Dzień Dziecka
Z okazji Dnia Dziecka wszystkim internautom poniżej lat stu moc najserdeczniejszych życzeń...
01.06.2004 :: 08:07
Komentuj (2)
Może lepiej się nie kompromitować?
Czy mógłby odmówić? "Z dwoma brzuszkami" — powtórzył w myślach, gdy już znikła. Jakoś ciężko mu było rozstać się z widokiem na ośnieżonego Herkulesa. Chwilę kartkował trzymane w rękach papierowe dzieło, potem z żalem je odkładając. Przyszło mu do głowy, że po uporaniu się z tytułami, które przyniósł z biblioteki, mógłby wreszcie pokusić się z biciem serca na wystrzałowego wirtualnego Arystotelesa Na pewno mieli go w wypożyczalni. Specjalistyczne nagrania edukacyjne, do korzystania z których zachęcał go dziadek Bruno, były naprawdę warte zachodu. Odziany w greckie szaty Stagiryta kusił jak diabli. Poświęciliby dłuższą chwilę pouczającej pogawędce. No, ale do takiej konwersacji należało dobrze się przygotować. Była czymś więcej niż egzaminem na wyższej uczelni.
— To sympozjon — szepnął.
Musiałby zadawać inteligentne i dobrze przemyślane pytania, umiejętnie podtrzymywać dyskusję, poddawać w wątpliwość pewne tezy, a wszystko w stylu tamtej antycznej epoki. Perfidny program bezpowrotnie się wyłączał z karcącą reprymendą, jeśli rozmówca nie dorastał do poziomu intelektualnego wypożyczonego myśliciela — a do tak bolesnej kompromitacji agent za nic w świecie nie chciał dopuścić. Przenikliwy dziadek Bruno na pewno by go surowo zapytał, ile razy został odprawiony z kwitkiem przez Arystotelesa — i pewnie trzymałby się za brzuch ze śmiechu, gdyby ten mu to zdradził. Nie miał zamiaru sprawiać mu wątpliwej przyjemności.
Wstał, przeciągnął się i szeroko ziewnął. Uznał, że słodka Vanessa mu nie ucieknie i postanowił się odświeżyć.
05.06.2004 :: 18:26
Komentuj (6)
Na faceta zawsze jest jakiś sposób...
Wstał, przeciągnął się i szeroko ziewnął. Uznał, że słodka Vanessa mu nie ucieknie i postanowił się odświeżyć. Zaraz też wkurzył się jak diabli, bo pomyliły mu się moduły i wyłonił się z piekielnej kabiny z włosami dziwnie poskręcanymi i płomiennie rudymi. Klął szpetnie, oglądając się w lustrze. Na szczęście brwi pozostały mu czarne. Nie poddał się, spróbował jeszcze raz ze złośliwą machiną i dzięki bogu udało mu się przywrócić czuprynę do pierwotnego stanu. W rezultacie nerwowych zabiegów znalazł się przed drzwiami zapraszających go sąsiadów dopiero po dobrych dwóch kwadransach. Mełł w ustach sakramentalne słowa: "Przepraszam za spóźnienie!" Czekano na niego i te natychmiast ustąpiły. Wkroczył tam i omal nie gwizdnął ze zdumienia. Mieli tu niebiańskie warunki. Apartament był przestronny i jasny, większy od tego, który sam zajmował, z niezwykłym smakiem urządzony i wreszcie pojął, że skromni staruszkowie należą do naprawdę nieźle nadzianych Ganimedan. Nad umeblowaniem fruwały cztery najzupełniej realne zielone papużki. Nie sądził, że "Titanic" kryje tak luksusowe wnętrza dla podróżnych. To pewnie sprawiło, że stał się nad wyraz taktowny i układny. Potrafił być dżentelmenem w każdym calu i dostosować się w mig do sytuacji. Gospodarze i Vanessa spędzali czas przy kawie. Krygując się pokazał pani Bregowić, jak obsługuje się prosty w gruncie rzeczy program, sterujący hologramami, a następnie jak wybiera się multifilmy z pokładowej kinoteki. Nie dał się jednak namówić na filiżankę czarnego napoju i na dłuższą pogawędkę o Nowym Amsterdamie. Trochę sztywny podziękował, chcąc wracać do siebie.
