ZAPISKI FRAGMENTY UTWORÓW SAVOIR-VIVRE NASTOLATKA
 
 

[Księga gości]

strona główna
2008
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń


2002 — 2003

eddie.blog.pl [arch.]

Proza

Książki w sieci
eBooki za free
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w izraelu
banita
afrodyta
powieści sf




Blogi

diancia
julia
venefica
martwam
wiara
agrafia
calineczka
waldi
jazzowa
sannyah
warior
andrzej

Ownlogi

grease
iskra
dida



Fotoalbumy

[1] »»»
[2] »»»

Pogadamy?

Skype
eddie_gu

Gadu-Gadu
4643702







Wszystko dobrze się kończy...


      Odnalazły się w godzinę później, całe i zdrowe, a przy tym ze szczęśliwymi minami, świadczącymi o tym, że nieźle się bawiły. Spadł mu kamień z serca. Dojrzał w ich oczach żywe błyski. Były w siódmym niebie i czarowały swym uśmiechem. Otaczał je tłum fotoreporterów, pracowników stacji, przypadkowych podróżnych i ochroniarzy. Ci ostatni usiłowali przepchać się z nimi w stronę windy, a spiker nadawał jak najęty. Wydawać by się mogło, że na tej półkuli nie było już ważniejszych tematów.
      — Bogu dzięki, Bogu dzięki! — wymamrotał, widząc je na holo. Świetnie się prezentowały, przypominając medialne gwiazdy naprawdę dużego formatu. Hełmofony nie popsuły ich fryzur. Urosły w jego oczach. Ogarnął go na moment żal, że nie zaopatrzył się w lepszy sprzęt. Obraz był nadmiernie transparentny i prześwitywały przezeń ściany holu. Później zadzwonił do niego z radosną wieścią urzędas z „Body Perfect”.
      Błyskawiczna akcja ratunkowa okazała się udana, a zguby odnaleziono, tym niemniej wcale nie była potrzebna, zaś wścibskie media niepotrzebnie narobiły szumu. Jego przezorne boginki zaopatrzyły się w rakietnice, więc po porzuceniu lin holujących mogły bez lęku zafundować sobie dłuższy pobyt w próżni. „Zapas tlenu na 24 godziny?” Opłynęły szerokim łukiem stację orbitalną, oddalając się od niej na blisko kilometr. Tyle tylko, że nie zgłosiły swego niecnego zamiaru w wieży lotów, a i rakietnice zdobyły nie całkiem legalnie. A poza tym zahaczyły o strefę, w której poruszały się krążowniki, schodzące do lądowania i przybijające do stacji. Łysy facet z wypożyczalni miał sporego siniaka pod lewym okiem i choć przed kamerami robił dobrą minę do złej gry, Raoul wpadł od razu na to, kto go tak urządził. Ani chybi, Iryda użyła pięści, by zmusić biedaka do uległości.
      — Robią z igły widły — wyskamłał, przeciągając się z niewymowną ulgą, aż strzeliły mu kości. Poczuł się dumny jak paw. Nie było o co kruszyć kopii.

03.07.2008 :: 09:32
Komentuj (0)


