Zielona małpa
Słodko zamruczała, wsparła mu się na ramieniu i cmoknęła go w policzek.
— Stokrotne dzięki — rzekła. — Nawet nie wiesz, jaki jesteś dla mnie dobry. Wojownik też ma do ciebie prośbę, ale samemu było mu niezręcznie. Chciałby polatać maszyną bojową, którą znalazł na samym dnie twojego skarbca... — powściągliwie zdradziła, jakby niepewna tego, jaki efekt to wywoła.
Eurypides się roześmiał.
— Odnalazł ją? Ależ ma nosa.
Ten w tym samym czasie zażywał kąpieli w atrium. Fontanna bardziej mu odpowiadała niż nagrzana łaźnia gospodarza. Zielona małpa pozostała na brzegu, smutnawo popiskując, nie cierpiała bowiem wody. Chętnie natomiast sięgała po dojrzałe owoce i nie gardziła winem, o ile było bardzo słodkie. Urzekała zmiennymi nastrojami, zdając się pod tym względem dorównywać ludziom, a nawet ich prześcigać. Z rozbawieniem śledził jej grymasy, a potem nawet żartobliwie usiłował z nią gawędzić. Rzucał pieszczotliwe pytania, jednak ta nie chciała mu po grecku odpowiadać. Była tylko nierozumnym zwierzęciem i prawdę mówiąc nie znała żadnego y-ockiego języka, ani nie potrafiła się go nauczyć.
— Beznadziejnie tępa jesteś — zawołał wreszcie do szkaradnego czworonoga. — Mimo to cię lubię. I pewnie pojmę cię za żonę.
— Tylko w miłości zupełne nic może być dla ciebie wszystkim — usłyszał z nagła za sobą czyjś żywcem kpiący głos.
Leniwie się odwrócił, zezując w stronę kolumnady.
— To ty? — zdziwił się, widząc Mi-ira.
Tak napisali inni:
|
Wróć |