EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(83)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Oko za oko, ząb za ząb


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Kiedy nadeszła pora obiadu, usiadłem przy stole z wyniosłą miną. Zabrałem się do zupy grzybowej. Miałem zamiar pod koniec posiłku ogłosić wolę odlotu, ale dziwnym trafem gniew mi minął. Doszedłem do wniosku, że powinienem spasować. Nie mogłem zachowywać się jak rozkapryszona pensjonarka. Jacqueline i Daisy siedziały przy stole sparaliżowane i blade ze strachu. Nie wiedziały, czym się dla nich skończy niefortunne starcie ze mną. Zrozumiały, że posunęły się za daleko. Śmiać mi się chciało, gdy na nie patrzyłem. Pozostałe madonny były pełne słońca i niczym się nie przejmowały. Przyjęły mnie przecież do swego grona, rozpieszczały mnie, chuchały na mnie i dmuchały. Byliśmy grupą udanych kosmicznych przyjaciół i nic nie wskazywało na to, żebyśmy mieli rozstać się w złości.
      Te dwie czarne owce z końca stołu Grace próbowała usprawiedliwić.
      — Wybacz im, okazały się zbyt dosłowne — wyjaśniła. — Przeholowały, to fakt, ale nie miały złych intencji.
      Przytaknąłem, godząc się z jej słowami. Jednak w mojej głowie zachichotał złośliwy głosik, podsuwający mi ripostę: „Nie męczy cię usprawiedliwianie przyjaciółek? Przecież sama je do tego namówiłaś!”
      Jacqueline wpatrywała się w swój talerz tak intensywnie, jakby między piersią kaczki w miodzie a kaszą gryczaną i sałatką trwał interesujący spektakl, tylko dla niej widoczny. Nie miała apetytu. Wreszcie posłała spłoszone spojrzenie w moją stronę.
      Nie zostało mi nic innego, jak okazać wyrozumiałość pechowym laskom. Tym dwóm suniom naprawdę na mnie zależało. Gdybym skreślił je z listy, zadałbym im straszny cios. O wiele większy niż niewinny sztych nożem.
(...)

      Po posiłku rozgościłem się znowu nad basenem. Zaniepokojone Jacqueline i Daisy wkrótce tam za mną dotarły, by błagać o łaskę.
      — Przepraszamy cię. Byłyśmy zbyt nachalne — rzekła brunetka. — A Daisy chce, żebyś ją ukarał. Oko za oko, ząb za ząb! Będzie wdzięczna, jeśli w odwecie przebijesz jej rękę. Tak jak ona ci to zrobiła.
      Hinduska wyciągnęła w moją stronę wąską dłoń, a drugą ręką podała mi swój zgrabny sztylet. Myślałem, że parsknę śmiechem. Przyciągnąłem ją do siebie, zmuszając, by usiadła mi na kolanach. Zrobiła to ostrożnie, przewidując najgorsze. Może obawiała się, że podetnę jej gardło?
      — Co ja tu widzę? — wodziłem ostrzem sztyletu po jej otwartej dłoni, udając, że wróżę. — Wzgórek Wenus jest duży, jesteś więc gorąca i namiętna. Linia małżeństwa mocno zarysowana, co zapowiada jeden trwały związek. Linia serca dochodzi do wzgórza Jowisza, co oznacza szczęście w miłości. Nieźle, tylko pozazdrościć.
      Oddałem jej sztylet i kazałem wstać.
      — To tyle? — ze zdumieniem zapytała. Na jej twarzy nadal malowała się niepewność.
      Miała duszę na ramieniu, więc musiałem ją uspokoić. Zagrałem w otwarte karty, co mi się rzadko zdarzało. Niczego nie traciłem, przyznając się do uczuć, które do niej żywiłem.
      — Dziecinko, szaleję za tobą, więc jestem gotów wiele ci wybaczyć. A poza tym twoje popisy są zabawne. Nie musisz się lękać. Wierz mi, naprawdę! — Podniosłem się i przyciągnąłem ją do siebie, mocno obejmując. Potem złożyłem na jej ustach gorący pocałunek. — Nie gniewam się. Wkurzyłem się, to fakt, ale już mi przeszło — wyjawiłem.


