EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(84)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Hacker


fragment powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”

      Niezastąpiony geniusz komputerowy był tak zaniedbany, że nawet lustro wstydziłoby się pokazać w jego towarzystwie. Obywał się bez mydła, szamponu i czystych ręczników. Ale trudno się było temu dziwić. Żył przecież w cyberprzestrzeni, która zajmowała go bardziej niż świat realny. Flanelowa koszula straszyła oberwanymi guzikami. Nieogolony i kudłaty, miał w nosie prawdę, że jeśli wychodzi się między ludzi, wypada zadbać o powierzchowność. Programom komputerowym, z którymi przestawał, z pewnością to nie przeszkadzało. Jego lasce chyba też, skoro z oddaniem wisiała mu na ramieniu. Przywoływała na myśl Judith, kumpelę z ich klasy. Podobnie jak tamta była ruda i piegowata.
      Hacker ożywił się, kiedy ujrzał Nikki.
      — Hej! — przywitał ich. — Wiem! Chodzi wam o tę poronioną wyspę — wycelował palcem w seksowną blondynkę.
      — Właśnie. Dowiedziałeś się czegoś? — niewinnie zapytała.
      — Jakżeby inaczej! Takich fortyfikacji nigdy dotąd nie widziałem — wartko zaczął. — Z map satelitarnych niewiele wynika. Jednak udało mi się dotrzeć do sekretnej bazy danych, w której jest wszystko o tej enklawie. Wpadniecie do mnie, to wam pokażę. Jak pragnę zdrowia, będziecie jedynymi na kuli ziemskiej, wyjąwszy garstkę wcześniej wtajemniczonych!
      — Chcemy tam popłynąć jachtem — wtrącił się Oscar.
      W oczach Nathana pojawiły się wesołe iskierki. Zatarł ręce.
      — Chcesz robić za Jamesa Bonda? Stalibyście się karmą dla rekinów, o ile by coś z was zostało. Tę wyspę trzeba wziąć sposobem. Mają tam wyrzutnie torped, nie mówiąc o przystani dla łodzi podwodnych. Brzegi są zaminowane, ale nie wszędzie. Powinniście wyposażyć się w drony z pociskami klasy powietrze-ziemia — zażartował.
      — Jest aż tak źle? — Pomyślał, że zamiast karabinków snajperskich bardziej przydałyby im się ręczne wyrzutnie rakiet, granatniki i stingery. Jednak nie ciągnęło go do strzelaniny, po której trzeba było po kolana brodzić w łuskach.
      — Zależy, co kto lubi. Gdy przyjedziecie, wyjaśnię, jak tam się dostać. Nie ma rzeczy niemożliwych. Każdy system zabezpieczeń ma przecież słabe punkty.
      Na taką przynętę Oscar dał się złapać. Porozmawiali jeszcze chwilę, umawiając się na następny dzień.
      Kiedy odeszli, chłopak mimochodem zapytał Nikki:
      — Jak ci się udało go przekonać? Chyba nie próbowałaś…
      — Nie, nie! Nie tak, jak myślisz — natychmiast wpadła mu w słowa. — Zorganizowałam mu dziewczynę, żonę — rzekła konspiracyjnym szeptem. — Jedną, a potem drugą. Taki był układ.
      — Rety! A gdzie te laski znalazłaś? — zdziwił się.
      — U mamy w bibliotece — powściągliwie wyjaśniła. — Obie studiowały informatykę. Nawiedzone jak on. Nie, nie… — znowu ubiegła jego pytanie. — Jeśli chodzi o aparycję i higienę, jego panny są całkiem do rzeczy. Pewnie wezmą się za niego i zmuszą go do porządnej kąpieli. I wytłumaczą mu, do czego służy grzebień — perorowała. — Imponuje im jego wiedza. Facio potrafi siedzieć przy komputerze dwadzieścia godzin na dobę. Już ci mówiłam, nie ma systemu, do którego nie potrafiłby się włamać. Cwaniak straszny, nigdy nie dał się nakryć. — I dodała: — Aż dziw bierze, ze nas zaprosił. Podobno pracuje na sprzęcie, o jakim nawet nam się nie śniło. Najnowszej generacji. A propos! — zmieniła nagle temat. — Wiecie, że przeżyły załogi okrętów podwodnych? Do głębin morskich ponoć superwirus nie dotarł. Ale ci biedacy nie mogą się wynurzyć — zrobiła smutną minę — bo to byłby ich koniec.
      Oscar się zastanowił.
      — Na dwoje babka wróżyła. Wcześniej czy później muszą to zrobić, nie mają innego wyjścia. Skończy im się powietrze — ostrożnie dedukował. — Chociaż z drugiej strony patrząc… — skrzywił się. — Nowoczesne jednostki mogą się obywać całe tygodnie bez wypływania na powierzchnię.
      — Cóż to za życie? — westchnęła Natasha. — Jak w puszce sardynek? Bez prawa do powrotu na ląd? Koszmar! Chyba że tacy ludzie jak John Marshall coś wymyślą.
      — Ratunkiem byłaby szczepionka — zauważyła Nikki.
      Oscar wrócił myślami do chodzącej mu po głowie wyprawy na południe Florydy. Początkowo wyobrażał sobie, że jest Krzysztofem Kolumbem, opuszczającym pod flagą Kastylii port w Palos de la Frontera w sierpniu 1492 roku. Teraz jednak planowana wyprawa przestawała przypominać niegroźne poszukiwanie drogi do Indii. Przeistaczała się w niebezpieczną krucjatę przeciw inteligentnemu wrogowi, który był zdolny skutecznie się bronić, bowiem korzystał z najnowszych zdobyczy techniki. Jak się nazywał ów multimilioner i kim był naprawdę? I czy nie zagrażał pozostałej przy życiu reszcie gatunku ludzkiego?
      — Kości zostały rzucone — szepnął do siebie.
      Chłopak nie przekroczył jeszcze Rubikonu i nie wybrał się w drogę, tym niemniej czuł, że wcześniej czy później musi to zrobić. Nie zamierzał rezygnować. Nie leżało to w jego naturze.


