Zaczynają frygać muzy?
Chodzi mi po głowie pomysł na nową mikropowieść science fiction o roboczym tytule "Misja: Europa". Zaczynałaby się tak:
To miejsce wywoływało nienajlepsze wrażenie. Niepewny wzrok Toma ślizgał się krótko po niebie w poszukiwaniu choćby skrawka błękitu. Nic z tego! Tylko ostatni kiep na tym kaprawym księżycu oczekiwałby romantycznych zachwytów lub poetyckich uniesień i wzruszeń. Zresztą takich naiwnych palantów tu nie przysyłano. Nie mieliby żadnego zajęcia.
— Uf! — odsapnął, zezując na wlokącego się za nim brata. — Co za ohyda — prychnął. Ruszył dalej. — Tak spartaczonego sklepienia niebieskiego nigdy dotąd nie oglądałem.
— Rogatki cywilizacji. Świat się tu kończy, niestety — miauknął z żalem tamten. — Załatwili nas na amen...
Schodzący za nimi po trapie niespokojnie mrużyli oczy lub nerwowo mrugali powiekami. Krążownik wypluł ze swego wnętrza całą dziewiątkę. Dopiero teraz dotarło do nich, że trafili do piekła. W niby to jasnozielonej, ale jednak brudnawej atmosferze Europy było coś niepokojącego, czy wręcz drażniącego — jakby złośliwy kosmiczny gigant światło słoneczne dla zabawy przepuszczał przez olbrzymi przeźroczysty pojemnik z szamponem ze zgniłych jabłek. Niedomyte były białe obłoki i brudnozielone deszczowe chmury. Ci, którzy złowrogo przyglądali się ich przybyciu, mieli na oczach fikuśne filtry. To ich ratowało przed obłędem.
Gina schodziła czwarta lub piąta. Jej lekko kołyszące się biodra musiały doprowadzać gapiących się więźniów do szału. Pamiętała, żeby się trzymać Toma i jego brata. W tym łajdackim gronie należeli do najprzyzwoitszych. Jej wyrok opiewał na dwa lata. Znalazła się w opłakanej sytuacji, bo w grajdołku, do którego ją rzucono, nie powołano do życia babskiego komanda. Któż by pomyślał, że pójdzie na taki układ? Pozostawiona samej sobie, doskonale się orientowała, że aby przetrwać, musi kupczyć swoim ciałem. Była za seksy, by liczyć na to, że dadzą jej spokój.
Przystanęła, czekając na pozostałych. Niemrawo formowali niby-kolumnę. Łysy dozorca najpierw policzył ich palcem, a potem wyczytywał ich imiona i nazwiska, niemiłosiernie kalecząc wymowę. Dyskretnie filowała na boki. Pobliskie niewysokie góry były zryte przez buldożery. Wszędzie znaczyły się hałdy ciemnopomarańczowego piachu. Więźniowie nosili czerwone bluzy i kapoty z niewiele mówiącym, a nawet mylącym nadrukiem "Ganimedes 2". Kto się orientował w zasadach, obowiązujących w tej dziurze, ten doskonale wiedział, że to katorżnicy. Ludzie bez praw. Skazani wyrokami sądowymi na ciężkie roboty. Zrzutka kału z całego Układu Słonecznego.
Tak napisali inni:
|
Wróć |