ZAPISKI FRAGMENTY UTWORÓW SAVOIR-VIVRE NASTOLATKA
 
 






Windą w dół


      Ze stylizowanego na Dziki Zachód wyszynku wysypało się kilku mężczyzn w kowbojskich kapeluszach na głowach. Takie były te kawiarenki, przysypane kurzem wieków i owiane aurą romantyzmu. Mimochodem dojrzał, że ciągnie za sobą kilka zazdrosnych spojrzeń i to mu raptem dodało skrzydeł.
      Nikt inny oprócz nich nie kwapił się, by wsiadać, więc znaleźli się sam na sam w oświetlonej żółtym światłem kabinie. Drzwi bezszelestnie się zasunęły.
      Owiał go zapach jej perfum. Nigdy nie był z nią tak blisko, niemal twarz przy twarzy, i z wrażenia zaschło mu w ustach. Pilnie go taksowały jej niebieskie oczy.
      — Chyba są tu również windy grawitacyjne — wykrztusił z siebie, próbując czymś wypełnić nagłą grobową ciszę — ale pewnie korzysta z nich tylko załoga.
      Nie wydała głosowego polecenia. Tablica z nawigacją kryła się za jej plecami, z wdziękiem się odwróciła i zręcznie stuknęła w wybrany przycisk. Winda ospale ruszyła. Jednakże nie w górę, jak się spodziewał, ale w dół. Już otworzył usta, aby układnie zauważyć, że rozkojarzona młoda dama pomyliła kierunki, ale jakiś ledwo wyczuwalny impuls sprawił, że w ostatniej chwili ugryzł się w język. Vanessa spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy, że od razu stracił ochotę na rozsądzanie o czymkolwiek bez jej wyraźnej zgody. Doświadczona agentka z pewnością wiedziała, co robi.
      — A czy orchidee jako gatunek pochodzą z Ziemi, czy też stworzył je ktoś w koloniach? Może jakiś zakochany w kwieciu genetyk artysta? — niefrasobliwie zaszczebiotała, dostosowując się znowu do roli głupiutkiej gęsi.
      Potarł ręką czoło w zamyśleniu. Gra dalej się toczyła, czy tego chciał, czy nie. Przedsięwzięła coś bez sensu, boleśnie wyszarpując go ze skorupy nawyków i przyzwyczajeń.
      — O ile wiem, to jednak z Ziemi — potwierdził z niejakim rozmysłem. — Były tam hodowane przed wiekami — nim jeszcze Galileusz odkrył cztery księżyce Jowisza i nim rozpoczęły się loty w kosmos. — Króciutko szperał w pamięci, szukając informacji. — Orchidee są nazywane także storczykami. Większość z tych roślin jest epifitami. Pasożytują na gałęziach drzew lub rosną na skałach. Są uprawiane ze względu na piękne i ozdobne kwiaty.

03.05.2004 :: 09:44
Komentuj (0)


Windą do góry


      Niechętnie opuścił ciemną wnękę, opieszale ciągnąc śladem agentki. Pojął, że w okamgnieniu dał się omotać, ale nie miał powodów, by tego żałować. Znaleźli się na powrót w windzie, ponownie grając role dwójki przypadkowych pasażerów, którzy dopiero co się poznali.
      — Mon Dieu, jak mogłam się tak pomylić? Ale to dziwne, że pan nie zwrócił na to uwagi. Zawsze z pana taki niezguła?
      Niby to zawstydzony, począł się tłumaczyć:
      — Podobnie jak pani, pierwszy raz lecę statkiem z tak ustawioną elektroniką. Był zbudowany na Marsie, a nie w Układzie Jowisza. Oni tam mają trochę inne systemy, więc sporo rzeczy jest tu dla mnie nowych — skonstatował ulegle, tym razem osobiście wciskając przycisk trzeciego poziomu. Potem jeszcze uważnie sprawdził, czy faktycznie dobrze trafił palcem, niewyraźnie mrucząc po nosem: — Zielone w dół, żółte w górę! — Zaś gdy winda ruszyła, zdobył się na odwagę i zaszarżował:
      — A skoro dziwnym trafem wylądowaliśmy razem w ciemnej piwnicy, i to już w pierwszym dniu lotu, to może przeszlibyśmy na ty? — wypalił jak przystało na pokładowego donżuana. — Mam na imię Bob.
      Chwilę się boczyła.
      — Vanessa — udobruchana, podała mu wreszcie wąską dłoń. — Ale na drugi raz, gdy wsiądziesz ze mną do windy, musisz uważać, Bobie — cierpko go skarciła. — Wiesz, co by się stało, gdyby ta wyciągarka wyrzuciła nas poza obręb tego statku?
      Ucieszył się w duchu, że występowała pod swoim prawdziwym imieniem. Jednak znowu ogarnął go sardoniczny wewnętrzny chichot. Takie zwariowane numery mogły robić obdarzone inteligencją windy potworki jedynie w filmach dla maluchów.
      — To fakt, mielibyśmy poważne kłopoty — potwierdził z pozorowanym przejęciem. — I pewnie nie moglibyśmy tak szybko wrócić. Chyba, że bylibyśmy zawinięci w te sreberka.
      — W jakie... sreberka? — niepomiernie się zdziwiła, lustrując go z podejrzliwą uwagą.
      — No, w te... kombinezony kosmiczne — ze zgryźliwą uprzejmością dorzucił.
      Przypatrzyła mu się chłodno, jakby z żalem, że za wcześnie pozwoliła mu przejść na ty, a potem przeszyła go tak piorunującym spojrzeniem, iż natychmiast zrozumiał, że ze swoimi nonsensownymi pomysłami powinien pójść do wszystkich diabłów. Debil, odbierał jej rolę. To przecież ona startowała z pozycji nierozgarniętej blondynki.

04.05.2004 :: 18:42
Komentuj (2)


Rozkoszne międzywindzie


      Migiem pociągnął za nią, lękając się, że zniknie mu z oczu. W ogromnym pustym holu panował tajemniczy półmrok. Wystające z posadzki zaczepy zdradzały przeznaczenie tego pomieszczenia i wskazywały na to, że pewnie wtedy, kiedy z pozoru nieruchawy gigant ruszał w drogę z kompletem pasażerów, ładowano tutaj bagaże. Pilnie główkował nad tym, gdzie mogą być rozlokowane miniaturowe kamery i czujniki termiczne, z których korzystano w centrum nadzoru, ale nie zdążył dojść do żadnego odkrywczego wniosku. Vanessa czekała na niego kilkanaście kroków dalej i niecierpliwie ruszyła do ataku, przejawiając nieoczekiwaną inicjatywę. Gwałtownie pociągnęła go za sobą do ciemnej niszy tuż obok, a tam zarzuciła mu na szyję ramiona i szaleńczo wpiła się w jego usta, namiętnie go całując.
      — Co ty?! — wymamrotał, gdy na krótką chwilę uwolnił się z jej objęć. Z rozkoszy oczy miała prawie nieprzytomne. Nie spodziewał się tak ognistego wybuchu, przechodzącego najśmielsze oczekiwania faceta w jego wieku. Przeszyła go bolesna myśl, że to kolejny element jakiejś zawoalowanej wywiadowczej gry, której celu i zasad nie pojmuje. Czy ktoś z rozmysłem zlecił jej, by go uwiodła? W jego duszy raptem wykwitły kiełki podejrzenia i strachu.
      Jednak dziewczyna nie udawała afektu.
      — Mój ty Casanovo, nie zdajesz sobie sprawy, jak cię pragnęłam — szczerze dmuchnęła mu do ucha. — Już tam, na Callisto, w centrum wywiadu. To cudowne, że przydzielili mnie do tej sprawy...
      Byłby ostatnim safandułą, gdyby rozpłomienionej lali z taką klasą jak przysięgły mnich bronił do siebie dostępu. Poddał się porywowi i z żarem przylgnął wargami do jej ust, a potem obrzucił pocałunkami jej oczy, czoło, pachnące włosy i szyję. Przez krótką chwilę mógł się bez pamięci pławić w ciepłym morzu rozkoszy. Jego ręce powędrowały w stronę kształtnych bioder i ud.
      — Jakiej sprawy?! — jakaś cześć jego "ja" pozostała wierna zasadom, które uznawał i usiłowała dociec, co się faktycznie stało.
      Próbowała się jakoś opanować. Głęboko odetchnęła, obciągnęła sukienkę, która niebezpiecznie powędrowała do góry, uśmiechnęła się i delikatnie pogłaskała go po policzku. Przyciągnął ja znowu do siebie.
      — Później ci to wyjaśnię, niedźwiadku. Na razie musimy wracać — ostatecznie uwolniła się z jego objęć. — Ten zaułek nie jest monitorowany, sprawdziłam to dzisiaj wczesnym rankiem, włamując się do systemów dowodzenia — przesądziła ze sporą dozą pewności siebie. — Nikt nas tu nie widzi.

05.05.2004 :: 13:20
Komentuj (4)


Bez goryla?


      Wesoło skakała po kuchni, łapiąc rzucane przez słońce na ścianę figlarne zajączki. Był rozgrzany czerwcowy poranek, doskonały dzień, aby wybrać się na pływalnię. Do śniadania zasiadła bez kaprysów — z wrażenia nie mogła jednak spokojnie usiedzieć na taborecie, bowiem w głowie miała rozkoszny brodzik dla maluchów. Przepadała za baraszkowaniem w pryskającej na wszystkie strony przejrzystej wodzie.
      — Weźmiemy koło ratunkowe? — zapytała.
      — Owszem — potwierdził tato, nakładający sobie właśnie nową porcję jajecznicy. — To ci mogę obiecać.
      Niebieskie oczy dziewczynki były szeroko otwarte. Myślami była wciąż nad wodą i nie zauważała ani zastawy stołowej, ani tego, co czekało na nią na talerzu.
      — A nadmuchiwane skrzydełka na ramiona? — nadal pytała.
      Tato z powagą przytaknął.
      — Też je zabierzemy — przesądził. — Zapakujemy je, a gdy dotrzemy już na miejsce i rozłożymy koc na trawie, to je nadmuchamy.
      — A piłkę? — Mireczka była niecierpliwa.
      — A jakże, tę wielką, w żółte i czerwone ciapy — orzekł się bez wahania. — Napompujemy ją na pływalni.
      — A różowego goryla?!
      Tatko z wrażenia przestał jeść. Zlustrował córkę zdumionym wzrokiem i przecząco pokręcił głową.
      — Twojego ulubionego goryla nie możemy zabrać, bo nie jest z gumy ani z tworzywa sztucznego. Nasiąkłby wodą i trzeba by go potem długo suszyć. Przecież jest z pluszu...
      Mireczce było to nie w smak. Spojrzała z zawodem na swojego przyjaciela, który wygodnie się rozsiadł w dziecięcym foteliku z oparciami.
      — Bez goryla nie pójdę na basen — wydęła buzię w podkówkę, okazując niechęć do całego świata.

13.05.2004 :: 06:59
Komentuj (0)


No to lecimy...


