Rampa w górę, kot na planie...
RÓŻOWYM języczkiem zabawnie chłeptał mleko z maleńkiej plastikowej miseczki. Wyraźnie odżył w trzypokojowym mieszkaniu i czuł się w nim jak u siebie w domu. Po kociemu zajrzał we wszystkie kąty. Futerko miał lśniące i puszyste — i nie przypominał już tamtej żałośnie miauczącej znajdy w parku przy latarni. Nie był budzącym litość rozbitkiem, osamotnionym w kruchutkiej łupinie na groźnym wzburzonym morzu.
Justyna potrząsnęła głową i pogłaskała dłonią swój koński ogon. Opierała się o parapet kuchennego okna.
— A wie pani? — zwróciła się do Buzińskiej, która jak zwykle trzymała ręce w zlewie. — W Internecie znalazłam opisy ze stu kocich ras. Wasz na pewno nie jest persem, ani kotem syjamskim, ani norweskim leśnym... — zabrała się do wyliczanki. — Chociaż ma w sobie coś z kota somalijskiego — wymądrzała się. — To ciekawe. Muszę chwilę pomyśleć — wahała się z miną prawdziwego znawcy i konesera, wpadając przy tym z jednej skrajności w drugą. — Chyba jednak to kot europejski — ale bezsprzecznie nie taki zwyczajny dachowiec, jakich wiele na podwórkach.
— Niełatwo rozstrzygnąć. Wiem tylko, że koty dzieli się na krótkowłose i długowłose. Niestety, nie miał przyczepionej do szyi metryki urodzenia — zażartowała matka.
— O, przestał pić! — uradowana Maja klasnęła w dłonie. Kociątko usiadło i zajęło się zlizywaniem z pyszczka resztki mleka. — Ale miluśki, nie? — zwróciła się do koleżanki.
01.07.2004 :: 17:31
Komentuj (4)
Wrzucamy do tygla baśniowy atrybut.
Sygnet.
Ciekawe, czy zaczarowany?
Żółty piasek już wysechł, był miałki i przesypywał się między palcami, a zamyślonej Mai przez króciutką chwilę wydawało się, że opala się na nadmorskiej plaży w Międzyzdrojach. Ubiegłego roku była tam z rodzicami na wczasach. Głębiej był jeszcze wilgotny, więc kopały płytko, na zmianę, podając sobie łopatkę, aż czerwone wiaderko się zapełniło. Justyna odrzucała kamyki, suche patyki i kawałki kolorowego szkła.
— Nasz pan i władca powinien być rad — stwierdziła wreszcie, oglądając przypadkiem znaleziony stary zniszczony sygnet. Nieświadomie przetarła niezbyt czystą ręką czoło. Kolana miała w piasku. Podniosła się i zaczęła je otrzepywać. — Ale mimo wszystko koci żwirek byłby lepszy — orzekła. — I nie jest wcale taki drogi.
— Co to masz? — Maja zapytała.
— To? Nie wiem.
Z uwagą obejrzały znaleziony przedmiot.
— Bezwartościowy.
— Co ty? A jeśli jest zaczarowany? Może miałyśmy na niego trafić? — Justyna próbowała go doczyścić. — Może trzeba go założyć na palec, zamknąć oczy i wypowiedzieć zaklęcie?
Maja była rozsądniejsza.
— Breeee-dzisz — skwitowała. — Boże, jak ty wyglądasz. Powinnaś przejrzeć się w lustrze.
Wyjęła z kieszonki małe okrągłe lustereczko w różowej oprawie i podsunęła pod nos Justynie. Ta się skrzywiła. Chcąc nie chcąc, musiała sięgnąć po białą koronkową chusteczkę.
— Ty też nie lepiej się prezentujesz — odwzajemniła się. — Zerknij! — rzuciła. — Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najwstrętniejszy w świecie...
04.07.2004 :: 10:40
Komentuj (6)
Cała prawda o facetach
Próbowały podnieść wiaderko. Oderwało się od ziemi, zachybotało i opadło. Majka stęknęła.
— Ojej! — rzekła załamana. — Nie ma mowy, nie doniesiemy.
Stały chwilę, nie wiedząc, co począć. Były bezradne.
— Siła przyciągania — rzekła zgryźliwie Justyna. — Ile waży kilogram piasku?
— No nie, nie żartuj sobie. Coś musimy wymyślić.
Sterczały chwilę nad wiaderkiem, wreszcie usiadły obok niego. Żadnej nie chciało się targać takiego ciężaru.
— A może poderwiemy jakiegoś faceta i nam zaniesie? — wpadła na pomysł Justyna.
— Nie — Maja skrzywiła się z dezaprobatą. — Musiałby iść w tę samą stronę, co my. A poza tym potem nie chciałby się odczepić. — Wreszcie wkurzyła się. — Co ty ciągle z tymi facetami. Albo książę, albo jakiś pomagier...
Siedziały w milczeniu, spoglądając z piaszczystego zbocza na biegnącą niżej ulicę.
— Mam, mam, mam! — poderwała się wreszcie Maja. — To, co się da, podziel na dwa. Wywalimy połowę piasku i wiaderko będzie lżejsze. A kot i tak od razu wszystkiego nie zużyje.
Dowiodła, że potrafi być praktyczna, a Justyna przytaknęła. Lecz zaraz zaświeciły się jej oczy.
— To wcale nie chodzi o facetów — oznajmiła. — Przyszedł mi do głowy absolutnie rewelacyjny pomysł. Nigdy w to nie uwierzysz. I to w związku z jutrzejszym dniem dziecka!
05.07.2004 :: 15:47
Komentuj (4)
Idealny mąż
I znowu dowiedziałem się przez GG, jaki powinien być ten absolutnie idealny mąż.
Facio po ślubie powinien:
— szanować żonę
— oddawać jej pieniądze
— słuchać się jej we wszystkim.
Rewelacyjna recepta na udany związek!
06.07.2004 :: 14:27
Komentuj (7)
Amulet już jest, ale brakuje zaklęcia
Ze skupieniem oglądał sygnet przez dużą lupę powiększającą. Jej uchwyt i ramka były wykonane z metalu wykończonego czarnym matowym lakierem. Na blacie leżała jeszcze druga, trochę mniejsza, z podłużną prawie prostokątną soczewką, założoną na oprawkę okularową. Rzadziej z niej korzystał. Zapalił stojącą na olchowym biurku lampkę z abażurem, żeby lepiej widzieć.
— A gdzie go znalazłyście? — podniósł głowę.
Czuły się jak w sklepie u jubilera lub w lombardzie, z napięciem oczekując na werdykt.
— Na tym wzniesieniu za szosą nieopodal kościoła — rzekła Justyna. — Tam jest trochę piasku.
— I było najbliżej — usłużnie dorzuciła Majka.
Pokiwał w zamyśleniu głową, a potem zmarszczył brwi, jeszcze raz biorąc pod światło znaleziony drobiazg.
— Trzeba go wyczyścić — orzekł. — Jest wykonany z jakiegoś lekkiego stopu, ale na pewno nie ze srebra. Tu macie rację. No i artystycznie grawerowany na obrączce. Nie jest duży, więc pewnie został zamówiony dla kogoś nieletniego.
Sięgnął do szuflady biurka, wydobywając zrobioną z drewna starą poczerniałą skrzyneczkę. Przyglądały się nieomal magicznym czynnościom. Płyn do czyszczenia miał intensywny drażniący zapach.
— Ciiii! — szepnęła Justyna Majce do ucha. — Widzisz? Nasz książę jest bardzo młody. — A głośno rzekła z nieskrywanym podziwem: — Zna się pan na tym, nie da się ukryć.
Buziński uśmiechnął się pod nosem.
— No, nie bierz mnie pod włos!
— Nigdy w życiu — zapłoniła się Justyna. — Ależ ja szczerze...
— Ona nie strzępi sobie języka. Zawsze mówi to, co myśli — Majka wzięła ją w obronę. — Wali prosto z mostu.
Obracał w palcach tajemniczy amulet.
— Teraz przynajmniej widać, co to jest — odkaszlnął i schował skrzyneczkę do szuflady biurka, a brudne waciki wrzucił do popielniczki. — Na oko ma ponad sto lat. A może więcej. Symbol w oku jest trudny do odcyfrowania. Jakiś rzadko spotykany motyw. Nie umiem dociec, co to. Może herb rodowy?
Justyna wzięła ostrożnie sygnet niby talizman do ręki. Nałożyła sobie na palec. Trochę nie pasował do jej cieniutkiego złotego pierścionka.