Nie usiłowali go zatrzymywać. Był to również pretekst dla głupiej gęsi, by pożegnać sąsiadów. Tym bardziej że starsza pani faktycznie już zdecydowała się na projekcję filmu "Przeminęło z wiatrem" z jej ulubionymi bohaterami z Ziemi, samodzielnie wybierając tytuł z multikina. Rzekła, że będzie to oglądać chyba setny raz. Barwne panoramiczne cudo raptem zajęło całe wirtualne okno, światła przygasły, a przed oczami Boba przesunęły się bajeczne dziewiętnastowieczne krajobrazy plantacji z Georgii. Powiało innym światem, a jego dopadł natłok myśli. Ni stąd ni zowąd błysnęło mu w głowie, że w przedostatniej dekadzie tamtego wieku w Atlancie rozpoczęto produkcję i sprzedaż napoju, zwanego później coca-colą. William Tecumseh Sherman spalił to miasto ze dwadzieścia lat wcześniej. Z Georgii pochodził Martin Luther King. Przetarł ręką czoło w zadumie. Vanessa wykorzystała tę chwilę. Zafascynowana umiejętnościami "kwiaciarza", przymilnie zapytała go, czy nie mógłby zajrzeć i do jej kwatery, by wyregulować ustawienia. Nie wypadało mu odmówić. Wyszli więc oboje na korytarz.
Numer agentki — o dziwo — znajdował się tuż obok. Vanessa wepchnęła go, a gdy tylko zamknęły się drzwi, rzuciła z ulgą:
— Nareszcie u siebie!
08.06.2004 :: 15:24
Komentuj (3)
A jednak miałem Michałka...
Siedziała w kucki na zajmującym środek pokoju puszystym dywanie i przebierała małe przyjaciółki, z przejęciem z nimi rozprawiając. Czuła się dorosłą mamusią, która musi dbać o swoje pociechy. W wyjętym z dna szafy wiklinowym koszyku mieścił się spory zapas strojów na różne okazje. Uszyte z delikatnych materiałów balowe suknie — barwne, z licznymi falbankami i koronkami — najbardziej jej się podobały. Do nich były zgrabne kapelusiki. Jedną z jej plastikowych lal trudno było uznać za dziewczynkę. Michałek zawsze nosił spodnie i Mira zastanawiała się teraz, które mu włożyć. Miała kilka par, długich i krótkich. Dobrze prezentował się w kwiecistych bermudach.
— Nie mogę się omylić — z powagą pouczała siebie. Sadzała go zwykle między pluszowymi miśkami. — Chłopiec w spódnicy byłby śmieszny. No i jak by się czuł w damskim towarzystwie? Ze sznurem korali na szyi i z torebką na ramieniu?
Jej małe przyjaciółki chętnie się godziły na te poruszające przedpołudniowe zajęcia. Przepadały za przymiarkami i oglądaniem nowych kreacji. Tym bardziej, że była iście marcowa plucha. Za oknem siąpił deszcz ze śniegiem i nie można było wybrać się na przechadzkę.
11.06.2004 :: 12:34
Komentuj (5)
Kurs fizyki przez GG
Poznałem przez GG dwa nowe prawa:
1.
nie chodź z jednym
tylko z dwoma
tego uczy prawo Ohma
2.
ciało puszczone raz, puszcza się stale
11.06.2004 :: 13:33
Komentuj (6)
Czy Michałek wyjdzie na spacer?
Jej matka zabrała się właśnie do drobnych krawieckich przeróbek. Ulokowała się w wygodnym fotelu z letnią kurteczką córki, chcąc wszyć gumki do rękawów.
— Mamusiu, a kiedy nadejdzie wiosna?! — zapytała Mireczka, nie godząca się na chłód i chlapę.
Matka spojrzała na wiszący na ścianie kalendarz. Na marcowej stronie zachęcająco kwitły przebiśniegi.
— Już niedługo, córeczko — rzekła. — Za niecałe trzy tygodnie.
Dziewczynka miała jednakże wątpliwości. Widok za oknem wcale nie zapowiadał rychłego ocieplenia.
— A czy na pewno przyjdzie? — głośno się zastanawiała, zakładając Michałkowi białe skarpetki i lekkie pantofelki. W tych bucikach chłopczyk nie mógłby udać się na spacer. Przemoczyłby sobie nóżki.
Matka nawlekała nitkę.
— O to się nie musisz martwić — przesądziła, gdy przeciągnęła ją przez ledwo widoczne ucho igielne. — Pory roku regularnie się zmieniają.
Lale nadstawiały uszu. Też chętnie wybrałyby się na spacer.
— A co się stanie z zimą? — zamartwiała się dziewczynka. — Czy to prawda, że odejdzie do morza?..
— Można tak powiedzieć — po chwili namysłu zgodziła się matka. — Śniegi topnieją, woda spływa do rzek, a rzekami do Bałtyku.
Mira wiedziała, że mama zna się na wszystkim. Pytała ją o to, czego nie rozumiała. I właśnie coś się jej przypomniało.
— A tato mówił — rzekła, przeciągając zgłoski — że zimę się topi...
12.06.2004 :: 11:01
Komentuj (2)
Michałek po raz trzeci...
— A tato mówił — rzekła, przeciągając zgłoski — że zimę się topi...
Mama skinęła głową. Zgadzała się z mężem.
— Topi się kukłę zimy. To taki pradawny obrzęd. Robi się ją ze słomy, podpala i rzuca na wodę.
Córce wystarczyło to wyjaśnienie. Lalom też.
— Słyszałyście? — szepnęła. — Wiosną będzie pięknie.
Michałek został ostatecznie odziany nie w bermudy, ale w krótkie spodenki z szelkami. Do nich dostał koszulę w wąskie zielone paski, zapinaną z przodu na drobne guziczki. Stał teraz dumny i zadzierał nosa.
Matka przerwała swoją pracę. Skończyła wszywać gumkę do rękawa.
— Chodź, przymierzymy. Zobaczymy, czy nie za ciasne.
Potem wyjrzała przez firankę.
— Będzie pięknie — nawiązała do słów córki. — Przylecą ptaki z ciepłych krajów, na gałązkach pojawiają się zawiązki liści, zazielenią się trawy, dni staną się coraz dłuższe...
— A złote słońce zacznie się uśmiechać do wszystkich dzieci — całkiem rozsądnie dokończyła za nią Mira.
A tu w całości: ...>
12.06.2004 :: 19:19
Komentuj (0)
Światopogląd
No więc, rozmawialiśmy przez GG, gawędziliśmy sobie rozkosznie, nie bardzo wiedząc, ku czemu właściwie zmierzamy, aż tu nagle w jednej chwili — czytaj: w przebłysku geniuszu — zarysowały się przed naszymi oczyma podwaliny rewelacyjnego systemu filozoficzno-etycznego. Jako że skrypty są w modzie, a i sesja egzaminacyjna trwa, wypada zreferować to odkrycie w prostych punktach:
1. Kobieta to anioł wcielony.
2. Każdy facet jest diabłem wcielonym.
3. Kobieta nieszczęśliwie upadła, to czysty anioł, uwiedziony przez wcielonego diabła.
A może jednak jest odwrotnie?
15.06.2004 :: 08:43
Komentuj (4)
Umieć żyć
Taką oto receptę znalazłem na blogu
zwiruski:
Co to znaczy:
umieć żyć?
To nie popadać w lekkomyślność, być wesołym, ale nie przesadzać w swawolach, mieć odwagę, ale nie wpadać w brawurę, ufać ludziom, a w miarę potrzeby godzić się na rezygnację...
