EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(10)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(76)
Publikacje(36)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Dziewczyna z buszu


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Scena z wynurzającą się z dżungli piękną tubylczą dziewczyną na obcej planecie chodziła za mną od dawna, już nie pamiętam, jakie opowiadanie SF mnie natchnęło...

      Gdy już się z tym uporali, musiałem się podnieść. Ruszyliśmy dookoła pensjonatu. Pawilony stykały się ze ścianą tropikalnego lasu, więc kroczyliśmy ostrożnie, bacząc pod nogi. Licho nie spało i należało uważać. Zwłaszcza na ukąszenia niebezpiecznych owadów. Niósł się wilgotny zapach dżungli. Słyszeliśmy krzyk małp. Odzywały się ptaki. Oglądaliśmy wysokie drzewa. Lokowały się na ich gałęziach i pniach kwitnące pnącza. Zwisały liany. Niżej ścieliły się paprocie, glony i mchy. Zieleń była świeża, soczysta i bardzo intensywna. Okrążyliśmy cały ośrodek, nie odkrywając niczego, co mogłoby budzić niepokój. Dopiero gdy wróciliśmy, jeden z naszych goryli pojął, że coś przeoczyliśmy. Detektor Briana wykrył na podczerwieni nieodległy żywy obiekt, kryjący się w dżungli.
P      rzyglądałem się z niedowierzaniem temu, co wyświetliło się mu na ekranie. Dwunożna istota stała w gąszczu, zapewne skrycie na nas filując. Ktoś nas podglądał jak nic.
      — Zombie? — głośno się zastanowiłem. — Do diabła, wiedziałem, że nie będziemy tu sami. Spróbujmy podejść, może nie ucieknie.
      Powoli zbliżyliśmy do ściany lasu, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Domyślałem się, że moi kumple popuszczają ze strachu w gacie. Broń trzymali w pogotowiu, gotowi jej użyć. Gdyby toto, co tam się kryło, nagle wyskoczyło, mielibyśmy się z pyszna. Oczyma wyobraźni widziałem, jak złowroga bestia ginie w krzyżowym ogniu wystrzałów. Laura bojaźliwie została z tyłu, nie chcąc się narażać. Ulokowała się za moimi plecami.
      Udzielił mi się nastrój niepewności. Nie wytrzymałem nerwowo i krzyknąłem, siląc się na gieroja:
      — Hej, hej! Wyjdź do nas, poczwaro!
      Przez chwilę nic się nie działo. Potem zaszeleściły zarośla i wstrzymaliśmy dech z wrażenia. W niby-bambusowym gąszczu nie chroniła się zarośnięta człekokształtna małpa, ani żadne inne zwierzę. Dżungla sprawiła nam miłą niespodziankę. Zza zasłony liści wyłoniła się naga dziewczęca postać o ciemniejszej niż nasza pigmentacji skóry, wystarczająco ludzka, byśmy mogli powściągnąć niezdrowe emocje. Nie musieliśmy się jej lękać.
      — Ja cię pierniczę! — wyszeptał George. — To niemożliwe.
      Tajemnicza dżaga pochodziła jak nic z wysp Polinezji. Skąd się tu wzięła? Młodziutka i zgrabna, trochę ustępowała nam wzrostem. Czarne włosy sięgały jej do połowy pleców. Jednak oczy nie zdradzały specjalnej inteligencji. A może mi się tylko tak wydawało. Coś ją do nas ciągnęło. Niepewnie uczyniła kilka kroków i zatrzymała się z dziecięcą ciekawością, zaaferowana nami, tym niemniej gotowa odwrócić się i uciec, gdyby któryś z nas chciał uczynić jej krzywdę. Jej biodra zdobił wąski pasek upleciony z włókien roślinnych. Niczego więcej nie miała na sobie, niczym biblijna Ewa w raju, lecz nie przejmowała się brakiem ubioru. Czyżby tu żyło prymitywne plemię, którego dotąd nie udało nam się odkryć?
      Laura nadal chowała się za moimi plecami. Jako kobieta z Ziemi powinna była zdobyć się na przyjacielski gest, jednak zabrakło jej śmiałości i pewności siebie. Nie grzeszyła odwagą.
      — Masz coś do jedzenia? — z cicha zapytałem, prawie nie poruszając ustami. Nie przyszedł mi do głowy żaden plan. Działałem spontanicznie i improwizowałem.
      Posłuchała brzuchomówcy. Sięgnęła do jednej z obszernych kieszeni i bez słowa podała mi tabliczkę słodkiej czekolady. Pokazałem specjał tubylczej młódce, odwinąłem folię i ze smakiem odgryzłem na rogu, klepiąc się z przyjemnością po brzuchu. Taa-akie dobre! Po czym zachęcająco wyciągnąłem przysmak w jej stronę.
      — Chcesz gryza? — zawołałem jak dureń. Kompromitowałem się jako poważny agent. Czy tak należało zachowywać się na nieznanej planecie?
      O dziwo, moje demonstracyjne zachowanie odniosło skutek, chociaż nie powinno, a tubylcza piękność dała się skusić. Właściwie odczytała moje intencje. Uznała, że nie znalazła się w jaskini lwa. Pokonała opory i z niemal wrodzoną beztroską podeszła, zalotnie kołysząc biodrami. Nie przejmowała się wycelowaną w nią bronią. Wzięła ode mnie czekoladę. Skosztowała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Trudno, żeby jej nie smakowała. Kto nie lubił czekolady? Nie uciekła, czego mógłbym się spodziewać. „Rany, udało się!” — zachichotał w mojej głowie cichy głosik. — „I co dalej?”
      Zmysłowa młódka stała przede mną, jakby na coś jeszcze czekając. Oblizała wargi. Przestąpiła z nogi na nogę. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Króciutką chwilę walczyłem z oczopląsem. Bez żenady prezentowała swe wdzięki, więc jej bliskość sprawiła, że jak sztubakowi zabrakło mi tchu. Z wrażenia bałem się poruszyć. Była cudownie zbudowana, przeurocza i zniewalająca. Niosła z sobą niepokojące zapachy dżungli. Obok takiej madonny nie przechodziło się obojętnie. A gdy raz taką się ujrzało, długo nie umiało się o niej zapomnieć.
      Jej ciemne oczy taksowały mnie z niesłabnącą uwagą. Wreszcie uśmiechnęła się i rzekła coś szybko w języku, którego nie rozumiałem. Czułem, że przecięła niepojęty dla mnie węzeł gordyjski.
      — Do diabła! — syknąłem przez zęby. — Macie tu translator?
      Pokładowy mózgowiec przesłał nagranie na statek i błyskawicznie dostał odpowiedź. Obca dżaga była naprawdę Polinezyjką.
      Oznajmił z niepomiernym zdziwieniem:
      — Powiedziała: „Dobre. Ty mnie wziąć. Ja być twoja!”
      Tyle samo wyczytałem z jej oczu. Nie zamierzała odejść. Poza tym jej gesty nie budziły już wątpliwości. Potraktowała mnie jak ziomka i w okamgnieniu stała się moją przyjaciółką. Doznałem olśnienia i pojąłem, że jakimś cudem dokonałem transakcji. Dostała mi się na własność urodziwa tubylcza dziewka. Za tabliczkę czekolady. Odważyłem się i delikatnie dotknąłem jej zmysłowej twarzy. Przeszył mnie natychmiast dreszcz pożądania.
      George dostrzegł moją niepewną minę.
      — Ciekawe, co powie na to Rosemary! — zażartował.
      — Lepiej weź się do roboty! — fuknąłem. Nie wydawało mi się to wcale śmieszne. W takiej chwili wolałem nie myśleć o żonie. — Trzeba wysłać drony, by przeszukały dżunglę. Przecież nie wzięła się znikąd.



04.04.2018 :: 19:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Z Włodzimierzem Kłaczyńskim


      Sobota, 7 kwietnia 2018 r. W Cukierni u Borowskiej w Mielcu odbywa się 11. spotkanie literackie Mieleckiej Grupy Niezrzeszonych Prozaików. Tym razem jest prezentowana proza Włodzimierza Kłaczyńskiego. Lektorki czytają fragmenty „Popielca”. Oprawę muzyczną zapewnia ZPiT Chorzelowiacy.

07.04.2018 :: 21:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Starożytni bogowie powracają!


      Na początku kwietnia 2018 r. na rynek księgarski za pośrednictwem platformy Legimi.com trafiła w wersji elektronicznej moja świeżo ukończona mikropowiesć sf „Hegemone. Myśląca planeta”. Utwór liczy sobie ok. 70 ss znorm mpsu.

Zobacz wydania >>

15.04.2018 :: 08:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Porozmawiajmy o ewolucji


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Usiedliśmy na rozgrzanym marmurze. Wyłączyłem translator. Hina i Noa z oddaniem mi asystowały, nie zamierzając nigdzie się oddalać. Wodziły palcami po żyłkach, znaczących się na wypolerowanych płytach, jakby układały się one w tajemniczy szyfr, tylko dla nich zrozumiały.
      — Mów, na co wpadłeś!
      George zaczął wykład.
      — Już dawno temu uznano, że ewolucja świata organicznego nie jest naturalną kontynuacją ewolucji świata fizycznego. To całkowicie odmienny proces, nie dający się wytłumaczyć budową materii. Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że martwe pierwiastki muszą się zamienić w coś żywego. Organizmy żywe pojawiają się tylko w nielicznych punktach wszechświata, a przykładem jest nasza Ziemia. Tworzą się niewielkie wysepki życia w nieogarnionych przestrzeniach martwego kosmosu. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co. Powstaje coś całkowicie nowego, zaskakującego dla astrofizyków, obserwujących słońca, planety, księżyce, planetoidy i meteory. Co jednak wywołuje rozwój organizmów żywych? Co napędza ewolucję organiczną? Skąd bierze się życie? Gatunki roślinne i zwierzęce nie powstają przecież same z siebie. Ktoś musi za tym stać. Zrozumiałe jest więc pytanie o przyczynę sprawczą. O obdarzonego mocą demiurga.
      — Jasne. Ale się rozpędziłeś. Czyli mówimy o bogach — próbowałem wpaść mu w słowa.
      — Nie wykluczano tego, że sprawcy ewolucji organicznej, biologicznej przybyli do nas z innego, nieznanego nam wymiaru wszechświata. Szukano ukrywającego się kreatora, może arystotelesowskiego pierwszego motoru, który odpowiadałby za rozkwit organizmów żywych na naszym i na innych globach. Pod tym kątem badano podania religijne i mity. Skąd bierze się moc, przekształcająca formy mniej rozwinięte w bardziej zaawansowane?
      — I tahitański bóg Ta’aroa — twoim zdaniem — odpowiada tej koncepcji?
      — Podobnie jak inni starożytni bogowie, stwarzający życie na Ziemi, w tym Bóg z Biblii. Na wyspach Polinezji Ta’aroa występował także pod innymi imionami. — George z zaaferowaniem zatarł ręce. — Dopóki nie znajdziemy lepszego, sensu stricto naukowego wyjaśnienia, powinniśmy trzymać się pierwotnych, mitycznych przekazów. W nich jest coś, nad czym nie wolno nam przechodzić do porządku dziennego. Iskra prawdy, kosmicznej prawdy. Wskazują one, w jakim kierunku powinny biec nasze badania.
      Pojąłem, do czego zmierza. Innymi słowy, ktoś najpierw stworzył wszechświat, czyli przygotował grunt pod ogród, a potem ktoś inny zasadził w nim kwiaty.
      — Sądzisz, że Ta’aroa przeniósł się z Ziemi na tę planetę? I zamienił ją w kraj mlekiem i miodem płynący?
      Wracające z wioski dziewczęta nie pozwoliły mu dokończyć. Oniemiałem, kiedy spojrzałem na ścianę lasu. Ahuone prowadziła nie dwie dżagi, ale ich całą roześmianą gromadkę.
      — O nie! — jęknąłem. — A to będzie!..


19.04.2018 :: 14:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Raptory


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Po posiłku rozstałem się z Rosemary i udałem na platformę ze sprzętem, który miał trafić na powierzchnię globu. Zaciekawiały mnie środki transportu. Spotkałem tam Michaela i Johna. Pracowali od samego rana. Zamierzali testować maszyny do lotów i łaziki na gąsienicach do pokonywania dżungli.
      — Czego szukasz? — ciekawie zapytał Michael. — Pomóc ci w czymś?
      — Chciałbym wziąć skuter powietrzny — powiedziałem. — Marzy mi się, by wybrać się nim do pensjonatu nad brzegiem morza.
      Zaprowadził mnie do niszy, w której stało kilkanaście takich maszyn. Nazywano je raptorami. Miały opływowe kształty, a ich szaro-zielone karoserie cieszyły oczy. Prawdziwe cuda. Niektóre pokryto kolorami maskującymi. Były łatwe w obsłudze, więc mogłem od razu zasiąść za sterami i polecieć. Dzięki finezyjnemu napędowi potrafiły zawisnąć w powietrzu. Przełknąłem z wrażenia ślinę. Miałem już wcześniej do czynienia z takim sprzętem. A poza tym na Ziemi uchodziłem za rajdowca.
      — Do nich są kaski i kombinezony — wyjaśnił Michael. — To ze względów bezpieczeństwa.
      — A jak się stąd wyrwać?
      — Nie otworzę ci luku, nie ma mowy. Na to musisz mieć zgodę Coxa.
      — Też względy bezpieczeństwa? — rzuciłem zawiedziony.
      — I to ty pytasz o takie rzeczy? — z niedowierzaniem pokręcił głową. — Przecież jesteś od pilnowania innych. Ale mogę ci podrzucić jedną maszynę do głównego wejścia. Przed śluzę. Tam już sobie poradzisz. Postawię raptora obok ślizgacza, z którego korzystacie. Wpiszę twój kurs jako próbny.
      Zatarłem ręce z zadowoleniem.
      — Dzięki! Dobry kumpel z ciebie. Jeśli ci to nie przeszkadza, wybrałbym się za pół godziny.
      — Masz szczęście, że wdepnąłeś z rana, bo później będzie urwanie głowy. Swoje robimy, ale to jeszcze nie wszystko. Budzą co poniektórych kolonistów. Postawili na nogi kilku mechaników — zdradził Michael. — Mają zabrać się za naprawę silników.


27.04.2018 :: 18:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone