EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









W frankofońskiej diasporze


      I jeszcze jeden reportaż z Belgii, tym razem z Leuven (fragment), też zamieszczony w „Gościu Niedzielnym” z 1980 roku.

      Galijski kogut sterczał prawie niezauważony na szczycie mało okazałego kościółka, wtopionego z jednej strony w zabudowania Chapenstraat, ulicy biegnącej ku centrum Leuven, z drugiej zaś — w mury dawnego klasztoru Czarnych Sióstr (Soeurs Noires), zakonu czy zgromadzenia, dokładnie nie wiem, którego w Polsce nie znamy, a o którym warto wspomnieć choćby ze względu na niezwykły cel dla którego powstał. Czarne Siostry opiekowały się bowiem... zmarłymi, a ściślej — zwłokami zmarłych, czyniąc niezbędne przygotowania do egzekwii i pochówku. Była to więc praktyczna realizacja jednego z chrześcijańskich uczynków „co do ciała”. W czasach klęsk żywiołowych i wojen nie pozostawało to bez znaczenia. O żelaznym kogucie zaś piszę, bo znak ten, symbol Frankofonów — wyróżniając ów niepozorny kościółek — wycinał swój kształt nie na walońskim, co byłoby zupełnie zrozumiałe, ale na flamandzkim niebie.
      Rzecz w tym, że Belgia jest krajem podzielonym językowo; jej południową połać zamieszkują Walonowie mówiący po francusku, północ zaś — Flamandowie, którzy czują się związani z kulturą germańską. Trudno pisać o wiekowych trudnościach w obcowaniu na tej samej ziemi i we wspólnej ojczyźnie, trudno też wyrokować o krzywdzie jednych czy zysku drugich — zwłaszcza, gdy widzi się obie strony jedzące jeden, sprawiedliwie dzielony bochenek chleba. W każdym razie narastające z czasem animozje zaowocowały nie tak dawno dość niespodziewanie. Przed chyba jedenastu laty doszło tu bowiem do zamieszek językowych, kryzysu rządowego i szeregu zgoła niepotrzebnych administracyjnych podziałów. Jednym z najbardziej absurdalnych był podział lowańskiego uniwersytetu, czcigodnej katolickiej uczelni o ustalonej renomie, z której gwałtem zrobiono dwie, budując pod Brukselą od podstaw zupełnie nowy ośrodek naukowy (Louvain-la-Neuve) i przenosząc tam z flamandzkiego Leuven wszystkie frankofońskie fakultety — nie bez szkody dla księgozbiorów i całej naukowej tradycji, oczywiście.
      Ostatni fakultet frankofoński znikł z Leuven ubiegłego roku, a w ślad za nim — opiekujący się studentami przesympatyczny i tryskający dowcipem starszy ksiądz, ostatni frankofoński duszpasterz akademicki. którego poznałem przypadkowo już gdzie indziej — w Brukseli — studiującego w jezuickim instytucie „Lumen vitae”; przeniósł się, jak żartem stwierdził, na bezrobocie. W Leuven pozostały jednak szczątki dawnej frankofońskiej tradycji. Wielu ludzi pracujących teraz w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Louvain-la-Neuve pozostało tu ze względu na posiadane nieruchomości, dojeżdżając do pracy. Pozostał także ksiądz — frankofon i co niedziela (chociaż nie tylko, bo są też msze francuskie w ciągu tygodnia) gromadzą się wszyscy razem pod znakiem galijskiego koguta na sprawowanie eucharystii — jakże jednak innej od tego, co przyszło mi widzieć w kilku flamandzkich kościołach, straszących swoją pustką i chłodem. Nie chciałbym, broń Boże, dyskredytować tych ostatnich, bo ani miejsce na to, ani dane wystarczające. W każdym razie przyzwyczajony do polskiej atmosfery, do ciżby i gromkiego śpiewu, który spaja zgromadzenie (dopiero na obczyźnie docenia się smak swojskiego chleba) znalazłem tu świetny — a nawet w pewien sposób doskonalszy — odpowiednik tego wszystkiego. Bo i ciasnota w niewielkim kościółku na polską modłę, i śpiew niemal pełną gębą, i rodzinna atmosfera, tutaj płynąca z faktu diaspory, i jeszcze coś więcej — co trudno wprost nazwać, a co wyróżnia niewątpliwie to zgoła nieprzypadkowe zgromadzenie. (...)

