Jak należy powitać kosmitę?
Wersja, której raczej nie zalecam...
Hill przepadał za sztucznymi teatralnymi gestami, z którymi uwielbiał łączyć ironiczne komentarze. Podniósł się więc z powagą z fotela i zaklaskał w dłonie, szykując się do występu. Przywołał obecnych do porządku.
— Miło mi zebrane tu zacne grono powiadomić, że na tym kontynencie w słonecznej Italii niespodziewanie zetknęliśmy się z przedstawicielami obcej cywilizacji — bajtlował. — To wydarzenie bez precedensu, coś wyjątkowego i niebywałego, na co wpatrzeni w czerń nieba Ziemianie z utęsknieniem oczekiwali od stuleci. Rendez-vous z kosmitami — uderzył w wysokie tony. — A oto jak wygląda jeden z tamtych! — z dumą wyciągnął wypielęgnowaną dłoń w stronę uwięzionego zwierzaka. Jednakowoż zaraz popadł w pozorowany smutek. — Niestety, i to wielka szkoda, nieprzezwyciężalne bariery językowe nie pozwalają temu śmiałkowi osobiście się nam przedstawić. A to byłby gest! Cóż, względy techniczne, a może zmęczenie długą podróżą — nabijał się w żywe oczy. — Pozostaje mi zatem zastąpić go w prezentacji — z zadowoleniem zatarł ręce. — To nie homo aquarius, moi panowie, nie, nie — zakrzyknął. — To homo viator! Przybysz, znający na wylot cały Układ Słoneczny...
Gad był osowiały po hipernarkozie i nie zajmowała go ta pompa. Na ranę postrzałową nałożono mu szwy w cichej klinice w Mediolanie, jednak nic nie wskazywało na to, by wróciła mu chęć do życia. Przycupnął w rogu, osowiały i potulny, a ślepia miał półprzymknięte. Co rusz przeszywały go dreszcze.
02.08.2004 :: 13:41
Komentuj (3)
To już sierpień...
Spoglądam na ten masochistyczny skrypt JS, odliczający dni, które zostały do rozpoczęcia nowego roku szkolnego i przeszywają mnie dreszcze. Prawie takie, jak owego zwierzaczka z kosmosu z poprzedniej notki. Brrrr!.. Pierwszego września nie pójdę do szkoły, bo jestem na to za stary, ale też przeżywam grozę. Bowiem wakacje się kończą. Uciekają w piorunującym tempie. Przeciekają jak piasek między palcami. Za mało tego lata było w tym roku. Sporo padało. Krótko mówiąc: fa—tal—nie!
03.08.2004 :: 07:48
Komentuj (0)
Diana na plan
Trudno mu było opanować rozsadzającą go wściekłość. Za chwilę ta sama modelka, siedemnastoletnia Diana, miała się pojawić na wybiegu w kolejnej zmysłowej kreacji i znowu zebrać rzęsiste brawa, a Johnowi nadal nic pomysłowego nie przychodziło do głowy. Czuł się bezsilny i bezradny. Może ta niezdrowa obsesja wynikała z nadmiaru doznań i wrażeń? Może po prostu dopiero teraz wychodziło z niego potworne kilkudniowe zmęczenie? Nie był nigdy telepatą i uznał, że to, co się z nim dzieje, podpada pod zjawiska paranormalne. Nie miał władzy nad szarpiącymi go emocjami. Instynktownie, niemal po zwierzęcemu czuł, że lansowana przez okrzyczanego René Lemaître'a, cenionego w Paryżu kreatora mody, długonoga dziewczyna ma coś wspólnego z kosmitami. To atawistyczne przeświadczenie było tyleż silne co absurdalne. Siedział spięty jak diabli, a przyjmowany z zachwytem pokaz mody nie dostarczał mu żadnej przyjemności.
03.08.2004 :: 12:24
Komentuj (19)
Czasami trzeba wyskoczyć przez okno
Gdyby był mądrzejszy i posłuchał patrona, czmychnąłby od razu, nie czekając, na to, co się jeszcze stanie. Miast tego troskliwie pochylił się nad klientem, usiłując mu dopomóc. Żebrak nieoczekiwanie wyrwał z jego dłoni ostrą brzytwę i ciął nią na oślep, raz, drugi i trzeci, mierząc gdzieś w próżnię. Rozległ się przeraźliwy krzyk zranionego chłopaka i na lustro trysnęła krew z przeciętej tętnicy. Potem z trzaskiem pękło szkło witryny z napisem "Parrucchiere" i Lukas znalazł się na trotuarze.
— Nie, nie! Nieee!..
Cwałował środkiem jezdni, nie zwracając uwagi na mijające go pojazdy. Ocknął się dopiero, gdy ostro zderzył się z karoserią wolno zakręcającego autobusu, odbił się i wylądował na asfalcie.
05.08.2004 :: 11:11
Komentuj (2)
Ktoś lubi tęsknić
Taki oto pełen bólu i rozpaczy opis na GG ujrzałem:
Tak bardzo tęsknię, i ty tego nie wiesz, i nie wie nikt :o 06.08.2004 :: 19:10
Komentuj (5)
Zmarł Miłosz
Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego...
Z wiersza Czesława Miłosza
14.08.2004 :: 21:21
Komentuj (2)
Nie wszyscy akceptują u siebie zmiany rozwojowe
Stała się — niestety — nieco tęższa niż sądziła, że będzie. A przy tym nie urosła o tyle, na ile liczyła. I co teraz, zważywszy ambicje? Czy to już wystarczy, żeby z bólem serca zerwać z facetem, którego się kocha? A może jednak zaryzykować i wysłać mu fotkę z ostatnich miesięcy? Może ta miłość przenosi góry?..
15.08.2004 :: 17:17
Komentuj (0)
Optymista i pesymista
Do rozpoczęcia nowego roku szkolnego zostało 16 dni, co wywołuje w wielu nastrój przygnębienia, jeśli nie wprawia ich we wściekłość (Skasuj, sadysto, ten opis na GG!!!). A przecież każdy kij ma dwa końce. Pesymiasta zajęczy: już trzy czwarte wakacji za nami. Optymista pocieszy: jeszcze jedna czwarta do wzięcia. To kuuupa czasu!
Co będziecie robić przez najbliższe dwa (słoneczne) tygodnie wakacyjnej laby?
16.08.2004 :: 10:35
Komentuj (4)
Kłótnia przedmałżeńska
ROMA
No cóż? Możemy pogadać i o tym, choć to nie pasuje do sytuacji, w której się znalazłam. Widzisz przecież, że Tomcio zdziecinniał do reszty. Jaki debil. Za grosz powagi. Woli piasek, łopatkę i wiaderko. I nie myśli wcale o obrączkach. Gdzie tam?
(z przekąsem) Zresztą, skąd by miał wziąć na nie szmal...
TOMASZ
(podrywa się) O, ty świnio!
(grozi jej łopatką) Zafundujesz mi nagrobek, jak umrę z głodu?
ROMA
(wzburzona) Ty kundlu zawszony, a ja ci zawsze ufałam!
TOMASZ
(cynicznie) He, he! Czarownica, czyli kobieta sprawna inaczej. Bierz miotłę i fruuu!..
ROMA
Trochę taktu, młocie!
GRZEGORZ
Wrzućcie na luz!
ROMA
Wiesz, za co on wyleciał z pracy? Właśnie za ten słynny luzik.
TOMASZ
Nie ma z nią życia...
GRZEGORZ
Ten referat mnie zadawala. Chyba już zaczynam chwytać, o co biega po zaobrączkowaniu. Trzeba mieć w zasięgu ręki jakieś ciężkie przedmioty. No i mordę jak kubeł.
ROMA
Przeholowałam. I'm sorry, Gregory! Ta dyskusja nie ma niczego wspólnego z małżeństwem. Po prostu...
17.08.2004 :: 11:37
Komentuj (6)
Końcóweczka czwartej odsłony
ROMA
(tuli się do Tomka) Zatem nie gniewasz się o ten ostatni numer?
TOMASZ
Nie. Ani trochę.
ROMA
No to możemy stąd spadać. Szepniesz mi to jeszcze raz do ucha, teraz, gdy jesteśmy sami? Potrzebuję przytulanek i buziaczków.
TOMASZ
Ma się rozumieć. Kocham cię, miśka.
ROMA
Eh, miodzio! Jesteś cacy. W każdym calu. A ja happy.
(całują się) Zobaczysz, będzie nam dobrze razem.
TOMASZ
Smakujesz jak chipsy. I nie zapomnij. Obiecałaś mi dać te dwie dychy.
ROMA
Oki. Już zaraz.
