EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(17)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(72)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Życzenia noworoczne


Szczęśliwego Nowego Roku!
Happy New Year!
Ein glückliches Neues Jahr!
Felice Anno Nuovo!
Felix sit Annus Novus!


01.01.2018 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Monogamia i poligamia


      Temat to drażliwy, ale myślę, że mogę go podjąć. Poligamią, czyli wielożeństwem, a ściśle biorąc poligynią, zatem związkiem jednego mężczyzny z kilkoma kobietami, interesowałem się w ostatnich latach przy okazji pisanych powieści science fiction. W „Hurysach z katalogu” główny bohater nabywa w firmie Body Perfect dwa klonoandroidy do uciech cielesnych. W powieści „A jeśli jutra nie będzie” poligynia pojawia się w związku z totalnym zagrożeniem gatunku ludzkiego. W „Enbargonkach”, których akcja toczy się w Układzie Słonecznym w dalekiej przyszłości, poligynia jest prawnie zalegalizowana.
      A jak to jest obecnie? Islam dopuszcza posiadanie kilku żon, choć i tutaj pojawiają się ograniczenia. W Maroku można mieć dwie żony, ale pod warunkiem, że pierwsza wyrazi notarialną zgodę na drugą.
      W kulturze zachodniej, wyrosłej z chrześcijaństwa, dopuszczalne są jedynie małżeństwa monogamiczne. Nie jest to jednak monogamia konsekwentna, w czystej postaci, ale monogamia następcza, zwana też seryjną. Oznacza to, że można mieć wiele żon lub wielu mężów, ale nie jednocześnie, czyli w tym samym czasie, lecz po kolei.
      W prawie cywilnym wystarczy rozwód. Po rozwodzie mężczyźnie wolno pojąć następną żonę, a jego byłej żonie — kolejnego męża. W prawie kościelnym mężczyźnie wolno pojąć drugą żonę, gdy umrze pierwsza, lub gdy uzyska kanoniczne stwierdzenie nieważności swego pierwszego małżeństwa. Podobnie kobiecie.
      W ten sposób można mieć legalnie w życiu wielu mężów i wiele żon. W związku z tym pojawia się pytanie: Czy my się przypadkiem nie oszukujemy? Czy naprawdę żyjemy w społeczeństwie monogamicznym? Ponoć z badań naukowych wynika, że natura ludzka jest umiarkowanie poligamiczna. Oczywiście, to tylko wierzchołek góry lodowej, zważywszy multum związków nieformalnych w najrozmaitszych konfiguracjach.
      To wszystko nie znaczy, że monogamia nie jest atrakcyjna. Marzymy przecież od najmłodszych lat o jednym partnerze czy jednej partnerce na całe życie.


14.01.2018 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Dlaczego one na niego lecą?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Miała rację. O sprawach sercowych nie było łatwo deliberować, tym niemniej się żachnąłem.
      — Nie picuj. Mów prawdę! Rewelacyjne babki z kosmosu i mało pociągający facet z Ziemi… Cóż to za układ? Jestem aż tak atrakcyjny? Spełniam wasze marzenia? Nie chce się wierzyć!
      Zrobiła wielkie oczy.
      — Uważasz, że łżę? O czym tu mówić? — zdziwiła się, nie spuszczając ze mnie wzroku. — Przecież nie brakuje ci atutów. Potrafisz dostosować się do każdej sytuacji, stawiasz czoło wyzwaniom i nigdy się nie załamujesz — wyjaśniała. — Należysz do wyjątkowych twardzieli. Takich przebojowych mężczyzn rzadko się spotyka, nie są na pęczki. I dlatego stałeś się jednym z nas. Nie dostałbyś nowego ciała, gdyby nasi mentorzy nie uznali, że na nie zasługujesz — perorowała. — Wierz mi, spełniasz nasze marzenia — kurczowo ścisnęła mi rękę. — Uczłowieczone Enbargonki lecą na facetów, którzy sobie radzą w naszym niezwykle złożonym świecie. Ty zaś odnajdujesz się w nim bez trudu, jakbyś się urodził w Galaktyce Andromedy. Wszechświat jest wielki, a my żyjemy na styku różnych ras kosmicznych. — Na chwilę zamilkła. — Z czasem przekonasz się, że jesteś dokładnie taki, jak mówię. Na naszą miarę. I że nie biorę cię pod włos. Mamy prawo szaleć za tobą.
      — Widocznie męczy mnie kompleks niższości, bo ta gadka do mnie nie trafia. Ni w ząb tego nie rozumiem.
      — Możesz, Williamie, mieć trochę racji, bowiem twoje samooceny wykształciły się w niesprzyjających okolicznościach. Życie nie głaskało cię po głowie. Nie potrafisz więc skupić się na posiadanych zaletach. Ale to ci przejdzie. Gwarantuję! Musi upłynąć trochę czasu, byś przestał widzieć siebie w krzywym zwierciadle. Dysponujesz mocą, masz ją w sobie i wcześniej czy później zaczniesz się nią posługiwać!
      Nie należało wiercić jej dziury w brzuchu. Pewnie miała rację. Widziała cnoty tam, gdzie ja wady. Skrzywiłem się i dałem sobie z tym spokój.

22.01.2018 :: 16:20
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Wiosna coraz bliżej


      Zimy ubywa, więc zaczynamy już myśleć o wiośnie. Kiedy nadejdzie? Nie tak szybko. Według meteorologów cieplej ma zrobić się dopiero pod koniec lutego. Słupek rtęci pokaże wtedy od 5 do 10 °C. Prawdziwa wiosna jednak zawita do nas dopiero w drugiej połowie marca.
      Nie pozostaje więc nic innego, jak cierpliwie czekać. I umilać sobie czas przeglądaniem wiosennych kreacji.


01.02.2018 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Cztery pory roku


W SOKiS w Chorzelowie


      Sobota, 3 lutego 2018 r. Jestem w Samorządowym Ośrodku Kultury i Sportu w Chorzelowie na spotkaniu autorskim Joanny Duszkiewicz, która promuje swą drugą powieść, zatytułowaną „Upadek”.
      Podziwiam tę młodą utalentowaną autorkę. Jest pełna uroku, miła i życzliwie nastawiona do otoczenia, bardzo żywa i pełna energii, a co się z tym wiąże — niezwykle operatywna i przedsiębiorcza.

      Więcej na stronie Ośrodka Kultury zobacz »».


03.02.2018 :: 21:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Nowe oblicze Greya


      Jako że lubię kończyć to, co zacząłem, wybrałem się na trzecią część przygód Christiana i Any. Przy okazji muszę się przyznać, że wprawdzie obejrzałem część pierwszą, o czym pisałem na ownlogu w 2015 r. (Pięćdziesiąt twarzy Greya), ale nie widziałem drugiej. Ale chyba dużo nie straciłem. Na początku trzeciej części bohaterowie się pobierają.
      Wychodzi się jednak z kina z niejakim przekonaniem, że to, co dzieje się po ślubie jest wyjątkowo nudne. Ale trudno się temu dziwić, wszak ponoć życie większości żonatych mężczyzn upływa w cichej rozpaczy. Po latach przygód miłosnych muszą wytrwać w związku z jedną kobietą. Mój profesor teologii moralnej na KUL-u żartował, że małżeństwo przypomina wieżę, do której wszyscy chcą się dostać, a gdy już tam się dostaną, próbują z niej się wyrwać. Większość zabawnych historii literackich kończy się na ślubie („I ja tam byłem, miód i wino piłem”) i rzadko kiedy autorzy mają odwagę opisywać dalsze losy bohaterów. Nie należało się więc spodziewać rewelacji, jeśli już poszło się do kina na tę produkcję.
      Zdaniem recenzentów film ratuje wątek kryminalny. Co nie znaczy, że nie ogląda się go z przyjemnością. Wrażenie robi świat bogatych ludzi, których stać na wygodne życie, luksusowe prywatne samoloty i ciekawe podróże.