Edward Guziakiewicz, W frankofońskiej diasporze,
Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 39, s. 4. 7.



02.08.2019 :: 13:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Kamień i język chrześcijaństwa


      Cofam się ponownie o prawie czterdzieści lat, tym razem do mego tekstu z tygodnika „Gość Niedzielny” z 1981 roku. To nawiązanie do wspólnoty ekumenicznej w Taizé we Francji. Tekst lekko podszlifowałem. W tamtych czasach o wspólnocie ekumenicznej brata Rogera można się było sporo dowiedzieć z książki „Taizé i Kościół jutra” (autor: Jean-Marie Paupert), przetłumaczonej z francuskiego i wydanej przez IW Pax (1969).
      Na marginesie wypada dodać, że najbliższe Europejskie Spotkanie Młodych odbędzie się we Wrocławiu w dniach 28 grudnia 2019 — 1 stycznia 2020 roku.

      Biały kamyk z Taizé wypalony w glinie, z ładną ceramiczną plamą pośrodku. Można go zauważyć na szyi u tych, którzy przewinęli się przez znaną wioskę w Burgundii i zakosztowali tam smaku niecodziennego chrześcijaństwa. Rzadko kto zauważa liczbę „2, 17” wyrytą na odwrocie wisiorka. Wiąże się ona z jego genezą i odsyła do krótkiego tekstu z Apokalipsy św. Jana, który nadaje kamykowi głęboki sens — znacznie głębszy, jak sądzę, niż przypuszcza niejeden właściciel glinianej pamiątki. Tekst ten brzmi: „Zwycięzcy dam manny ukrytej i dam mu biały kamyk, a na kamyku wypisane imię nowe…”
      W odległych czasach, jeżeli ktoś został postawiony przed trybunałem i osądzony, biały kamień oznaczał uniewinnienie, a czarny winę. Jest więc taizański biały kamień poniekąd dowodem i znakiem wyjścia z impasu, uwolnienia od grzechu i zbawienia.
      Nim jednak wrócę do symbolicznej treści zakodowanej w kawałku wypalonej gliny, chciałbym zatrzymać się przez moment przy czymś innym i z pozoru nieistotnym. Otóż — myślę — że decydując się na ten właśnie materiał ozdoby oraz na bardzo prosty i stary proces obróbki ceramiki bracia z Taizé wskazali intuicyjnie na coś, co można nazwać wyczuciem pierwotnego kulturowego sensu kamiennej bryły. Leżący na drodze odprysk piaskowca czy wygładzony przez rzekę niewielki kształtny dysk (dobry do rzucania kaczek) wydają się w pierwszej chwili czymś tak zwykłym, że aż pozbawionym treści. Czy nie byłoby to jednak przeoczeniem, gdyby tak na nie spojrzeć, wzrokiem pozbawionym wyobraźni? Są one bowiem świadkami wielowiekowej historii obcowania człowieka z kamieniem — historii wpisanej głęboko w ludzką pamięć i decydującej o szczególnej wymowie każdego odłamka ziemskiej materii.
      Kamień — jako dźwięk i pojęcie — jest znany w językach wszystkich ludów. Początkami sięga pierwotnej mowy najstarszej z kultur — kamienia łupanego, okresu w którym człowiek mocując się z przyrodą wyciągnął rękę po swe pierwsze narzędzie. Kto wie, czy twórcza pasja helleńskich artystów, potem Michała Anioła i budowniczych gotyckich katedr nie jest sublimacją tamtego pierwotnego przeżycia — zespolenia ludzkiego protoplasty ze stawiającą opór litą skałą, którą ten postanowił sobie podporządkować. U wszystkich ludów kamień jest symbolem trwałości i siły. Symbolika, którą dziś przemawia, sięga swymi korzeniami tamtych odległych czasów i do nich — do praprzeżycia sensu kamienia — nawiązuje w pewien sposób, jak wspomniałem, również biały kamyk z Taizé. W tym wymiarze także, w kontakcie z przeszłością — rodzi się cała judaistyczna i chrześcijańska koncepcja kamienia jako symbolu, odnoszącego się do rzeczy boskich.
