jednak w jej oczach ani aprobaty, ani nagany.
      Rozkoszna seksbomba z łatwością przejęła inicjatywę. To ona rozdawała karty, czy ktoś tego chciał, czy nie. Wskazała wzrokiem pokryte drobnymi falami lazurowe morze.
      — Przejdziemy się po plaży? — zachęcająco spytała, odruchowo poprawiając włosy.
      Podporządkowałem się bez słowa. Nie zamierzała przeganiać półnagiej brunetki, zapewne przewidując, że donna z numerem czwartym nie może pokrzyżować jej planów, więc poszliśmy w dół razem niby trójka sprawdzonych przyjaciół, których nic nie dzieli.


11.05.2016 :: 17:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Roślinki z kosmosu


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Młode listery z Brillo okazały się bardziej zabawne niż sądziłem. Nie żywiły się ludzkim mięsem, czego się obawiałem w bazie Meduza, gdzie oglądałem wyglądające groźnie dojrzałe osobniki. Ich witki delikatnie ocierały się o mnie i owijały wokół moich łydek, łaskocząc mnie i pieszcząc. Można to było uznać za niewyrafinowaną formę masażu. Kiedy mi się już znudziło ich towarzystwo, niebieskooka Miriam pokazała mi akwaria z bluszczami, które potrafiły samodzielnie poruszać się po podłożu. Nazwała je kalamorfonami. Pnącza prowadziły pasożytniczy tryb życia. Szybko się przenosiły, jeśli tylko miały taką możliwość i zapuszczały korzenie tam, gdzie chciały. Te wędrujące rośliny były groźne, choć na takie nie wyglądały. Tym bardziej że potrafiły nie tylko osadzić się w korze napotkanego drzewa, lecz również wbić w ciało śpiącego człowieka lub zwierzęcia. Dla bezpieczeństwa musiały być szczelnie zamknięte. Gdyby się uwolniły, natychmiast wybrałyby się na polowanie. Miriam przez specjalny otwór wpuściła do akwarium gryzonia, jednego z tych, które miała w klatkach, by mi pokazać, co potrafią. Uporały się z nim błyskawicznie. W pierwszej kolejności dobrały się do jego pyszczka i ślepi. Byłem wstrząśnięty, oglądając je w akcji. Wolałem sobie nie wyobrażać, co by się stało, gdyby wdarły się nocą do naszego ośrodka i zaczęły szarogęsić się w sypialniach.
      Otrzymałem w prezencie od singielki o złocistych włosach doniczkę z fikuśnym niby-kwiatem, przypominającym ziemski słonecznik. Posiadał dwoje oczu, unaoczniających ludzkie, które otwierały się i zamykały. Kwiat niczym zwierzę wyczuwał ruch i wodził wzrokiem za jego źródłem. Obracał się jasnobrązową tarczą okoloną żółtymi płatkami. Postanowiłem, że zaprzyjaźnię się z tą egzotyczną roślinką z nieznanych stron kosmosu. Mogła wypełnić pustkę w moim życiu. Wprawdzie nie umiała mówić, ale to nie miało żadnego znaczenia. Pod pewnymi względami przypominała leniwego kota Gingera i wystarczało mi, że mnie zauważała. Niosąc ją do głównego pawilonu, uprzytomniłem jednak sobie, że zapomniałem o moich żywiołowych partnerkach. To one mimowolnie zaczynały kruszyć mur, którym się obudowałem. Niosły ożywczą zmianę. Zdawały się głosić nową religię, w której nie było miejsca na odosobnienie i izolację. Na zamykanie się w sobie. Miałem jednak wątpliwości, czy potrafią wyleczyć mnie z samotności. Przeszkoda leżała po mojej stronie. Żeby odwzajemnić uczucie, należało otworzyć przed kobietą serce i wpuścić ją do niego. Ja zaś broniłem się przed tym rękami i nogami.


23.05.2016 :: 08:59
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Animacje w CSS3


      Do serii statycznych stron, opartych na starszych szablonach, dodałem odrobinę ruchu, wykorzystując animate.css i wow.min.js:

Hurysy z katalogu
Zdrada strażnika planety
Winda czasu
A jeśli jutra nie będzie
Randka i inne opowiadania

     Dynamiczne strony są w modzie. A oto jeden z szablonów stron najnowszej generacji. Rozbujany taki... Czy te zmiany nie mają na celu upodobnienia witryn www do reklam w telewizji?

Edward Guziakiewicz

31.05.2016 :: 06:52
Link | Komentuj (0) | Główna


Miałem straszny sen, czyli znowu roślinki z kosmosu


fragment powieści SF „Enbargonki”


      Była głucha noc, a do sypialni zaglądał jeden z księżyców Eufemii. Coś niepokojącego wybiło mnie ze snu. Obudziłem się, przetarłem zaspane oczy i mimochodem rozejrzałem po kryjącej się w półmroku sypialni. Po ścianach i suficie przemykały w ciemności złowrogie cienie. Usłyszałem za sobą podejrzany szelest, a potem stukot, więc nerwowo się obejrzałem, zatrzymując wzrok na oknie. Zamarłem z przerażenia, a serce zaczęło walić mi jak młot, gdy odkryłem, co się stało. Nieoczekiwanie zawisło nade mną niebezpieczeństwo. Miałem nieproszonych gości i znalazłem się w budzącej niepokój sytuacji. Do okna przylgnęły wędrujące pnącza, osławione kalamorfony. Przylepiły się liśćmi do szyb i ślizgały się po nich, próbując pokonać przeszkodę. Pojąłem, że ktoś wypuścił z oranżerii na wolność te roślinki o zabójczych skłonnościach, nie licząc się z następstwami. Kto i po co?!
      Na tym się jednak nie skończyło. Odkryłem, że nie ma na łóżku hinduskiej księżniczki. A powinna była słodko kimać u mego boku. Zeszła z pościeli. Podparłem się na łokciach, a mój wzrok pobiegł w stronę wejścia. Daisy leżała na dywanie z bezradnie rozłożonymi rękami. Moje bóstwo padło jak ścięte. Jęknąłem z bólem. Pojąłem ze zgrozą, że zamknięte okno nie uchroniło nas przed wijącymi się bestiami. Zdążyły sobie wiadomym sposobem wedrzeć się do apartamentu. Wszędobylskie zielsko zaczęło grasować w moim królestwie, otaczając łóżko i pozbawiając mnie możliwości obrony. Biedna Daisy nie poradziła sobie z zalewem zielonych chwastów. Ugrzęzła w nich, spętały jej stopy, przewróciły ją i oplotły. A potem wdarły się w jej ciało. Z oczu, uszu i ust dziewczyny wyrastały niby w horrorze owłosione zielone pędy. Stało się coś, do czego nie powinienem był dopuścić. Mój prześliczny ochroniarz stracił życie, mimo że opanował sztukę walki.
      Rozpaczliwie krzyknąłem, próbując dźwignąć się z posłania. Nie mogłem zostać w sypialni i musiałem czym prędzej brać nogi za pas. Byłem jednak jak sparaliżowany. Pościel wydawała się mnie trzymać, a narzuta krępowała moje stopy. Szarpałem się i wrzeszczałem, aż wreszcie niby pod wpływem mocy z nieba uwolniłem się od koszmaru. Obudziłem się po raz drugi. Tym razem naprawdę! Sen był tak realny, że łatwo go było pomylić z rzeczywistością.
      Ciężko oddychałem, powoli się uspokajając. Byłem zlany potem. Samoczynnie włączyło się nocne oświetlenie. Okna okazały się czyste. Nie smagały o nie żadne gałęzie i nie znaczyły się na szybach makabryczne bluszcze. Stojący na parapecie niby-słonecznik otworzył ślepia, ufnie spoglądając w moją stronę. Rozespana Daisy leżała obok mnie z buźką wtuloną w poduszkę. Mój zbuntowany anioł był cały i zdrowy. Nic nie wyrastało z jej oczu, nosa i uszu.
      — Co się stało? — niechętnie zamruczała, próbując oprzytomnieć.
      Jacqueline też się poderwała. Usiadła w kucki. Z uwagą zlustrowała moją pobladłą twarz, na której malowały się sprzeczne uczucia, a potem omiotła badawczym wzrokiem sypialnię. Nie dostrzegła jednak niczego podejrzanego.
      — Jesteś cały, miśku? — pociągnęła mnie za język. — Co cię zaniepokoiło? Był tu ktoś?
      Wkurzała mnie jej troskliwość.
      — Czy nie można mieć przykrych snów? — żachnąłem się. Usiłowałem się pozbierać. Powinienem był się wstydzić, bo zachowałem się jak dzieciak. Potępieńczo krzycząc, kompromitowałem się jako mężczyzna. I to wobec amazonek, na których mi zależało.
      Brunetka nie zamierzała mi odpuścić. Nadal mnie sondowała.
      — A co dokładnie ci się przyśniło? Może to była prorocza wizja? — z odrobiną niepokoju zapytała, jakby chodziło nie o przypadkowy nocny koszmar, ale o arcyważny komunikat z innego wymiaru kosmosu.
      Co to? Zamieniłem się w wróżebne medium? Czyżby moja podświadomość mimowolnie ostrzegała przed nadchodzącymi czarnymi chmurami? Nie miałem innego wyjścia, mimo późnej nocy musiałem podzielić się z dziuniami tym, co ujrzałem.
      Sapnąłem z irytacją.
      — Śniło mi się, że obudziłem się w pokoju pełnym groźnego zielska — niechętnie wyjawiłem. — Kalamorfony wdarły się tutaj i mnie zaatakowały. Zabiły Daisy.
      Wysłuchały mojej krótkiej spowiedzi z niekłamanym zainteresowaniem i z powagą spojrzały po sobie. Bardziej niż ja przejęły się drobnym incydentem. Próbowały dociec, co mnie naprawdę przestraszyło.
      — To nie były listery z Brillo? — nęcąca Hinduska mimowolnie zaciągnęła pod szyją koszulkę nocną, jakby chcąc ukryć piersi przed bliżej nieokreślonym niebezpieczeństwem.
      — Listery nie są groźne, Miriam mi je podsunęła, bawiłem się z nimi — kapryśnie odpowiedziałem.
      — Nie powinniśmy zasypiać gruszek w popiele — zauważyła Jacqueline po chwili milczenia. — Może należy zajrzeć do ogrodu botanicznego i sprawdzić, czy ktoś tam czegoś nie poprzestawiał?
      Moje brwi powędrowały wysoko.
      — Przesadzacie, przecież nic się nie stało — ziewnąłem. — Wybaczcie, jest środek nocy, chce mi się spać!..
      Być może, śliczna botaniczka nie powinna mi była pokazywać, jak wędrujące bluszcze rozprawiają się z drobnym gryzoniem. Ten widok mną wstrząsnął. O wiele bardziej niż setki zgładzonych tyranozaurów, do których strzelaliśmy bez pardonu, pozostawiając po sobie krwawą jatkę.
      Nie dane mi było jednak przyłożyć głowy do poduszki. Nieświadomie postawiłem na nogi nie tylko dwie śpiące ze mną dziunie, ale także pozostałe lale. Wywołałem cichy alarm w ośrodku. Widocznie musiałem wysłać do wszystkich rusałek silny telepatyczny komunikat. Coś w stylu „dziewczyny, ratujcie!” Sympatyczna Miriam zajrzała do nas w figlarnej koszulce nocnej. Jej jasne włosy były potargane. Za nią niebawem przyciągnęła podminowana Grace w narzuconym płaszczu kąpielowym. Też już nie spała. Ich pełne niepokoju pytające spojrzenia mówiły same za siebie. Wreszcie przytargała się Agnes.
      Nie powinienem był dziwić się reakcjom Enbargonek, bo przecież zdążyłem odkryć, że są w stanie porozumiewać się na odległość. I nie chodziło o ukryte pod skórą komunikatory, ale o coś na kształt tajemniczego Archiwum X.