17.02.2018 :: 09:31
Link | Komentuj (0) | Recenzje filmowe


Promocja „Dygresji”


      Piątek, 16 lutego 2018 r. W Państwowej Szkole Muzycznej w Mielcu odbywa się promocja pierwszego numeru „Dygresji”, rocznika Mieleckiego Towarzystwa Literackiego. W obszernym numerze znalazł się fragment mojej ostatniej powieści „Enbargonki”.

» Edward Guziakiewicz, Enbargonki (fragm. powieści science fiction), Dygresje. Mielecki Rocznik Literacko-Kulturalny, nr 1 (2017), s. 124-129.

      W numerze zamieszczono również recenzję mojej powieści „A jeśli jutra nie będzie”, zatytułowaną „Po wielkim wstrząsie…”, pióra Justyny Żelazo.

» Justyna Żelazo, Po wielkim wstrząsie, Dygresje. Mielecki Rocznik Literacko-Kulturalny, nr 1 (2017), s. 100-101.


18.02.2018 :: 17:30
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Hegemone. Myśląca planeta


      Przyszedł mi do głowy pomysł na nową powieść, względnie mikropowieść SF. Na odległej o 1500 lat świetlnych od Ziemi planecie ląduje statek Demostenes z kolonistami. Główny bohater, Harry Miller, budzi się po hibernacji. Okazuje się jednak, że ta planeta nie jest tak życzliwa ludziom, jak tego się spodziewano. Przybyłych czekają niespodzianki. Utwór jest oparty — m.in. — na motywach kosmogonii tahitańskiej.
      A zaczyna się tak:

      Wracała mi świadomość. Ze stanu głębokiego snu wyrwało mnie ciche pikanie urządzeń, zajmujących ścianę, biegnącą wzdłuż kabin hibernacyjnych. Otworzyłem oczy. Odsunęła się pokrywa osłaniająca leże. Mogłem wstać. Kiedy spałem, aparatura dbała o mięśnie, systematycznie je pobudzając, więc bez wysiłku wydostałem się z hibernatora. Nie musiałem przechodzić żadnego treningu. Stopy zostawiały mokre ślady na posadzce. Sąsiednie kabiny hibernacyjne były jeszcze zamknięte. Dochodzili w nich do siebie Michael, John i Matthew, pokładowi mechanicy i specjaliści od sprzętu na powierzchni. Wszedłem pod prysznic, ginąc w kłębach pary. Potem owiał mnie suchy wiatr, a na koniec moja skóra pokryła się cienką warstwą fluidu regeneracyjnego.
      Migały sygnalizatory. Pojąłem, że stawiano na nogi wszystkich bez wyjątku. Zgodnie z ustaleniami miałem spędzić w hibernatorze sto dwadzieścia lat, podobnie jak inni członkowie załogi Demostenesa, wyjąwszy pełniących dyżury. Jednak dopiero gdy podszedłem do pulpitów kontrolnych, ze zdziwieniem odkryłem, że nie spaliśmy tak długo. Komputer obudził nas już po czterdziestu latach. Dlaczego tak wcześnie? Co się stało?
      Ciekawiło mnie, co zmieniło się w pobliżu naszego kolosa i z zaaferowaniem szukałem ujęć z powierzchni. Popłynęły obrazy. Dawały do myślenia. Dookoła statku znaczyła się ściana świeżo wyrosłej gęstej dżungli. Odrodziła się bez przeszkód i była prawie taka, jak przez naszym przybyciem. Upewniłem się co do poziomu szkodliwego promieniowania. O dziwo, nic nam już nie groziło. Kiedy lądowaliśmy, eksplodowały nasze silniki, a fala uderzeniowa spopieliła całą roślinność w promieniu kilkuset kilometrów. Bujny las przepadł i pozostał po nim jedynie martwy grunt. Nie mogliśmy wyściubić nosa z Demostenesa przez ponad sto lat, jeśli nie chcieliśmy wystawiać się na ryzyko.
      Dopadły mnie wątpliwości. Jakim cudem tak szybko ustąpiło skażenie terenu? Ktoś za nas posprzątał? A może popełniliśmy błąd w obliczeniach? Przypomniało mi się, co zdradził George Wilson, znany z tego, że rzucał co rusz oryginalnymi hipotezami. Nie były to jednak niewydarzone pomysły. Zwykle trafiał w dziesiątkę. Sugerował, że ta planeta posiada myślące jądro. I że jest ono odpowiedzialne za rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Myśląca planeta? Nie spotykaliśmy takich w kosmosie. Tym niemniej zastanawiała mnie jej niezwykła budowa. George zwrócił uwagę na to, że półkula wschodnia i zachodnia są takie same, biorąc pod uwagę linie brzegowe i nawarstwienie terenu, co kłóciło się z prawami natury. Bardzo podobne doliny, rzeki i jeziora, podobne góry. Jedna połówka globu stanowiła nieomal wierne odbicie drugiej.



01.03.2018 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Załoga Demostenesa