      Przed obiadem elokwentny kapitan zręcznie wdrapał się na podest dla orkiestry, aby stamtąd podzielić się wieściami z siedzącymi już przy stolikach rozleniwionymi podróżnymi. Przyszykował kilka pobudzających wyobraźnię ciekawostek, okraszonych wzmiankami o korwecie, którą dowodził. Czynił wyraźne gesty w stronę zapatrzonych w niego starszych pań, z którymi miał przyjemność poznać się bliżej po wieczornym nabożeństwie w intencji udanego lotu.
      — Miło mi zakomunikować, że "Titanic" dwie godziny temu — objaśniał ze swadą — osiągnął niewyobrażalną prędkość, wynoszącą czterysta kilometrów na sekundę, a napęd w związku z tym został wyłączony. Oczywiście, z powodu nagłej utraty przyspieszenia kierujący lotem komputer zmuszony był zmodyfikować pole grawitacyjne. Obecnie jest ono stabilne. W momencie wyłączenia silników niektórzy odczuli zaburzenia równowagi i mogli odnieść krótkotrwałe wrażenie, że podłoże huśta się pod ich stopami. Ale nie to jest jedyna rzecz, o której chciałbym dzisiaj państwu powiedzieć — odchrząknął, podnosząc pięść do ust. — Znajdujemy się obecnie w specjalnym kanale komunikacyjnym o symbolu 00X19, przeznaczonym dla statków pasażerskich — pewnie ciągnął. — Biegnie on lekkim łukiem aż za Słońce, wznosząc się ponad pasem asteroidów. Kanał jest bez przerwy patrolowany przez bezzałogowe maszyny, takie tam kosmiczne odkurzacze lub miotły, których zadaniem jest troska o to, by cała trasa przelotu była czysta. Usuwają one z jego obrębu drobne odłamki skalne, nie mówiąc — naturalnie — o większych ciałach niebieskich. Przy tak dużej prędkości jest to niezmiernie ważne. Chcemy uniknąć zderzeń naszego statku z przypadkowymi meteorami. Oczywiście, niezależnie od tego na własną rękę monitorujemy niebo, upewniając się, że nic nam nie grozi. "Titanic" jest wyposażony w tzw. pługi grawitacyjne, które "orzą" przestrzeń przed jego nosem, odrzucając na boki przypadkowe pyły i drobne ziarenka materii. Trzy takie urządzenia wystrzeliliśmy już kilka godzin po starcie. Bezpieczeństwo lotu jest więc wysokie. Warto zaznaczyć, że pancerz naszej korwety jest solidny i przy obecnej prędkości wytrzymałby czołowe zderzenie nawet z obiektem o masie do jednej tony...

14.05.2004 :: 08:29
Komentuj (2)


Zmieniamy stolik


      Mruknął pod nosem "pardon!" i zajął się kartą dań. Uprzejmie uśmiechnął się do staruszków, którzy szeptem deliberowali nad tym, co kryły stronice oprawionego w skórę menu z napisem wytłoczonym złotymi literami. To dzięki tej cichej parze mógł się przenieść do stolika Vanessy, a przynajmniej tak to mogło wyglądać w oczach innych osób w restauracji. Zdębieli z wrażenia wojacy w szaro-zielonych mundurach poderwali się jak na komendę, gdy słodka agentka niby sam szef korpusu z wdziękiem do nich się zbliżyła. Ona zaś wyzywająco zaanektowała Boba, wykrętnie się powołując na to stateczne małżeństwo. "Państwo Bregović pragną — uwodzicielsko paplała — żeby kwiaciarz z Nowego Amsterdamu zechciał im towarzyszyć ze względu na swoją wiedzę o tych biednych roślinkach, które się ścina i wstawia do wody". W życiu nie słyszał bardziej lekceważącej i bezceremonialnej oceny zajęcia, któremu poświęcał się w wolnych chwilach. "Kwiaciarz z Nowego Amsterdamu?" "Biedne roślinki, które się ścina i wstawia do wody?" Chłopcy z Korpusu Pluton II mieli takie miny, iż przełknęliby bez oporu jeszcze bardziej niedorzeczne wyjaśnienia. Gdy potem ochłonął i dyskretnie rozejrzał po sali, domyślił się, że co najmniej kilkunastu innych okupujących okoliczne stoliki mężczyzn ochoczo zajęłoby jego miejsce u boku uroczej modelki.

19.05.2004 :: 12:02
Komentuj (0)


Powoli się rozkręca


      Po obiedzie Vanessa bez słowa porzuciła agenta z Ganimeda, a szklankę soku pomarańczowego pozostawiła niedopitą. Usiłował skarcić ją wzrokiem, ale mu nie wyszło. Zerwała się i migiem złapała pod ręce staruszków, którzy zdążyli się już podnieść, bo zrezygnowali z deseru. Rozkosznie zaszczebiotała, przypominając, że obiecała pokazać im, jak się obsługuje wirtualne okna, które były ponoć sprzężone z pokładowym multikinem. Odpłynęła z nimi, doskonale ignorując „kwiaciarza z Nowego Amsterdamu”. Ten pozostał przy ciastku ze słodkim kremem ananasowym, myślami wracając z konieczności do własnych planów na przydługie popołudnie. Dopadli go potem na chwilę przejęci chłopcy z Korpusu Pluton II, z którymi wcześniej dzielił stolik, chcący się czegoś więcej dowiedzieć o Vanessie. Pomyślał, że jego akcje idą w górę. Byli ciekawi, czy boska modelka grywa w tenisa lub w siatkówkę, bo podobno na drugim poziomie były zgrabne korty i boisko z wirtualną widownią. Nieco kwadratowa ale szczera twarz Johna wydawała mu się teraz ociupinkę naiwna. Rozstał się szybko z nimi, obiecując, że ją o to zapyta, a potem pociągnął do swojego numeru, omal się nie zderzając w korytarzu z młodą kobietą z Wenus o bardzo ciemnej i naznaczonej liniami delikatnych żółwich zniekształceń, ale ujmującej twarzy. Wcześniej jakoś nie wpadła mu w oczy. Nawet dobrze wyglądała w stylizowanej na grecki chiton przydługiej sukni. Przez króciutką jak mgnienie chwilę żałował, że ta miła istota nie pochodziła z bardziej ludzkiej planety. W apartamencie zaś z książką w ręku zapadł się w wygodny fotel. "Isagoga" nęciła, obiecując prawdziwą ucztę duchową. W pierwszej kolejności zajął się tzw. drzewem Porfiriuszowym, pozwalającym na uchwycenie związków między "gatunkiem" a "rodzajem". Lubił takie spokojne chwile. Miał wrażenie, że ze wzruszającą drobiazgowością jak z klocków składa na nowo swoje życie. Nie pozostawiono go jednak w spokoju, a modulowany sygnał przerwał dopiero co podjęte medytacje.
      — To ty? — nie był właściwie zaskoczony, widząc Vanessę na wirtualnym ekranie.

23.05.2004 :: 21:17
Komentuj (0)


Zaproszenie


      — To ty? — nie był właściwie zaskoczony, widząc Vanessę na wirtualnym ekranie. Miała na sobie te same "szmatki nastolatki", co w czasie obiadu.
      — Och, państwo Bregović czują się ociupinę skonsternowani, bo zbyt ozięble się z tobą rozstali w restauracji, zupełnie bez pożegnania. I chcieliby to naprawić — paplała jak najęta. — Wiesz, to sprawa kurtuazji. Są bardzo grzeczni i kulturalni. Upoważnili mnie, bym zaprosiła cię do nich. O, właśnie wracają do salonu — mimochodem się obejrzała. — A poza tym... — uciekła gdzieś oczyma, niby nie wiedząc, jak to wyrazić.
      Dotarło do niego, co bogini z Callista ma na końcu języka.
      — Masz niejakie kłopoty z uruchomieniem wirtualnego okna — obłudnie się domyślił. Bez trudu odgadywał, jaką grę prowadzi piękna agentka.
      — Ależ ty jesteś przenikliwy, Bobie?! — niemożebnie się zdumiała, obrzucając go wzrokiem pełnym nieskrywanego podziwu. Znakomicie udawała. Błysk w oku dowodził, że ceni go znacznie bardziej niżby to wynikało z jej żywiołowych lecz chaotycznych reakcji. A potem szybciutko dorzuciła: — Na pewno trafisz, to apartament 46 B. Czwórka, szóstka i ta literka z dwoma brzuszkami...

27.05.2004 :: 14:15
Komentuj (3)