KOMENTARZE
 



Słowiańskie Magnificat


      Czterokrotnie znalazłem się blisko Karola Wojtyły. Pierwszy raz na początku lat siedemdziesiątych. Kardynał pokonał pieszo z Obidzy i Zagród ponad dwukilometrowy odcinek drogi na Suchy Groń w Paśmie Radziejowej, by uczestniczyć w oazowym dniu wspólnoty. Przewodniczył celebracji sub divo. Za ołtarz służył stos płaskich kamieni. Ten wakacyjny dzień nieoczekiwanie utkwił mi głęboko w pamięci. Od rana grzało i kiedy ruszaliśmy z Krościenka szlakiem przez Dzwonkówkę, byliśmy przekonani, że słoneczna pogoda utrzyma się do wieczora. Mało kto zabezpieczył się na wypadek deszczu. Kiedy rozpoczęła się liturgia słowa, nadpłynęły groźne chmury, a w czasie przygotowania darów lunęło jak cebra. Mimo, że zebrało się na szczycie kilkaset osób, znalazły się tylko... dwa duże parasole. Jeden rozłożono nad celebransem i koncelebrującym ks. Franciszkiem Blachnickim, drugi otwarto nad darami ofiarnymi. Kolejny raz miałem okazję ujrzeć Karola Wojtyłę w domu ks. Blachnickiego na Sławinku w Lublinie. Spotkał się tam z nim i z jego współpracownikami. Na pożegnanie uścisnął każdemu rękę. W tym również i mnie. Trzeci raz wpadł mi w oczy już w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Zamyślony stał wieczorem na dziedzińcu akademickim KUL, dokładnie w tym miejscu, gdzie potem wzniesiono pomnik. Pamiętam, że dyskretnie pokazywałem go komuś, kto był ze mną, a jeszcze go nie znał. Czwarty raz oglądałem go już jako papieża w auli Pawła VI w Watykanie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przyjechałem na tydzień do Rzymu z Belgii, wykorzystując zimową przerwę świąteczną. Trudno, bym opuścił środową audiencję ogólną.
      Właśnie ona sprawiła, że zainteresowałem się jego nauczaniem. Kolega z polskiej sekcji Radia Watykańskiego podsunął mi wydruki niektórych katechez z przyszłego tomu "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich". Co tu dużo mówić, to były bardzo trudne teksty. Pisywałem wówczas do "Gościa Niedzielnego", więc chciałem je zaprezentować w jednym z artykułów. Nie wyszło. Udało mi się przebrnąć przez hermeneutykę Jana Pawła II dopiero po kilku kolejnych latach refleksji i studiów. Stąd mogę rzec, że lata osiemdziesiąte były w moim życiu okresem wczytywania się w przesłanie papieskie. Oczywiście, nie w całość. Skupiłem się na jego nauczaniu społecznym i wizji człowieka pracy (homo laborem exercens), a także na nauczaniu do młodzieży (wzrastanie w definicji młodości) — co zaowocowało odrobiną eseistyki, nie mówiąc o kilku opracowaniach naukowych. W latach dziewięćdziesiątych pochłonął mnie warsztat pisarski, więc późniejsze nauczanie papieskie nie było mi już tak bliskie i nie wgłębiałem się w jego szczegóły. Nie mogę jednak powiedzieć, bym nie odkrywał Karola Wojtyły od strony spuścizny literackiej. Tu zaś szczególnie bliskie było mi jego koronne "Słowiańskie Magnificat". Uważałem je za jego najpiękniejszy i najdoskonalszy utwór poetycki.




Tak napisali inni:


eddie


>>> grease
miałem po prostu słoneczną młodość...
a może teraz tak mi się wydaje?

17.04.2005 :: 15:31 :: 80.55.235.83

grease


ładne masz wspomnienia...


16.04.2005 :: 23:23 :: 83.28.194.95

diancia


zazdroszcze... ;)

15.04.2005 :: 22:10 :: 80.55.148.254


Zbyt późno doceniłam tę wielką postać...

15.04.2005 :: 22:04 :: 83.16.227.242



| Wróć |