EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Wiwat, Hiszpania!


4:0

01.07.2012 :: 22:30
Link | Komentuj (0) | Główna


Lena w Baby'O


Fragment „Buntu androidów”

      Zawróciła, postanawiając, że wbrew oporom wdepnie do Baby’O. Rozważyła wszystkie za i przeciw. Przebrała się w lśniącą czarną sukienkę i z biciem serca opuściła senny hotel. Lokal mieścił się o krok, zaraz po drugiej stronie ulicy, chroniony podświetlonym wysokim murem, pokrytym stylizowaną na prymityw płaskorzeźbą, jakby rekwizytem z filmu „The Flintstones”. Znaczyły się na niej ogromne wypukłe litery nazwy klubu, a do środka jak do jaskini wchodziło się po zielonych schodkach przez zachęcające „O”. Przygotowany na wszelki wypadek banknot studolarowy okazał się niepotrzebny. Wystarczył dwudziestodolarowy.
      Wpuścili ją bez przeszkód, uderzyła ją feeria migających świateł i wypełniła rytmiczna muzyka. Nie było kompletu i przy amfiteatralnie ustawionych okrągłych stolikach widniały wolne miejsca, mimo to panował ruch, a parkiet z tańczącymi przyciągał jak magnes. Przeważały meksykańskie nastolatki. Nie brakowało też dobrze ubranych dorosłych.
      Mike wyłuskał ją wzrokiem, święcie wierzył, że się pojawi, i podniósł się, z entuzjazmem przywołując do siebie. Był z Włochem. Podekscytowana przysiadła się do nich, dochodząc do wniosku, że naprawdę ich lubi. Antonio miał na sobie długie popielate spodnie i białą koszulę z krótkimi rękawami. Pili margaritę.
      Amerykanin zatarł ręce.
      — Do groma, to może nam się uda?
      — Co się uda? — nieufnie zajrzała w jego niebieskie oczy.
      Mike zerknął na Włocha.
      — Spotykamy się tu, wynajmujemy jacht, wypływamy i nurkujemy. We trójkę. Rzecz w tym, że asekurująca nas z pokładu kumpela z Kanady złamała nogę. Może ty byś ją zastąpiła?
      Z jego oczu wyczytała, że bardzo mu na tym zależy. Mimo to pokręciła przecząco głową.
      — Nic z tego, jutro przylatuje mój facet i wynoszę się do innego hotelu.
      Spadły im nosy na kwintę.
      — Trudno, urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, więc może coś wymyślę — blondas mruknął ze smutkiem. — A teraz chodź się pokręcić, tego mi nie odmówisz — zachęcająco się podniósł. — Ty, amigo — zwrócił się do Włocha — zamów jeszcze jedną margaritę!
      — Dobrze, ale trzymaj ręce przy sobie — ostrzegawczo prychnęła.
      Kiedy zeszła na parkiet, poczuła, że jest naprawdę w innym świecie. Uzmysłowiła sobie, że wciąż niewiele wie o Ziemi.
      Mike doznał olśnienia.
      — Może twój facet zabrałby się z nami na jacht? Gdybyś go przekonała…
      — Coś ty? — przeraziła się. — To nie te klimaty!


03.07.2012 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Kolejna charakterystyka szmaragdowej pantery


Fragment „Buntu androidów”

      Niefrasobliwa Mi-Mi dopadła mnie, gdy przeglądałem wirtualny plan Acapulco, ucząc się linii brzegowej i zabudowy. Miała na sobie obcisły srebrny kombinezon z luźną stójką obejmującą szyję. Podkreślał jej szczupłą sylwetkę. Światło igrało tęczowymi refleksami na metalizującej błyszczącej powierzchni.
      — Hej! — ucieszyła się. — Od samego rana pracujesz? — niewinnie zapytała, jak uczennica adorująca przystojnego belfra.
      — Mam coś pilnego — mruknąłem na odczepne, nie odrywając rąk od klawiatury.
      Nadchodził mój wielki dzień i przygotowywałem się do niego z biciem serca. Miałem transferować się nad Pacyfik i spotkać z oddaną mi Leną. Musiałem sobie to i owo dośpiewać o Meksyku, korzystając z ziemskiego Internetu. Nie wypadało lecieć w ciemno. Plan Acapulco powinienem był mieć w małym palcu, nie mówiąc o znajomości życia codziennego i obyczajów.
      Giętki ogon Mi-Mi ciekawie myszkował po pulpicie, jakby żył własnym życiem, wreszcie znieruchomiał przy starożytnej kostce Rubika.
      — Czy to nie jest przypadkiem artefakt? — zapytała.
      — Co?!
      Wskazała na kostkę.
      — Przedmiot o magicznej mocy.
      Obojętnie wzruszyłem ramionami.
      — Tak uważasz? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Kojarzy mi się prozaicznie, co najwyżej z kością słoniową, bo z tego materiału została wykonana. Nie wierzę w artefakty. Nie dla nas magia, jesteśmy dziećmi zaawansowanej technologii.
      Wydawało mi się, że nie godzi się ze mną. Przewracała sześcian końcem ogona, jakby ciekawa tego, co znajduje się na pozostałych ściankach, a może w środku tej zabaweczki, a potem dała sobie spokój.
      — Powiedzieli mi, żebym wybrała się do kurortu na Neeidzie — zmieniła nagle temat. — Poleciałbyś tam ze mną?
      Zlustrowałem ją ze zdumieniem. Nie byliśmy ze sobą aż tak związani, żeby wybierać się gdzieś tylko we dwójkę. Sentymenty sentymentami, ale przecież nie mogłem z tym miłym zwierzaczkiem pójść do łóżka. Pachniałoby zoofilią.
      — Chętnie, ale nie teraz — odrzekłem układnie. — Zmywam się stąd na trzy dni. Dopiero jak wrócę.
      — Aż na trzy dni? Umrę z nudów.
      Znowu na nią zerknąłem.
      — Nie gonią cię do roboty?
      — Nie, na razie mam się aklimatyzować — niezmącenie wyjaśniła. — Chyba że Si-Len i Ar-Wo wymyślą dla mnie coś arcyciekawego. To Archetanie — szybko dodała, widząc, że nie kojarzę imion. — O, właśnie jeden z nich mnie przywołuje!
      Oddaliła się w podskokach, jakby nie umiała normalnie chodzić, a ja z tego wszystkiego wylądowałem przy Trójokim.
      — Dlaczego ona do mnie się klei? — zapytałem głosem pozbawionym energii. — Przecież nie jestem zielonym kocurem z Archei.
      — Nie wiesz, kim była?
      — Nie — skrzywiłem się, nie mając ochoty korzystać z pomocy głównego koordynatora. Lękałem się, że odkryje, co mnie łączy z Leną. A na to nie mogłem sobie pozwolić.
      — Zapytaj ją sam, chętnie ci opowie!
      — O rety! A kim była? — wierciłem mu dziurę w brzuchu. Próbował się wymigać, ale nie ustąpiłem.
      — Epifitem — odmruknął, gdy uporał się z kolejną linią dziwnego kodu. Odniosłem wrażenie, że nie chce, by ktoś mu zaglądał przez ramię. Mignęło ujęcie z dzikiej dżungli. — Bardzo długo pasożytowała jako rozumny symbiont. Żyła w organizmie Eefiusa, to takie istoty z Galaktyki Trójkąta. A potem… Dlatego czuje potrzebę przylgnięcia do kogoś, kogo lubi. Przyzwyczajenie jest drugą naturą. — I domyślnie dorzucił: — Owinie się wokół ciebie jak bluszcz.
      — Aha! — zaczęło mi świtać w głowie. — Nadążam — odrzekłem. Tym niemniej nadal go sondowałem: — „A potem?” Coś zacząłeś i nie dokończyłeś.


09.07.2012 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów