EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







W zimowej atmosferze


      Sobota, 5 stycznia 2019 r. Zbierająca się w Cukierni u Borowskiej przy Al. Niepodległości 5 Mielecka Grupa Niezrzeszonych Prozaików rozpoczyna nowy rok swojej działalności. Spotkanie jest poświęcone młodemu mieleckiemu prozaikowi, poecie i reportażyście Piotrowi Durakowi. Lektorki czytają fragmenty jego powieści „Ostatni rok”. Występują zespoły Senior Show oraz Duo Relax i Marek Utracki.
      Po oficjalnym spotkaniu toczy się dyskusja na temat planów wydawniczych MGNP.

Relacja na Youtube


05.01.2019 :: 21:00
Link |  | Imprezy kulturalne


Opłatek literacki


      Sobota, 12 stycznia 2019 r. Jestem na opłatku literackim ZLP w Osiedlowym Domu Kultury „Tysiąclecie” w Rzeszowie przy ul. Kochanowskiego. Z Mielca są ze mną dwaj inni członkowie ZLP, Zbigniew Michalski i Andrzej Talarek. Są reprezentowane grupy literackie z Podkarpacia.
      Opłatek ubarwia swymi występami kapela ludowa z Niebylca kierowana przez Wiktora Bochenka. Dzielimy się opłatkiem, czytamy wiersze. Program jest bogaty, więc spotkanie trwa prawie trzy godziny.

12.01.2019 :: 20:30
Link |  | Imprezy kulturalne


Z prac nad „Hegemone”


      Wróciłem późną jesienią do mikropowieści „Hegemone”, którą napisałem w pierwszej połowie 2018 roku. Ściśle biorąc w marcu, bo utwór powstał bardzo szybko, dosłownie w ciągu miesiąca. Uznałem, że to i owo należy poprawić. W efekcie przybyło ze 20 stron znormalizowanego maszynopisu. I taka pełniejsza wersja jest obecnie dostępna.
      Ustami bohaterów forsuję tezę, że za ewolucję organiczną na Ziemi i na Hegemone odpowiada genialny przybysz z innego wymiaru kosmosu. Oczywiście, to czysta fantazja, fikcja literacka, a nie prawda naukowa.

hegemone.guziakiewicz.vxm.pl
e.hegemone.guziakiewicz.vxm.pl


21.01.2019 :: 09:48
Link |  | Hegemone


W centrum Wszechświata


      W związku z mikropowieścią „Hegemone” nasuwają mi się pewne uwagi, dotyczące ewolucji. Ale po kolei. W starożytności uważano, że Ziemia znajduje się w centrum Wszechświata, a wszystkie ciała niebieskie, Słońce, Księżyc i gwiazdy krążą wokół niej. Później jednak nauka rozprawiła się z geocentryzmem i antropocentryzmem. Obiegająca Słońce Ziemia „powędrowała” na dalekie peryferia Galaktyki Drogi Mlecznej. Tym samym człowiek utracił swą wyjątkową pozycję w kosmosie, zredukowany do roli niewiele znaczącej mrówki w mroźnych pustkach Wszechświata. Czy jednak naprawdę rozprawiono się z geocentryzmem?
      Przyjrzyjmy się zjawisku ewolucji organicznej. Otóż nie do końca jest ona składową materialnego świata. „Ewolucja świata organicznego nie jest naturalną kontynuacją ewolucji świata fizycznego — tłumaczy George Wilson w „Hegemone”. — To całkowicie odmienny proces, nie dający się wytłumaczyć budową materii. Jedno z drugiego nijak nie wynika. Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że martwe pierwiastki muszą się zamienić w coś żywego. Organizmy żywe pojawiają się tylko w nielicznych punktach wszechświata, a przykładem jest nasza Ziemia. Tworzą się niewielkie wysepki życia w nieogarnionych przestrzeniach martwego kosmosu. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co!”
      Z racji ewolucji biologicznej Ziemia jest nadal w centrum Wszechświata. Jest absolutnie wyjątkowa z powodu swej przyrody. Nie udało nam się bowiem dotąd odkryć w kosmosie planety, na której powtórzyłyby się znane nam i wręcz nieokiełznane procesy rozwoju organizmów żywych i rozwoju świadomości. To fenomen, przed którym cały kosmos musi paść na kolana.
      Oczywiście, można zbagatelizować ten punkt widzenia. I uznać, że życie organiczne jest tylko szkodliwą pleśnią, chorobową naroślą, szkodzącą matematycznemu pięknu Wszechświata.

***


      Co nie znaczy, że cenimy ten skarb, jakim jest przyroda i że potrafimy uszanować wyjątkowość Ziemi. „Jak pięknie by mogło być, Ziemia jest wielką Jabłonią — śpiewa Halina Frąckowiak. — Starczy owoców, wystarczy cienia, Dla tych, co pod nią się schronią. (…) Wśród krwi, pożogi toczy się gra, Codziennie jest Sąd Ostateczny, Tu mądrość świata na nic się zda, Musimy znów stać się dziećmi.” (tekst Jonasza Kofty)


29.01.2019 :: 13:06
Link |  | Hegemone


W Łojczykówce


      Sobota, 2 lutego 2019 r. W siedzibie Mieleckiego Towarzystwa Literackiego odbywa się promocja drugiego numeru „Dygresji”, rocznika literacko-kulturalnego. Sala pełna. Są prezentowane utwory z tego tomu. Fragment mojej mikropowieści „Hegemone. Myśląca planeta” czyta Janusz Pacholec.


03.02.2019 :: 08:30
Link |  | Imprezy kulturalne


Szlifowanie tekstu


      Praca nad tekstem wymaga stosowania różnych metod, a obejmuje m.in. dodawanie drobnych uzupełnień. A oto ostatnio wklejone do „Hegemone”:

• Były hojnie obdarzone przez naturę i oślepiały swoją urodą.
• Jeżeli się wstydziły, to nie chciały tego okazać.
• Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości.
• Na razie nie goniły mnie wspomnienia.
• Oczywiście, nie spodziewano się cudów i zdarzało się, że brała górę niezgodność charakterów.
• Omijałem ją szerokim łukiem, świadomy tego, że na pewno jej nie dostanę. Za wysokie progi.
• Nadeszła wiekopomna chwila!
• Przyfrunęła do mnie jak na skrzydłach i ze szczęściem na twarzy położyła mi dłoń na ramieniu.
• Nie spodziewałem się takiego daru losu.
• Ujmująco ekscentryczny o nieco arystokratycznych manierach.
• Pilot zboczył z trasy, wyświetlającej się na ekranie i zafundował nam lot widokowy nad powierzchnią morza.
• Posłuchała brzuchomówcy.
• Pojąłem, że następnym razem muszę mieć ze sobą podręczny translator. Były takie w magazynach z figlarnym hasłem reklamowym „Z nami żaden język nie jest obcy”.
• Urocze dzikuski rozkołysały moje serce.
• Nie mogłem wyrwać się z jej objęć.
• W dzień powściągliwa i kryjąca swój ognisty temperament pod maską opanowania i chłodu, w nocy zamieniała się w prawdziwą terrorystkę.
• — Nie pękaj! Przecież jesteśmy po twojej stronie — George usiłował mnie uspokoić.

I tak dalej...

09.02.2019 :: 10:04
Link |  | Główna


Recepta na zdradę małżeńską


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      — Byliśmy dziś na powierzchni — zauważyłem.
      — Wiem. Mam nadzieję, że nie zgrywałeś chojraka i przeszedłeś przez śluzę? I przez kabinę dezynfekcyjną?
      — Jak najbardziej — stuliłem uszy. — Emily nas przebadała.
      — To dobrze. Podobno odkryliście tubylcze plemię?
      Pojąłem, że w tym małym światku nie da się ukryć niczego. Postanowiłem więc zagrać w otwarte karty.
      — Trafiliśmy na wioskę amazonek, same młodziutkie kobiety. Jedna przykleiła się do mnie…
      Rosemary zlustrowała mnie z uwagą. W jej cudnych oczach zamigotał lęk. Nie dodałem, że szczenięca bogini z buszu wstrząsnęła całym moim światem i że omal nie straciłem dla niej głowy, bo nie chciałem posuwać się za daleko w swych żałosnych wyznaniach.
      Moja żona nie była nierozgarnięta i w mig się połapała, co się święci.
      — No, nie! Mówisz serio? Chyba mnie nie zdradzisz? A może już to zrobiłeś, misiaczku? I to tuż po nocy poślubnej? Ładnie to tak?
      — Nie obawiaj się, do niczego nie doszło — skwapliwie zapewniłem. — Jednak nie mamy wpływu na ich ryty i zwyczaje. Te suczki są jak młódki z Tahiti, z czasów, kiedy docierali tam pierwsi biali żeglarze, niepohamowane i gotowe na wszystko. Trudno przewidzieć, co się jeszcze stanie.
      Ciężko westchnęła. Podano drugie danie. Oferowano ziemniaki purée z kotletami drobiowymi i sałatką. Wertowała nadal ten śliski temat.
      — Muszę sprawdzić, co mam w instrukcji — smętnie rzekła. — Bo podobno podpisałam, że zgadzam się na zdradę małżeńską. Pod warunkiem, że będzie ona służyć dobru misji.
      Zbladłem z wrażenia. Uczepiłem się tej myśli jak tonący brzytwy. Czyżby Rosemary znalazła wyjście z impasu?
      — Ja też podpisywałem coś takiego? Cholera, lepiej tego nie czytać — obłudnie wymamrotałem.
      Usiłowała się opanować. Nie mogła okazywać słabości, to nie leżało w jej naturze. Strzeliła wzrokiem na obie strony. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami i nikogo nie obchodziło, co dzieje się z naszym małżeństwem, które nagle znalazło się na krawędzi.
      — Spoko, Harry, na pewno nie będę urządzać ci awantur — zaznaczyła. Trzymała fason i była gotowa do miłosnych poświęceń. — Nie będę cię dręczyć, ani ci tego wypominać. Nie cierpię zatargów i scysji. Są poniżające. Jesteśmy przecież cywilizowanymi ludźmi. Jednak dobrze, że mnie ostrzegłeś, kochany, nie zniosłabym śmiechu za plecami — z samozaparciem dokończyła.
      Przeszło mi przez myśl, że moja Rosemary ma zadatki na idealną żonę, wyrozumiałą i umiejącą przymknąć oczy na nieobliczalne wyskoki męża. Nie znałem jej jeszcze od tej strony. W ogóle słabo ją znałem.
      — Jesteś rewelacyjna i nie przeskoczy cię żadna nimfa, ani stąd, ani stamtąd — solennie zapewniłem. — Nie ma piękniejszej i mądrzejszej kobiety na Demostenesie — uderzyłem w wysokie tony.
      — Wiem. — Przyjęła to za dobrą monetę. Była najpiękniejsza i najmądrzejsza. — I pamiętaj, że też mi na tobie bardzo zależy. Nie zamierzam zamieniać cię na innego faceta. Tak czy siak, Harry, dobrze robisz, że grasz w otwarte karty. Nie powinno nas nic dzielić — wyznała.
      Nie byłem jednak do końca szczery. Pojąłem, że chcę mieć i seksowną Rosemary, i zjawiskową turkawkę z buszu. Dłubałem widelcem w talerzu. Czy dawało się to pogodzić? Walczyłem z pokusą. Prawdę mówiąc, wcale z nią nie walczyłem, jakby mój wybór był od dawna przesądzony. Co się za tym wszystkim kryło?


21.02.2019 :: 10:54
Link |  | Hegemone


Z zieloną kłódką


      Prawie wszystkie moje strony internetowe są zabezpieczone certyfikatem Let's Encrypt, zatem mają adresy zaczynające się od https. Symbolem takich stron jest niewielka zielona kłódka, dotąd kojarząca się z witrynami banków czy dużych sklepów internetowych. Powszechne szyfrowanie połączeń to nowy światowy trend, wspierany przez Google.

Zobacz:
https://guziakiewicz.pl
https://guziakiewicz.vxm.pl
i inne.

01.03.2019 :: 20:00
Link |  | Główna


20. spotkanie literackie


      Sobota, 2 marca 2019 r. Jestem na 20. spotkaniu Mieleckiej Grupy Niezrzeszonych Prozaików. Tym razem w Cukierni u Borowskiej w Mielcu jest promowana wydana drukiem debiutancka mikropowieść „Dziennik porywacza gwiazd” piętnastoletniej Łucji Polewskiej. Zaskakuje dojrzałość twórcza tak młodej autorki. Zapowiada ona kolejną część tego utworu.
      Magdalena Betleja, reżyser w SCK w Mielcu, przypomina o moim dramacie „Szukanie Boga”, który ma być wkrótce wystawiony. Premierę przewidziano na 29 maja. Już teraz zapraszam do Domu Kultury wszystkich chętnych obejrzenia spektaklu!

Relacja na Youtube
W Tygodniku KORSO

03.03.2019 :: 08:58
Link |  | Imprezy kulturalne


W Łojczykówce


      Sobota, 9 marca 2019 r. Jestem na spotkaniu Mieleckiego Towarzystwa Literackiego. Bohaterem wieczoru autorskiego jest Stefan M. Żarów, promujący tomik poezji „Kurtyna kolorowych szkieł”. Autor ciekawie opowiada o swej drodze twórczej, a jego wiersze czytają Barbara Augustyn i Anita Róg. Toczy się ożywiona dyskusja. Spotkanie ubarwia występ duetu gitarowego PSM im. M. Karłowicza w Mielcu.

10.03.2019 :: 08:23
Link |  | Imprezy kulturalne


Walne w Rzeszowie


      Sobota, 23 marca 2019 r. Jestem na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym Związku Literatów Polskich Oddziału w Rzeszowie. Wybierane są nowe władze na kolejną czteroletnią kadencję. Prezesem zostaje Mirosław Welz z Iwonicza-Zdroju. Moi dwaj koledzy z Mielca też trafiają do władz: Zbigniew Michalski — do zarządu (skarbnik) i Andrzej Talarek — do sądu koleżeńskiego.

24.03.2019 :: 08:04
Link |  | Imprezy kulturalne


21. spotkanie literackie


      W sobotę 6 kwietnia 2019 r. w Cukierni u Borowskiej odbyło się kolejne spotkanie mieleckich prozaików. Było poświęcone najnowszej powieści fantasy Katarzyny Łysoń, noszącej tytuł „Tajemnica Księgi”. O talencie młodziutkiej mieleckiej autorki już pisałem przy okazji promocji „Tęczowego Kryształu”. Świetny styl i doskonale opanowany warsztat prozatorski.

07.04.2019 :: 09:23
Link |  | Imprezy kulturalne


„Szukanie Boga” w SCK w Mielcu


     Spektakl „Szukanie Boga” w wykonaniu grupy teatralnej „Antrakt” Domu Kultury SCK — 29 maja, godz. 18.00.
     Bilety w cenie 12 zł do nabycia w kasie kina Galaktyka (dni robocze od godziny 12.00, w soboty i niedziele — godzinę przed seansem kinowym, w środy — kasa nieczynna).

* * *


     Spektakl „Szukanie Boga” przygotowała Magdalena Betleja wraz z młodzieżą z grupy teatralnej „Antrakt”. Spektakl powstał w oparciu o dramat pod tym samym tytułem, którego autorem jest mielecki pisarz Edward Guziakiewicz. Sztuka opowiada o problemach młodych ludzi, ich relacjach — przyjaźni, pierwszym uczuciu… Jednym z ważnych pytań, jakie sobie zadają jest też to o sens wiary.


04.05.2019 :: 08:13
Link |  | Imprezy kulturalne


George nazwał ją Hegemone...


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Dotarliśmy do układu solarnego, mającego planetę podobną do Ziemi. Krążyła w ekosferze gwiazdy, żółtego karła, parametrami zbliżonego do naszego Słońca, tętniła życiem i zdawała się na nas czekać. George nazwał ją Hegemone, odwołując się do jednego z maleńkich księżyców Jowisza, noszącego takie miano, ale i tym samym do mitologii greckiej.
      Księżyc ochrzczono imieniem jednej z Charyt, córek Zeusa. Greckie Charyty, a rzymskie Gracje były boginiami wdzięku i radości. Przepadały za zabawą, muzyką i tańcem. Patronowały sztukom pięknym i rękodziełu. Ile ich było? Trudno dociec. Ateńczycy czcili Hegemone, więc lądując tutaj mogliśmy poniekąd pójść ich śladami. Oczywiście, to wszystko pół żartem, pół serio. Bo przecież nie mitologia decydowała o tym, że parliśmy w gwiazdy i szukali globów do zasiedlenia.

20.05.2019 :: 08:27
Link |  | Hegemone


„Szukanie Boga” Edwarda Guziakiewicza w SCK w Mielcu


Fotki z premiery: hej.mielec.pl

30.05.2019 :: 09:19
Link |  | Imprezy kulturalne


Kolejne e-booki


      Na rynek księgarski trafiły moje kolejne tytuły, dotąd dostępne w wersji on-line (html). Książki są do nabycia w formatach PDF, ePUB i Mobi. Są to:
• Wakacje w Izraelu
• RANDKA i inne opowiadania
• Savoir-vivre nastolatka
• Szukanie Boga
• Afrodyta
• Z oazą na ty

