EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(83)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Kolejna kartka z kalendarza


Kto się w maju urodzi, temu się dobrze powodzi.

01.05.2016 :: 15:00
Link |  | Cztery pory roku


Grace po raz drugi


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Jacqueline nie zamierzała wracać do swej pracowni. Jakiś czas pływała, co rusz wynurzając głowę z wody i sprawdzając, czy mnie gdzieś nie poniosło, a potem wydostała się na brzeg basenu. Ujęła ogromny puchaty ręcznik i z wdziękiem usadowiła się obok, gotowa bez znudzenia mnie adorować. Dobrze czuła się przy mnie i tego nie ukrywała. Podejrzewałem, że podobnie jak Daisy ma w nosie enbargońską listę i cierpliwie szuka okazji, by wysunąć się na przód kolejki. Trzymała rękę na pulsie i nie opuszczała dobrej startowej pozycji. Jednak nie próbowała mi się nachalnie narzucać.
      Tu nas znalazła Grace, która nie zamierzała czekać do kolacji przy świecach z wyegzekwowaniem należnych jej praw. Jej też się spieszyło. Czyżby fakt, że jest pierwsza na liście, nie dawał jej gwarancji, iż dobiegnie na czas do mety?
      — Czy to miejsce jest zajęte? — zza mych pleców z udawaną powagą zapytała, jakby właśnie znalazła się na pełnej letników, zatłoczonej plaży i chciała się gdzieś ulokować.
      Odwróciłem głowę. Gdy ją ujrzałem, poderwałem się odruchowo z leżaka i przetarłem oczy ze zdumienia. Postawiła mnie na baczność i omal nie zapomniałem języka w gębie. Przez chwilę czułem się jak przygłup, nie wiedzący jak się zachować. Jej skarby okrywał jedynie nieprzyzwoicie skąpy strój kąpielowy.
      — Madonna santa! — wymamrotałem. — To naprawdę ty?
      Zaskoczyła mnie swoją kreacją i wywołała słodki zawrót głowy. Z wrażenia nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była taka, że palce lizać, a jej bliskość sprawiła, że jak sztubakowi zabrakło mi tchu.
      — Owszem, to ja! Ale nie jestem grecką Afrodytą i nie wyłoniłam się z piany morskiej — zażartowała, widząc, ze wpatruję się w nią baranim wzrokiem.
      Pannę z numerem pierwszym otaczała aura wyrafinowanej zmysłowości. Jej ciało zdawało się być wyrzezane przez niedościgłego mistrza, który wspiął się na niedostępny Olimp, znalazł wśród bogiń model odpowiadający jego aspiracjom i odtworzył go z pietyzmem w marmurze w odcieniu bursztynu, a potem niby Stwórca tchnął w martwy kamień ducha. Lśniące włosy miała zaczesane w koński ogon. Cieszyła oczy pełnymi piersiami, wprost stworzonymi do całowania. Kusiła parą wspaniałych nóg. Wąskie biodra, wklęsły brzuch i cudowny pępek dopełniały obrazu całości. Silnie działała na moje zmysły, nienawykłe do oglądania z bliska młódek z takim seksapilem i w tak nikłych resztkach bikini. Nie pojmowałem, jak można było odziać kobietę, mając niespełna dziesięć centymetrów tkaniny.
      Z przejęcia nie umiałem ukryć tego, co czułem. A czułem, że powinienem płaszczyć się u jej stóp i dziękować za udzielenie mi łaski posłuchania. Do takich bogiń żywiło się nabożeństwo. Nie strącało się ich z piedestału, by zaspokoić męskie żądze.
      — To jest… tak jakby… — wybąkałem, niepewnie przestępując z nogi na nogę. — Fajnie, że się objawiłaś… pojawiłaś.
      Nurtowało mnie przekonanie, że na nią nie zasługuję. Czułem, że nie dorastam jej do pięt. Mogłem ją wielbić, ale nie pieścić i bezcześcić. Nigdy bym się nie pokusił, by samemu nachalnie sięgnąć po lalę z tak wysokiej półki. A poza tym nie wyglądała na dżagę, którą taki matoł byłby w stanie uwieść, a raczej na gwiazdę, która mając przed sobą kilku adoratorów, sama — o ile zechce — kapryśnie wybierze sobie jednego.
      Lśniące oczy Grace zdradzały, że chce się ze mną zabawić. Emanowały pożądaniem. Nie zamierzała zadowolić się niewinnym uwielbieniem z mojej strony, a to, na co miała ochotę było aż nadto widoczne. Postanowiła okazać łaskę boyowi od czyszczenia basenu i zabrać go do swojej sypialni. Już nie była szefem. Zamieniła się w kapryśną królową, eksponującą swoje wdzięki. Mogłem więc jedynie z oddaniem merdać ogonem, całować jej ręce i robić to, co mi każe. Omiotła spojrzeniem Jacqueline, która też odruchowo podniosła się z leżaka. Piękna nudystka wzięła ręcznik i niby w obronie owinęła się nim w biodrach jak chustą pareo. Nie wypadało jej w obecności takiej gwiazdy świecić nagością.
      Nie wiedziałem, co zrobić. Mocowałem się z przerastającą mnie skalą doznań. Zerknąłem rozpaczliwie na Jacqueline, szukając u niej ratunku. Przy Grace traciła punkty. Spadła nagle na drugi plan. Nie dostrzegłem jednak w jej oczach ani aprobaty, ani nagany.
      Rozkoszna seksbomba z łatwością przejęła inicjatywę. To ona rozdawała karty, czy ktoś tego chciał, czy nie. Wskazała wzrokiem pokryte drobnymi falami lazurowe morze.
      — Przejdziemy się po plaży? — zachęcająco spytała, odruchowo poprawiając włosy.
      Podporządkowałem się bez słowa. Nie zamierzała przeganiać półnagiej brunetki, zapewne przewidując, że donna z numerem czwartym nie może pokrzyżować jej planów, więc poszliśmy w dół razem niby trójka sprawdzonych przyjaciół, których nic nie dzieli.


11.05.2016 :: 17:30
Link |  | Enbargonki


Roślinki z kosmosu


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Młode listery z Brillo okazały się bardziej zabawne niż sądziłem. Nie żywiły się ludzkim mięsem, czego się obawiałem w bazie Meduza, gdzie oglądałem wyglądające groźnie dojrzałe osobniki. Ich witki delikatnie ocierały się o mnie i owijały wokół moich łydek, łaskocząc mnie i pieszcząc. Można to było uznać za niewyrafinowaną formę masażu. Kiedy mi się już znudziło ich towarzystwo, niebieskooka Miriam pokazała mi akwaria z bluszczami, które potrafiły samodzielnie poruszać się po podłożu. Nazwała je kalamorfonami. Pnącza prowadziły pasożytniczy tryb życia. Szybko się przenosiły, jeśli tylko miały taką możliwość i zapuszczały korzenie tam, gdzie chciały. Te wędrujące rośliny były groźne, choć na takie nie wyglądały. Tym bardziej że potrafiły nie tylko osadzić się w korze napotkanego drzewa, lecz również wbić w ciało śpiącego człowieka lub zwierzęcia. Dla bezpieczeństwa musiały być szczelnie zamknięte. Gdyby się uwolniły, natychmiast wybrałyby się na polowanie. Miriam przez specjalny otwór wpuściła do akwarium gryzonia, jednego z tych, które miała w klatkach, by mi pokazać, co potrafią. Uporały się z nim błyskawicznie. W pierwszej kolejności dobrały się do jego pyszczka i ślepi. Byłem wstrząśnięty, oglądając je w akcji. Wolałem sobie nie wyobrażać, co by się stało, gdyby wdarły się nocą do naszego ośrodka i zaczęły szarogęsić się w sypialniach.
      Otrzymałem w prezencie od singielki o złocistych włosach doniczkę z fikuśnym niby-kwiatem, przypominającym ziemski słonecznik. Posiadał dwoje oczu, unaoczniających ludzkie, które otwierały się i zamykały. Kwiat niczym zwierzę wyczuwał ruch i wodził wzrokiem za jego źródłem. Obracał się jasnobrązową tarczą okoloną żółtymi płatkami. Postanowiłem, że zaprzyjaźnię się z tą egzotyczną roślinką z nieznanych stron kosmosu. Mogła wypełnić pustkę w moim życiu. Wprawdzie nie umiała mówić, ale to nie miało żadnego znaczenia. Pod pewnymi względami przypominała leniwego kota Gingera i wystarczało mi, że mnie zauważała. Niosąc ją do głównego pawilonu, uprzytomniłem jednak sobie, że zapomniałem o moich żywiołowych partnerkach. To one mimowolnie zaczynały kruszyć mur, którym się obudowałem. Niosły ożywczą zmianę. Zdawały się głosić nową religię, w której nie było miejsca na odosobnienie i izolację. Na zamykanie się w sobie. Miałem jednak wątpliwości, czy potrafią wyleczyć mnie z samotności. Przeszkoda leżała po mojej stronie. Żeby odwzajemnić uczucie, należało otworzyć przed kobietą serce i wpuścić ją do niego. Ja zaś broniłem się przed tym rękami i nogami.


23.05.2016 :: 08:59
Link |  | Enbargonki


Animacje w CSS3


      Do serii statycznych stron, opartych na starszych szablonach, dodałem odrobinę ruchu, wykorzystując animate.css i wow.min.js:

Hurysy z katalogu
Zdrada strażnika planety
Winda czasu
A jeśli jutra nie będzie
Randka i inne opowiadania

     Dynamiczne strony są w modzie. A oto jeden z szablonów stron najnowszej generacji. Rozbujany taki... Czy te zmiany nie mają na celu upodobnienia witryn www do reklam w telewizji?

Edward Guziakiewicz

31.05.2016 :: 06:52
Link |  | Główna