04.06.2016 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


W Grupie Literackiej „Słowo”


      Sobota, 11 czerwca br. Jestem na spotkaniu Rady Programowej Grupy Literackiej „Słowo”. Omawiamy aktualne problemy związane z działalnością GL w przededniu jubileuszu dziesięciolecia istnienia grupy.

13.06.2016 :: 11:09
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Dzień Ojca


     W 1966 r. prezydent Lyndon B. Johnson oficjalnie ustanowił Dzień Ojca świętem państwowym, a w 1972 roku w USA zatwierdzono jego obchody w trzecią niedzielę czerwca. W Polsce święto to ma stałą datę — 23 czerwca, a obchodzone jest od 1965 roku.
     Podaję za www.kalendarzswiat.pl.

19.06.2016 :: 10:25
Link | Komentuj (0) | Główna


Pierwszy dzień lata


      Poniedziałek, 20 czerwca, mamy pierwszy dzień lata, najdłuższy dzień roku. Wczoraj była pełnia księżyca.
      Pochłonięci gwarem miasta i zanurzeni w labiryncie ulic, nie mamy kontaktu z żywą przyrodą. Odkrywamy ją jedynie na półkach supermarketu. Pietruszki, marchewki, pomidory, szczypior, koperek, papryka. Wszystko to opakowane i gotowe do wzięcia. Ziemniaki luzem, ziemniaki w siatce. W innej części magazynu witają nas zwierzęta i ptaki. Schab z kością, schab bez kości. Udka z kurczaka i z indyka. Wątróbki i skrzydełka. Mielone wieprzowe i drobiowe...
      I gdzie tu jeszcze jest miejsce na podziwianie polnych kwiatów i kontemplowanie zachodu słońca?

20.06.2016 :: 09:48
Link | Komentuj (0) | Pory roku


Z Podkarpacką Izbą Poetów


      Czwartek, 23 czerwca 2016 r. jestem w Leśniczówce „Knieja” w Kamieniu Morgach, gdzie odbywa się sesja wyjazdowa Podkarpackiej Izby Poetów. Promowana jest twórczość Adama Decowskiego, Ryszarda Mścisza, obaj z ZLP, oraz Stefana Żarowa z Regionalnego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Rzeszowie.
      Wyjazd z Mielca na to spotkanie organizuje prezes Grupy Literackiej „Słowo”, Zbigniew Michalski.

23.06.2016 :: 23:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Podniebienie głównego bohatera


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      — Nie ma dymu bez ognia — prychnąłem, sięgając po biały chleb i sałatkę z majonezem. A potem po plasterki szynki parmeńskiej i gotowane włoskie kiełbaski salsiccie.

      — Doceniamy, że jesteś z nami. Zupa z żółwia na początek — powiedziała. — Miejmy nadzieję, że dopisze ci apetyt. Smacznego!

      Pieczeń jagnięca była znakomicie przyrządzona. Zdecydowałem się do niej na puree ziemniaczane.

      Gospodynie bawiły się w kuchnie regionalne, a ten wieczór zdominowało menu śródziemnomorskie. Lubiłem wszystko, co pochodziło z Francji, bagietki, sery i szampany. Podano owoce morza i dzielnie walczyłem ze skorupą homara, dobrze sobie radząc, bo nabrałem doświadczenia w restauracji na „Meduzie”. Na stole stały włoskie i hiszpańskie wina. Nie zabrakło ostryg, cieszących się opinią silnego afrodyzjaku.

      — Coś pysznego na szybko? Fast food? — rzekła, momentalnie odzyskując pewność siebie. — Tortilla z kurczakiem, kanapki z serem i łososiem, pizza z mozzarellą, włoską kiełbasą i pieczoną papryką, kebab, cheeseburger, sushi, pieczarki faszerowane z grilla, kiełbaski z grilla, eskalopki w cieście francuskim, potrawka z kurczaka, oweratki marsjańskie, księżycowe rogaliki — rzuciła jednym tchem, bawiąc się w szefa kuchni. Któreś z tych ciężkostrawnych dań na pewno musiało odpowiadać mojemu podniebieniu. O ile nie większość z nich. Na chwilę zapomniała o wegetariańskich surówkach i pastach dla dbających o linię kobiet sukcesu, do których z pewnością należała.

      Przenieśliśmy tace na stół w salonie. Jacqueline usiadła z boku, patrząc, jak sobie daję radę z tym nadmiarem. Przebierałem w zakąskach jak w ulęgałkach. Nadgryzłem tortillę, wsunąłem kanapkę z łososiem, skosztowałem pieczarek i zabrałem się do sushi. Każda z tych potraw była wyjątkowa. Raj dla podniebienia.

      — Zapomnieliśmy o napojach. Co ci przynieść do picia? — usłużnie zapytała. — Może czekoladę na gorąco?
      — Mam ochotę na dobrze zaparzoną brazylijską kawę ze śmietanką i na sok grejpfrutowy… — odruchowo rzuciłem i zaraz zmieniłem zamiar. Nie musiałem przy niej udawać kogoś, kim nie byłem. — Nie, może lepiej na butelkę piwa.

      Odeszła, a ja z talerzykiem ulokowałem się w moim ulubionym fotelu, zabierając się do krewetek i do rolady schabowej z orzechami.

      Jacqueline wpatrywała się w swój talerz tak intensywnie, jakby między piersią kaczki w miodzie a kaszą gryczaną i buraczkami odbywał się interesujący spektakl, tylko dla niej widoczny.

      Mój widelec zamarł nad talerzem. Akurat zabierałem się do polędwiczki wieprzowej z dodatkami.

      Poszedłem na śniadanie. W salonie było posprzątane. Tego ranka nie przywitał mnie jednak szwedzki bufet, a nakryty stół. Pewnie przypadło jakieś święto. Zastawa była w kolorze oliwkowym. Cieszyły oczy rolady mięsne, ryby i egzotyczne sałatki.


27.06.2016 :: 13:56
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Na Ukrainie


      Na łamach ukazującego się w Kijowie dla Polaków kwartalnika „Krynica” znalazły się dwa moje opowiadania dla dzieci: „Zaczarowana laseczka” i „Tajemniczy pędzel”. Miło gościć w tamtym regionie.