      Zobacz w księgarni PDF • EPUB • MOBI


04.06.2019 :: 10:48
Link |  | Publikacje


Finał konkursu dla prozaików


      Sobota, 15 czerwca 2019 r. W Dworku Oborskich w Mielcu trwa finał I Powiatowego Konkursu 2019 pt. „Różnorodność tematyczna twórczości mieleckich prozaików”. Konkurs ogłoszony przez Mielecką Grupę Niezrzeszonych Prozaików, odbywa się pod patronatem Rzeszowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, a jury przewodniczy Mirosław Welz, prezes ZLP O/Rzeszów. W głównej kategorii, czyli za wyjątkową wartość literacką konkursowej książki, otrzymuję nagrodę („Randka i inne opowiadania”) wraz z Joanną Duszkiewicz („Upadek”) i Łucją Polewską („Dziennik porywacza gwiazd”). Mirosław Welz bardzo wysoko ocenia prozę tych finalistów.
      Omawiając werdykt Mirosław Welz powiedział: „Pierwsza pozycja nie wymaga szczegółowego uzasadnienia, bo kolega Edward Guziakiewicz jest wybitnym prozaikiem, jednym z najlepszych na Podkarpaciu i wszystkie jego książki prozatorskie to dojrzała, wykwintna, świetna proza”.
      Książki są też nagradzane w innych kategoriach: za najciekawszą historię romantyczną, za najlepszy utwór z happy endem, za najlepszy utwór oparty na faktach autentycznych, za oryginalny język, za najlepszy utwór fantasy.
      Spotkanie przygotowała z ogromnym poświęceniem Halina Liberadzka-Kozak, za co należą się jej słowa uznania.

Relacja z rozdania nagród na Youtube

16.06.2019 :: 10:58
Link |  | Imprezy kulturalne


Star Trek: Enterprise


      Oglądam serial „Star Trek: Enterprise”. Jest obecnie emitowany w Polsce przez telewizję AXN na kanale Sci-Fi. Serial składa się z 98 odcinków ułożonych w cztery sezony, a powstał w latach 2001-2005. Główni bohaterowie to Jonathan Archer, kapitan Enterprise NX-01 (Scott Bakula) i pierwszy oficer T’Pol (Jolene Blalock). T’Pol jest wolkańskim oficerem płci żeńskiej przydzielonym do ziemskiej załogi. Choć ma wolkańskie uszy trolla jest bardzo urocza, tajemnicza i nie pozbawiona seksapilu. Ma w sobie coś z modelki. Przyciąga uwagę i bez niej serial nie byłby tym, czym jest. Sympatyczny jest również lekarz pokładowy doktor Phlox, przedstawiciel rasy Denobulan. Gra go John Billingsley.
      Oglądając serial, poszerzam moją wiedzę z zakresu kosmicznych technologii przyszłości. Oczywiście, w pierwszej kolejności liczą się prędkości. Załoga jest w stanie podróżować bardzo szybko, co gwarantuje silnik pozwalający osiągnąć prędkość Warp 5. Dla niewtajemniczonych: prędkość Warp 1 odpowiada prędkości światła.
      Oryginalny jest język, którym się posługują bohaterowie, żartobliwie zwany przez fanów serialu technobełkotem. By jednak opisać budowę i działanie fikcyjnego statku Enterprise, trzeba było posłużyć się masą terminów, odnoszących się do rzeczy, nie mających jeszcze odpowiedników w naszym świecie. Co przełożyło się na nieszablonowe dialogi.
      Zdumiewa ogromna praca scenarzystów tego serialu oraz ich pomysłowość, nie mówiąc o ich wiedzy o gatunku SF. W sumie nad „Enterprise” pracowało ich dwudziestu.
      Seriali spod znaku „Star Trek” było kilka na przestrzeni lat: „Oryginalna seria” (1966-1969), „Następne pokolenie” (1987-1994), „Stacja kosmiczna” (1993-1999), „Voyager” (1995-2001), a po „Enterprise” jeszcze „Discovery” (2017-2019), nie mówiąc o filmach animowanych. Temat ma więc swoją bogatą historię.
      

10.07.2019 :: 20:45
Link |  | Recenzje filmowe


Przy Rue Washington


      Dopiero teraz sobie uświadamiam, że już czterdzieści lat temu całkiem nieźle pisałem. To mój tekst z „Gościa Niedzielnego” z 1980 roku. Reportaż z Brukseli...