      „Kamienie — pisze Paul Lamarche — ze względu na wielką ich obfitość w Palestynie, znajdują się ciągle pod ręką i w myślach Izraelitów. Zresztą w mentalności pierwotnej kamień — solidny, trwały, ciężki — był zawsze oznaką siły. Te dwa fakty razem wzięte pozwalają zrozumieć, dlaczego Biblia posługuje się obrazami kamieni pod ich różnymi postaciami po to, by je zastosować do Mesjasza.”
      W Nowym Testamencie kamień symbolizuje Chrystusa w dwojakim sensie: jest On skałą, z której wytryska Duch Święty (J 7, 37; por. 1 Kor 10, 4); jest ponadto kamieniem węgielnym na którym wspiera się budowla (Mt 21, 42), ale także skalnym podłożem — fundamentem — na którym rozsądnie myślący człowiek wznosi swój dom.
      Chrystologiczna wymowa kamienia jest rozwinięta w listach apostolskich. Tu już nie tylko Chrystus, ale także wierzący w Niego stają się „żywymi kamieniami” (1 P 2, 5) tworzącymi budulec Domu Bożego (Ef 2, 20-22).
      Tak więc symboliczna wymowa glinianego kamyka zawieszonego na szyi staje się czytelna — na tyle, by nie wymagać dodatkowych wyjaśnień czy komentarzy: kamyk, biel i wyryte na nim „nowe imię” (Ap 2, 17) wskazują na głęboki związek noszącego ten znak z Kamieniem Węgielnym i Skałą, Dawcą Imienia i Tym, we krwi którego święci wybielają swe szaty (Ap 7, 14).
      Taizańska gliniana ozdoba, która pełni rolę podobną do roli medalika, nie jest talizmanem — nie gwarantuje przez samo noszenie opieki ze strony sił wyższych. Posiada jednak w sobie coś z talizmanu. Czym więc jest i co oznacza dla człowieka? Osoba ludzka we wszystkich swych duchowych doświadczeniach, w modlitwie i kontemplacji, nie przestaje być nigdy istotą zanurzoną w cielesności. Dlatego potrzebuje namacalnych symboli boskości, ułatwiających nawiązanie więzi z Bogiem. Tutaj też spełnia swą rolę gliniane cacko — tym ważniejszą, że kondensuje w prostocie symboli prawdę o dziele Bożym dokonywanym w historii. Mówiąc tu o nich — o skale, bieli, wodzie, nowym imieniu — należałoby wspomnieć o jeszcze jednej płaszczyźnie znaczeń, którą podkreśla już sam materiał białego kamyka i proces obróbki, jakiej został poddany.
      W biblijnej wizji Bóg w swojej mocy wobec kamienia objawia się jako cudowny „alchemik”, który skały martwe i nieużyteczne zamienia w kamienie żywe i szlachetne. Bóg przemienia i wynosi. Świadomi tej władzy nad kamieniem, która jest przecież w swej istocie władzą nad ludzkim sercem, prorok Ezechiel (Ez 36, 26; por. Jer 31, 33) wypowiedział jedną z najwspanialszych obietnic Starego Testamentu: obietnicę przemiany ludzkiego „kamiennego” serca. Moc Boga nad stworzoną przez Niego materią jest mocą nadziei. Tutaj też — w glinie taizańskiego wisiorka, którą uszlachetnia ogień garncarza — kryje się prawda o dialektyce chrześcijańskiego dojrzewania, łączącego perspektywę nadziei z koniecznością bolesnego oczyszczenia.

Edward Guziakiewicz, Kamień i język chrześcijaństwa,
Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 22, s. 5.




14.08.2019 :: 14:00
Link | Komentuj (0) | Publikacje


Dwie strony równania


      I kolejny mój tekst z „Gościa Niedzielnego” z 1981 roku, tym razem dotyczący badań prof. Włodzimierza Sedlaka, twórcy polskiej szkoły bioelektroniki.