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Udałem się do messy, miejsca naszych spotkań towarzyskich. Najlepiej gawędziło się przy kawie i przy koktajlach. Zastałem tam trzy zadumane dziewczyny, Catherine, Emily i Rosemary, usiłujące przegonić resztki snu. Podobnie jak ja świeciły nagością. Nigdy wcześniej nie widziałem tych dziuń bez odzienia i zatkało mi dech z wrażenia. Oślepiały swoją urodą. Mimo tego, że dopiero się przebudziły, wyglądały niezwykle ponętnie. Nadwrażliwość skóry ludzkiej po hibernacji ustępowała po dwóch godzinach i dopiero wtedy mogliśmy wrzucić coś na grzbiet. Jeżeli się wstydziły, to nie chciały tego okazać. Piły specjalny napój odżywczy, by rozruszać żołądek. Wziąłem kubek i też sobie nalałem.
      Genetyczka Catherine była subtelną blondynką. Z pozoru uległa i wiotka, pozostawała na swój sposób nieprzenikniona i tajemnicza. Nie przypominała członka załogi statku kosmicznego. Co taka niewinna i świeża istota robiła w kosmosie? Budząca respekt Emily, pokładowa medyczka, miała ozłocone przez słońce szczuplutkie ciało podchodzące pod delikatny brąz i długie ciemne włosy, które zwykle zawiązywała w kok. Murzynka Rosemary cieszyła oczy czekoladową karnacją skóry. Gęste loczki czarownie układające się wokół jej twarzy, nieco krągłe kształty i rewelacyjnie piękne piersi decydowały o jej atutach. Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości. Zajmowała się ekologią, dobre zajęcie jak każde inne, choć bezsprzecznie znacznie lepiej by jej było w roli modelki.
      Zwróciłem się w ich stronę i wzniosłem toast:
      — Wasze zdrowie! — z trudem wychrypiałem, czując się tak, jakbym miał gardło wypełnione wodorostami.
      Pokładowe dżagi zareagowały życzliwie, choć mogły dać mi do zrozumienia, że nie mam tu czego szukać. Nie trafiłem przecież na plażę dla nudystów. Usiłowałem opanować gonitwę myśli. Nie chciałem wypaść jak szczeniak, który wdarł się do żeńskiej szatni, więc zdecydowałem się pożegnać naguski. Udałem się do mojej kajuty. Nie powinienem był się nikomu pokazywać, dopóki nie mogłem wciągnąć na siebie koszulki i szortów.
      Załoga Demostenesa składała się z dwunastu mężczyzn i z takiej samej ilości kobiet. Nie licząc czterystu kolonistów, uśpionych na niższym poziomie. Nie zorganizowano dla nas na Ziemi obozu integracyjnego i poznaliśmy się dopiero tuż przed odlotem. Nie brano pod uwagę takich rzeczy, bowiem byliśmy ponoć bezkolizyjnie dobrani. Jednak nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Nie mieliśmy okazji. Przeważającą większość czasu spędziliśmy bowiem w hibernatorach. Obudzono nas, gdy Demostenes wyłonił się z nadprzestrzeni, osiągając cel, odległy o półtora tysiąca lat świetlnych. Dotarliśmy do układu solarnego, mającego planetę podobną do Ziemi. Krążyła w ekosferze gwiazdy, żółtego karła, parametrami zbliżonego do naszego Słońca, tętniła życiem i zdawała się na nas czekać. George nazwał ją Hegemone, odwołując się do jednego z maleńkich księżyców Jowisza, noszącego takie miano.
      Jednak dopiero podczas deorbitacji okazało się, że ta planeta nie jest wcale tak gościnna, jak sądzono. Posiadała coś na kształt pola siłowego, które omal nie uniemożliwiło nam lądowania. Nie wykryliśmy wcześniej jego śladów. Doszło do kolizji z napędem Demostenesa i eksplozji głównych silników. Ostatecznie jednak udało nam się osiąść na powierzchni prawie bez szwanku, co graniczyło niemal z cudem i było zasługą dwójki naszych znakomitych pilotów. Napęd należało naprawić, wszakże odłożono to zadanie na później, bowiem wymagało opuszczenia statku.


07.03.2018 :: 13:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


W Encyklopedii Miasta Mielca


      Sobota, 10 marca 2018 r. Odbywa się kolejne spotkanie Mieleckiej Grupy Niezrzeszonych Prozaików. Lektorki czytają biogramy mieleckich literatów z Encyklopedii Miasta Mielca Józefa Witka. Barbara Rdzak prezentuje mój biogram (10 minut nagrania, fragment filmu 6:30-16:50).

Zobacz na Youtube... >

10.03.2018 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Pożegnanie z arcorokiem


      Piątek, 16 marca 2018 r. Jestem w Muzeum Regionalnym w Mielcu na promocji trzeciego tomiku poezji Barbary Augustyn „Pożegnanie z arcorokiem”. Spotkanie uświetnia trio gitarowe Państwowej Szkoły Muzycznej I i II st. im. Mieczysława Karłowicza w Mielcu pod kierunkiem Jadwigi Huber. Wiersze interpretują Anita Róg i Zbigniew Radłowski. Są również prezentowane fraszki i limeryki. Toczy się ciekawa dyskusja. Padają pytania o drogę twórczą autorki.

16.03.2018 :: 22:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Na beczce prochu


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Obsiedliśmy długi stół z błyszczącym blatem w kolorze granatu. Byliśmy w komplecie. Z odrobiną skrywanego wzruszenia lustrowałem wszystkie twarze. Lekko posiwiały dowódca, Adam Cox, nie próbował zagajać, ale od razu oddał głos George’owi. Wilson był jego formalnym zastępcą.
      Sympatyczny blondas podniósł się i zaczął bez zwłoki dzielić się z nami tym, co uznał za ważne. Lubił mówić krótko i zwięźle.
      — O tym, że podejrzanie szybko ustąpiło skażenie terenu, już wiecie. A teraz kolejne sprawy. Przyjrzałem się tarczy ochronnej tej planety. Niestety, po naszym niefortunnym lądowaniu uległa ono wzmocnieniu. Nie jesteśmy więc w stanie opuścić Hegemone. Jeśli naprawimy silniki, będziemy mogli co najwyżej pokrążyć nad jej powierzchnią. Nie przekroczymy wysokości osiemdziesięciu kilometrów. Znaleźliśmy się więc w pułapce i staliśmy się więźniami. Co nie jest wesołe. Owszem, rysuje się pewna możliwość. Musielibyśmy dwukrotnie wzmocnić napęd. I wtedy spróbować. Być może, udałoby się nam przebić przez blokadę. To po pierwsze, a właściwie po drugie. Następna niespodzianka wiąże się z dżunglą wokół Demostenesa. Popatrzcie! — Wyświetlił zdjęcia, wykonane z góry przez drona. — Tropikalny las wrócił, ale w sposób inteligentny. Widać?
      Nasza macierzysta jednostka dumnie spoczywała na środku porosłego trawą idealnego kręgu o średnicy około ośmiuset metrów. Dżungla dochodziła do jego granic i nie posuwała się dalej. Statek był ogromny, a przypominał kształtem krytą łódź pościgową. Miał blisko pół kilometra długości. Opływowe silniki znaczyły się po obu stronach. Wspierał się na trzech potężnych łapach, które częściowo chowały się podczas lotu.
      — I co jeszcze? — George podjął nowy wątek, gdy już się napatrzyliśmy. — Mniej więcej dwadzieścia lat po wylądowaniu, gdy słodko spaliśmy w hibernatorach, złożono nam wizytę. Na drugim poziomie pojawiły się trzy istoty, żywcem przypominające ludzi. Komputer nie rozpoznał nikogo z załogi, więc wszczął cichy alarm. Zablokował ten sektor. Jednak nasi goście zdążyli się wymknąć. Rozmyli się w powietrzu.
      — Ludzie? — zdziwiła się Emily.
      — No, niezupełnie — sprostował George. — Ich oczy jarzyły się na zielono, co było dobrze widać, zważywszy słabe oświetlenie. Jak u zombie.
      Wywołał na ekranie obraz z kamer. Faktycznie, korytarzem posuwały się trzy istoty. Potem znikły.
      — A co ponadto? Odnotowaliśmy ciekawą zmianę na powierzchni. Tutejszy gospodarz, o ile można tak powiedzieć, zbudował dla nas — rzecz kuriozalna — osiedle na brzegu morza. Zafundował nam prezent. To komfortowy ośrodek, niczym pensjonat w tropikach, ulokowany kilkanaście kilometrów stąd. Rodzi się pytanie, czy nie jest on przypadkiem łapką na myszy.
      Kamery drona pokazywały połączone z sobą pawilony, kryte widokową czerwoną dachówką i symulowaną bambusową strzechą. Dookoła rosły palmy, a między nimi znaczyła się urokliwa pływalnia dla tych, którzy nie chcieli się kąpać w morzu.
      — Spróbujcie to sobie w spokoju przemyśleć — zakończył blondas. — Jeżeli komuś przyjdzie coś do głowy, niech zgłosi się do mnie lub do szefa — wskazał głową na dowódcę. I dodał: — Niełatwo to wszystko rozgryźć. Nie wiemy, czy możemy wypuścić kolonistów na powierzchnię. Chodzi o ich bezpieczeństwo. Być może, siedzimy na beczce prochu.


20.03.2018 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


E-booki z fantastyką i nie tylko...


      Na rynek księgarski za pośrednictwem platformy Legimi.com trafiły w wersji elektronicznej moje utwory sf:

• powieść sf „Enbargonki”,
• powieść „Hurysy z katalogu” (dotąd dostępna w wersji papierowej i audio),
• mikropowieść sf „Kasandra”,
• a także książeczka dla starszych dzieci „Przygoda z Rudaskiem”.

Zobacz wydania: >>>


24.03.2018 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Dziewczyna z buszu


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Scena z wynurzającą się z dżungli piękną tubylczą dziewczyną na obcej planecie chodziła za mną od dawna, już nie pamiętam, jakie opowiadanie SF mnie natchnęło...

      Pawilony stykały się ze ścianą tropikalnego lasu, więc kroczyliśmy ostrożnie, bacząc pod nogi. Licho nie spało i należało uważać. Zwłaszcza na ukąszenia niebezpiecznych owadów. Niósł się wilgotny zapach dżungli. Słyszeliśmy krzyk małp. Odzywały się ptaki. Mijaliśmy wysokie drzewa. Lokowały się na ich gałęziach i pniach kwitnące pnącza. Zwisały liany. Niżej ścieliły się paprocie, glony i mchy. Zieleń była świeża, soczysta i bardzo intensywna. Okrążyliśmy cały ośrodek, nie odkrywając niczego, co mogłoby budzić niepokój. Dopiero gdy wróciliśmy, jeden z naszych goryli pojął, że coś przeoczyliśmy. Detektor Briana wykrył na podczerwieni nieodległy żywy obiekt, kryjący się w dżungli.
      Przyglądałem się z niedowierzaniem temu, co wyświetliło się mu na ekranie. Dwunożna istota stała w gąszczu, zapewne skrycie na nas filując. Ktoś nas podglądał jak nic.
      — Zombie? — głośno się zastanowiłem. — Spróbujmy podejść, może nie ucieknie.
      Powoli zbliżyliśmy do ściany lasu, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Domyślałem się, że moi kumple popuszczają ze strachu w gacie. Broń trzymali w pogotowiu, gotowi jej użyć. Gdyby toto, co tam się kryło, nagle wyskoczyło, mielibyśmy się z pyszna. Oczyma wyobraźni widziałem, jak złowroga bestia ginie w krzyżowym ogniu wystrzałów. Laura bojaźliwie została z tyłu, nie chcąc się narażać. Skryła się za moimi plecami.
      Udzielił mi się nastrój niepewności. Nie wytrzymałem nerwowo i krzyknąłem, siląc się na gieroja:
      — Hej, hej! Wyjdź do nas, poczwaro!
      Przez chwilę nic się nie działo. Potem zaszeleściły zarośla i wstrzymaliśmy dech z wrażenia. W gąszczu nie chroniła się zarośnięta człekokształtna małpa, ani żadne inne zwierzę. Dżungla sprawiła nam miłą niespodziankę. Zza zasłony liści wyłoniła się naga dziewczęca postać o ciemniejszej niż nasza pigmentacji skóry, wystarczająco ludzka, byśmy mogli powściągnąć niezdrowe emocje. Nie musieliśmy się jej lękać.
      — Ja cię pierniczę! — wyszeptał George. — To niemożliwe.
      Tajemnicza dżaga pochodziła jak nic z wysp Polinezji. Młodziutka i zgrabna, trochę ustępowała nam wzrostem. Czarne włosy sięgały jej do połowy pleców. Jednak oczy nie zdradzały specjalnej inteligencji. A może mi się tylko tak wydawało. Niepewnie uczyniła kilka kroków i zatrzymała się z dziecięcą ciekawością, gotowa zaraz odwrócić się i uciec. Jej biodra zdobił wąski pasek upleciony z włókien roślinnych. Niczego więcej nie miała na sobie, niczym Ewa w raju, lecz nie przejmowała się brakiem ubioru. Czyżby tu żyło prymitywne plemię, którego dotąd nie udało nam się odkryć?
      Laura nadal chowała się za moimi plecami. Nie była przekonana, że jako kobieta z Ziemi powinna zdobyć się na przyjacielski gest.
      — Masz coś do jedzenia? — cicho zapytałem.
      Sięgnęła do jednej z obszernych kieszeni i bez słowa podała mi tabliczkę słodkiej czekolady. Pokazałem specjał tubylczej młódce, odwinąłem folię i ze smakiem odgryzłem na rogu, klepiąc się z przyjemnością po brzuchu. Taaakie dobre! Po czym zachęcająco wyciągnąłem przysmak w jej stronę.
      — Chcesz gryza? — zawołałem jak dureń. Kompromitowałem się jako poważny agent. Czy tak należało zachowywać się na nieznanej planecie?
      O dziwo, moje demonstracyjne zachowanie odniosło skutek, chociaż nie powinno, a tubylcza piękność dała się skusić. Właściwie odczytała moje intencje. Uznała, że nie znalazła się w jaskini lwa. Z wrodzoną beztroską podeszła, zalotnie kołysząc biodrami i nie przejmując się wycelowaną w nią bronią. Wzięła ode mnie czekoladę. Skosztowała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Trudno, żeby jej nie smakowała. Kto nie lubił czekolady? Nie uciekła, czego mógłbym się spodziewać. „Rany, udało się!” — zachichotał w mojej głowie cichy głosik. — „I co dalej?”
      Tubylcza piękność stała przede mną, jakby na coś jeszcze czekając. Przestąpiła z nogi na nogę. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Króciutką chwilę walczyłem z oczopląsem. Bez żenady prezentowała swe wdzięki, więc jej bliskość sprawiła, że jak sztubakowi zabrakło mi tchu. Z wrażenia bałem się poruszyć. Była cudownie zbudowana, przeurocza i zniewalająca. Obok takiej madonny nie przechodziło się obojętnie.
      Jej ciemne oczy taksowały mnie z niesłabnącą uwagą. Wreszcie uśmiechnęła się i powiedziała coś szybko w języku, którego nie rozumiałem. Czułem, że przecięła niepojęty dla mnie węzeł gordyjski.
      — Do diabła! — syknąłem przez zęby. — Macie tu translator?
      Pokładowy mózgowiec przesłał nagranie na statek i błyskawicznie dostał odpowiedź. Obca dżaga była naprawdę Polinezyjką.
      Oznajmił z niepomiernym zdziwieniem:
      — Powiedziała: „Dobre. Ty mnie wziąć. Ja być twoja!”
      Tyle samo wyczytałem z jej oczu. Poza tym jej gesty nie budziły już wątpliwości. Stała się nagle moją przyjaciółką. Potraktowała mnie jak ziomka i nie zamierzała odejść. Pojąłem, że jakimś cudem dokonałem transakcji. Dostała mi się na własność urodziwa tubylcza dziewka. Za tabliczkę czekolady. Odważyłem się i delikatnie dotknąłem jej zmysłowej twarzy. Przeszył mnie natychmiast dreszcz pożądania.
      George dostrzegł moją niepewną minę.
      — Ciekawe, co powie na to Rosemary! — zażartował.