Raoul decyduje się na autolot, czyli koniec dziewiątego rozdziału


      Przy celebrowanym późno śniadaniu ochoczo podzieliły się z nim tym, co wymyśliły. Znalazły się w segmencie kuchennym, kiedy słońce było już wysoko. No, ale jeśli swawoliło się do północy, trudno było wstać o świcie. Blond piękność okazała się o niebo śmielsza, a może po prostu rzutka Iryda wypchnęła ją na środek. Z pewnością wcześniej ten pomysł przekonsultowały za jego plecami. Efektowny negliż ułatwiał im zadanie.
      Widelec z plasterkiem szynki znieruchomiał przed ustami Raoula niczym przed zatrzaśniętą bramą, a następnie powędrował z powrotem na talerz.
      — Au-to-lot? — przesylabizował, a na jego czole zaznaczyły się dwie bruzdy. Był jeszcze otępiały i senny, bo na dobre się nie przebudził. — Mam postarać się o coś własnego do frygania po mieście i okolicy?
      Afrodyta skwapliwie przytaknęła i zrobiła taką minę, jakby chodziło o coś z gruntu błahego.
      — Masz świetny garaż. I wystarcza miejsca do parkowania.
      — A poza tym mogłybyśmy cię zabierać na różne zabawne imprezy. Jak nic brakuje ci rozrywki! — brunetka przyszła jej w sukurs.
      Błysk w jej oku dowodził, że bardzo jej zależy na tym projekcie. Doskonale jednak wiedział, że wpatrująca się w niego z oddaniem zmysłowa madonna z furą ciemnokasztanowych włosów piorunująco szybko się wycofa, jeżeli jej panu i władcy ten pomysł nie przypadnie do gustu. Przez chwilę nie spuszczał wzroku z jej skąpego sznurowanego gorsetu. W nocy sycił się nią jak plastrami miodu. Kiedy zatracał się w jej w objęciach, nie widział różnicy między burzą a rozkoszą.
      Sięgnął po sok pomarańczowy, który dziwnym trafem zawsze mu się kojarzył z cudownym eliksirem młodości. Niestety, nie przypominał nektaru, którym raczyli się nieśmiertelni bogowie z Olimpu. Słupek złotych monet w jego wyobraźni odrobinę się zmniejszył. Sezam baśniowego rozbójnika Alibaby nie należał do tych, które są bez dna. Tym rozczulającym pannicom daleko jednak było do tego, żeby puścić go z torbami. O to się nie martwił.
      — Zaskoczyłyście mnie. Cóż, jeżeli uważacie, że to ma ręce i nogi… — odrzekł z samozaparciem, czując, że będzie musiał ulec. — Chwileczkę! — coś sobie uprzytomnił. — A macie uprawnienia? Kto zasiądzie za pulpitem sterowniczym? — zaoponował, rzucając swoją kartę na stół. Ta jednak nie okazała się upragnionym asem.
      — Mam jedynkę — Afrodyta odrzekła bez wahania, jakby się dziwiąc, że o to pyta.
      — Ja też!
      — Serio?!
      Zmieszał się i poczuł się ociupinę zbity z tropu. Nie miał zielonego pojęcia, że wyposażono je w tak przydatne techniczne umiejętności. Ale czy to było źle? Pewnie stało to jak byk w instrukcjach obsługi. Naturalnie, wolał nie pytać, kiedy pokończyły kursy pilotażu, choć to mu od razu przyszło na myśl, bo doskonale się orientował, że nie usłyszałby żadnej sensownej odpowiedzi. Nie należało indagować androidów o sprawy sprzed punktu zero. Omal się nie zawieszały na takich kwestiach. Tyle już się nauczył w pierwszych tygodniach posiadania klona z figurą Marilyn Monroe.
      — Skoro tak… to czemu nie? — klamka zapadła i plasterek szynki mógł znowu powędrować do jego ust. W jego kredowobiałym pałacu musiały się spełniać ich marzenia. — Wybierzcie sobie model — rozsądził z pełnymi ustami. — Mam nadzieję, że to nie będzie nic bardzo drogiego. No i weźcie najpierw na okres próbny. Na to, że postaram się o własną łajbę kosmiczną raczej nie liczcie… — zapobiegliwie się zaasekurował, kreśląc przed nimi czerwoną linię. Złota rybka ignorowała takie życzenia. Kosmosu miał po dziurki w nosie.

06.07.2008 :: 18:03
Komentuj (0)


Złudne nadzieje


      Dziewczyna była jak dynamit i wybuchała w najmniej oczekiwanym momencie, tym razem jednak spisywała się na medal. Po prostu trzeba ją było pilnować. Mieć na nią oko i trzymać rękę na pulsie.


08.07.2008 :: 12:00
Komentuj (0)


Iryda ma wypadek, czyli początek dziesiątego rozdziału


      Rozleniwiony i senny, nosił się z płonną nadzieją, że nikt mu nie będzie wchodzić w paradę i że utnie sobie słodką drzemkę. Niech żyje cywilizacja próżniacza! Nie mógł przewidzieć tego, że już za moment jak opętany skoczy na równe nogi, bo nieoczekiwanie zajrzy śmierci w oczy. A jednak! Nieuchwytne niebezpieczeństwo zawisło nad jego głową, zaś mitologiczne Mojry, boginie przeznaczenia i losu ludzkiego, pochyliły się nad jego nicią życia.
      Instynktownie zareagowały owiraptory. Poderwały się, ostrzegawczo kraknęły i w panice dały dyla, zmykając w podskokach w stronę zachodniego skrzydła. Zaniepokojony uniósł głowę, ze zdumieniem oglądając się za nimi, by następnie badawczo zlustrować fronton. Przed willą coś się działo. To nie było ujęcie z planu filmowego. Nad ubarwioną czerwienią dachówki fasadą rezydencji przefrunął bez zapowiedzi pozbawiony równowagi rozpędzony autolot, wykonujący dzikie obroty w powietrzu. Nim Raoul zdążył się zorientować, co się dzieje, pojazd śmignął nad jego głową i zanurkował, uderzając z głuchym trzaskiem w przeciwległą ścianę willi. Ułamek sekundy wcześniej od fotela kierowcy oderwała się kobieca postać, wykonująca zwariowane piruety w powietrzu. Rzuciło ją w stronę basenu i uderzyła całym ciałem w taflę wody. W górę strzeliła fontanna dżdżu.
      Zerwał się jak oparzony. Powoli docierało do niego, czego był świadkiem. Nie mógł się mylić, na jego oczach roztrzaskał się autolot z Irydą. Czy to jednak była ona? Pochylił się nad taflą wody, rozpaczliwie wpatrując się w toń. Strach dodał mu skrzydeł. Bezradnego pływaka wyniosło na powierzchnię.
      — Rany boskie, nic ci nie jest? — przerażony zawołał.
      Nie odpowiedziała. Powoli podpłynęła w jego stronę, zezując w stronę rozbitej maszyny i podał jej dłoń, pomagając wydostać się na brzeg. Starał się zachować zimną krew. Była cała, nawet jej obcisły sportowy kombinezon nie doznał szwanku. Nie dojrzał na nim żadnych śladów.
      — Co się stało? Mówże wreszcie!
      Jej zbielałe wargi ułożyły się do odpowiedzi i bezgłośnie coś wyrzekła. Z włosów strużkami spływała jej woda. Ramiona miała przygarbione i ciężko oddychała.
      — Nie wiem — udało się jej w końcu wydobyć z siebie głos. Mówiła powoli i z trudem łapała powietrze. — Zawiódł… system i nie mogłam się… zatrzymać.
      Wyglądało na to, że nic się jej nie stało, takie wariatki miały niewiarygodne szczęście, twarde sztuki, więc odwrócił się, by zobaczyć, co zostało z pojazdu, z którego był tak dumny. Uderzenie zgniotło go i zniszczyło kolumnadę. Owiraptory odważnie zawróciły, nie odbiegły daleko, i z właściwym sobie zaciekawieniem, lecz i zwierzęcą ostrożnością zaczęły obwąchiwać leżące najbliżej szczątki. Nikły płomień zawirował przy stercie złomu i zaraz zgasł, pozostawiając po sobie bladą smugę w powietrzu.
      Afrodyta prawie natychmiast wybiegła z salonu, a widząc, co się stało, bezzwłocznie wezwała pomoc.
      Autolot dogorywał. Huknęło we wraku i do góry wystrzelił jakiś moduł.
      — Ależ się popisałaś! — nie wytrzymał, prowadząc pod ramię niedoszłego kaskadera. Miał dość fajerwerków. Kroczyła ostrożnie i lekko kulała. — Kto by się spodziewał? Niewiele brakowało, a załatwiłabyś mnie na amen…
      Zachwiała się i musiał ją podtrzymać.
      — To nie moja wina — czuła się upokorzona i z uporem maniaka trwała przy swoim. — To układ… nawigacyjny… — zwaliła na maszynę. A widząc, że jej nie wierzy, dała upust łzom. Usiadła na trawie, cała w spazmach. Czy tak powinien był zachowywać się wysokiej klasy android?
      Dosłownie w trzy minuty później zaczęło się piekło i miał prawdziwe urwanie głowy. Zanurkował ambulans, a zaraz za nim pojawił się ślizgacz policyjny. Potem przyleciała ekipa śledcza, by zająć się szczątkami pojazdu i przyjrzeć się miejscu katastrofy.

