ZAPISKI FRAGMENTY UTWORÓW SAVOIR-VIVRE NASTOLATKA
 
 






Chyba zaczynam tęsknić za zimą


      Lepszą pogodę trudno było sobie wymarzyć. Za oknem długo sypał śnieg, ścielący się białym puchem na ulicach i w ogrodach. Ozdabiał drzewa, krzewy i dachy domów. W parku było przepięknie. Odnosiło się wrażenie, że ten zamienił się w baśniowy ogród królowej mrozu. Słońce skrzyło się milionami iskier w kryształkach lodu.
      Tatko wcielił się w rolę konia pociągowego. Parskał i prychał, ciągnąc sanki, na których przycupnęła Mira w czerwonej wełnianej czapeczce z pomponikiem i czerwonych rękawiczkach — opatulona futerkiem i owinięta szalem.
      Wkrótce zabawa w sannę mu się znudziła.
      — Ulepmy bałwana — rozochocony zawołał, gdy śniegowy pojazd utknął w zaspie między świerkami. — Śnieg jest w sam raz!

01.04.2004 :: 16:43
Komentuj (6)


To był żart...


Oczywiście, z tą tęsknotą za zimą, to był tylko żart.
Nie zwróciliście uwagi na datę. Pierwszy kwietnia...
He, he...

03.04.2004 :: 13:41
Komentuj (6)


Świętaaaaaaaaaa


      Koszyczek był przybrany mirtem i kolorowymi wstążeczkami. Mira stawała na palcach, a nawet podskakiwała, chcąc widzieć, co robi mama. Cukrowego baranka z napisem na sztandarze "Wesołego Alleluja" nabyły przed kilkoma dniami, zaglądając do sklepów spożywczych. Dziewczynka była przejęta i nawet sprawdzała językiem, czy ta świąteczna ozdoba jest słodka. Kupiły również wyglądające jak żywe puszyste żółte kaczątko. I ono trafiło do koszyka ze święconym.
      — No, a teraz pisanki — orzekła mama.
      Wyjmowała je z kuchennej szafki i ostrożnie układała. Wyglądały jak z wystawy i cieszyły oczy barwnymi wzorami.
      — Potem kromka chleba i kawałeczek kiełbasy — niecierpliwie podpowiadała Mira. — Ksiądz pokropi wszystko, co przyniesiemy...
      W koszyczku się znalazły pajdka chleba i niewielkie pęto wiejskiej kiełbasy, a także sól w solniczce i korzeń chrzanu. Biała śliczna serwetka, robiona szydełkiem przez babcię, nakryła domowe wiktuały.
      To wielkosobotnie cudo trafiło wreszcie do rączek dziewczynki. Nie mogła się nim nacieszyć. Wreszcie oddała koszyk mamie.
      — Kiedy pójdziemy do kościoła? — zapytała.
      Tato zajrzał właśnie do kuchni, a widząc, że przygotowania są na ukończeniu, rzekł bez wahania:
      — Już możemy iść. Księża święcą pokarmy co pół godziny.

07.04.2004 :: 06:45
Komentuj (2)


Wesołego Alleluja!


     Wesołych świąt, smacznego święconego i bardzo mokrego dyngusa życzę wszystkim odwiedzającym mojego ownloga.

10.04.2004 :: 07:51
Komentuj (3)


I mamy nowego bohatera...


      Dopiero gdy ociężale podniósł się od stolika i odwrócił z zamiarem opuszczenia sali, mignęła mu przed oczyma tamta urocza madonna. Doświadczenie wielu lat służby wywiadowczej zrobiło swoje i nie drgnął mu żaden muskuł na twarzy. Potrafiłby doskonale zignorować nawet eksplozję nuklearną. Mimo to skoczyła mu adrenalina. Doskonale znał Vanessę Lee. Niepostrzeżenie weszła po nim i ulokowała się za jego plecami ze trzy stoliki dalej, więc nie mogła wcześniej przyciągnąć jego uwagi. W jednej chwili pojął, dlaczego siedzący przy nim młodzi wojskowi dyskretnie zezowali przy kolacji w tamtą stronę. Sekundowała jej para zadbanych staruszków. Na pewno nie było tej seksbomby na liście pasażerów, a jeżeli już ją tam umieszczono, to pod fałszywym imieniem i nazwiskiem. Podobnie jak Bob, była agentem wywiadu Unii Solarnej, jednak nie zatrudniono jej na Ganimedzie, ale na Callisto. Jakim cudem jednakże znalazła się na pokładzie „Titanica”? I dlaczego szef sekcji nie raczył go poinformować, że będzie mieć w drodze doborowe towarzystwo? Na te i na inne cisnące się bezładnie pytania nie umiał sobie na razie odpowiedzieć. Przyszło mu do głowy, że skoro obok niego są na tym kolosie inni agenci, sprawa, z którą miał się uporać, nie jest wcale taka prosta.

