Faceci to uwielbiają...
Pijany ze szczęścia wtarabanił się do wolnej windy. Dmuchnął mu wiatr w żagle i zachłystywał się nagłym sukcesem. Świeżo poznane przebojowe laski w mig podniosły go na duchu. Leciały na niego jak nic, co było widać po ich oczach. Pełne entuzjazmu, szalenie bezpośrednie i przystępne, piorunująco szybko wciągnęły go do kompanii. Wpatrywały się w niego jak w tęczę. Równe takie, że mózg staje! Rozpierała go duma. Uzmysłowił sobie, że czuje się jak młody bóg, a cały świat pada mu do stóp.
— Jesteś zabójczo przystojnym facetem — nieomal instruktażowo rzucił do swego odbicia w lustrze. — Tacy nie grają ról ponuraków i smutasów — dośpiewał sobie z determinacją. — Pamiętaj, nic z tych rzeczy, które wciska ci Anka...
Wysiadł z nieugiętym przeświadczeniem, że odtąd będzie już korzystać z życia i że nie podda się żadnym zwątpieniom. Trzeba było wiedzieć, na czym się stoi.
07.06.2005 :: 17:48
Komentuj (2)
Nadwrażliwcy
Jakiś ptak nie mógł zasnąć i dawał o sobie znać powtarzającym się trelem. W jego głosie brzmiała skarga. Paweł wsłuchał się w ten trel — i przyszedł mu raptem do głowy psotliwy pomysł, by po indiańsku podejść nocnego amatora śpiewu i znienacka go przepłoszyć. Matka taktownie mu tłumaczyła, że jest chłopcem bardziej otwartym na sferę przeżyć wewnętrznych niż na meandry otaczającego go świata. Uznawał, że jest w tej ocenie sporo prawdy, lecz się z nią do końca nie zgadzał. To, czego uparcie i po omacku szukał, znajdowało się na pewno w realnym świecie i nie było wytworem jego nieco rozhuśtanej wyobraźni.
Pomyślał o osobliwym zjawisku, zwanym przez psychologów empatią.
09.06.2005 :: 15:09
Komentuj (8)
Notka z Katowic
Sobota. Jestem w Krakowie. Cmentarz Rakowicki, grób dziadka. Potem wyjazd z grodu Kraka na południe. W Wadowicach wsuwamy słynne kremówki papieskie. W kościele kilka par ślubnych. Następnie prujemy fiatem uno aż do Bielska Białej. Stamtąd do Ustronia, Wisły i Soli. Jestem na szczycie, stanowiącym dział wód Odry, Wisły i rzek, wpływających do Morza Czarnego. Już po zmroku udajemy się do Katowic.
Niedziela. Jestem przy grobie stryja i stryjenki. Na tym samym cmentarzu spoczywa ks. Stanisław Tkocz, zmarły przed trzema laty redaktor naczelny "Gościa Niedzielnego". Odżywają wspomnienia. Przeszło dwadzieścia lat temu pracowałem w Katowicach w redakcji tego tygodnika.
Niestety, kończy się weekend. Dość włóczęgi. Czas wracać do domu. Pozdrawiam wszystkich z kawiarenki na dworcu kolejowym. Trzymcie się ciepło!
19.06.2005 :: 12:43
Komentuj (6)
Niestety, lato, brak pomysłów na ciąg dalszy....
Ocknąłem się. Koła wagonu równo stukały. Wyciągnąłem z kieszeni marynarki paczkę bondów, wyjąłem jednego i niespiesznie włożyłem do ust. "My name is Bond, James Bond!" Bawiłem się plastikową zapalniczką. Tu nie mogłem zapalić, byłem w przedziale dla niepalących. Podniosłem się i wyszedłem na korytarz.
Błysnął płomień i zaciągnąłem się przy uchylonym oknie. Potem zerknąłem na zegarek.
Pociąg gnał z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę i nie zatrzymywał się po drodze w pustym polu. Nie powinien był się spóźnić. Czasy się zmieniły. Dawniej punktualność na kolei należała do rzadkości.
Blondynka, która siedziała naprzeciw mnie również wyszła z przedziału. Miała camele. Zatrzymała się obok mnie i zapaliła. Wydmuchała dym przez okno.
— Do Krakowa? — zapytałem.
Skinęła głową.
21.06.2005 :: 12:26
Komentuj (4)
Cytaty
Wyciąłem z "Windy czasu" i "Wakacji w Izraelu" kilka zdań, na które akurat natrafiłem, a które wydają mi się żyć własnym życiem.
Ta upierdliwa para nie była zdolna do miłej salonowej konwersacji.
Wystarczyło, że przygrzało słońce i takie suki jak ona zapominały o I.Q.
Gdyby mu specjalnie zależało na tym, żeby ją śpiesznie rozebrać, uporałby się zapewne z tym bezwstydnym zadaniem w kilka sekund, nawet gdyby nie umiał opanować dygocących z podniecenia rąk.
Nie docierało do niego, że dla tej słodkiej amazonki wyrwane mu wspólne chwile mogą być czymś najważniejszym w życiu — czymś, do czego potem w momentach załamania będzie wracać myślami i czego już przenigdy nie wykreśli z pamięci.
Sycząca coca-cola była chłodna, jakby dopiero co wyjęta z lodówki. Pił małymi łykami, delektując się jej smakiem i omal nie mrucząc jak kot. Ten napój niby boski nektar pobudzał go zawsze do życia i przywracał władzę jego nieco przytępionym zmysłom.
Nie był niestety w antycznym Rzymie, nie otaczały go cnotliwe westalki, a współczesna Germanka przedkładała osiłka z Bawarii nad godnego najwyższej pogardy słabeusza znad Wisły. Ani szmalu, ani mięśni.
Anioł stróż z białymi skrzydłami uważnie się przyglądał się jego zabawom w piaskownicy, przewrotkom na trzepaku, wreszcie skokom z trampoliny, ale potem już o nim nie pamiętał. A może on sam zapomniał po prostu o innych wymiarach życia?
23.06.2005 :: 10:27
Komentuj (5)