04.04.2018 :: 19:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Z Włodzimierzem Kłaczyńskim


      Sobota, 7 kwietnia 2018 r. W Cukierni u Borowskiej w Mielcu odbywa się 11. spotkanie literackie Mieleckiej Grupy Niezrzeszonych Prozaików. Tym razem jest prezentowana proza Włodzimierza Kłaczyńskiego. Lektorki czytają fragmenty „Popielca”. Oprawę muzyczną zapewnia ZPiT Chorzelowiacy.

07.04.2018 :: 21:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Starożytni bogowie powracają!


      Na początku kwietnia 2018 r. na rynek księgarski za pośrednictwem platformy Legimi.com trafiła w wersji elektronicznej moja świeżo ukończona mikropowiesć sf „Hegemone. Myśląca planeta”. Utwór liczy sobie ok. 70 ss znorm mpsu.

Zobacz wydania >>

15.04.2018 :: 08:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Porozmawiajmy o ewolucji


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Usiedliśmy na rozgrzanym marmurze. Wyłączyłem translator. Hina i Noa z oddaniem mi asystowały, nie zamierzając nigdzie się oddalać. Wodziły palcami po żyłkach, znaczących się na wypolerowanych płytach, jakby układały się one w tajemniczy szyfr, tylko dla nich zrozumiały.
      — Mów, na co wpadłeś!
      George zaczął wykład.
      — Przecież to oczywiste, że ewolucja organizmów żywych jest czymś wyjątkowym i i niezwykle rzadkim. Jest fenomenem całkowicie niezrozumiałym z punktu widzenia astrofizyki. Dochodzi do niej tylko w nielicznych zakątkach wszechświata. Powstają niewielkie wysepki życia w nieogarnionych przestrzeniach kosmosu. Co jednak wywołuje rozwój organizmów żywych? Skąd bierze się życie? Co napędza ewolucję? Uznano, że odpowiadają za nią nieznane nam, ale inteligentne czynniki, wtórne wobec kosmosu jako całości. Nie wykluczano również tego, że twórcy ewolucji organicznej, biologicznej przybyli do nas z innego, nieznanego nam wymiaru wszechświata…
      — Jasne. Czyli mówimy o bogach.
      — Szukano ukrywającego się demiurga, może arystotelesowskiego pierwszego motoru, który odpowiadałby za rozkwit organizmów żywych na naszym i na innych globach. Pod tym kątem badano podania religijne i mity. Skąd bierze się moc, przekształcająca formy mniej rozwinięte w bardziej zaawansowane?
      — I tahitański bóg Ta’aroa — twoim zdaniem — odpowiada tej koncepcji?
      — Podobnie jak inni starożytni bogowie, stwarzający życie na Ziemi, w tym Bóg z Biblii. Na wyspach Polinezji Ta’aroa występował także pod innymi imionami. — George z zaaferowaniem zatarł ręce. — Dopóki nie znajdziemy lepszego, sensu stricto naukowego wyjaśnienia, powinniśmy się trzymać pierwotnych przekazów. W nich jest coś, nad czym nie wolno nam przechodzić do porządku dziennego. Iskra prawdy. Kosmicznej prawdy. Wskazują one, w jakim kierunku powinny biec nasze badania.
      Pojąłem, do czego zmierza. Innymi słowy, ktoś najpierw założył ogród, czyli stworzył wszechświat, a potem ktoś inny zasadził w nim kwiaty.
      — Sądzisz, że Ta’aroa przeniósł się z Ziemi na tę planetę? I zamienił ją w kraj mlekiem i miodem płynący?
      Wracające z wioski dziewczęta nie pozwoliły mu dokończyć. Oniemiałem, kiedy spojrzałem na ścianę lasu. Ahuone prowadziła nie dwie dżagi, ale ich całą roześmianą gromadkę.
      — O nie! — jęknąłem. — A to będzie!..


19.04.2018 :: 14:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Raptory


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Po posiłku rozstałem się z Rosemary i udałem na platformę ze sprzętem, który miał trafić na powierzchnię globu. Zaciekawiały mnie środki transportu. Spotkałem tam Michaela i Johna. Pracowali od samego rana. Zamierzali testować maszyny do lotów i łaziki na gąsienicach do pokonywania dżungli.
      — Czego szukasz? — ciekawie zapytał Michael. — Pomóc ci w czymś?
      — Chciałbym wziąć skuter powietrzny — powiedziałem. — Marzy mi się, by wybrać się nim do pensjonatu nad brzegiem morza.
      Zaprowadził mnie do niszy, w której stało kilkanaście takich maszyn. Nazywano je raptorami. Miały opływowe kształty, a ich szaro-zielone karoserie cieszyły oczy. Prawdziwe cuda. Niektóre pokryto kolorami maskującymi. Były łatwe w obsłudze, więc mogłem od razu zasiąść za sterami i polecieć. Dzięki finezyjnemu napędowi potrafiły zawisnąć w powietrzu. Przełknąłem z wrażenia ślinę. Miałem już wcześniej do czynienia z takim sprzętem. A poza tym na Ziemi uchodziłem za rajdowca.
      — Do nich są kaski i kombinezony — wyjaśnił Michael. — To ze względów bezpieczeństwa.
      — A jak się stąd wyrwać?
      — Nie otworzę ci luku, nie ma mowy. Na to musisz mieć zgodę Coxa.
      — Też względy bezpieczeństwa? — rzuciłem zawiedziony.
      — I to ty pytasz o takie rzeczy? — z niedowierzaniem pokręcił głową. — Przecież jesteś od pilnowania innych. Ale mogę ci podrzucić jedną maszynę do głównego wejścia. Przed śluzę. Tam już sobie poradzisz. Postawię raptora obok ślizgacza, z którego korzystacie. Wpiszę twój kurs jako próbny.
      Zatarłem ręce z zadowoleniem.
      — Dzięki! Dobry kumpel z ciebie. Jeśli ci to nie przeszkadza, wybrałbym się za pół godziny.
      — Masz szczęście, że wdepnąłeś z rana, bo później będzie urwanie głowy. Swoje robimy, ale to jeszcze nie wszystko. Budzą co poniektórych kolonistów. Postawili na nogi kilku mechaników — zdradził Michael. — Mają zabrać się za naprawę silników.


27.04.2018 :: 18:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Gdzie szukać waszego boga?