      Na niewysokiej kolumnie obitej miękką materią o delikatnym odcieniu czerwieni stoi afrykański kosz, przypominający kształtem smukłe egipskie wazy, wypleciony z łodyg nadrzecznej rośliny z buszu, koloru bardzo jasnej słomy. Przyklękam z jakimś niedowierzaniem przed tym egzotycznym tabernakulum, zaskoczony ubóstwem i prostotą a także pewną ulotnością „świętego świętych”, którego architekturę w naszej kulturze od wieków cechowało nie tylko bogactwo kształtów i artystyczna finezja, ale również mieszczańska solidność, gwarantująca dobre zamknięcie i ochronę przed świętokradczą ręką. Ta sama czerwona nieco pluszowa wykładzina ścieli się pod nogami wspinając się następnie na wysoki półmetrowy stopień, biegnący szeroko wokół ścian. Tu dopiero stoją zgrabne sześcianiki służące jako krzesła, obite identyczną materią i tworzące jakby drugie piętro niewielkiej zamkniętej linią kwadratu kaplicy.
      Wszechwładność czerwonej subtelnej tkaniny burzy umowność, z jaką zwykle dzielimy miejsca na te, po których się chodzi i te, na których się siedzi. Człowiek ma ochotę od razu gdziekolwiek usiąść, jak w pokoju dziecięcym, gdzie na poziomie zafrapowanych zabawą buzi pryskają wszystkie konwenanse. Stonowane światło płynące przez okna kaplicy wprowadza do wracającej nagle atmosfery tamtych lat dużo spokoju i ciszy.
      Teraz już z tej dziecięcej wysokości tabernaculum przedstawia się zupełnie inaczej — wznosi się wysoko i wcale nie wygląda tak krucho i ulotnie.
      Potem jest eucharystia — pełna tego uroku jaki wnosi język francuski, nie pozbawiony sakralności, lekki i odświętny. Przyszło wielu Afrykańczyków, których kolor ciała jakby przybladł i przybrał odcień nieco popielaty, są inni — cała gama twarzy o różnym natężeniu oliwkowej czy brązowej opalenizny. Mylę się, Egipcjanina biorę za Włocha, a Hindusa za Latynosa. W kaplicy skupieni i poważni — na dole przy barku zamieniają się w pełną temperamentu hałaśliwą grupę.
      Stopniowo jak grosz do grosza składam kolejne obrazy tworząc sobie jakieś elementarne wyobrażenie o Instytucie, w którym się znalazłem. Najpierw odkrywam ze zdumieniem — Krystyna szepce mi w hałasie do ucha — że większość obecnych, to duchowni. Czarna, ładna dziewczyna jest siostrą. Są także świeccy — ale trudno orzec na pierwszy rzut oka, kim kto jest — wszyscy z przynajmniej dwuletnim stażem duszpasterskim gdzieś w świecie, najczęściej w swoich krajach. Studiuje też dwoje Polaków. Na słomianej macie z ogłoszeniami — kartka pocztowa z Lublina i pozdrowienia od kogoś, kto spędził tu rok czy dwa. Ciepłe słowa. Jaka nacja dominuje — trudno powiedzieć. Do „Lumen vitae” przyjechało w tym roku 80 osób z przeszło trzydziestu krajów. Jest to więc spora grupa. Wszyscy mówią do siebie po imieniu nie wyłączając utytułowanych wykładowców i jakoś ani nie wygląda to sztucznie, ani nikogo nie razi. Wykłady i kuluarowa paplanina — po francusku, mimo że dla zdecydowanej większości to wyuczony drugi język. Frankofoni stanowią nieliczną garstkę i nie mają praktycznego wpływu na atmosferę Instytutu, sami wręcz czerpią z ducha, który tu wszechwładnie panuje. Kręcę się po holu traktowany jak swój i zachodzę w głowę, w jaki sposób ta spora grupa cudzoziemców — obcych nie tylko w Brukseli, ale także dla siebie — znalazła tu wspólny język: nie ten mówiony, będący poniekąd dla wielu z nich pokolonialną schedą, ale ten ukryty, pozasłowny, nacechowany bezpośredniością i rozbijający samotność — daleki od nastroju brukselskiej ulicy czy w ogóle ducha zachodniej Europy, zamykającej człowieka w mieszczańskiej luksusowej monadzie. Tam wyszukana grzeczność, miła i na swój sposób prawdziwa, lecz jednocześnie jakaś zdystansowana i chłodna, tu spontaniczność i kontakt od razu „na styk”, wyzwolony z oporów i lęków, przyjacielski i szczery. I tajemnicze drzwi przy Rue Washington oddzielające oba światy — wystarczy pchnąć ciężką bramę, potem oszklone wahadłowe skrzydło na prawo, przeskoczyć wreszcie trzy schodki — i już…