      Genialny wzór Einsteina na energetyczne przekształcenie materii E = mc2 pociąga za sobą rozliczne implikacje, których znaczenia jeszcze do końca sobie nie uświadamiamy. Przede wszystkim w dziedzinie rozumienia samej materii i natury życia. Poruszając się w granicach wyznaczonych przez nasze zmysły i wspomagające je instrumenty naukowe przyzwyczailiśmy się do materii, która jest m a s ą podlegającą rozmaitym przemianom — fizycznym, chemicznym i molekularnym. I do życia, które jest w swym podłożu także masą — zdynamizowaną przez wysoko zorganizowane przemiany chemiczne — i w tym sensie ożywioną. Tymczasem obraz podsuwany nam przez zmysły, choć niewątpliwie słuszny, pozostaje w sposób zasadniczy niepełny. Odtwarza bowiem — można rzec — tylko jedną stronę biologicznego medalu. Myśląc w powyższy sposób o materii i życiu poruszamy się tylko po prawej stronie równania Einsteina — tymczasem ta druga, wymykająca się zmysłom i znacznie bardziej tajemnicza, pozostaje jeszcze w dużej mierze zakryta. Wydaje się, że w niej właśnie, „we wnętrzu” przemian energetycznych, trzeba szukać zagadki życia i rozwiązania łamigłówki ewolucji.
      Formuła, którą proponuje ksiądz profesor Sedlak, opierająca się na tej intuicji, sprowadza się do syntetyzującego postulatu, aby na materię patrzeć nie tylko jako na masę, ale równocześnie jako na energię, zaś na życie nie tylko jako na wysoko zorganizowaną masę (zbiór korpuskuł), ale zarazem na wysoką organizację energii. Realizacji tego postulatu służy pojęcie bioplazmy łączące w specyficzny sposób obie strony równania Einsteina. Wbrew jednak pozorom i zastrzeżeniom niektórych publicystów, bioplazma nie jest tworem tak bardzo abstrakcyjnym i specjalistycznym, by nie mogła być rozumiana przez laików w dziedzinie bioelektroniki. Jak się wydaje, do uchwycenia sensu tego pojęcia w zupełności wystarczy zapas terminów wyniesionych z lekcji fizyki w szkole średniej.

Energetyczna istota życia

      Bioelektronika, matka bioplazmy, zrodziła się na pograniczu biologii (biochemii) i elektroniki, a z jej początkami wiąże się odkrycie zjawisk elektronicznych w żywym ustroju. Można tu wspomnieć o zjawisku fotoelektrycznym, o kwantowej emisji fotonów towarzyszącej procesom życiowym czy o polu magnetycznym generowanym przez mózg, serce i duże mięśnie. Zjawiska te, których ciągle przybywało, uświadamiały coraz wyraźniej, że życia nie da się wyjaśnić w kategoriach przemian tylko chemicznych i molekularnych. Zmuszały one do spojrzenia na żywy organizm w nowy oryginalny sposób: przede wszystkim jako na system półprzewodników piezoelektrycznych (organiczne drobiny, głównie białka), w którym zachodzą nieprzerwanie procesy elektroniczne (elektronowe), a ponadto jako na system oscylatorów generujących i emitujących pola elektromagnetyczne. Ostatecznie więc, dzięki temu, bioelektronika mogła dysponować czterema sposobami opisu życia — od strony chemii i cech molekularnych, oraz od strony procesów elektronicznych i zjawisk falowych. Całość organizmu żywego funkcjonowała — wg niej — na dwóch poziomach: chemicznym i elektronicznym, przy czym przemiany na obu poziomach były ze sobą ściśle powiązane. W tym świetle — jak uważa profesor Włodzimierz Sedlak — funkcje biologiczne dałoby się sprowadzić do pracy urządzenia elektronicznego zasilanego energią chemiczną pochodzącą z przemiany materii. W tym ostatnim stwierdzeniu jest już zawarte pojęcie bioplazmy. Jest ona materią ożywioną (organizm) widzianą pod kątem zachodzących w niej wszystkich równocześnie przemian energetycznych (energii chemicznej i molekularnej, elektronicznej i falowej). Stanowi więc energetyczną wizję życia.

Za otwartymi drzwiami…

      Koncepcja organizmu żywego jako wysoko zorganizowanego systemu energetycznego rzuca ciekawe światło na szereg zjawisk w przyrodzie, w antropologii, w medycynie, a także pozwala rozświetlić nieco tajniki p a r a p s y c h o l o g i i. Istotne jest tutaj, w punkcie wyjścia, pojęcie „rozmiarów” organizmu. Otóż z punktu widzenia przemian energetycznych organizm zajmuje przestrzeń, która nie pokrywa się z geometrią ciała ludzkiego, ale sięga znacznie dalej — tak daleko, jak daleko „wybiega” pole biologiczne. Należy się więc wyzbyć wyobrażeń o ścisłej granicy między organizmem a środowiskiem, wyznaczonej przez masę ciała, a także granicy między organizmami.
      Penetracja środowiska przez człowieka dokonuje się — w tym aspekcie — jakby na dwóch poziomach. Pierwszy wyznaczają ludzkie (zwierzęce) zmysły; drugi — pola elektromagnetyczne emitowane przez ustrój. W związku z tym zupełnie nowego wymiaru nabiera problem wzajemnego o d d z i a ł y w a n i a ludzi na siebie, a również środowiska na człowieka, oraz problem poznania pozazmysłowego.
      Ponieważ procesy psychiczne człowieka, przede wszystkim emocjonalne, pozostają w ścisłej korelacji z procesami biochemicznymi organizmu, które są ich bazą, nie ulega więc wątpliwości, że istnieje korelacja także z procesami energetycznymi. Zmiany nastroju, lęk, smutek, radość muszą się zaznaczać w zmianach pola biologicznego emitowanego przez człowieka i niektóre badania potwierdzają ten związek. Ma on kolosalne znaczenie w niektórych sektorach życia społecznego. Psychologia rozwojowa podkreśla rolę właściwego stosunku uczuciowego rodziców względem siebie jako czynnika prawidłowego rozwoju dziecka. Mówi się przy tym o swoistej „atmosferze”, jaką rodzice stwarzają w domu i o niezwykłej wrażliwości dziecka, które wychwytuje bezbłędnie zmiany nastroju rodziców, choćby starannie ukrywane. Jak się wydaje podłoże tych zjawisk ma charakter biopolowy. Właściwie modulowane pole biologiczne rodziców pełni rolę „słońca”, któremu dziecko zawdzięcza swój „biopokarm” energetyczny. Przy okazji warto zaznaczyć, że prof. Sedlak rozszerza znacznie pojęcie odżywiania się organizmu, wprowadzając — obok chemicznego i mechanicznego — także elektroniczny „kanał” odżywczy.
      Zmiany w natężeniu pola biologicznego pozwalają też zrozumieć także szereg innych zjawisk — jak np. reakcję tłumu (pole modulowane i wzmocnione przez liczne generatory), naturę uprzedzającej sympatii i antypatii, doboru psychicznego i seksualnego w małżeństwie itp.

…i dalej

      W medycynie elektroniczny model życia może doprowadzić do stworzenia precyzyjnego detektora, który analizując zaburzenia pola biologicznego będzie wyrokować o rodzaju schorzenia. Już teraz można myśleć o wyskalowaniu normy biologicznej choćby w pasmie bioluminescencyjnym, co dałoby — być może — znacznie subtelniejszą metodę diagnostyczną niż analiza chemiczna.
      O ile medycyna oparta na bioplazmie jest jeszcze sprawą przyszłości, to przeciwnie — joga już kilka tysięcy lat temu zdawała się umiejętnie wykorzystywać te nieznane do niedawna dla nauki prawidłowości energetyczne. Joga jest w swej istocie umiejętnością sterowania przemianami energetycznymi organizmu przy pomocy wzbudzanych świadomie w mózgu pól elektromagnetycznych.
      Zjawiska parapsychiczne, jak to u nas w Polsce próbował już wyjaśnić nieżyjący o. Czesław Klimuszko posiadają także podłoże energetyczne. Intuicja i telepatia — a więc poznanie bezpośrednie i pozazmysłowe — wydają się być formami bioenergetycznej informacji, w której mózg człowieka, a także, być może, cały jego organizm pełnią rolę nadajnika i odbiornika pola.
      Bioplazma skupia bardzo odległe niejednokrotnie od siebie zjawiska i teorie, czasem uważane za „nienaukowe”, tworząc dla nich wspólny mianownik. Można więc uważać, że jest ona swoistym kluczem, który otwiera drzwi nowych rozległych perspektyw dla ludzkiego poznania i naukowych technicznych zastosowań: a przede wszystkim kluczem dla człowieka do pełniejszego zrozumienia samego siebie.

Edward Guziakiewicz (podpisane Tytus Mielecki), Dwie strony równania,
Gość Niedzielny, 1981, R. 54, nr 41, s. 7-8.



21.08.2019 :: 08:38
Link | Komentuj (0) | Publikacje