Niby to stereotypy, ale...
15.06.2004 :: 18:08
Komentuj (3)
A to już [wirtualny] sierpień...
W gospodarstwie wuja było co oglądać. Najpierw Mireczka śledziła wzrokiem biegające po podwórku i kwiczące prosięta, potem zaglądała do klatki z królikami, podtykając im listki sałaty i natkę marchewki, z zapartym tchem podpatrywała w stajni źrebaki, wreszcie adorowała pasącą się za stodołą łaciatą krowę. Zdumiał ją paw, rozkładający z gracją barwny ogon. Po spóźnionym śniadaniu wybrała się z ojcem za opłotki. Słońce mocno grzało i w sennym rozpalonym powietrzu dochodziły z pól dźwięki kos. Łany dorodnej pszenicy kładły się pokotem przed niestrudzonymi żniwiarzami. [...]
[Z opowiadania:
Ze złotych kłosów]
16.06.2004 :: 11:41
Komentuj (3)
I [wirtualny] wrzesień...
Wyprawa do ogrodu zoologicznego ciekawie się zapowiadała i wiele sobie po niej obiecywały. Dzień był pogodny, a mimo tego, że zbliżała się jesień, słońce mocno dogrzewało. Na gałęziach kasztanowca znaczyły się pierwsze pożółkłe liście. Przy spokojnym kucyku z wplecioną w grzywę barwną wstęgą cierpliwie dyżurował posiwiały fotograf. Tu się zatrzymały. Mireczka zamarzyła o pamiątkowym zdjęciu, więc matka posadziła ją na grzbiecie zwierzęcia.
— Prawdziwa z ciebie amazonka — orzekła z przekonaniem.
Potem poszły dalej. Czekały na nie zebry i antylopy, lamy, wielbłądy i słonie, pantery, pumy i tygrysy. Sympatyczne, ruchliwe małpy zabawiały gromadkę maluchów. Lew prezentował się iście po królewsku. Ubarwienie miał płowe. Grzywa zdobiła głowę, kark i przód tułowia. Ogon kończył się kiścią długich włosów. Drapieżny kot groźnie zaryczał, lecz Mira skwitowała to niezwykłe powitanie po swojemu.
— Mamo, popatrz, powiedział mi: dzień dobry! — zawołała z przejęciem. Dygnęła przed klatką jak dobrze wychowana pannica i odrzekła: — Miło mi pana poznać, panie lwie!.. [...]
[Z opowiadania:
Żyrafa z parasolem]
18.06.2004 :: 10:41
Komentuj (3)
Następnie [wirtualny] październik
Było w czym wybierać. Tańczące na linkach balony różniły się kolorami i kształtami. Nadmuchane gazem lżejszym od powietrza gotowe były z wdziękiem poszybować w górę. Wokół kramu zebrał się tłum gapiów. Oglądano je i kupowano. Dalej oferowano słodką watę cukrową. Na rogu placu przygrywała ludowa kapela.
Mireczka zdecydowała się na jasnopopielate cudo z barwną podobizną kaczora Donalda i tatko skwapliwie zapłacił. Gotów do lotu bohater kreskówek podrywał się w podmuchach lekkiego wiatru, ale dziewczynka mocno trzymała zawiązaną na końcu linki pętlę. Nie miał szans, nie mógł urwać się z uwięzi...
Tatusiek nie krył radości. Zachowywał się tak, jakby ubyło mu nagle lat i znowu chodził do szkoły z tornistrem na plecach.
— Wiesz, córuś? Wpadłem na genialny pomysł — zawołał. W przypływie dobrego humoru miewał ochotę na różne psoty.
— Jaki?! — zapytała córka, bacząca, aby balon nie zaplątał się między gałęziami tracącej liście rozrosłej lipy.
— Przedłużymy linkę. Kupimy szpulkę mocnych nici. Puścimy balon tak wysoko, aby pojawił się przed naszymi oknami. I postaramy się, żeby wpadł mamie w oczy — dzielił się szczegółami. — Ależ będzie zdumiona i przejęta!..
Pomysł był znakomity, więc od razu przystąpili do dzieła.
[Z opowiadania:
Jesienny latawiec]
19.06.2004 :: 15:58
Komentuj (2)
Lato
Jednak nadeszło, chociaż nie bez bólu — bowiem wiosna była chłodna i deszczowa...
21.06.2004 :: 19:22
Komentuj (2)
I [wirtualny] listopad
To opowiadanie "wrzuciłem" do sieci w całości, więc nie proponuję tu fragmentów. Przed laty ukazało się na łamach jednego z miesięczników dla dzieci...
Jest pod tym linkiem:
»»» 23.06.2004 :: 11:07
Komentuj (0)
I wreszcie [wirtualny] grudzień
Rozległ się wreszcie upragniony gong u drzwi, lecz nagle się okazało, że Mira wcale nie ma ochoty spotkać się z niezwykłym gościem. Bojaźliwie skryła się za matką, zagadkowo uśmiechającą się pod nosem. Nieziemski przybysz wyraźnie się niecierpliwił. Wreszcie zaczął hałaśliwie potrząsać trzymanym w dłoni dzwonkiem.
— Ja chcę do taty! — prosząco wydukała dziewczynka.
Mama próbowała ją uspokoić. Pogłaskała ją po główce.
— Tatko przecież wyszedł — przypomniała. — Idź śmiało i otwórz. To święty Mikołaj.
Mireczka nie kwapiła się jednak z podejściem do drzwi. Wreszcie mama sama otworzyła.
Przybyły miał czerwoną czapę z pomponem, czerwoną kapotę i spodnie, oraz potężną białą brodę, sięgającą mu prawie do pasa. W worku na plecach przytargał mnóstwo prezentów.
— Dzień dobry — powitał basem matkę. Wkroczył do przedpokoju, a potem do salonu. — Czy w tym domu są jakieś dzieci? — zapytał.
— Owszem, jest jedno — ze spokojem odpowiedziała mama, rozglądając się za Mirą. Ta jednak znikła jej z oczu. Wiedziała, gdzie jej szukać. Zajrzała pod stół. — Wychodź stamtąd, strachulo! — rzekła.
Chcąc nie chcąc dziewczynka wygramoliła się spod stołu. Kurczowo złapała mamę za rękę i z przejęciem wlepiła oczy w przybysza.
— O, jest dzidziuś — ucieszył się święty, widzący dziewczynkę z kokardami we włosach. — A jak masz na imię? — zapytał, pochylając się i biorąc ją pod brodę. Worek z prezentami złożył na krześle.
23.06.2004 :: 18:41
Komentuj (2)
Imię dla kota
Miniaturki dla dzieci trafiły już do archiwum, a pod lupą znalazła się książeczka "Przygoda z Rudaskiem". Otworzyłem trzeci rozdział, bo dwa poprzednie już kiedyś szlifowałem. Pech chciał, że to temat szkolny, a tu wakacje. Przynajmniej na tej półkuli. W Australii bowiem sześciotygodniowa przerwa w nauce przypada na grudzień i styczeń...
Starannie wypastowana i wyfroterowana posadzka korytarza szkolnego lśniła jak nowa. Panowała głucha cisza, bowiem do upragnionego dzwonka brakowało jeszcze kilku minut — i przed klasami nikt się nie snuł. Tylko z parteru dochodziły przytłumione odgłosy i pokrzykiwania. W sali gimnastycznej ostro grano w siatkówkę, w piłkę ręczną lub w koszykówkę. Justyna zdążyła przed wyfrunięciem z klasy zapobiegliwie złapać papierową torbę z drugim śniadaniem. Wyjęła z niej dwa soczyste czerwone jabłuszka, które pachniały już jesienią. Jedno wręczyła zaraz koleżance, a ta złapała je skwapliwie.
— Bo ta wstrętna Jakubowa oświadczyła — dokończyła myśl podjętą w klasie — że powinno się go nazwać Rudzielcem, albo jakoś tak, ze względu na ubarwienie. Ale jak mamę kocham, w życiu nie widziałam rudego kota. Farbowany, czy co? A może on nie jest rudy tylko brązowo-kasztanowy?..
Majce nie spodobała się ta propozycja i uznała ją za z gruntu chybioną. Brzydko się skrzywiła, okazując rozdrażnienie.
— Też coś?! — wyrzuciła z siebie. — Nazwałabyś tak zwierzątko, które bardzo lubisz? Psa, kota, króliczka, świnkę morską lub żółwia? Imię musi być śliczne i budzić miłe skojarzenia.
25.06.2004 :: 16:17
Komentuj (4)
Te szalone wyznania miłosne...
Temat w sam raz na wakacje i noce pod gwiazdami. Polecam szczególnie tę serenadę:
Tu kliknij!
»»» 27.06.2004 :: 09:50
Komentuj (1)
Wałkujemy dalej tego rudzielca
Justyna wydawała się podzielać jej oburzenie. Zębami wgryzła się w jabłko, aż strzelił słodki miąższ.
— Oczywiście, że nie, moja droga — przyznała jej po chwili rację. — Co ty? Chyba nie sądzisz, że byłabym zdolna do takiej podłości. Ja?! Nigdy w życiu — dorzuciła. — Rudy, Rudzielec, Rudas — to nie są miana dla kota, za którym się przepada.
Jej stanowisko nie budziło już wątpliwości, jednak dla większej pewności Majka jeszcze raz wzięła zbiedniałe i zgłodniałe stworzonko w obronę. Nie mogła skłamać, przyniesione do domu kociątko było rude — i pamiętała, że w parku wzięła je za przemoczoną wiewióreczkę.
— To prawda, ma sierść w tym kolorze i jest rudowłosy, jednak wydaje mi się ładny, no... niczego sobie, nawet bardzo — orzekła. — Przekonasz się zresztą o tym, gdy ujrzysz go na własne oczy. Zwali cię z nóg z wrażenia...
Miała jeszcze dodać, że jest tak prześliczny, tak zachwycający i tak cudowny, iż trudno było nie stracić dla niego całkiem głowy, ale jakoś się powstrzymała. Pomyślała, że koleżanka i tak roztkliwi się nad nim i rozpłynie jak wosk, gdy tylko wejdzie do niej do mieszkania. Była absolutnie pewna, że zakocha się od pierwszego wejrzenia. Nie chciała jednak uprzedzać faktów.
27.06.2004 :: 21:29
Komentuj (5)
Kocie mamusie
Uszczęśliwiona posiadaniem kota Maja opanowała w sobie figlarny odruch, by paradnie zjechać na dół po wyślizganej poręczy. Statecznie zeszły po schodach na parter. Prowadzące na dziedziniec wysokie oszklone drzwi były szeroko otwarte i poczuły na twarzach podmuch ciepłego wiatru, niosącego ze sobą zapowiedź lata. Skorzystały z tej gościnnej zachęty i wydostały się na okolony rabatkami taras. Zatrzymały się pod oknami pokoju nauczycielskiego obok rozrosłego krzewu bzu, który już powoli przekwitał. Słońce przygrzewało, zachęcając do lenistwa.
— Wakacje — odetchnęła z ulgą Maja. — Już blisko. Czy wiesz, że według sondaży najpiękniejszym dniem roku szkolnego jest dzień rozdania świadectw?
Justyny nie zainteresował ten temat. Myślała nadal o znalezionym przez koleżankę po burzy maleńkim przemoczonym stworzonku.
— Ciekawe, jak to z nim będzie — rzekła. — Trochę wiem o kotach i ich zwyczajach. Chyba będę mogła zajrzeć do ciebie po obiedzie. Pewnie jak go zobaczę, przyjdzie mi do głowy jakieś zabawniutkie miano. A może ogłosimy w klasie konkurs na imię dla twojej znajdy? — zaczęła zachłystywać się pomysłami, które przychodziły jej do głowy. Spodziewała się niezwykłych wrażeń i było to widać po jej oczach.
— Co ty? W klasie? Nigdy. Przypuszczalnie by to wyśmiali. A kogóż obchodzi maleńki kot? — Majka cisnęła ogryzkiem, celując w stronę zielonego pojemnika na śmiecie, który stał nieopodal. Trafiła bez pudła. — To umawiamy się na popołudnie. Po obiedzie, jak mówiłaś. Przypuszczam, że ucieszy się, jak cię zobaczy. Ma takie śliczne wąsiki. A poza tym — dodała — nie wymigasz się na pewno od obowiązków. Maleństwo wymaga opieki. Będziesz jego drugą mamą. A w pierwszej kolejności wybierzemy się razem po piasek.
Justyna zrobiła wielkie oczy, a jej koński ogon pofrunął.
— Po piasek? — przesylabizowała. — Dlaczego po piasek? — zdumiona do niemożliwych granic wpatrywała się w koleżankę, oczekując wyjaśnień. — Ach, po piasek... — uprzytomniła sobie nareszcie. — Ależ to oczywiste — powiedziała. — Zupełnie zapomniałam. Kocia higiena. Ale słyszałam, że teraz kupuje się w sklepach zoologicznych specjalne granulki, które zastępują piasek — rzuciła. — Potem nagle zmieniła temat, nie chcąc podejmować prozaicznej debaty nad kocimi finansami. — Wiesz co? A może ten twój rozkoszny znajomy — zająknęła się — nie jest zwyczajnym kocurem, ale zaczarowanym księciem?
— Odbiło ci? — zapytała Majka.
29.06.2004 :: 14:28
Komentuj (2)
Jest, jest, jest...
Nie zdążyła niczego więcej dodać, bo powietrze rozdarł ogłuszający dźwięk dzwonka. Zaczynała się przerwa. Pomyślały zaraz o tym samym — o o klasówce z matmy, którą dopiero co skończyły pisać.
Wspinały się po schodach na pierwsze piętro, a Justynie przyszedł nagle do głowy pomysł, który uznała za wręcz genialny, i którym nie omieszkała natychmiast podzielić się z Mają.
— A wiesz? — rzuciła przy jej uchu, podnosząc głos, bo niemiłosierny hałas wypełniał szkolne korytarze. — A może by go nazwać Rudaskiem, co? Czyż to nie piękne imię? Takie milutkie...
Dziewczynka raptem się zatrzymała, stanęła jak wryta, choć nikogo nie było na jej drodze. Położyła rękę na wyślizganej poręczy. Przez króciutką chwilę miała wrażenie, że pożegnany wraz z dzieciństwem baśniowy świat nagle zawirował i powrócił do jej domu.
— Rudasek? — zabawnie zmarszczyła brwi, strasznie żałując, że sama na to nie wpadła. — Rudy, Rudzielec, Rudasek — z namysłem powtórzyła i z niekłamanym uznaniem zerknęła na koleżankę, która nieoczekiwanie wybawiła ją z kłopotu. — Masz rację, to cudowne imię. I w sam raz dla mojej biednej znajdy — rzekła z ożywieniem. — Rudasek, Rudasek! — zawołała, ale chyba odrobinę za głośno, bo mijający je właśnie nauczyciel języka polskiego przez moment lustrował je z uwagą. Na szczęście był brunetem, a do tego lekko łysiejącym. — Muszę o tym powiedzieć mamie.
Zatrzymały się przed klasą, przedarłszy się wcześniej przez rozbawioną gromadkę chłopców. Nadstawiły uszu. Trzeba było porównać wyniki i ustalić, czy zadania zostały poprawnie rozwiązane, czy nie.
30.06.2004 :: 09:55
Komentuj (4)