EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Gdzie szukać waszego boga?


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Skuter pruł powietrze i przyglądałem się z góry dżungli, która ciągnęła się aż do brzegu morza. Minąłem biegnącą zakolami urokliwą rzekę. Tu i ówdzie znaczyły się leśne polany. Porosły roślinnością wzgórzysty teren wznosił się i opadał. Ustawiłem wysokość na sześćdziesiąt metrów, mając dzięki temu pewność, że nie będę ścinał wierzchołków drzew. Dotarłem do pensjonatu i lekko posadziłem maszynę przy basenie. Znalazłem się na miejscu. Zdjąłem kask i ciepłe powietrze owiało moją twarz. Następnie pozbyłem się kombinezonu. W szortach i bluzce w kolorze khaki czułem się swobodnie.
      Zapuściłem się do pawilonu. Oszklone drzwi otworzyły się bez przeszkód, zapraszając mnie do środka. Chodziło mi po głowie, żeby jeszcze raz zajrzeć w każdy kąt. Brałem poprawkę na to, że poprzedniego dnia coś przeoczyłem. Jednak i tym razem nie znalazłem niczego, co mogłoby odbiegać od normy. Spodziewałem się, że spotkamy się tutaj z zagadkowym obcym z tej planety. Po cóż innego stworzyłby ten ośrodek? Nie miałem jednak pojęcia, jakie warunki musielibyśmy spełnić, żeby doszło do kosmicznego rendez-vous. Nie wiedziałem, jak go wywołać i zmusić, by zasiadł z nami do stołu rozmów. Cholera, jak on wyglądał?
      Poniosło mnie na plażę. Złoty piasek przesypywał mi się przez palce, dowodząc sobą, że wszystko tu jest najzupełniej realne i podlega prawom fizyki. Zdjąłem bluzkę i szorty. Pozwoliłem napływającym falom omywać mi stopy. Podniosłem wyrzuconą przez morze okazałą muszlę o ślicznych wzorach, skręconą spiralnie wokół swej osi. Nie była uszkodzona. Pomyślałem, że podaruję ją Rosemary. Drobne ryby krążyły pod powierzchnią, a od czasu do czasu pojawiała się większa. Gdybym się przyłożył, mógłbym kilka złowić, a potem upiec na grillu. Byłaby uczta jak się patrzy. Zanurzyłem się po kolana, następnie po pas, a potem popłynąłem crawlem przed siebie, przez przeźroczystą toń oglądając dno. Woda miała lekko słonawy smak. Nie chciałem za bardzo się oddalać. Sto metrów w jedną stronę, sto metrów w drugą. Zawróciłem, kierując się w stronę widocznego ośrodka, dopłynąłem do plaży i ciężko oddychając wydostałem się na brzeg. Założyłem szorty, a bluzkę wziąłem do ręki, przeganiając motyla, który tu dotarł z dżungli.
      O dziwo, polinezyjskie nimfetki wyczuły, że już się pojawiłem. Cała trójka. Miały nosa. Moje vahines, jak nazwałbym je, gdybym był na wyspach Pacyfiku. Kręciły się przy basenie, ciche i dyskretne, czekając aż wyjdę z morza. Oglądały skuter, ale starały się go nie dotykać.
      — Siema! — kłapnąłem na powitanie, gdy do nich podszedłem. Musiałem dać każdej po buziaku, bo wystawiły piękne twarze do pocałunku. Potem wyjąłem translator z bagażnika. Założyłem go sobie na rękę.
      Ulokowałem się obok basenu, a seksowne młódki usiadły przy mnie, gotowe do znudzenia mnie adorować. Emanowały radością i beztroską, a ich pogodny nastrój mi się udzielał. Uszczęśliwiały mnie swoją obecnością i czułem się przy nich jak w raju.
      Postanowiłem wziąć je na spytki. Umiały mówić, a ja miałem ze sobą urządzenie do tłumaczenia, więc uznałem, że czas zabrać się do rzeczy. Chciałem dowiedzieć się od nich tego i owego. Szczególnie o gospodarzach tej niezwykłej planety. Krążyły mi po głowie gotowe pytania.
      — Pragnąłbym odwiedzić waszego boga. Gdzie go mogę spotkać? — rzuciłem z najwyższą powagą. Translator wyszczekał tę kwestię po polinezyjsku. W moim przekonaniu prośba zabrzmiała idiotycznie, tym niemniej młódki wzięły ją za dobrą monetę. Nie dziwiła ich wiara w bogów.
      Przez krótką chwilę wymieniały się uwagami. Wreszcie Hina rzekła odkrywczo:
      — Trzeba pójść do świątyni.
     Moje brwi powędrowały wysoko.
      — A gdzie macie tę świątynię?
      — Jest ukryta w lesie. Na świętej polanie — pokazała ręką bliżej nieokreślony kierunek. — Niedaleko.