(wydobywa z plecaczka portmonetkę i wręcza mu banknot) 21.08.2004 :: 19:06
Komentuj (2)
Opieprzanie chłopaka
czyli szok w trampkach i pełnia szczęścia
ROMA
Jaki wariacki dzień, taka nakręcona już dawno nie byłam. Zmęczyłam się tą włóczęgą po sklepach, a popołudnie jest gorące. Przysiądziemy na ławeczce?
TOMASZ
Czemu nie? Tą alejką mało kto się szlaja. W cieniu jest przyjemnie.
ROMA
(zagląda do plecaczka) Tylko proszę cię, bez takich numerów jak na deptaku. Na pewno nie będę kupować podcipnika u pisuardesy, a ty nie musisz straszyć swoimi okularami przeciwsłonecznymi przechodzących emerytek. I nie mów więcej do żadnej z moich napotkanych koleżanek: "Czego się wstydzisz, przecież nie masz pryszczatej mordy!"
TOMASZ
(na stronie) Pieprzenie w bambus. Mam udawać Frankensteina, czy co?
ROMA
Zejdź na ziemię, wszyscy już wiedzą, że jesteś kitomanem pierwszej wody. Jeśli mamy rozmawiać, to tylko serio, jak dwoje przyjaciół. Bez tej całej dołującej oprawy. Co rusz dajesz plamę. Wiesz, co mi tamta siksa z aerobiku powiedziała? "Po kiego grzyba z nim się zadajesz?" To nie jest wcale przyjemne.
TOMASZ
(na stronie) Tamta? Taka dupa wołowa, a zgrywa ostrą laskę.
(wyciąga się na ławeczce) Ziemia jest okrągła, a ludzie i tak chowają się po kątach.
22.08.2004 :: 20:38
Komentuj (4)
Co się ułożyło z puzzli?
Mimo swych siedemnastu lat nie miał dotąd dziewczyny i chyba to go najbardziej bolało. Skrycie marzył o takiej, o cudownej wybrance swego losu — ba, wiele razy wyobrażał sobie, że udało mu się ją wreszcie poznać i z nią się zaprzyjaźnić. Wyobrażał sobie, że trzymając się za ręce włóczą się razem po wybrzeżu Sekwany, zaglądają do kafejek, do muzeów i do kin. Z tych lasek, które znał, żadna mu jakoś nie odpowiadała, chociaż chciały się z nim umawiać. On się im podobał, one jemu — nie. Muzyka płynęła, zwiastując finał, instrumentów w tle przybywało — i nagle, dosłownie w okamgnieniu, powiązały się strzępy wspomnień, przekształcając w obraz, który pojawił się w polu świadomości. To był przebłysk geniuszu. Chłopak doznał prawdziwego olśnienia.
— Ty ciężko kapująca mózgownico — szepnął, rozgorączkowany i przejęty. — Przecież to oczywiste!
Zerwał się z łóżka, wyłączył odtwarzacz, założył miękkie buty, narzucił kurtkę i wybiegł z mieszkania. Nie mógł doczekać się windy i pędem zbiegł po schodach.
Miał przed oczyma ilustrację, która ułożyła mu się z rozsypanych puzzli. Wiedział już, na której stacji metra musi wysiąść, aby trafić do owego tajemniczego gmachu niby z krainy Oz. W półśnie widział nie tylko portal z aniołem, walczącym ze smokiem. Inny obraz spychał do podświadomości, mylnie uznając, iż jest za mało realny. Jednakże tamta jasnowłosa piękność, którą sobie wymarzył, naprawdę istniała.
25.08.2004 :: 20:42
Komentuj (3)
Z "Bolerem" Ravela w tle
czyli kto lubi tańczyć na stole...
Wrócił do niewielkiego mieszkania i wyciągnął się na sprężynującym łóżku.
Uwielbiał dawnych mistrzów. Włączył odtwarzacz, decydując się na ulubione "Bolero" Maurycego Ravela.
— Crescendo na orkiestrę, start! — zarządził.
Pierwszy raz ten utwór usłyszał w Wenecji jako ośmioletni chłopak. Wsłuchał się w jednostajny baskijski rytm, podany przez werbel i zaraz flet rozpoczął solo. Temat był natarczywy, a orkiestra wielokrotnie go powtarzała, stopniując, bez żadnego rozwinięcia. W Paryżu był sam, rodzice bowiem przebywali na stałe w Awinionie. Odwiedzał ich od czasu do czasu, a zimowe i letnie wakacje spędzali wspólnie. Ostatnio hulał z nimi dwa tygodnie na Madagaskarze, ale zaczynał się już nudzić w ich towarzystwie. Różnica wieku robiła swoje. Nie obchodziły go dyskusje nad nowymi metodami uprawy złocistej kukurydzy, co pociągało siwiejącego ojca, mającego udziały w kilku spółkach rolniczych, ani rozmowy o terapiach odmładzających, co z kolei wywoływało podniecenie u dbającej o siebie matki. Był inny niż jego koledzy, górował nad nimi inteligencją, łatwością zapamiętywania i tempem skojarzeń — co czuł od wczesnego dzieciństwa.
— Wchodzi następny — szepnął, wsłuchując się w płynące dźwięki.
Dlaczego lubił ten utwór? Pewnie dlatego, że dziełko było apoteozą rytmu. A poza tym stanowiło wspaniałą rewię instrumentów. Te kolejno po odegraniu solowej partii wnikały w akompaniament. Umiał je rozpoznawać.
Powracała do niego w samotne wieczory jak bumerang pewna niepokojąca myśl. Teraz, kiedy otrzymywał regularnie koperty z czekiem, honorowanym przez American Express przy Place d'Opera, a wraz z tym wizerunek walczącego ze smokiem archanioła, ta myśl narastała, przeradzając się w pewność. Rysunek bezsprzecznie symbolizował rozsianą po kuli ziemskiej osobliwą społeczność, która subtelnie dawała znać o sobie, nie zdradzając na razie swej tożsamości. Intuicyjnie to wyczuwał. Przez Internet szukał pierwowzoru wizerunku, sięgając do archiwów bibliotecznych na wszystkich kontynentach, ale bez skutku. Twórca sztychu nie był znany. Ostatnio jak przez mgłę przypominał sobie, że gdzieś w Paryżu widział niemal identyczny motyw na portalu jakiegoś przypadkowo mijanego gmachu. Tylko gdzie to było? Mimo tego, że od tygodnia ćwiczył się w odtwarzaniu swoich nie tak bardzo zawiłych tras po mieście, nie mógł mglistego wspomnienia skojarzyć z właściwym zakątkiem stolicy.
Przeciągnął się na łóżku, wahając się nad dzielnicą łacińską, w której symbol walczącego anioła mógł się wiązać z jakąś tradycją uniwersytecką. Tam natrafiał wciąż na objuczonych książkami studentów.
— Najboleśniejszy jest dramat wyobcowania — mruknął do siebie, sięgając myślami do pisarzy egzystencjalistów XX wieku. W wolnych chwilach zagłębiał się w prace Sartre'a i Camusa. — Doświadczyć samotności — orzekł, cedząc zgłoski. — Czytywał też inne dzieła, nie stroniąc od filozofów starożytnych i średniowiecznych. — Dobra, kij z tym — zawyrokował, przeciągając się po chwili zadumy. — Da się przeskoczyć tę poprzeczkę!
Napięcie rosło i odzywały się kolejne instrumenty. Oglądał kiedyś to widowisko baletowe w operze i przed oczyma miał teraz skąpo oświetloną scenę. We wnętrzu hiszpańskiej gospody siedzieli wzdłuż ścian przy winie wieśniacy. Pośrodku na wielkim stole gibka dziewczyna rozpoczynała taniec. Najpierw nieśmiało, choć z godnością, miarowo. Rytm uporczywie wracał, raz po raz, a jej ruchy krzepły, nabierały pewności i śmiałości. Początkowo nie zwracający na dziewkę uwagi goście zaczynali stopniowo nasłuchiwać, rozmowy cichły, wstawali i urzeczeni podchodzili do stołu. Jak zahipnotyzowani gromadzili się wokół tańczącego bóstwa.
— Zbiorowa magia — półszepnął. — I ta niebotyczna wirtuozeria ruchów. Baletnica była cudowna!
Mimo swych siedemnastu lat nie miał dotąd dziewczyny i chyba to go najbardziej bolało. Skrycie marzył o takiej, o cudownej wybrance swego losu — ba, wiele razy wyobrażał sobie, że udało mu się ją wreszcie poznać i z nią się zaprzyjaźnić. Wyobrażał sobie, że trzymając się za ręce włóczą się razem po wybrzeżu Sekwany, zaglądają do kafejek, do muzeów i do kin. Z tych lasek, które znał, żadna mu jakoś nie odpowiadała, chociaż chciały się z nim umawiać. On się im podobał, one jemu — nie.
Muzyka płynęła, zwiastując finał, instrumentów w tle przybywało — i nagle, dosłownie w okamgnieniu, powiązały się strzępy wspomnień, przekształcając w obraz, który pojawił się w polu świadomości. To był przebłysk geniuszu. Chłopak doznał prawdziwego olśnienia.
Narastające crescendo zamknął obcy, mediantowo zastępczy akord. 26.08.2004 :: 14:05
Komentuj (2)
Złe kilometry dzielą nas...
Opisy na GG to całkiem odrębny rozdział życia w sieci. Można się dowiedzieć, gdzie kto jest, zbadać nastroje, zorientować się, co znajoma laska myśli o wrednych starych, którzy kazali jej wrócić przed północą z imprezki i o spedalonych bramkarzach, którzy bez dowodziku nie wpuścili jej na disco. Opisy służą też do wielu innych celów, a ostatnio nawet robią za Allegro. Komuś świnka morska się okociła i w rezultacie ma na zbyciu 12 małych szczurków. Podobno miluśkie. Nastroje, niepokoje, tęsknoty i radości, wyjazdy, przyjazdy, poważne info i wygłupy. Krótko mówiąc: samo życie... Trudno sobie wyobrazić bloga bez GG, a GG bez opisów. Cały ten interes bierze jednak w łeb w obliczu karczemnego oszustwa, które niosą te internetowe media. Chodzi o odległości. "Złe kilometry dzielą nas..." — śpiewają Iwan i Delfin. Nic dodać, nic ująć. Kiedy chce się wreszcie w realu odwiedzić osobę, z ktorą się zaprzyjaźniło, okazuje się, że to niemożliwe. Za daleko...
27.08.2004 :: 13:37
Komentuj (7)
Ponury ranek i... łyk kawy
Zaspany i półprzytomny, wodził mętnym wzrokiem za kroczącym tam i z powrotem nadętym Hillem. Skrycie ziewał. W Paryżu dochodziła dopiero siódma rano i czuł się zdegustowany tym, że tak brutalnie ściągnięto go z łóżka. O tak wczesnej porze wieża Eiffla mogła mu się kojarzyć tylko ze sterczącym fallusem. Marzyła mu się filiżanka mocnej parującej kawy. Pogoniono go i nie zdążył niczego wrzucić na ruszt przed wyjściem z hotelu przy Avenue de New York, więc teraz najchętniej wymknąłby się na koniec korytarza, by tam przykleić się do kuchennego ekspresu. To jednak nie wchodziło w rachubę. Po zaginięciu krążącego po Europie medium ogłoszono w te pędy stan podwyższonej gotowości i kogo się tylko dało postawiono na nogi. Ryba sprytnie wyślizgnęła się z sieci, a przepadła dosłownie w ostatniej chwili.
============================
Nie było się o co sprzeczać. Młoda Włoszka znikła z pola widzenia satelity i czujników chłopców z ochrony. Tyle na pewno wiedział i chcąc nie chcąc musiał się pogodzić z tym faktem. Ożywił się dopiero, gdy wniesiono kawę. Cholerny Humberto o tym pomyślał, wydając ciche polecenie i John nagle pojął, że jest w nim na powrót bez pamięci zakochany. Wybrał dużą filiżankę, sypiąc dwie czubate łyżki cukru. Wypił łyk i poczuł, że wraca mu energia.
— No i co? Lepiej?!..
Szef sekcji uśmiechnął się do niego niemalże po ojcowsku i John nieoczekiwanie go sobie wyobraził stojącego przy ołtarzu w brązowym habicie zakonnym. Ten palant umiał być przesympatyczny, o ile nachodziła go na to ochota. Niestety, rzadko mu się to zdarzało.
30.08.2004 :: 11:17
Komentuj (1)
Witaj szkoło!
No i stało się to, co miało się stać. Laski zamieniają zwiewne letnie kiecki na szkolne mundurki i chodu do budy. Książki zeszyty, ołówki, ekierki, cyrkle, długopisy. Kreda i tablica.
— Eeee... O co psorka pytała? To nie było zadane!
— Ty! Ledwo zdążyłam. Dasz ściągnąć?
— Co, aż tyle? Chyba się powieszę. Kiedy ty to zrobiłaś?
31.08.2004 :: 08:32
Komentuj (4)