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Skuter pruł powietrze i przyglądałem się z góry dżungli, która ciągnęła się aż do brzegu morza. Minąłem biegnącą zakolami urokliwą rzekę. Tu i ówdzie znaczyły się leśne polany. Porosły roślinnością wzgórzysty teren wznosił się i opadał. Ustawiłem wysokość na sześćdziesiąt metrów, mając dzięki temu pewność, że nie będę ścinał wierzchołków drzew. Dotarłem do pensjonatu i lekko posadziłem maszynę przy basenie. Znalazłem się na miejscu. Zdjąłem kask i ciepłe powietrze owiało moją twarz. Następnie pozbyłem się kombinezonu. W szortach i bluzce w kolorze khaki czułem się swobodnie.
      Zapuściłem się do pawilonu. Oszklone drzwi otworzyły się bez przeszkód, zapraszając mnie do środka. Chodziło mi po głowie, żeby jeszcze raz zajrzeć w każdy kąt. Brałem poprawkę na to, że poprzedniego dnia coś przeoczyłem. Jednak i tym razem nie znalazłem niczego, co mogłoby odbiegać od normy. Spodziewałem się, że spotkamy się tutaj z zagadkowym obcym z tej planety. Po cóż innego stworzyłby ten ośrodek? Nie miałem jednak pojęcia, jakie warunki musielibyśmy spełnić, żeby doszło do kosmicznego rendez-vous. Nie wiedziałem, jak go wywołać i zmusić, by zasiadł z nami do stołu rozmów. Cholera, jak on wyglądał?
      Poniosło mnie na plażę. Złoty piasek przesypywał mi się przez palce, dowodząc sobą, że wszystko tu jest najzupełniej realne i podlega prawom fizyki. Zdjąłem bluzkę i szorty. Pozwoliłem napływającym falom omywać mi stopy. Podniosłem wyrzuconą przez morze okazałą muszlę o ślicznych wzorach, skręconą spiralnie wokół swej osi. Nie była uszkodzona. Pomyślałem, że podaruję ją Rosemary. Drobne ryby krążyły pod powierzchnią, a od czasu do czasu pojawiała się większa. Gdybym się przyłożył, mógłbym kilka złowić, a potem upiec na grillu. Byłaby uczta jak się patrzy. Zanurzyłem się po kolana, następnie po pas, a potem popłynąłem crawlem przed siebie, przez przeźroczystą toń oglądając dno. Woda miała lekko słonawy smak. Nie chciałem za bardzo się oddalać. Sto metrów w jedną stronę, sto metrów w drugą. Zawróciłem, kierując się w stronę widocznego ośrodka, dopłynąłem do plaży i ciężko oddychając wydostałem się na brzeg. Założyłem szorty, a bluzkę wziąłem do ręki, przeganiając motyla, który tu dotarł z dżungli.
      O dziwo, polinezyjskie nimfetki wyczuły, że już się pojawiłem. Cała trójka. Miały nosa. Moje vahines, jak nazwałbym je, gdybym był na wyspach Pacyfiku. Kręciły się przy basenie, ciche i dyskretne, czekając aż wyjdę z morza. Oglądały skuter, ale starały się go nie dotykać.
      — Siema! — kłapnąłem na powitanie, gdy do nich podszedłem. Musiałem dać każdej po buziaku, bo wystawiły piękne twarze do pocałunku. Potem wyjąłem translator z bagażnika. Założyłem go sobie na rękę.
      Ulokowałem się obok basenu, a seksowne młódki usiadły przy mnie, gotowe do znudzenia mnie adorować. Emanowały radością i beztroską, a ich pogodny nastrój mi się udzielał. Uszczęśliwiały mnie swoją obecnością i czułem się przy nich jak w raju.
      Postanowiłem wziąć je na spytki. Umiały mówić, a ja miałem ze sobą urządzenie do tłumaczenia, więc uznałem, że czas zabrać się do rzeczy. Chciałem dowiedzieć się od nich tego i owego. Szczególnie o gospodarzach tej niezwykłej planety. Krążyły mi po głowie gotowe pytania.
      — Pragnąłbym odwiedzić waszego boga. Gdzie go mogę spotkać? — rzuciłem z najwyższą powagą. Translator wyszczekał tę kwestię po polinezyjsku. W moim przekonaniu prośba zabrzmiała idiotycznie, tym niemniej młódki wzięły ją za dobrą monetę. Nie dziwiła ich wiara w bogów.
      Przez krótką chwilę wymieniały się uwagami. Wreszcie Hina rzekła odkrywczo:
      — Trzeba pójść do świątyni.
     Moje brwi powędrowały wysoko.
      — A gdzie macie tę świątynię?
      — Jest ukryta w lesie. Na świętej polanie — pokazała ręką bliżej nieokreślony kierunek. — Niedaleko.

02.05.2018 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


W nurcie prozy


      Sobota, 5 maja 2018 r. W Cukierni u Borowskiej w Mielcu odbywa się 12. spotkanie Mieleckiej Grupy Niezrzeszonych Prozaików. Tym razem jest prezentowana twórczość założycielki grupy, Haliny Kozak-Liberadzkiej. Lektorki czytają opowiadanie o młodej tancerce i jej butach, mających magiczne właściwości. Występuje zespół wokalny Senior Show.

05.05.2018 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Sposób na kosmitę


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Informatyk wywołał zbliżenie i naszym oczom ukazały się dwie kule, jedna większa, druga nieco mniejsza, krążące mniej więcej na głębokości połowy promienia planety. Swobodnie poruszały się w obrębie rozgrzanego jądra.
      — Ta’aroa i jego małżonka? — rzekłem, nie wierząc temu, co widzę. — Jednak nie są niewidzialni.
      Można było odnieść wrażenie, że trwa ich taniec godowy.
      — Mają ciała subtelne, mówiąc językiem starożytnych filozofów. Tworzą struktury kumulujące niewyobrażalną wręcz energię. Cały czas szukamy ich słabych punktów. I doszliśmy do wniosku, że Ta’aroa nie tylko myśli, ale i czuje. Jest bytem osobowym. Podobnie jak my. Jeśli nas stworzył, to na swój obraz i podobieństwo. Skoro tęsknił za swoją żoną, to z pewnością świat doznań nie jest mu obcy. I można mu zadać ból. A na pewno zakłócić jego spokój wewnętrzny.
      — Co konkretnie zamierzacie?
      — Na początku było światło — enigmatycznie rzekł dowódca.
      Mój umysł pracował na wysokich obrotach.
      — Laser? — zapytałem. — Przywalicie mu z lasera? Ja cię kręcę!
      — Chcemy pokazać, że jesteśmy groźni i że powinien z nami się liczyć. A przy okazji, jeśli się uda, zmusić go do pertraktacji. Przytaskaliśmy mu żonę, więc coś się nam za to należy.
      Wygłaszali moje poglądy. Jota w jotę myślałem tak samo.
      — Jestem za! — oświadczyłem.
      — Nie wiemy, czy to przyniesie jakiś skutek, ale możemy przecież spróbować. Jeśli się nie uda, odlecimy na Ziemię.
      George wtrącił się, spoglądając na Adama.
      — Skoro Harry kontaktował się z nim telepatycznie, idealnie nadawałby się do roli negocjatora. Przecież ten Ta’aroa jest już prawie jego kumplem — zażartował.
      Cox przytaknął.
      — Biorę pod uwagę taką ewentualność. Chodziłoby nie tylko o to, żeby podwędzić mu tyłek, ale i o to, by przekazać mu nasze warunki. Są dwie opcje. Nasycimy promień laserowy informacją, którą Harry stworzy na fotelu psychotronicznym. Względnie ustanowimy stałe połączenie.
      — Śmiałe plany — zauważyłem z przekąsem.
      Żałowałem, że sam na to nie wpadłem. No, ale przemyślna Rosemary odciągała moją uwagę od wszystkiego, co dotyczyło Hegemone. I jej się to udawało.
      Potem coś mi przyszło do głowy. Spojrzałem na nich podejrzliwie.
      — Zaraz, zaraz, nie uważacie chyba… że jestem jego medium? Kimś w rodzaju proroka?
      — Myśleliśmy o tym całkiem serio — z powagą rzekł Cox. — Coś za dobrze ci szło.
      — O wy świnie! — parsknąłem.
      George się znowu wtrącił.
      — Można było odnieść wrażenie, ze Ta’aroa umiejętnie cię naprowadza. Zawsze trafiałeś w dziesiątkę. Przyszło mi to do głowy, kiedy bezbłędnie poradziłeś sobie z dzikuską Hiną, gdy pierwszy raz wyszła z buszu. Żaden z nas tak sprawnie by tego nie rozegrał. Ten numer z czekoladą był rewelacyjny.
      — Diabła tam — warknąłem. — Przecież mam duże doświadczenie. Inaczej nie zostałbym obserwatorem.
      — Stanęło na tym — zakończył Adam — że ten kosmita zwrócił na ciebie uwagę. Dlaczego więc nie możemy teraz tego wykorzystać? (...)

