EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(84)
Publikacje(39)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









A dziesiąty rozdział...



     Pozostawiła go samego, poszła na górę i pojął, że do jego serca zaczyna powoli wkradać się strach. Czaił się od dawna, lecz dopiero teraz go dopadł, opanowując umysł, paraliżując oddech, wślizgując się do żołądka i przenikając wnętrzności. Pomyślał o retelicie. Ktoś potężny, kogo pozbawił niejakich złóż tego surowca, wypowiedział mu zdradziecką wojnę i nieustępliwie dreptał mu po piętach. Najpierw namacalnie odczuł to na Planecie Matce, a następnie dwukrotnie na Dianie. Stracił to, co na starość było dla niego najcenniejsze — święty spokój. Nie pozostawało mu nic innego, jak stanąć oko w oko z tym bydlakiem, który przypiął się mu do skóry, by zetrzeć go z powierzchni ziemi. To wszystko było dziwnie absurdalne i groteskowe, chorobliwe i niedorzeczne. A nie zasługiwał na to, by go traktować w sposób tak okrutny.
     — Nie ma lekko, bogowie łakną krwi. Jak wojna, to wojna! — z goryczą wymamrotał do swoich myśli. Grunt palił mu się pod nogami, a jutro było niepewne. Czekała go rola wędrownego ptaka, który przed nadejściem srogiej zimy szykuje się do odlotu, aby nie wpaść w objęcia mrozów. Musiał wypłynąć na głębię. Spadły mu wreszcie łuski z oczu i uświadomił sobie, że kręci się wśród pozbawionych skrupułów groźnych rekinów, w niczym nie przypominających jego łagodnego delfina, który okazywał radość na jego widok.
     Co takiego było w retelicie, że dla owej straconej ilości ktoś gotów był ścigać go po całym Układzie Słonecznym? I wynajmować wciąż nowych zbirów? Komu wszedł w paradę? I kto zagiął na niego parol? Aż dziw brał, ilu pomyleńców wyrzucało poza obręb dużych planet. Peryferia stawały się powoli kloaką ludzkości, czemu wprawdzie usiłowano zapobiegać, ale bez widocznych rezultatów. Obiło mu się o uszy, że po odpowiedniej obróbce retelit mógł działać jak eliksir młodości, obejrzał nawet raz program, w którym szermowano tak śmiałą hipotezą, ale odrzucił to przypuszczenie jako niedorzeczne. Podobne opowiastki mogły robić wrażenie w średniowieczu, kiedy to alchemicy usiłowali zdobyć kamień filozoficzny i wykorzystać go do produkcji złota. Bywało, że za sprawą Inkwizycji trafiali za to na stos, bo zarzucano im konszachty z diabłem. No, ale żeby w jego czasach wierzyć w takie brednie?
     Coś mu jednak zaczęło świtać w głowie, a nie chciał do rana tego odkładać, pamięć ludzka bywała zawodna, więc zwlókł się z łoża boleści. Pokraczny duszek podziemny, kobold, strzegący ukrytych skarbów, złośliwie chichotał w jego wyobraźni. Poczłapał do holu, włączył zasilanie i zajął się szukaniem odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Wyświetlił mu się przejrzysty model Układu Słonecznego, a w nim — niby nić Ariadny — przestrzenny rozkład złóż retelitu. Te wyglądały jak drżące złote kropeczki.
     Afrodyta znalazła go przy tym zajęciu. Zdążyła się przebrać i już nie wyglądała jak wojownik ninja. Owiała go wonią swoich drogich perfum.
     — Jak w krzyżach? — ciepło zapytała. — Jeszcze rwie?
     Niczym rozpieszczony dzieciak pociągnął kapryśnie nosem. Przy tak czułym bóstwie jak ona można było zapomnieć o zapiekłych wrogach, nawet gdyby ci byli rozsiani nie tylko po rodzimym układzie solarnym, ale i po nieogarnionej Galaktyce. A nawet po całym kosmosie, który zdawał się nie mieć granic.
     — Jest na to jakieś lekarstwo? — podniósł się, sztywny jakby kij połknął.
     Przytaknęła ze znawstwem.
     — Zajmę się tym. Natrę ci plecy świetnym preparatem — zaoferowała swe usługi. — Od razu poczujesz ulgę. A jeśli to nie pomoże, jeśli zechcesz, zrobię ci jutro akupunkturę.
     Dotyk jej palców działał kojąco, nanoszony na skórę olejek odurzał orientalnymi zapachami, drzewem herbacianym, anyżem i cytryną, łagodził napięcie i usuwał zmęczenie, więc zaczęły mu się kleić oczy. Zdrowie było stanem swobodnego przepływu energii w ciele, tak przynajmniej uważali Hawajczycy, a ona mu ten stan przywracała. Kiedy uporała się z delikatnym masażem, usiłował przewrócić się na wznak, ale już nie zdołał. Był niczym bezradne niemowlę w ramionach kochającej matki.
     — Dzięki! — zamruczał jak kot, zapominając o bożym świecie. Nim się spostrzegł, wpadł na dobre w objęcia snu.

13.08.2008 :: 18:13
Link |  | Hurysy z katalogu


Jak bardzo zmienił się nasz obraz świata...


      O ile ludy pierwotne uznawały, że ziemia jest płaska jak naleśnik, że podtrzymują ją mityczne delfiny lub słonie, a oś „góra — dół” pozwala wyodrębnić w ograniczonym przestrzennie świecie trzy sfery, niebiańską, ziemską i podziemną, o tyle dzisiaj, zatem kilka wieków po rewolucyjnym odkryciu Mikołaja Kopernika i pracach wybitnego matematyka i astronoma Jana Keplera, w kadrze nauki widać wszechświat o niewyobrażalnej wręcz wielkości i bardzo długiej historii.
      Układ Słoneczny jest w nim drobiną, a niewiele większym odpryskiem jest też mająca średnicę stu tysięcy lat świetlnych — stanowiąca dom człowieka — Galaktyka Drogi Mlecznej (200 miliardów gwiazd). Ewolucja kosmosu, opisywana teorią Wielkiego Wybuchu, trwa już kilkanaście miliardów lat i obejmuje w swej obecnej fazie również organizmy żywe.
      Mikroskopijną Ziemię dużo trudniej w nim odnaleźć niż przysłowiową igłę w stogu siana.

24.08.2008 :: 08:57
Link |  | Główna