11.07.2008 :: 18:21
Komentuj (0)


W sercu androida


      Wieczorem już wiedział, że to nie był wypadek. Ktoś grzebał przy jego autolocie. Telefon z policji rozwiał jego wątpliwości, związane z Bogu ducha winną Irydą. Chciano z nią porozmawiać i popytać ją, gdzie i kiedy pozostawiała maszynę w ostatnich dniach. Parkowała w różnych miejscach. Szukano klucza do tej zagadki. Tej klasy sprzęt był zwykle sprawny, nie ulegał awariom, a perfekcyjne zabezpieczenia uniemożliwiały wtargnięcie na teren zamieszkałej posiadłości. Producent dbał o renomę i zależało mu na tym, by takie rzeczy się nie zdarzały.
      Rozgrzeszona Iryda urosła w oczach.
      — Serio? Tak powiedzieli? — ucieszyła się, gdy odesłano ją z „Body Perfect”. Zaraz po wypadku skwapliwie zabrano ją tam na badania, przyleciał po nią służbowy autolot, ale po godzinie stwierdzono, że nie ma się do czego przyczepić. — Wiesz, że nie mogłabym ci zrobić krzywdy — nieco wstydliwie dodała.
      Objął ją i przytulił do siebie.
      — Już dobrze, kochanie!
      Położyła głowę na jego piersi.
      — Przestraszyłam się, że przestałeś mi ufać. Dlatego płakałam — cichutko wyznała. — To było gorsze niż śmierć!
      Jeszcze mocniej przygarnął ją do serca. Zaczynał ją rozumieć. Żyła w udręce, świadoma tego, że nie kocha jej tak jak Afrodyty. I pewnie dlatego tak nią rzucało. Dryfowała wokół niego, nie widząc akceptacji. Czy nie dumał skrycie nad tym, żeby się jej pozbyć? Zwłaszcza w pierwszych dniach jej posiadania? Czy nie zamierzał jej odtrącić? Trudno, żeby tego nie wyczuwała. A przecież miłowała go bezgranicznie i ślepo. Inaczej nie umiała, gdyż tak ją zaprogramowano.

15.07.2008 :: 07:24
Komentuj (0)


Na półmetku


      Ukończyłem dziesiąty rozdział „Hurys”, pierwszych pięć rozdziałów, to znana z sieci „Afrodyta”, kolejnych pięć nowych, to „Iryda”, i zatrzymałem więc mniej więcej w połowie powieści. Przejaśniło mi się w głowie i widzę już do końca całą akcję, z czego jednak nie wynika, że będę się rwał do pisania. Wypada zafundować sobie przerwę. Zastanawiam się przy okazji, czy nie zmienić tytułu. Biorąc pod uwagę całość, lepszy byłby „Eliksir młodości”. A może „Retelit”?

30.07.2008 :: 15:32
Komentuj (0)