» Zaczarowana laseczka, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 91 (2016), s. 68-70.
» Tajemniczy pędzel, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 91 (2016), s. 70-72.

03.07.2016 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Cała prawda o madonnach z kurortu na Eufemii


fragment powieści SF „Enbargonki”

      — To kim jesteście? — zapytałem.
      Spojrzały po sobie. Nabrały wody w usta. Przez chwilę trwało podejrzane milczenie. Dziwnie się zachowywały jak na nadzwyczaj inteligentne bogdanki — najpierw mówiły, potem myślały. I dlaczego były takie czupurne? Klamka zapadła i musiały to wyjaśnić. Nie mogły trzymać mnie w niepewności.
      — Bierzesz nas za ziemskie kobiety, to nawet zabawne. Jednak żadna z nas nie urodziła się w Układzie Słonecznym — nieoczekiwanie rzuciła mi w twarz Jacqueline. — Jesteśmy Enbargonkami — wypaliła z grubej rury.
      Zapadła cisza. Sposępniałem.
      — Kosmitkami?!.. Nie! — wściekle warknąłem. Nie chciało mi się wierzyć. — Puknijcie się w głowę, idiotki! Jesteście niespełna rozumu. Jak to możliwe?
      Poczułem się upokorzony, a przez moją głowę przepłynął huragan myśli. Cios, który mi ta dżaga zadała, był druzgoczący. Trafiła mnie w samo serce. Na szczęście, nie wypuściłem z drżących rąk talerzyka.
(...)

      — Urodziłyśmy się jako Enbargonki, a dopiero potem otrzymałyśmy ciała Ziemianek. W fazie młodzieńczego przeobrażenia — wtrąciła się Daisy, nieoczekiwanie biorąc jej stronę. — Każda z nas to samo ci powie.

04.07.2016 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Z żywiołowych reakcji


— Eddie, piszesz rewelacyjnie. Tylko za mało seksu!

— To straszne! Jak ci mężczyźni będą mieć takie hurysy, to co będzie z nami, normalnymi kobietami? Przecież one są nie do przebicia.

— Musisz mieć „dziewica” w tytule. Wtedy książka będzie ci się lepiej sprzedawać.

15.07.2016 :: 09:20
Link | Komentuj (0) | Główna


Terraformowanie


fragment powieści SF „Enbargonki”

Takiego przedmiotu nie mamy jeszcze w szkołach...

      Domyśliłem się, że planeta, której powierzchnię oglądałem, była pierwotnie skalista i pusta, gdyż takie ciała niebieskie przeważały w kosmosie, a dopiero z czasem ją wyposażono, zaopatrując w wodę, powietrze i roślinność. Nie dziwiły mnie więc ogromne połacie niby-sawanny o intensywnej zieleni. Służyły do utleniania atmosfery. Kilometr kwadratowy gęstego trawnika wydzielał niemal tyle samo życiodajnego O2 co kilometr kwadratowy porządnego lasu.
      Miałem w szkole przedmiot o nazwie zagospodarowanie planet i księżyców, innymi słowy terraformowanie, więc takie rzeczy nie były mi obce. He, he, wiedziałem, co w trawie piszczy… Nad odpowiednimi strategiami pracowano w Układzie Słonecznym setki lat. Nie było łatwo zamienić pustynny księżyc w kraj mlekiem i miodem płynący. Na dzień dobry należało zatroszczyć się o właściwą grawitację i ona w pierwszej kolejności decydowała o sukcesie. Organizm ludzki wymagał przyciągania takiego jak na Ziemi. Jednak ciał niebieskich o masie dokładnie takiej jaką miała Ziemia nie było w Układzie Słonecznym, wyjąwszy może kłopotliwą Wenus. Przeważały mniejsze, jak Księżyc, Merkury czy Mars, nie mówiąc o satelitach Jowisza i Saturna. Uzupełnianie niedoborów grawitacji stało się możliwe, gdy zaczęto konstruować symulatory materii. Bez tych urządzeń kolonizacja Układu Słonecznego nie posunęłaby się naprzód. W symulatorach materia była pozorna, tym niemniej generowała siłę przyciągania, przydatną na powierzchni obcego globu. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie kroczono drogą usianą różami. Enbargoni bezspornie górowali w tym kosmicznym rzemiośle i mogli sobie pozwolić na rozmach, o jakim nie śniło się przedstawicielom gatunku Homo sapiens.

18.07.2016 :: 08:44
Link | Komentuj (0) | Enbargonki