      Balastem Zachodu ciążącym niewątpliwie zarówno samym gospodarzom jak i przybyszom z zewnątrz jest chwalebny poniekąd obowiązujący tutaj bagaż „dobrych manier”. Tak przynajmniej stwierdził to dość banalnie mój przypadkowy rozmówca. Czarny (Simon-Pierre) Boka di Mpasi jako teolog i dydaktyk wyraził znacznie trafniej sedno tego problemu, który trapi dzisiaj myślących poważnie ludzi, sięgając — na płaszczyźnie pastoralnej — do prostej kwintesencji: Kościół indywidualistów i Kościół wspólnot. Tu chyba biegnie linia podziału czy raczej napięcia pomiędzy obydwoma światami: tym który jest, biorąc pod uwagę Kościół jako całość czy też zachodnią rzeczywistość, a tym który tworzy się we wspólnotach, gdzie panuje zadziwiająco podobny duch — bez względu na to, jak go nazwać: oazowy, katechumenalny czy charyzmatyczny. Słowo „wspólnota”, które już się w Polsce zdążyło zdewaluować, kryje w swoim podstawowym znaczeniu sens tego nienazwanego „czegoś”, co tkwi niewątpliwie w grupie studentów „Lumen vitae”, co tkwi we wspólnocie jezuitów w Wepion pod Namur na południu Belgii (trafiłem tu właśnie z seminarzystami brukselskiego instytutu), gdzie u braci pracujących na fermie przy krowach można znaleźć trapistowską wręcz urodę ducha. a wśród gości spędzających tam weekendy — obraz Kościoła, który naprawdę żyje. Odnajdują się i rozpoznają na zasadzie jakiegoś wewnętrznego przyciągania i sympatii.
      Brukselski instytut jest w założeniu szkołą i ten fakt decyduje o specyfice tego miejsca: szkołą w pełnym tego słowa znaczeniu; w której społeczność nauczycieli i uczniów uczy się od siebie nawzajem. Może właśnie dlatego teologowie, którzy tu pracują, nie chcą stąd odchodzić, choć na innych uczelniach — biorąc pod uwagę belgijskie stosunki — zarabialiby trzy razy tyle.
      Tutaj dopiero przekonałem. się, jak bardzo się różni tak częsty w naszej rzeczywistości teolog — akademik i profesjonalista od teologa — pastoralisty, którego myślenie i refleksja są osadzone głęboko w sprawach, którymi faktycznie żyje współczesny człowiek. Pewnie dlatego pierwsze zetknięcie z czarnym profesorem Boka z Zairu wywołało we mnie odrobinę irytacji; nie dość bowiem, że wykładał nie mniej ciekawie, niż wielu profesorów, których dotąd znałem, to ponadto formułował z łatwością wiele życiowych, religijnych prawd (właśnie życiowych, a nie podręcznikowych), które po tylu latach studiowania teologii ciągle mi jeszcze umykały. Ta afrykańska mądrość coś tam we mnie zburzyła, coś zrzuciła z piedestału. Prysły jakieś wewnętrzne kanony z zakodowanym przekonaniem o moralnym prymacie teologii uprawianej w Europie czy o jej prawie do duchowego przewodzenia w Kościele. Instytut jest ciekawy — tym ciekawszy, im łatwiej ktoś umie wyrzekać się swych intelektualnych nawyków i przyjmować na powrót postawę małego dziecka.
      Zasadniczo studia są ujęte programem wykładów, seminariów i ćwiczeń, które odbywają się w gmachu Instytutu. Wiele spraw jednak wylewa się na zewnątrz: wspólnie spędzane weekendy, dyskusje w wąskim gronie, spotkania przy okazji różnych świąt, wspólne obiady u kogoś w domu czy gdzieś na mieście. Czas spędzony na studiach w brukselskim instytucie, dwa ciekawe lata własnego życia zaznacza się zazwyczaj dość wyraźnie w biografii tych ludzi, którzy się tu przewinęli j przewijają, są dość istotnym punktem odniesienia w ich pracy duszpasterskiej — gdzieś w Argentynie, Egipcie, Portugalii, czy może w Polsce. Z reguły ci, co tu byli, przyznają się do swego brukselskiego rodowodu. Stąd chyba ta obfita korespondencja.
      Wracam myślami do afrykańskiego kosza i wciąż zadziwiającego kontrastu, jaki stwarza swą obecnością w samym sercu zachodniej Europy — w stolicy EWG, gdzie w potężnym gmachu w kształcie otwartej księgi nieopodal placu Schumana dyskutuje się o przyszłości wspólnoty europejskiej. Tymczasem kilka przystanków metra dalej, przy spokojnej uliczce, w milczącej przestrzeni niewielkiej kaplicy, kruche wiklinowe tabernaculum zdumiewająco odwraca perspektywy orientując z ewangeliczną „przewrotnością” ku pozornie słomianym wartościom, nietrwałym i ulotnym. Tutaj, w tym sanktuarium, gdzie w nowoczesnym wystroju wnętrza zawieszona na ścianie kopia „Trójcy” Rublowa jakoś nie kłóci się z anonimowym dziełem afrykańskiego rzemieślnika, kryje się samo sedno roli Instytutu i prowadzonych w nim „rekolekcji” — Instytutu, którego brama z pozoru głucha i zatrząśnięta prowadzi w gruncie rzeczy do oazy ciekawego życia i nowości.

Edward Guziakiewicz, Przy Rue Washington, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 31, s. 5. 7.




14.07.2019 :: 11:27
Link |  | Publikacje


W frankofońskiej diasporze


      I jeszcze jeden reportaż z Belgii, tym razem z Leuven (fragment), też zamieszczony w „Gościu Niedzielnym” z 1980 roku.

      Galijski kogut sterczał prawie niezauważony na szczycie mało okazałego kościółka, wtopionego z jednej strony w zabudowania Chapenstraat, ulicy biegnącej ku centrum Leuven, z drugiej zaś — w mury dawnego klasztoru Czarnych Sióstr (Soeurs Noires), zakonu czy zgromadzenia, dokładnie nie wiem, którego w Polsce nie znamy, a o którym warto wspomnieć choćby ze względu na niezwykły cel dla którego powstał. Czarne Siostry opiekowały się bowiem... zmarłymi, a ściślej — zwłokami zmarłych, czyniąc niezbędne przygotowania do egzekwii i pochówku. Była to więc praktyczna realizacja jednego z chrześcijańskich uczynków „co do ciała”. W czasach klęsk żywiołowych i wojen nie pozostawało to bez znaczenia. O żelaznym kogucie zaś piszę, bo znak ten, symbol Frankofonów — wyróżniając ów niepozorny kościółek — wycinał swój kształt nie na walońskim, co byłoby zupełnie zrozumiałe, ale na flamandzkim niebie.
      Rzecz w tym, że Belgia jest krajem podzielonym językowo; jej południową połać zamieszkują Walonowie mówiący po francusku, północ zaś — Flamandowie, którzy czują się związani z kulturą germańską. Trudno pisać o wiekowych trudnościach w obcowaniu na tej samej ziemi i we wspólnej ojczyźnie, trudno też wyrokować o krzywdzie jednych czy zysku drugich — zwłaszcza, gdy widzi się obie strony jedzące jeden, sprawiedliwie dzielony bochenek chleba. W każdym razie narastające z czasem animozje zaowocowały nie tak dawno dość niespodziewanie. Przed chyba jedenastu laty doszło tu bowiem do zamieszek językowych, kryzysu rządowego i szeregu zgoła niepotrzebnych administracyjnych podziałów. Jednym z najbardziej absurdalnych był podział lowańskiego uniwersytetu, czcigodnej katolickiej uczelni o ustalonej renomie, z której gwałtem zrobiono dwie, budując pod Brukselą od podstaw zupełnie nowy ośrodek naukowy (Louvain-la-Neuve) i przenosząc tam z flamandzkiego Leuven wszystkie frankofońskie fakultety — nie bez szkody dla księgozbiorów i całej naukowej tradycji, oczywiście.
      Ostatni fakultet frankofoński znikł z Leuven ubiegłego roku, a w ślad za nim — opiekujący się studentami przesympatyczny i tryskający dowcipem starszy ksiądz, ostatni frankofoński duszpasterz akademicki. którego poznałem przypadkowo już gdzie indziej — w Brukseli — studiującego w jezuickim instytucie „Lumen vitae”; przeniósł się, jak żartem stwierdził, na bezrobocie. W Leuven pozostały jednak szczątki dawnej frankofońskiej tradycji. Wielu ludzi pracujących teraz w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Louvain-la-Neuve pozostało tu ze względu na posiadane nieruchomości, dojeżdżając do pracy. Pozostał także ksiądz — frankofon i co niedziela (chociaż nie tylko, bo są też msze francuskie w ciągu tygodnia) gromadzą się wszyscy razem pod znakiem galijskiego koguta na sprawowanie eucharystii — jakże jednak innej od tego, co przyszło mi widzieć w kilku flamandzkich kościołach, straszących swoją pustką i chłodem. Nie chciałbym, broń Boże, dyskredytować tych ostatnich, bo ani miejsce na to, ani dane wystarczające. W każdym razie przyzwyczajony do polskiej atmosfery, do ciżby i gromkiego śpiewu, który spaja zgromadzenie (dopiero na obczyźnie docenia się smak swojskiego chleba) znalazłem tu świetny — a nawet w pewien sposób doskonalszy — odpowiednik tego wszystkiego. Bo i ciasnota w niewielkim kościółku na polską modłę, i śpiew niemal pełną gębą, i rodzinna atmosfera, tutaj płynąca z faktu diaspory, i jeszcze coś więcej — co trudno wprost nazwać, a co wyróżnia niewątpliwie to zgoła nieprzypadkowe zgromadzenie. (...)

Edward Guziakiewicz, W frankofońskiej diasporze,
Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 39, s. 4. 7.



19.07.2019 :: 09:30
Link |  | Publikacje