— Ociupinkę za luźny — skrzywiła się. — Możemy go zatrzymać? — zapytała.
07.07.2004 :: 11:53
Komentuj (0)
Trzeba będzie poszperać w starych zakurzonych księgach
Zwinięty w kłębek kot spał na wersalce. Obudziły go, wchodząc do pokoju. Podniósł się, słodko przeciągnął i ziewnął, chwilę walczył z sennością, wreszcie wtulił się z powrotem w włochatą wełnianą narzutę.
— Musimy go później zanieść na piasek do łazienki — rzekła domyślnie Majka. — Chyba będzie wiedział, jak sobie poradzić, nie?
Justyna oglądała sygnet, który nadal miała na palcu. Wyciągnęła rękę przed siebie.
— Hokus-pokus, repete, teraz nikt nie widzi mnie — przymykając oczy z przejęciem wyrecytowała wyświechtane zaklęcie.
— Co ty — rzekła Majka z przekąsem. — Nie wygłupiaj się. Widzę cię. — Potem raptem coś jej strzeliło do głowy. Znienacka zmieniła się na twarzy. — Nie, nie, znikasz, rozpływasz się w powietrzu jak biała dama — wyrzuciła z siebie z udaną trwogą. — Gdzie jesteś? — panicznie się rozglądała. — O rany, co się stało? — ze strachu oczy omal nie wyszły jej z orbit. Perfidnie się wcieliła w pełną patosu rolę. — Nie odchodź, wracaj!
Justyna nie dała się nabrać na jej tragikomiczne popisy. Były poniżej pasa i skrzywiła się z odrazą.
— Dobra, dobra, to nie teatrzyk szkolny, aktoreczko. Nie znasz się na rzeczy — rzekła pewna siebie. Obracała sygnetem na palcu. — Musimy znaleźć właściwą formułę. Na pewno jest do niego jakiś klucz — dorzuciła z niekłamanym przekonaniem. — Trzeba będzie poszperać w starych zakurzonych księgach.
07.07.2004 :: 17:46
Komentuj (2)
Co można robić po ciemku?
Stały w przedsionkach piekła. Czarna czeluść odstraszała. Drzwi były zawsze zamknięte i rzadko kto tędy wchodził. Czasami tylko woźny lub palacz zaglądali do wnętrza.
— Musimy zaryzykować — Justyna przejęła nagle inicjatywę. — Widzisz inne rozwiązanie? Przecież z kretesem przepadnie. Kto pierwszy? — zapytała. — Entliczek, pentliczek, czerwony guziczek, na kogo wypadnie, na tego bęc!
Wypadło na Majkę. Ta wzięła głęboki oddech i weszła. Zapadła się w bezdenną otchłań. O ile w szatni panował półmrok, o tyle tu, w kotłowni, było ciemno jak oko wykol. Pomyślała od razu o kontakcie i zaczęła macać palcami po ścianie. Natrafiła na znajomy kształt. Przekręciła kilka razy, ale nie przyniosło to skutku.
— Tu się nie da zapalić światła — wychrypiała ze ściśniętym gardłem. Oczyma wyobraźni ujrzała latarkę elektryczną oraz świecę i zapałki, ale ani jednego, ani drugiego nie miała pod ręką. — Ale nas urządził ten książę — wydusiła z siebie z zawodem. — I jak go stąd wyciągnąć?
— Jesteś tam?! — szept Justyny dochodził z bliska.
Podała jej dłoń i szybko się uścisnęły. Razem było raźniej.
— Jakoś sobie poradzimy — dmuchnęła jej do ucha.
— Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa, ten kryje! — darł się chłopak w szatni.
Ktoś przymknął drzwi i teraz dopiero znalazły się w zupełnym mroku.
09.07.2004 :: 10:18
Komentuj (2)
Strasznych ciemności ciąg dalszy...
Ktoś przymknął drzwi i teraz dopiero znalazły się w zupełnym mroku.
— Wracamy? — trwożnie zapytała Justyna.
— Zwariowałaś? A kot? Pamiętam, jak tu jest. Zajrzałam kiedyś w zimie.
Posuwały się w milczeniu. Przeszły kilka metrów i Justynka o coś się potknęła. Majka przytrzymała ją za łokieć.
— Uważaj! — instruowała ją. — Tu, bliżej ściany, powinno być przejście. Musimy na nie natrafić.
Raptem zachichotała jak głupia. Potem dostała ataku kaszlu.
— Dlaczego rechoczesz? — zaniepokoiła się Justyna.
Majka zasłoniła usta, nadal chichocząc. Krztusiła się od śmiechu.
— Bo... nasz książę... prowadzi nas teraz... do swoich komnat... — wydusiła z siebie jak głupia.
Spazmatyczny śmiech był zaraźliwy i udzielił się Justynce.
— Odbiło ci? — usiłowała ją uspokoić.
Zaraz jednak niechcący potrąciła opartą o ścianę dużą łopatę. Ta przewróciła się z hukiem, pociągając za sobą inne stojące tu narzędzia.
— O, rany. Zachowujemy się jak słoń w składzie porcelany.
— Masz cykora?
— Nie.
Krok po kroku dotarły wreszcie do złożonej z desek przegrody.
— Tu jest węgiel — szepnęła Majka. — Co dalej, nie wiem.
— Miauuu — odezwał się znowu znajomy głosik i o nogę Majeczki otarło się coś miękkiego. Pochyliła się i uniosła z radością niespodziewaną zdobycz.
— Jest, jest nasza zguba — napawała się, szczęśliwa do niemożliwych granic. Dzierżyła maleństwo w rękach.
Justyna chciała także dotknąć kota, dla którego odbyła po omacku wyprawę na drugi koniec kotłowni. Jednak ledwo się ruszyła, a już wpadła w niewidoczną dziurę. Ratując się, złapała kołek, przytrzymujący przegrodę z desek. Ten manewr okazał się jednak fatalny w skutkach.
Przegroda z trzaskiem ustąpiła, a kryjące się za nią usypisko z węgla osunęło się z łomotem.
— Jesteś tam cała? Nic ci się nie stało? — Majka była poważnie zaniepokojona. Kichnęła. Domyśliła się, że w powietrzu unoszą się tumany czarnego pyłu.
— Jestem. I nic mi się nie stało — Justynka gramoliła się z trudem, odsuwając rękami bryły węgla. — Utknęłam — powiedziała. Drapało ją w gardle, więc musiała kilka razy odkaszlnąć.
Winny tej przygody spoczywał bezpiecznie na ramieniu Majki, wbijając pazurki w bluzkę. Koleżanka dotarła jakoś do niej — i mogła go wreszcie pogłaskać.
— Ale heca — wymamrotała. — Dobrze, że nas nikt nie widzi. Jak my wyglądamy? Jak górnicy po szychcie.
Majka się uspokajała.
— Ufff! — sapnęła. — Kota wreszcie mamy, ale co teraz? Wracać czy iść dalej?
— Zdaję się na twoje wyczucie — szepnęła jej koleżanka. Wyraźnie była zmęczona całą eskapadą.
Majka namacała nogą stopień.
— Tu są kamienne schody — unaoczniła sobie. — A wyżej powinny być drzwi — ucieszyła się. — Tylko dokąd? — głowiła się. — Co tam, raz kozie śmierć, wdrapiemy się i zobaczymy!
11.07.2004 :: 20:23
Komentuj (1)
Sądny dzień, o zgrozo!
Dyrektor szkoły nie bez skrytej dumy obrzucił wzrokiem ściany i sufit pokoju nauczycielskiego. Jasnopopielaty garnitur był prosto spod igły. Zatrzymał się pośrodku i chwilę się bawił guzikiem przy znaczącej się pod jednorzędową marynarką kamizelce. Za każdym razem, gdy tu wchodził, błogo się rozkoszował się rezultatami pracy malarzy, którzy wiosną uporali się z renowacją wybranych pomieszczeń, nie robiąc bałaganu i nie naruszając planu zajęć. Z lekka ukłonił się współpracownikom i cicho przeszedł do swojego gabinetu.
Nauczyciel wychowania fizycznego nie dał się zepchnąć na drugi plan. Znajdował się nadal w centrum uwagi. Ten to był alpacino i tak go zresztą w szkole nazywano, przystojniak, jak nic. Stał w swoich nieodłącznych sportowych dresach i popisywał się trefną wiedzą, której zdążył się nałykać. Prowadził ostatnio w starszych klasach pogadanki o narkotykach, więc kilku kolegów po fachu nadstawiało uszu.
— Na skunie nie pojedziesz tak szybko jak na afganie: już po lufce możesz się władować w haluny — pewny siebie beztrosko paplał, wyraźnie się zwracając w stronę młodziutkiej polonistki z wełniano-dredową fryzurą. Uwielbiał droczyć się z nią i zachłystywać przy tym młodzieżowym slangiem.
— Dobra, dobra, bajer to ty masz opanowany — odszczeknęła się mu. — Nie o to pytałam. — Nie rób ze mnie ameby. Chodziło mi o coś innego — rzuciła, zezując w stronę katechetki.
— A o co? — zapytał z miną niewiniątka.
Nie zdążyła jednak otworzyć ust — a raczej je otworzyła, by już ich nie zamknąć. Oto bowiem drzwi, prowadzące z gabinetu nauczycielskiego w dół, do piwnic, uchyliły się z piskiem i zgrzytem — niczym bramy piekieł. Z diabelskich czeluści wynurzyły się dwie dziewczęce postacie, których w kłębach czarnego pyłu nie można było rozpoznać.
— Co to za akrobacje?
Tknięty przeczuciem dyrektor wyjrzał akurat z gabinetu, oniemiał i omal nie zamienił się w słup soli. Wpatrywał się w kota, którego jedna z dziewczynek przytrzymywała na ramieniu — co najmniej tak, jakby to był E. T.
— Sądny dzień, o zgrozo — jęknął, rozluźniając krawat i łapiąc z trudem powietrze. — Istna apokalipsa. Dopust Boży!
— Ale agenciory, wykręcić taki numer? — dziwił się Alpacino. — Z czyjej klasy te siksy?
— Jak to, z czyjej? Z twojej — z przekąsem odrzekła polonistka.
— Opowiadasz, z mojej? Ja ich nie poznaję.
Nauczyciel angielskiego złapał dziennik, który przed nim leżał i próbował się osłonić przed chmurą pyłu.
— Niech mnie kule biją! — wyszeptał.
Słońce wydawało się tracić blask, a pokój nauczycielski w okamgnieniu stał się szary.
— Zamknijcie te cholerne drzwi! — krzyknął w zapamiętaniu dyrektor, nie licząc się z tym, że ma chore serce i że nie powinien podnosić głosu.
Rychło drzwi zatrzaśnięto, odcinając przybyszom z otchłani drogę powrotu. Dziewczyny były bez szans. Sterczały na środku pokoju nauczycielskiego z wymalowanymi na twarzach i poszarpanej odzieży dowodami straszliwej winy. I nie mogły jej zmazać nawet najszczersze przeprosiny.
14.07.2004 :: 08:53
Komentuj (4)
Rozgrzeszenie: Wapno na drucie
Umilkły, bo zadzwonił telefon. Majka jak zwykle skoczyła i odebrała. Zaraz też jej twarz oblał pąs.
— Tak, jest w domu — grzeczniutko potwierdziła, omal nie padając plackiem przed niewidocznym rozmówcą. — Mamo, to do ciebie! — konspiracyjnie szepnęła.
Oddała jej słuchawkę, a potem skoczyła jak młody źrebak ku Justynie z naprawdę elektryzującą wieścią.
— Wapno na drucie — podniecona rzuciła jej do ucha. — Wyobraź sobie, nasz dyrciu dzwoni, pewnie w sprawie tej dzisiejszej bonanzy — wydukała.
To był cios w samo serce. Siedziały jak na szpilkach, spodziewając się najgorszego. Pospuszczały nosy na kwintę.
— Poleci nam sprawowanie — lękliwie przewidywała Justyna. — Co za sępy. Dobiorą się nam do skóry na posiedzeniu rady pedagogicznej i rozniosą nas na strzępy.
— To fakt, jesteśmy na minusie — z zażenowaniem zgodziła się z nią Maja. — A może nas za karę przeniosą do innej budy? Wszystkiego się można po tych sadystach spodziewać. Bo za takie rzeczy na drugi rok nie zostawiają...
Matka odłożyła wreszcie słuchawkę. Niemniej jednak nie wyglądała na zmartwioną.
— Macie więcej szczęścia niż rozumu — rzekła, wspierając się o biureczko Majki. — Pan dyrektor uznał, że to nie wasza wina. Woźny coś tam taszczył przez kotłownię i zostawił pootwierane drzwi. Szkoła nie zadbała o wasze bezpieczeństwo. Przepraszał i pytał, czy nic się wam nie stało.
Zdębiały z wrażenia.
— To bosko, cudownie! — poderwała się Justyna. — Jednak jesteśmy na plusie. Nie takie znowu z nich buraki, jak przypuszczałam — z polotem podsumowała ciało pedagogiczne.
Majka oczyma wyobraźni ujrzała, jak celujący ze sprawowania materializuje się z powrotem na jej szkolnym świadectwie.
— Hura, sukces! Nasz Rudasek górą! — zakrzyknęła.
Poderwały się i na środku pokoju odtańczyły zwariowany taniec zwycięstwa. Kręciły się w kółko jak głupie i skandowały: — Unus duo tres, quattuor quinque sex, septem octo raba, novem decem żaba!
Gong przerwał te harce. Matka poszła otworzyć, one zaś wyjrzały z pokoju, ciekawe, kto przyszedł.
16.07.2004 :: 09:42
Komentuj (0)
Przecinki ;)
Kupiłem sobie ostatnio "Praktyczny słownik interpunkcyjny". Rzecz wielce przydatna, tym bardziej, że przecinek może niekiedy zmienić cały sens zdania. A oto przykład. Ten akurat pochodzi z innego opracowania [Maciej Czeszewski, Słownik slangu młodzieżowego], ale dobrze ilustruje omawiane zagadnienie:
Bawimy się jak damy.
ale:
Bawimy się, jak damy.
16.07.2004 :: 18:35
Komentuj (4)
Finał — z wiolonczelą solo
Uporałem się z obróbką "Przygody z Rudaskiem". Pracy było sporo, zwłaszcza przy dialogach, wymagających skorelowania języka dziecięcego i slangu nastolatków z językiem ludzi dorosłych. Tu pokłon w stronę autorów wyspecjalizowanych słowników. Szczególne podziękowania należą się Hance z Niemodlina, uczącej się w szkole muzycznej w Opolu w klasie wiolonczeli, za pomoc przez GG przy opracowywaniu ostatnich scen. Maja i Justyna wpadają bowiem na pomysł, aby urządzić koncert kameralny dla kota — z Preludium z I Suity G-dur i tańcem z III Suity. To utwory na wiolonczelę solo Jana Sebastiana Bacha.
A oto Hania z wiolonczelą na Święcie Młodzieży 2004 >>>
[1] [2] 18.07.2004 :: 21:19
Komentuj (2)
Sezon ogórkowy
Szedłem sobie do biblioteki i wpadł mi po drodze w oko świeżo wyłożony w mijanym kiosku numer lokalnego tygodnika z elektryzującą informacją o UFO nad miastem. Jakżeby inaczej, wiadomo, kiedy dziennikarze nie mają o czym pisać, natychmiast pojawiają się kosmici. Cóż, sezon mamy wybitnie ogórkowy.
Pomyślałem sobie, że skoro tak, to może i ja wrzucę na ownloga coś zdecydowanie zastępczego. No i znalazłem temat bez trudu. Ktoś mi przez GG przysłał linka do jednego z młodzieżowych magazynów w sieci. Dziewczyna pisze w liście, że umówiła się z chłopakiem na weekend, żeby ją rozdziewiczył. Trochę się bała, że nie wszystko pójdzie po jej myśli, więc na wszelki wypadek postanowiła trochę rozepchać szparkę. Posłużyła się wyjętą z lodówki kaszanką. Eksperyment skończył się tragicznie, bo kaszanka się ułamała i połowa została w dziurce. Pyta się redakcji, co ma zrobić.
Dobre, nie? Z taką tragifarsą jeszcze się nie zetknąłem. A co jej odpowiedzieli?
Kazali jej stanąć w rozkroku i z całej siły walnąć się patelnią w głowę. He, he!
21.07.2004 :: 13:05
Komentuj (6)
Pod okiem kosmity
Właśnie się zastanawiałem, czy ten kosmita ma ich zabić, czy nie. Ale chyba nie...
Maskowanie było doskonałe i nie zwróciła uwagi na zagadkowego przybysza para zakochanych, szukająca łoża z zieleni, oświetlonego jedynie przez księżyc. Chłopak i dziewczyna z pobliskiej wioski, zamieszkałej przez grupę naturystów z radykalnego odłamu Fratellanza, przeszli cicho, niemal ocierając się o niby to paprocie, osłaniające dziwny obiekt, który spadł z nieba. Kilka metrów dalej znaleźli miękką gęstą trawę i tam się zatrzymali. Nieświadomi tego, co im grozi, zapomnieli się w rozkosznych pieszczotach i uściskach. Chyba zabawiali się tak pierwszy raz, bo nieopierzony casanova początkowo sobie nie radził ze zdradzającą jeszcze sporo wstydu młodziutką kochanką. Pewnie ze trzy minuty trwało nim ściągnął z niej skąpe figi. Później w milczeniu odeszli, w upojeniu trzymając się za ręce.
24.07.2004 :: 20:42
Komentuj (0)
Pamiętajmy o ogrodach...
Rzecz ciekawa, jeśli chodzi o początki naszej kultury. Gdzie ich szukać? Nie w Grecji i w Rzymie. Dużo wcześniej. To dawna Mezopotamia (Sumerowie) i Egipt faraonów. Tak przynajmniej twierdzą historycy, znawcy dziejów. Do Mezopotamii czyni aluzje autor biblijnego opisu raju (Ogród Eden).
A co łączy te dwie starożytne cywilizacje? Obie powstały w związku z wielkimi rzekami i ich wylewami: Tygrys, Eufrat, no i w Egipcie — Nil. Impulsem była konieczność tworzenia kanałów irygacyjnych.
Już 5 tysięcy lat temu Sumerowie wznosili świątynie, porównywalne wielkością z naszymi katedrami gotyckimi. Wprost nie chce się wierzyć.
25.07.2004 :: 09:07
Komentuj (0)
Życzenia
Wszystkim aniołom... — pardon! — Aniom z okazji imienin moc najserdeczniejszych życzeń.
26.07.2004 :: 17:04
Komentuj (0)
Pada
Patrzę na mapę pogody i oczom nie wierzę. Mające władzę nad żywiołami niecne siły nieczyste wyznaczyły granicę, biegnącą od Zakopanego po Trójmiasto. Z jednej strony — słońce, z drugiej — deszczowe chmury. I tak jest od dwóch dni. Rozpadało się na dobre i podobno do niedzieli nic się nie zmieni.
28.07.2004 :: 11:25
Komentuj (2)
Podróże
Można być w Piemoncie, gdzieś między Milano a Torino, a myśleć o Rio...
Jej niespodziewany wybuch skojarzył mu się nagle z żywiołowymi tańcami południowoamerykańskimi i poczuł niejaką ulgę. Trwał karnawał w Rio i omal nie pociągnęła go za sobą posuwająca się w rytmie samby pełna temperamentu skąpo odziana Mulatka. Jej odkryte piersi kusząco się kołysały. Przeszyła go na wylot czarnymi jak węgiel wiele obiecującymi oczyma. Nie zapominał takich chwil. Odwrócił wzrok od szosy. Mijali porosłe winnicami urocze wzgórze z niewielkim sypiącym się już średniowiecznym zameczkiem, znaczącym się na jednym ze zboczy. Strzelała w niebo baszta obronna.
29.07.2004 :: 09:18
Komentuj (2)
Jak dzielimy kosmitów?
Kosmitów dzielimy na: bardziej inteligentnych od ludzi, tak samo inteligentnych jak ludzie i mniej inteligentnych niż ludzie.
— Widzisz, to całkiem inna para kaloszy — zaczął spokojnie. — Trafili na nasz warsztat i wzięliśmy się do galopu. Satelity okołomarsjańskie, a następnie okołoksiężycowe dostarczyły nam danych, z których wynikało, że te istoty nie są zbyt rozgarnięte — klarował. — Co tu dużo mówić: to nie byli kosmici, jakich sobie często wyobrażamy. Żadne tam górujące nad nami istoty rozumne. Jeżeli już coś przypominali, to raczej nasze ssaki. Takie... skrzyżowanie bardzo bystrej małpy z utytłaną świnią. Nie było wiadomo, czego te niby-zwierzaki właściwie szukały. Zresztą, chyba one same tego nie wiedziały. Co rusz zmieniały tor lotu, urządzały pikniki, a wszędzie zostawiały za sobą śmietnik. Zwyciężyło przekonanie, że dysponują technologią, której na pewno same nie stworzyły. No i tu jest właśnie pies pogrzebany. Zależało nam na tym, żeby im odebrać ich zabawki. Gra była warta świeczki, nie ma co...
31.07.2004 :: 19:42
Komentuj (2)