04.03.2015 :: 09:30
Link |  | A jeśli jutra nie będzie


Biblioteka i światy równoległe


fragment powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”

      — Możemy wracać do domu — podsunęła mu myśl.
      — Dobrze — powiedział. W tej samej chwili przyszedł mu do głowy film „Planeta Małp”. Nakręcono go w latach sześćdziesiątych, ale był dobrze znany, bowiem powstawały potem jego kolejne części, nie mówiąc o serialach. Pomyślał, że jeśli sobie nie poradzą z cywilizacyjnym wyzwaniem, przed którym się znaleźli, po niejakim czasie może dojść — jak w tym okrzyczanym filmie — do regresu ich rasy. Biblioteki zasypią zwały żółtego piachu, ludzie zapomną mowy, zaś wszechwładna ewolucja przekaże palmę pierwszeństwa innym gatunkom.
      Zeszli do holu. Oscara zajęła leżąca na stoliku gazeta sprzed tygodnia. Zatrzymał się i machinalnie ją przekartkował, przeglądając tytuły i zdjęcia. Odniósł wrażenie, że ilustrowany magazyn opisuje rzeczywistość, którą definitywnie opuścili, przenosząc się do innego wymiaru kosmosu. Może bliski ich sercu świat sprzed wielkiego wstrząsu krył się gdzieś obok i wszystko toczyło się w nim nadal utartym torem? Może nie doszło w nim do ataku superwirusa? Czas miał tu kluczowe znaczenie. Uczono, że rozdzielał się na strumienie, biegnące równolegle i niezależnie od siebie. W tamtym udanym świecie siedziałby pewnie teraz przy lunecie i skrycie podglądał Ritę Bennett.
      — Taaa… — mruknął.
      Skrzywił się i pomyślał, że uleganie złudzeniom może okazać się dla niego zabójcze. Odchrząknął i z namaszczeniem złożył gazetę. Niespecjalnie rwał się do ich czytania, bo — jak mawiał jego ojciec — były w większości zwierciadłem brzydoty świata. Doznał olśnienia. Pojął wreszcie, co studentów przyciągało do biblioteki. Przypominała okrzyczany wehikuł Herberta George’a Wellsa. Pozwalała im cofać się w czasie, kryć się w świecie, którego już nie było i kąpać w jego zgasłym blasku. Wirus zamknął przeszłość za jakimiś potężnymi drzwiami, ale nie do końca. Pozostawił szczeliny, przez które mogli wracać do minionych dni i wskrzeszać je na różne sposoby.

