Nieśmiertelność
Westchnął ciężko, podniósł się i pokazał swemu rozmówcy zejście do piwnic. I te zapewne — podobnie jak skarbiec w masywie Olimpu — kryły wiele tajemnic. Urchita odniósł wszakże wrażenie, że Eurypides chce na pewien czas odwlec dalszą rozmowę o tym, co działo się w kosmosie.
— Zejdź ze mną — zachęcił go. — A pokażę ci moje bardziej osobiste zbiory.
Kamienne korytarze i ściany nie działały przytłaczająco. Znaleźli się w słabo oświetlonym audytorium. Wszędzie na podestach stały ręcznie wykonane miniatury.
— To są moje kochane cudeńka — chwalił się przed Mi-irem. — Wyobraź sobie, że sam je wszystkie posklejałem i złożyłem.
Były tam liczne antyczne budowle, świątynie i pałace wschodnich władców, piramidy i grobowce, otoczone prymitywną palisadą osady, mosty, zaprzężone w zwierzęta pojazdy oraz łodzie i statki.
Mi-ir oglądał te urokliwe makiety, które wyszły spod ręki nieskończenie cierpliwego rzemieślnika, ale nie bez wstydu i pewnego zażenowania. Były tego setki i począł zastanawiać się, ile sam by podobnych wykonał, gdyby przyszło mu żyć z pięćset albo z tysiąc lat. Potem uzmysłowił sobie z bólem, że — być może — i jego czeka podobny los. Czy nieśmiertelność, ten przywilej bogów, za którym wzdychali zwykli zjadacze chleba, nie była w gruncie rzeczy potwornym przekleństwem i przerażającym więzieniem bez wyjścia? Miał przez moment wrażenie, że widzi jak w lustrze swoją opłakaną przyszłość. Nie tak ją sobie wyobrażał.
— Przepiękne i pełne czaru — pochwalił gospodarza, starając się zachować takt. — Wymagały talentu i czasu.
Bez pośpiechu powrócili na górę.
Tak napisali inni:
|
Wróć |