11.04.2004 :: 21:54
Komentuj (0)


Śmigus-dyngus


      Popłynęły dzisiaj struuuuuuugi wody. Na mnie wylano chyba z dziesięć litrów. Udany obyczaj!

12.04.2004 :: 16:15
Komentuj (1)


I mamy nowego bohatera... [2]


      Gdy mijał nakryty granatowym obrusem stolik, kątem oka zarejestrował dyskretny gest, który uczyniła dziewczyna. Mimochodem dotknęła lewą dłonią prawego ramienia. W służbowej mimice oznaczało to, że pragnie bez zwłoki nawiązać z nim kontakt. To go uspokoiło. Nie miał nic przeciwko temu, żeby uciąć sobie z nią przyjazną pogawędkę — a najchętniej przy świetle wirtualnego księżyca i przy miłosnych trelach wyciągającego wysokie tony słowika. Tym bardziej, że już w czasie ćwiczeń na Callisto, do których oddelegowano go przed kilkoma miesiącami z ganimedzkiej sekcji, miał nieodpartą ochotę na dużo więcej. Tam jednak do ponętnej modelki nie miał raczej dostępu, a natłok zajęć szkoleniowych sprawiał, że była poza jego zasięgiem. Nie mieli prawie ani jednej chwili wolnej i musiał pożegnać się z nadzieją na kameralne rozmowy i flirty. Wyszedł z restauracji na korytarz. Pozbierał myśli i raptem go olśniło, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Nieprzewidzianie śliczniutka Vanessa okazała się księżniczką z jego bajki. Pojął, że zakochał się na amen w "Titanicu" i począł błogosławić szefów za to, że go wysłali w tę niechcianą podróż.

13.04.2004 :: 07:55
Komentuj (0)


I mamy nowego bohatera... [3]


      Póki co nie mógł do niej wylewnie podpłynąć i rozkładając radośnie ramiona niefrasobliwie zapytać, co słychać na jej rodzinnym Callisto. Obowiązywały ich wynikające z zasad konspiracji żelazne reguły gry. Oficjalnie biorąc był dla Vanessy zupełnie obcym mężczyzną. Musiał więc zadbać o to, aby ich pierwsze spotkanie wyglądało na całkiem przypadkowe, a dopiero potem pozwolić sobie na serię z pozoru niezobowiązujących pokładowych rozmów. Takie tam ecie pecie. Wiadomo, wścibskie pokładowe kamery były wszędzie porozmieszczane, a postronnym nic podejrzanego nie mogło wpaść w oczy. Zawsze mógł się znaleźć ktoś nadmiernie dociekliwy. Postanowił odłożyć to podniecające zadanie na następny dzień, zaś pierwszy wieczór w podróży przykładnie poświęcić lekturze.

15.04.2004 :: 18:53
Komentuj (4)


Co by tu pożyczyć...


      — Boże ty mój, jak dawno nie miałem w rękach prawdziwej papierowej książki — szepnął do bibliotekarki, która udostępniała zbiory.
      Mulatka z obsługi dosyć dobrze się prezentowała w pokładowym ciemnogranatowym mundurze i nawet nie musiał długo na nią czekać. Przytargała się w trzy minuty, więc widocznie lubiła tę pracę. Przez króciutką chwilę męczyło go podejrzenie, że jest tylko androidem, ale na szczęście nie miała charakterystycznego tatuażu na szyi. Nie znosił kobiet pozbawionych seksapilu.
      — A na co ma pan ochotę, panie?!..
      — Brown — podpowiedział jej skwapliwie. — Apartament dwieście trzy.
      Skinęła głową w geście, który mówił, że nie musi się tak gorliwie przedstawiać. I tak nie wyniósłby przecież pożyczonych książek poza statek kosmiczny. Te papierowe były wyjątkowo cenne.
      — Zatem na co? — cierpliwie powtórzyła pytanie.
      Chwilę się wahał z odpowiedzią, ale w gruncie rzeczy doskonale wiedział, z czym chce wrócić do swojej wygodnej kajuty.
      — Na jakieś zbiorowe wydanie dzieł Arystotelesa, zwłaszcza logicznych — rzucił niby to niedbale — oraz na "Isagogę" Porfiriusza...
      Zabłysnęły jej oczy i z jej twarzy zmiotło resztki kobiecej niechęci do sterczącego przed nią zadufanego faceta. Zagłębiła się między regały i przydźwigała mu cztery opasłe tomiska.
      — Na Porfiriusza będzie pan musiał jednak zaczekać — jej głos nabrał barwy. — Nie mamy go na półkach. Jest tylko po hiszpańsku. Wyskanuję jeden egzemplarz z matrycy angielskiego wydania sprzed stu sześćdziesięciu lat. Będzie w pięknych jasnobrązowych okładkach ze skóry. I niech pan się nie martwi — zapewniła skwapliwie. — Ktoś go podrzuci panu do kajuty. Najpóźniej za pół godziny!

19.04.2004 :: 14:31
Komentuj (7)


Jubileusz


Huraaaaa! Ownlog ma już sto dni. Ani się człowiek obejrzał...

20.04.2004 :: 14:19
Komentuj (5)


Kłopoty z ortografią


      Z pisownią wielu polskich słów można sobie nie radzić i trzeba często zaglądać do słownika ortograficznego, aby się upewnić. Mam na półce taki ogromny, obejmujący 350 000 wyrazów. Niektóre słówka warto sobie przypomnieć, bo często się mylą.

      Na przykład:

ta pomarańcza, tej pomarańczy [owoc]
ten pomarańcz, tego pomarańczu [kolor]

ten kompan, ci kompani
ta kompania, tej kompanii

21.04.2004 :: 08:36
Komentuj (4)


Księżyce Saturna i Porfiriusz z Tyru


      Następnego dnia niby przypadkiem otarł się o czarującą agentkę z Callista. Właściwie to dziewczyna zadbała, żeby na siebie wpadli. Przy jednej z ulokowanych na pierwszym poziomie kafejek, ta była stylizowana na wyszynk z dzikiego Zachodu, mieściła się niczego sobie sala wystawowa, a oddany sztuce kustosz zdecydował się zaprezentować serię oryginalnych dzieł mistrzów z księżyców Saturna. Tytułem zachęty na każdym stoliku znalazł się niewielki błyszczący folder. Wyłamał się i zamówił francuskie croissanty z białą kawą i dżemem brzoskwiniowym, a później pachnące gnochci, w aromatycznym sosie ze świeżych pomidorów i bazylii. Prosto z restauracji owczym pędem pociągnęli na Parnas po śniadaniu wszyscy chętni, więc i on powlókł się w ogonie. Nieuważnie lustrował cenne zbiory, starając się przy tym nie ziewać. Utonął ostatecznie w bardzo niskim przeźroczystym foteliku, który mu się w jednej chwili rozpakował przed przedstawiającym tytańskie orchidee znanym płótnem De Smeta i popadł w niejaką zadumę.
      Noc miał zarwaną, bo gdy ustawiał „widok za oknem” na mroźny masyw Herkulesa, zapomniał zablokować temperaturę. W rezultacie tego gdzieś po północy dojmujący chłód wyrwał go ze snu. Dygotał z zimna, zmagając się z parametrami klimatycznymi, a oschły i obojętny głos lektora z terminala doprowadzał go do szału. Był wściekły jak diabli. Woda zamarzła w karafce, więc musiało być w apartamencie poniżej zera. Dobrze, że z sufitu nie padał śnieg. Następnie myślami wrócił do wieczornej lektury. Pobieżnie przejrzał pisma logiczne Stagiryty, noszące wspólne miano „Organonu”. Obejmowały one „Kategorie”, „O wypowiadaniu się”, „Analityki pierwsze”, „Analityki wtóre”, „Topiki” i „O dowodach sofistycznych”. Przekartkował również „Hermeneutykę”, a potem zabrał się ostro za przyniesioną mu przez pokładowego gońca „Isagogę”.

27.04.2004 :: 13:11
Komentuj (2)


Predykabilia


      Książeczka była niczego sobie, choć musiał przyznać, że brakuje mu nieco konceptu. Napisano ją mało klarownym językiem, lecz na szczęście nie zabrakło w niej obszernych objaśnień i wnikliwych komentarzy. Zaintrygowały go tajemnicze predykabilia, o których przed laty mimochodem usłyszał od dziadka Brunona. Jakiś czas mylnie sądził, że wiążą się one nie z logiką, lecz z odległymi asteroidami. „Isagoga” należała do najpoczytniejszych i najbardziej rozpowszechnionych dzieł w dawnych dziejach kultury. Była najpoważniejszym traktatem logicznym, odziedziczonym po starożytnych przez średniowiecze. Zgodnie z podanymi w niej zasadami „różnica” („differentia”) wraz z „rodzajem” („genus”), „gatunkiem” („species”), „właściwością” („proprium”) i „przypadłością” („accidens”) tworzyła grupę określeń, niezbędnych przy budowie poprawnej klasycznej definicji rzeczy. A definiować umieli starożytni jak nikt już po nich.
      Vanessa przerwała mu dopiero co podjętą medytację. Jej zgrabne nogi świetnie się prezentowały na tle okrzyczanego tytańskiego dzieła i Bob w nagłym przebłysku sobie uzmysłowił, że Peter De Smet popełnił katastrofalny błąd nie umieszczając ich na obrazie. Pożegnała towarzyszących jej staruszków, którzy zajęci kolejnymi płótnami olejnymi oddalili się ku drugiemu krańcowi sali.

27.04.2004 :: 16:23
Komentuj (0)


Głupia gęś


      Bez przeszkód mogła odegrać przed nim rolę głupiej gęsi, która nie ma zielonego pojęcia o astronomii.
      — Czy mógłby mi pan dopomóc? — zwróciła się do siedzącego agenta. Z konieczności musiał poderwać się z miejsca. — Chciałabym wiedzieć, skąd pochodzą te orchidee.
      Zrobił poważną minę, najpoważniejszą, na jaką było go stać i zezując na obraz, odpowiedział: — Z Tytana, proszę pani!
      — Och, to jasne — głupia gęś wcale nie była aż tak nierozgarnięta. — Przeczytałam pod tym płótnem — pokazała mu ślicznie palcem. — Ale gdzie jest ten... Tytan? — jeszcze raz sprawdziła nazwę. — Czy to jest księżyc Wenus?
      Czuł, że ogarnia go dziwny diaboliczny chichot, ale musiał się jakoś opanować.
      — Ależ nie, proszę pani. O ile mi wiadomo Wenus nie posiada dotąd księżyców, nie licząc gigantycznych stacji orbitalnych. Tytan jest dużym satelitą Saturna — objaśnił z niesłabnącą powagą.
      — O Boże, już wiem — ucieszyła się. — To ten kolos z kolorowymi pierścieniami z kryształków lodu. Czytałam w jakimś przewodniku. Air Callisto Company proponuje młodym parom miesiąc miodowy na jego orbicie — podzieliła się z nim posiadaną wiedzą. — Podobno ma to wpływ na trwałość związku — dodała w zaufaniu.
      Oczarowała go swoją urodą — i właściwie dopiero teraz pojął, że ta idiotyczna rozmowa mogłaby się toczyć, toczyć i nigdy nie skończyć. W kusej różowej sukience wyglądała ponętnie i świeżo. A poza tym była agentem znakomicie wyszkolonym i cieszącym się wysokim ilorazem inteligencji. Krótko mówiąc, miał szczęście. Zależności służbowe w centrali wywiadu na Callisto nie sprzyjały kruszeniu lodów. Tam ponadto jej wdzięki przysłaniał nie pozwalający wyeksponować kobiecych kształtów kombinezon roboczy. Tu zaś panował luz, a ona z niezaprzeczalnym wdziękiem paradowała w kreacjach niemalże wprost z żurnala.

27.04.2004 :: 16:41
Komentuj (1)


Grawitacja


      Ptaki i koty olewają ten temat. Ptaki mają skrzydła, a koty opanowały miękkie spadanie. Pewnego wieczora Rudasek znowu ześlizgnął się z parapetu i poleciał w dół z okna na drugim piętrze. Ubrałem się w takim tempie, że należałoby to odnotować w Księdze Guinnessa, i zbiegłem przed klatkę schodową. I myślicie, że się mu coś stało? Zero objawów. Tylko zbrudził sobie łapki, bo akurat padał deszcz.
      Koty to mają dobrze...

29.04.2004 :: 13:33
Komentuj (4)