10.03.2015 :: 09:41
Link |  | A jeśli jutra nie będzie


Nikomu nie pożyczam lalki Nolee


fragment powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”


      W niedzielę późnym rankiem do ich mieszkania ciekawie zajrzał Mark Anderson. Ojciec słodkiej Nikki kuł żelazo, póki gorące. Był w dżinsach i obcisłym bawełnianym T-shircie, uwydatniającym jego bicepsy. Na nogach miał nowiutkie adidasy. Otworzyła mu bez zdziwienia pozbierana Angelina, wpuściła go i przyjęła uprzejmie. Wcześniej smerfetka za plecami Oscara odebrała telefon, więc pewnie jego gospodynie wiedziały, po co mężczyzna je odwiedził. Nie były zaskoczone.
      Przybyły nie czuł się skrępowany i zachowywał się nadzwyczaj swobodnie, jakby był tu częstym gościem. W te pędy zajrzał do eleganckiego salonu, a potem do dobrze wyposażonej kuchni. Zajął się dziewczynami, wdzięcząc się do nich i nie szczędząc komplementów, a przy tym prawie nie zwracając uwagi na ich pana i władcę. Jednak nie poczynał sobie obcesowo. Na szczęście, Natasha była ubrana i nie snuła się po mieszkaniu w półprzeźroczystym negliżu. A właściwie była gotowa do wyjścia na miasto. Bez wahania zgodziła się pojechać z Markiem na przystań i ku niebywałemu zdumieniu Oscara nie zażądała, żeby chłopak jej towarzyszył. Nie poprosiła o błogosławieństwo na drogę. Wyrwała się z gościem z mieszkania w trymiga. Bez jednego słowa. I jeszcze złapała drania pod ramię.
      Pierwszy raz obywała się bez jego kompanii, więc kiedy wychodziła, wyślizgując się jak ryba z sieci, Oscar zwrócił zdumiony wzrok w stronę Angeliny. Ta jednak dała mu dyskretnie znak, że nie musi się niepokoić.
      Pomimo to poczuł się wkurzony. Stłumił w sobie złość. Nie zamierzał pożyczać Markowi Andersonowi cudnej lalki Nolee. Był jej niby-mężem, więc ten bawidamek powinien był zapytać go o zgodę. Przegrywał z ojcem Nikki, bo nie mógł się pochwalić jego muskułami i brzuchem jak kaloryfer. Pobiegł spłoszonymi myślami na przystań, zaś jego wyobraźnia zaczęła wyczyniać cuda.
      — Romantyczny blondyn, psiakość. O niebieskich oczach!
      Poniosło go. Zacisnął w gniewie pięści. Wytrącony z równowagi i najeżony, pytająco zawisł na ustach Angeliny. Przyjaciółka niby wytrawny znawca ludzkiej duszy starała się go uspokoić. Przecież była jego dobrą wróżką i mentorem.
      — Nic złego się nie stało. Oskarze, wyluzuj! — zaszczebiotała, chcąc zapobiec atakowi histerii. — Ty i zazdrość? To nie w twoim stylu — wciskała do jego tępej makówki. — Natasha nie wystawi cię do wiatru, nie jest do tego zdolna. Pognała, by mu pomóc. Robi to dla ciebie. Pragnie być z Nikki i z jej starymi tak blisko jak ty. Nie chce wypaść z gry.
      Emily przyszła jej w sukurs, dorzucając swoje trzy grosze.
      — To prawda. Po szoku, jaki przeżyła, kiedy zostawiłeś ją samą, stopniowo zbliża się do Andersonów. Stara się z nimi zaprzyjaźnić. Czy to coś dziwnego? — I ze stoickim spokojem skwitowała: — Nie martw się i chodź jeść! Nie pękaj! Takie ciacho jak ty nie musi się niczym przejmować.
      Angelina znowu się wtrąciła.
      — Nie może być wiecznie świnką morską. Musi wrócić do równowagi i odzyskać samodzielność.
      Ich słowa go nie przekonały. „Bardziej ciacho niż macho!” Nadal był jak struty. Doszedł nagle do wniosku, że powinien zacząć chodzić na siłownię, aby poprawić sobie muskulaturę. W oczach Angeliny dostrzegł jeszcze coś, czego głośno nie zamierzała powiedzieć. „Musisz się pogodzić, że wcześniej czy później Natasha zacznie grać tu pierwsze skrzypce!” Przypomniał sobie, że przenikliwa Nikki już kilka dni wcześniej podzieliła się z nim podobnym domysłem. Wydawało mu się, że to odległa perspektywa, jednak mógł się mylić.
      Zasiedli do śniadania i madonny zajęły go rozmową, nie zwracając uwagi na jego lekko trzęsące się dłonie.
      Na szczęście, zbuntowany Oscar nie musiał męczyć się i siedzieć jak na szpilkach, bowiem Mark wrócił i oddał mu ukochaną lalkę. Obyło się bez nerwowych esemesów. Nie zabawili długo nad wodą i pojawili się z powrotem w niespełna godzinę. Wybrali łódź żaglową cumującą obok jej jachtu. Ponoć prawdziwe cacko.
      Chłopak odetchnął z ulgą, gdy zobaczył nimfetkę w drzwiach. A już myślał, że ją stracił. Mark podrzucił ją przed kamienicę i odjechał.
      — I jak tam? Zachowywał się przyzwoicie? Nie dobierał się do ciebie? — zaintrygowany zapytał, biorąc ją na spytki. Objął ją z przejęciem i wtulił nos w jej włosy. Cieszył się nią tak, jakby dopiero co dostał ją w prezencie i właśnie rozpakował. Złapał ją wpół i z upojeniem uniósł do góry. Z entuzjazmem zakręcił nią wokół siebie. Przytrzymała się go za szyję. Postawił ją z powrotem.
      Puściła się go. Nie straciła równowagi. Zaprzeczyła, z oddaniem zaglądając mu w oczy.
      — Coś ty? Żartujesz?! — zdecydowanie odrzekła. Nagle stała się bardzo dorosła. — Nic z tych rzeczy. Skakał koło mnie, bo mu byłam potrzebna. Jest kuty na cztery nogi. Dostał bzika na punkcie tej łodzi. Chce nią zabłysnąć przed Kimberly i Melissą. Na pewno nie będę z nim pływać. A poza tym…
      — Tak?!
      — On mi przypomina mojego trenera. Nie przyszłoby mu do głowy, żeby mnie tknąć.
      Z rozczuleniem cmoknął ją w usta. Obejrzał ją sobie dokładnie, jakby chcąc się upewnić, że jego lalka Nolee w rękach obcego nie doznała uszczerbku. Była calutka i zdrowiutka. Nie oberwano jej rączek i nóżek, ani nie przekręcono głowy do tyłu. Nie podarła ślicznej sukienki i nie miała połamanych pokrytych różem paznokci. Nikt nie zburzył jej fryzury i nie rozmazał makijażu. Nadal otwierała i zamykała ocienione długimi rzęsami oczy.
      Zamierzał ją ochrzanić za to, że wyfrunęła z mieszkania, nie pytając go o zgodę, ale złość już mu przeszła. Pomyślał, że toczył homeryckie boje z własnym cieniem.
      — Nie jadłaś śniadania — rozmarzony zauważył. Jednak nie wypuścił jej z rąk. Nadal się nią upajał. Objął ją wpół, tuląc i pieszcząc. — Pożrę cię jak kanibal, jak wygłodzony ludożerca — z przymkniętymi oczami szeptał jej do ucha, wdychając zapach jej drogich perfum. — Usmażę cię na ogniu i zjem. Będę mlaskał, mlaskał, mlaskał. Obgryzę wszystkie twoje kosteczki — bajdurzył i bredził, plotąc trzy po trzy. — Jesteś marką stworzoną z pasji do jakości! — wystrzelił wreszcie wyświechtanym sloganem z reklamy papierosów, przechodząc samego siebie. Całkiem przewróciło mu się w głowie. — Jesteś…
      Cóż, stanowiła cudowne dzieło natury. Pozwalała mu się sobą bawić, jakby była faktycznie lalką Nolee. Jednak nie wylądowali w jej sypialni, choć przez chwilę wydawało się, że tam trafią. Nie chodziło mu o seks. Prawdziwą rozkosz dawała mu świadomość tego, że ta szpara z górnej półki jest jego własnością i że nie musi z nikim się nią dzielić. Delektował się jej posiadaniem. Zniewalającą wyłącznością. Miał ją tylko dla siebie i mógł z nią robić, co chciał. Był jak brzuchomówca, stanowiący jedno z pacynką, którą animował. Jak Edgar Bergen i Jeff Dunham.
      Odesłał ją wreszcie do kuchni. Wyciągnął się w fotelu przed telewizorem niczym kot, który ma sjestę przez calutki dzień i zaczął się zastanawiać, czym różni się od Marka Andersona. Pogrążył się w bezczynności.


16.03.2015 :: 12:02
Link |  | A jeśli jutra nie będzie


Randka i inne opowiadania


Mój tomik w formie audiobooka

To dzieło Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie. 10 opowiadań i ponad 2 godziny nagrania...

Zobacz i odsłuchaj ...>

» Randka i inne opowiadania (audiobook), lektor: Karina Kycia, WiMBP w Rzeszowie, Rzeszów 2014, 02:12:17

20.03.2015 :: 11:17
Link |  | Publikacje