02.03.2016 :: 07:54
Link |  | Enbargonki


Taniec na wodzie


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Odetchnęły z ulgą.
      — To w takim razie mamy dla ciebie coś na poprawę humoru — rzekła Jacqueline. — Ten popis będzie nieco podobny do lewitacji. Chcemy cię zabawić. Myślę, że ci się spodoba. Siedź i patrz!
      Stanęły z powagą na marmurowym wykończeniu, szykując się do niecodziennego występu. Zrzuciły klapki, które miały na nogach. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Przez krótką chwilę koncentrowały się na czymś dla mnie nieuchwytnym, a potem śmiało ruszyły przed siebie, jakby nie pamiętając, że mają przed sobą pokaźny basen po brzegi wypełniony wodą. Weszły boso na marszczącą się powierzchnię, nie zapadając się w toń. Kroczyły po wodnej tafli, niczym Jezus po Jeziorze Galilejskim. Z wdziękiem po niej stąpały, wolne od siły ciążenia, której zdawały się nie podlegać.
      Minę miałem niewyraźną.
      — Nie chce się wierzyć! — mruknąłem. Przetarłem zdumione oczy. Czy to nie graniczyło z magią? Doszły do głosu tajemne moce?
      Znieruchomiały na środku akwenu, zwróciły w moją stronę, wzięły się za ręce i wykonały taneczny obrót. Jeden, a potem drugi. Nie dotykały wody, mimo to wywoływały niewielkie kręgi.
      — I jak? — zawołała Jacqueline.
      — Rewelacyjnie — odkrzyknąłem.
      — To chodź do nas! — Daisy mnie zachęciła.
      Dałem się nabrać, jak popędliwy Szymon Piotr, który wyskoczył z łodzi, by wyjść na spotkanie Jezusowi, idącemu po poznaczonym falami jeziorze — o czym pisał święty Mateusz w Ewangelii. Niczym nie ryzykowałem. Pływałem jak ryba, jednak nie miałem zadatków na nimfę wodną, ulotną istotę zdolną przyjąć powabne kobiece kształty. Zrobiłem krok do przodu, naiwnie wierząc, że utrzymam się na powierzchni i ku memu zdziwieniu uderzyłem całym ciałem w taflę wodną, wywołując fontannę dżdżu. Woda była wodą. Mogłem się w niej pluskać, ale nie mogłem po niej chodzić. Nie zmieniła się tego popołudnia i nie nabyła cudownych właściwości. Nie pokryła się nagle warstwą lodu. Musiała się przede mną rozstąpić, czy chciałem, czy nie. Dlaczego miałaby stawić opór moim stopom? Na jej napięcie powierzchniowe mogły liczyć co najwyżej drobne owady. Wypłynąłem, prychając. Szeroko rozpostarłem ręce.
      — Do diabła, nie potrafię — sapnąłem ze złością.
      Podpłynąłem crawlem do modelek i zamarłem, przyglądając się im z bliska. Kto tu komu nie dorastał do pięt? Mierzyliśmy się wzrokiem. Czyżby wyszczuplały tak bardzo, że już nic nie ważyły? Zdawały się spoczywać na baśniowym latającym dywanie, tyle tylko że niewidocznym. Bawiły się grawitacją? A może ich ciała podtrzymywało coś na kształt pola siłowego lub poduszki pneumatycznej? Jakim cudem generowały takie podłoże bez żadnych urządzeń? Zamieniały myśl w rzeczywistość? Przekształcały strukturę wody pod stopami? Uczyły ją posłuszeństwa? Czyniły to siłą woli? To było niepojęte.
      — Wystarczy — rozsądziła Jacqueline.
      Opuściły mnie i bez pośpiechu powróciły na brzeg. Byłem pod wrażeniem. Urzekły mnie tym popisem. Mogłyby spacerować nie tylko po wodzie, ale również po ruchomych piaskach Sahary. Zaszokowany tym odkryciem wydostałem się z basenu, zastanawiając się, czym jeszcze mnie zaskoczą. Owszem, widywałem mistrzów tańca na wodzie — kto ich nie oglądał, pokazywano supergwiazdorów na różnych kanałach — ale ich rewie były możliwe dzięki wyrafinowanym zabiegom technicznym, w których nie było niczego magicznego.


10.03.2016 :: 07:55
Link |  | Enbargonki


W świecie podsumowań


Mój ownlog został założony 11 stycznia 2004 r., zatem ma już 4444 dni. Uzbierało się 768 notatek.

12.03.2016 :: 10:49
Link |  | Główna


Wesołego Alleluja!


Przesyłam wszystkim życzenia spokojnych, rodzinnych świąt wielkanocnych.

25.03.2016 :: 14:37
Link |  | Główna