      Adam z zaciekawieniem przeglądał nagranie psychotroniczne. Moje przesłanie do Ta’aroy i jego żony było gotowe. Nikt mi nie sterczał nad głową i podpowiadał, co ma się w nim znaleźć, więc uznałem, że mam wolną rękę. Postanowiłem zaimprowizować. Co tu dużo mówić, trochę zaszalałem. Zrezygnowałem z zapowiadanego ataku na kosmitę. Wywnioskowałem, że należy raczej paść mu do stóp. Na wojnę zawsze był czas.
      — Jak to? Obiecujesz, że będziemy budować kamienne świątynie i oddawać mu cześć? Kult boga Ta’aroy i jego czcigodnej małżonki na całej Hegemone? I te szczytne tytuły… Jak to leci? „O ty, wielki demiurgu, boski architekcie, budowniczy świata, wieczny umyśle, stwórco i nasz ojcze!”
      George zachichotał. Bawiły go moje nieprzykładne popisy. Potrafiłem przeskoczyć samego siebie.
      Wzruszyłem ramionami.
      — Musiałem posłużyć się pochlebstwem — broniłem się. — Starożytni bogowie na Ziemi oczekiwali uznania. Należało składać im ofiary. Błagać ich o sprzyjającą pogodę i udane zbiory. Dziękować za życzliwość i błogosławieństwo. Jeśli rzeczywiście nas stworzył, powinniśmy okazywać mu wdzięczność. Dawać do zrozumienia, że wiemy, gdzie jest nasze miejsce…
      — Dobrze — Adam usiadł za sterami. — Zatem zaczynamy.
      Wcisnął czerwony przycisk. Na wszystkich pokładach rozległ się sygnał alertu. Musieliśmy być gotowi, by dać nogi za pas, gdyby Ta’aroa się wkurzył.
      Obaj piloci zasiedli za sterami.
      — Laser, odpalam! — rzucił Dawid.
      Precyzyjnie ustawione działko plunęło strumieniem energii. Spolaryzowana wiązka światła przebiła powłokę planety i dotarła do jej jądra. Trafiła w większą kulę i zatrzymała się na niej, nie biegnąc już dalej. Cel lekko się ugiął, a potem wrócił do pierwotnej postaci.
      Siedzieliśmy jak na szpilkach, nie wiedząc, jak zareaguje sprowokowany kosmita. Ile to mogło trwać? Godzinę, dwie? Całą dobę?


14.05.2018 :: 09:34
Link | Komentuj (0) | Hegemone


05.06.2018 :: 13:38
Link | Komentuj (0) | Główna


Światowy Zjazd Absolwentów KUL


      W Lublinie w dniach 8-9 czerwca 2018 r. trwał Światowy Zjazd Absolwentów KUL. W jego ramach przewidziano sporo atrakcji. Wprawdzie nie wybrałem się na te obchody, połączone ze świętowaniem stulecia istnienia KUL, tym niemniej byłem myślami przy tym, co tam się działo. Studiowałem przecież na tej uczelni w latach 1971-1980.
      W późniejszym okresie byłem aktywny jako dziennikarz, jednak ostatecznie wciągnęła mnie inna dziedzina. Spełniłem się jako prozaik. Napisałem osiem powieści, nie licząc mniejszych form, mikropowieści (nowel) i opowiadań. Spod mego pióra wyszło w sumie około trzydziestu książek.

10.06.2018 :: 12:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Z przymrużeniem oka


      Od czasu do czasu ktoś mnie namawia, żebym napisał powieść obyczajową. Nie ciągnie mnie do takiej prozy, nie inspirują mnie życiowe dramaty, tym niemniej chodzi mi po głowie coś na kształt pierwszych fraz takiego utworu. Zaczynałby się tak w największym skrócie:

      Maria prowadziła samochód, rozmawiała przez komórkę i poprawiała sobie makijaż. I nagle poczuła silny wstrząs. Przeraźliwie zgrzytnęło, szarpnęło jej ciałem, a poduszka powietrzna rozmazała kredkę do warg po jej twarzy. Nie miała zapiętych pasów. Gdy ocknęła się w szpitalu odkryła, że jej ręce i nogi toną w gipsie. Los dotąd jej sprzyjał, więc nie rozumiała, dlaczego ją to spotkało. Czyżby winnym jej pecha był czarny kot, który przeciął jej drogę poprzedniego dnia? Mogła wtedy zawrócić.

      PS. Jednak nie wierzę, że utrzymałbym się w konwencji powieści obyczajowej. Na kolejnych stronach z pewnością by się okazało, że macza we wszystkim palce jakiś kosmita...

13.06.2018 :: 14:43
Link | Komentuj (0) | Główna


Krakowska Noc Poezji


      W Krakowie, magicznym mieście poetów, w Klubie Dziennikarzy Pod Gruszką dnia 30 czerwca 2018 r. miała miejsce promocja 46. Almanachu Krakowskiego Oddziału ZLP. Były też w nim prezentowane wiersze nielicznych zaproszonych gości z trzech innych oddziałów, m.in. z rzeszowskiego. Z tej racji znalazły się w nim moje dwa utwory.

28.06.2018 :: 22:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Nowy serwis responsywny


Edward Guziakiewicz, Enbargonki | powieść sf

      Enbargoni są dominującą inteligentną rasą, wchodzącą w tajne układy handlowe z wybranymi koncernami Układu Słonecznego. Podsuwają skrycie korporacjom nowe technologie, ukrywając jednocześnie swe istnienie przed ogółem mieszkańców Ziemi. Zamierzają wszakże uczynić kolejny ważny krok na polu z pozoru bezinteresownej współpracy i aż ciarki przechodzą, gdy sobie uzmysłowić, jaki…

Szablon z serwisu:  Gridgum MarketPlace


02.07.2018 :: 10:12
Link | Komentuj (0) | Główna


Kolejne publikacje


» Uśmiech wiosny, Święcone, Pójdziemy na pływalnię (fragmenty książeczki „Radosny świat Mireczki”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 99 (2018), s. 70-72.

      Książeczkę „Radosny świat Mireczki” w twardych okładkach, bogato ilustrowaną przez Annę Tomaszek-Walczak, można jeszcze nabyć w Wydawnictwie Dreams i w księgarniach internetowych. Polecam!


11.07.2018 :: 12:25
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Nowa witryna internetowa


      Zapraszam na moją zaktualizowaną główną stronę, mieszczącą się pod adresem internetowym guziakiewicz.pl. Szablon responsywny. Biogram, książki, serwisy www, bibliografia, aktualności, nowości.

Szablon z serwisu:  w3layouts.com


29.07.2018 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Główna


Letnie prace


      Upały sprzyjają lenistwu, tym niemniej się nie poddaję i od czasu do czasu zaglądam do mego archiwum. M.in. rozbudowuję ebooka „Zmartwychwstanie umarłych. Klucz antropologiczny” (wydanego w 2012 r.). Wciągają mnie podjęte w tym opracowaniu tematy i chętnie do nich wracam. Skupiłem się ostatnio na zagadnieniu wpływów greckich w Biblii. To barwna epoka, obejmująca okres od śmierci Aleksandra Wielkiego po podboje rzymskie. Przybyło publikacji na ten temat w języku polskim i czyta się je z przyjemnością. W efekcie moje opracowanie naukowe urosło do 120 ss znorm mpsu. Poszerzyła się bibliografia i obejmuje ok. 220 pozycji.
      Tempo wolne. Wiadomo, brak finansowania.
      Na marginesie dwie ciekawostki. Herod Wielki, król Judei, którego państwo prócz Palestyny obejmowało również szereg dalszych terytoriów, wcale nie był Żydem, o czym już kiedyś pisałem na ownlogu. Jego ojcem był Idumejczyk, a matką Nabatejka (Arabka). I pytanie godne teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Jakiej narodowości była Kleopatra, ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu? Była Egipcjanką? Greczynką? Nie. Przypisuje się jej mieszane pochodzenie, po ojcu macedońskie i po matce afrykańskie. Rzadko kiedy się nad takimi sprawami zastanawiamy.
      Ale wróćmy do rzeczy. Interesowałem się zagadnieniem wpływu myśli greckiej na eschatologię późnych ksiąg Starego Testamentu. To trzy tematy: zmartwychwstanie ciał, nieśmiertelność duszy i świat podziemny. Do jakich wniosków doszedłem pod wpływem lektur naukowych? Czy ten wpływ był możliwy?
      W największym skrócie: (1) Grecy nie uczyli o zmartwychwstaniu śmiertelnych, więc pod tym względem nie mieli jak wpływać na Żydów. (2) O nieśmiertelności duszy ludzkiej uczyli orficy i pitagorejczycy, ale ich poglądy były pochodną wiary w reinkarnację, zupełnie nie do przyjęcia dla Żydów. Oczywiście, te poglądy miały sporą siłę nośną, bowiem rozchodziły się za pośrednictwem misteriów, popularnych wśród Greków, jednak Żydzi w greckich misteriach raczej nie uczestniczyli (mieli przecież swoją religię). (3) Jedyne, co wydało mi się godne uwagi, to podobieństwo biblijnego szeolu do mitologicznego Hadesu. To podobieństwo bezsprzecznie miało wzięcie. Wypada podkreślić, że w przekładzie Septuaginty hebrajskie słowo „szeol” tłumacze oddawali najczęściej greckim słowem „hades”. Jest ono tam użyte 60 razy. Występuje również w księgach Nowego Testamentu (11 razy). Świat podziemny był znany w większości ówczesnych religii Wschodu.
      A Platon? Twórca Akademii przejął poglądy orfików i pitagorejczyków na nieśmiertelną duszę, choć bezsprzecznie interesująco je zmodyfikował. Kuriozalna była jego próba połączenia nauki o niej z wiarą w Hades. Otóż ucząc o reinkarnacji, wzmiankował, że dusza po śmierci pozostaje przez tysiąc lat w krainie podziemnej, a dopiero potem powtórnie się wciela.
      Jego wywody na temat duszy ludzkiej nie miały jednak podówczas takiej siły nośnej jak wywody orfików i pitagorejczyków, bo nie były powiązane z misteriami. Jak wiadomo Grecy uczestniczyli w misteriach orfickich, pitagorejskich, eleuzyńskich, dionizyjskich i innych, ale nie w platońskich, bo takich nie było. Na Platona boczyli się jeszcze pierwsi apologeci chrześcijańscy. Tertulian (przełom II i III wieku n.e.) zdecydowanie się rozprawiał z jego poglądami na temat preegzystencji, reinkarnacji i wędrówki dusz. Odrzucał też pogląd twórcy Akademii, że do kolejnego wcielenia nieśmiertelnej duszy dochodzi po jej tysiącletnim pobycie w Hadesie. Jeśli chodzi o Tertuliana, polecam tekst: Filipowicz A. M., Chrześcijaństwo a reinkarnacja i metempsychoza w świetle polemiki Tertuliana z Platonem, Vox Patrum, 30 (2010) T. 55, s. 189-212.

07.08.2018 :: 10:20
Link | Komentuj (0) | Publikacje


The Meg


      Wybrałem się do kina na „The Meg”, podpadający pod fantastykę film wyreżyserowany przez Jona Turteltauba, a zachęciło mnie to, że grał w nim zgorzkniały twardziel Jason Statham, mój ulubiony aktor, znany z „Transportera” czy „Szybkich i wściekłych”. Tu występował jako nurek ratunkowy. Jednak to nie on był głównym bohaterem tej produkcji, ale gigantyczny prehistoryczny rekin, największa ze znanych ryb drapieżnych, megalodon, który dziwnym trafem się zachował w Rowie Mariańskim na dnie Pacyfiku. Ten ze „Szczęk” nie umywał się do niego.
      Dwudziestopięciometrowy rekin wydobywa się na powierzchnię i rozrabia. Oczywiście, dzielna ekipa śmiałków dobiera mu się do skóry. Atutem filmu jest duża ilość scen wodnych. Bohaterzy filmu penetrują dno Rowu Mariańskiego, schodząc do głębokości 11 kilometrów, co na widzach musi robić wrażenie.
      Nie nudziłem się, co niekiedy zdarza mi się w kinie, bowiem akcja toczyła się wartko i bez przerwy coś się działo.
      Oczywiście, filmowa fikcja wymagała, żeby na to i owo przymknąć oczy. Megalodon, gdyby taki naprawdę istniał, nie mógłby wydostać się z dna oceanu na powierzchnię, ponieważ ciśnienie wewnętrze, na dole tysiąc razy większe niż przy poziomie morza, rozerwałoby go na strzępy. Ale co tam prawa fizyki, kiedy człowiek szuka rozrywki…


24.08.2018 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Recenzje filmowe