02.05.2018 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


W nurcie prozy


      Sobota, 5 maja 2018 r. W Cukierni u Borowskiej w Mielcu odbywa się 12. spotkanie Mieleckiej Grupy Niezrzeszonych Prozaików. Tym razem jest prezentowana twórczość założycielki grupy, Haliny Kozak-Liberadzkiej. Lektorki czytają opowiadanie o młodej tancerce i jej butach, mających magiczne właściwości. Występuje zespół wokalny Senior Show.

05.05.2018 :: 20:00
Link | Komentuj (0) | Imprezy kulturalne


Sposób na kosmitę


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Informatyk wywołał zbliżenie i naszym oczom ukazały się dwie kule, jedna większa, druga nieco mniejsza, krążące mniej więcej na głębokości połowy promienia planety. Swobodnie poruszały się w obrębie rozgrzanego jądra.
      — Ta’aroa i jego małżonka? — rzekłem, nie wierząc temu, co widzę. — Jednak nie są niewidzialni.
      Można było odnieść wrażenie, że trwa ich taniec godowy.
      — Mają ciała subtelne, mówiąc językiem starożytnych filozofów. Tworzą struktury kumulujące niewyobrażalną wręcz energię. Cały czas szukamy ich słabych punktów. I doszliśmy do wniosku, że Ta’aroa nie tylko myśli, ale i czuje. Jest bytem osobowym. Podobnie jak my. Jeśli nas stworzył, to na swój obraz i podobieństwo. Skoro tęsknił za swoją żoną, to z pewnością świat doznań nie jest mu obcy. I można mu zadać ból. A na pewno zakłócić jego spokój wewnętrzny.
      — Co konkretnie zamierzacie?
      — Na początku było światło — enigmatycznie rzekł dowódca.
      Mój umysł pracował na wysokich obrotach.
      — Laser? — zapytałem. — Przywalicie mu z lasera? Ja cię kręcę!
      — Chcemy pokazać, że jesteśmy groźni i że powinien z nami się liczyć. A przy okazji, jeśli się uda, zmusić go do pertraktacji. Przytaskaliśmy mu żonę, więc coś się nam za to należy.
      Wygłaszali moje poglądy. Jota w jotę myślałem tak samo.
      — Jestem za! — oświadczyłem.
      — Nie wiemy, czy to przyniesie jakiś skutek, ale możemy przecież spróbować. Jeśli się nie uda, odlecimy na Ziemię.
      George wtrącił się, spoglądając na Adama.
      — Skoro Harry kontaktował się z nim telepatycznie, idealnie nadawałby się do roli negocjatora. Przecież ten Ta’aroa jest już prawie jego kumplem — zażartował.
      Cox przytaknął.
      — Biorę pod uwagę taką ewentualność. Chodziłoby nie tylko o to, żeby podwędzić mu tyłek, ale i o to, by przekazać mu nasze warunki. Są dwie opcje. Nasycimy promień laserowy informacją, którą Harry stworzy na fotelu psychotronicznym. Względnie ustanowimy stałe połączenie.
      — Śmiałe plany — zauważyłem z przekąsem.
      Żałowałem, że sam na to nie wpadłem. No, ale przemyślna Rosemary odciągała moją uwagę od wszystkiego, co dotyczyło Hegemone. I jej się to udawało.
      Potem coś mi przyszło do głowy. Spojrzałem na nich podejrzliwie.
      — Zaraz, zaraz, nie uważacie chyba… że jestem jego medium? Kimś w rodzaju proroka?
      — Myśleliśmy o tym całkiem serio — z powagą rzekł Cox. — Coś za dobrze ci szło.
      — O wy świnie! — parsknąłem.
      George się znowu wtrącił.
      — Można było odnieść wrażenie, ze Ta’aroa umiejętnie cię naprowadza. Zawsze trafiałeś w dziesiątkę. Przyszło mi to do głowy, kiedy bezbłędnie poradziłeś sobie z dzikuską Hiną, gdy pierwszy raz wyszła z buszu. Żaden z nas tak sprawnie by tego nie rozegrał. Ten numer z czekoladą był rewelacyjny.
      — Diabła tam — warknąłem. — Przecież mam duże doświadczenie. Inaczej nie zostałbym obserwatorem.
      — Stanęło na tym — zakończył Adam — że ten kosmita zwrócił na ciebie uwagę. Dlaczego więc nie możemy teraz tego wykorzystać? (...)

      Adam z zaciekawieniem przeglądał nagranie psychotroniczne. Moje przesłanie do Ta’aroy i jego żony było gotowe. Nikt mi nie mówił, co ma się w nim znaleźć, więc pozwoliłem sobie na odrobinę improwizacji. Co tu dużo mówić, trochę zaszalałem. Zrezygnowałem z zapowiadanego ataku na kosmitę. Uznałem, że należy raczej paść mu do stóp. Na wojnę zawsze był czas.
      — Jak to? Obiecujesz, że będziemy budować kamienne świątynie i oddawać mu cześć? Kult boga Ta’aroy i jego czcigodnej małżonki na całej Hegemone? I te szczytne tytuły… Jak to leci? „O ty, wielki demiurgu, boski architekcie, budowniczy świata, wieczny umyśle, stwórco i nasz ojcze!”
      George zachichotał. Bawiły go moje nieprzykładne popisy. Potrafiłem przeskoczyć samego siebie.
      Wzruszyłem ramionami.
      — Musiałem mu trochę podkadzić — broniłem się. — Starożytni bogowie na Ziemi oczekiwali uznania. Należało składać im ofiary. Błagać ich o sprzyjającą pogodę i udane zbiory. Dziękować za życzliwość i błogosławieństwo. Jeśli rzeczywiście nas stworzył, powinniśmy okazywać mu wdzięczność. Udowadniać, że wiemy, gdzie jest nasze miejsce…
      — Dobrze — Adam usiadł za sterami. — Zatem zaczynamy.
      Wcisnął czerwony przycisk. Na wszystkich pokładach rozległ się sygnał alertu. Musieliśmy być gotowi, by dać nogi za pas, gdyby Ta’aroa się wkurzył.
      Obaj piloci zasiedli za sterami.
      — Laser, odpalam! — rzucił Dawid.
      Precyzyjnie ustawione działko plunęło strumieniem energii. Spolaryzowana wiązka światła przebiła powłokę planety i dotarła do jej jądra. Trafiła w większą kulę i zatrzymała się na niej, nie biegnąc już dalej. Cel lekko się ugiął, a potem wrócił do pierwotnej postaci.
      Siedzieliśmy jak na szpilkach, nie wiedząc, jak zareaguje sprowokowany kosmita. Ile to mogło trwać? Godzinę, dwie? Całą dobę?


14.05.2018 :: 09:34
Link | Komentuj (0) | Hegemone