EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(17)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(72)
Publikacje(37)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Dlaczego one na niego lecą?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Miała rację. O sprawach sercowych nie było łatwo deliberować, tym niemniej się żachnąłem.
      — Nie picuj. Mów prawdę! Rewelacyjne babki z kosmosu i mało pociągający facet z Ziemi… Cóż to za układ? Jestem aż tak atrakcyjny? Spełniam wasze marzenia? Nie chce się wierzyć!
      Zrobiła wielkie oczy.
      — Uważasz, że łżę? O czym tu mówić? — zdziwiła się, nie spuszczając ze mnie wzroku. — Przecież nie brakuje ci atutów. Potrafisz dostosować się do każdej sytuacji, stawiasz czoło wyzwaniom i nigdy się nie załamujesz — wyjaśniała. — Należysz do wyjątkowych twardzieli. Takich przebojowych mężczyzn rzadko się spotyka, nie są na pęczki. I dlatego stałeś się jednym z nas. Nie dostałbyś nowego ciała, gdyby nasi mentorzy nie uznali, że na nie zasługujesz — perorowała. — Wierz mi, spełniasz nasze marzenia — kurczowo ścisnęła mi rękę. — Uczłowieczone Enbargonki lecą na facetów, którzy sobie radzą w naszym niezwykle złożonym świecie. Ty zaś odnajdujesz się w nim bez trudu, jakbyś się urodził w Galaktyce Andromedy. Wszechświat jest wielki, a my żyjemy na styku różnych ras kosmicznych. — Na chwilę zamilkła. — Z czasem przekonasz się, że jesteś dokładnie taki, jak mówię. Na naszą miarę. I że nie biorę cię pod włos. Mamy prawo szaleć za tobą.
      — Widocznie męczy mnie kompleks niższości, bo ta gadka do mnie nie trafia. Ni w ząb tego nie rozumiem.
      — Możesz, Williamie, mieć trochę racji, bowiem twoje samooceny wykształciły się w niesprzyjających okolicznościach. Życie nie głaskało cię po głowie. Nie potrafisz więc skupić się na posiadanych zaletach. Ale to ci przejdzie. Gwarantuję! Musi upłynąć trochę czasu, byś przestał widzieć siebie w krzywym zwierciadle. Dysponujesz mocą, masz ją w sobie i wcześniej czy później zaczniesz się nią posługiwać!
      Nie należało wiercić jej dziury w brzuchu. Pewnie miała rację. Widziała cnoty tam, gdzie ja wady. Skrzywiłem się i dałem sobie z tym spokój.

22.01.2018 :: 16:20
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Męska niestałość


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Potem moje myśli pobiegły w inną stronę. Dałem upust fantazji. Figle figlami, to rozumiałem, przecież to dla nich zdecydowałem się przylecieć na Eufemię z odległego Układu Słonecznego. Miałem sobie podokazywać, nie tracąc kawalerskiego poczucia wolności. Omal nie zapiałem z zachwytu, gdy sobie to uprzytomniłem. Cechowała mnie męska niestałość, więc seks bez zobowiązań był dla mnie idealnym rozwiązaniem. Jak wszyscy prymitywni faceci, przedkładałem żądzę nad miłość i nie marzyłem o trwałym związku. Za bardzo by mnie ograniczał. Samiec kopulował z samicą i odchodził, szybko o niej zapominając. Nie należało przywiązywać się do przypadkowych partnerek, ani domagać się od nich wyłączności. Odpowiadało mi towarzystwo wesołych i wyuzdanych kobiet, które umiały się zabawić i nie oczekiwały za wiele od mężczyzny. Jednak powabna Daisy półgębkiem wspomniała o ożenku, więc pojąłem, że może jej nie chodzić o przelotny romans. Mówiła serio, czy żartowała? Czyżby chciała zagościć dłużej w moim życiu? Urządzić się w nim na stałe? Nie zamierzała poprzestać na wakacyjnej przygodzie? Nie skończyłoby się na figlarnej zabawie? Nie umiałem jej sobie wyobrazić w roli żony. Za krótko się znaliśmy.

10.12.2017 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Słoneczko, czyli w świecie synonimów


z powieści SF „Enbargonki”

      — A możesz mi, słoneczko, pokazać, gdzie mieszkacie?
      — To sąsiednie korytarze — rzekła po chwili namysłu. — Prowadzą do pawilonów, łączących się z głównym budynkiem. Szybko opanujesz ten labirynt. Nie jest skomplikowany.

      — Zabijesz mnie, słoneczko, jeśli cię pocałuję? — żartobliwie zapytałem, usiłując ją ostrożnie wysondować.
      Roześmiała się, czarownie zaglądając mi w oczy.
      — Zabiję cię, jeśli mnie nie pocałujesz! — zręcznie odpaliła, uwalniając mnie od wątpliwości.

      — Najpierw pójdę do Jacqueline obejrzeć jej wieżę lotów, a potem polecę z tobą, słoneczko, postrzelać sobie do bawołów. Wilk będzie syty i owca cała…

      — Jeszcze jesteś, słoneczko? — zacząłem nadawać na innej fali. — Nie wstanę, bo przywali mi podłoga i będę miał rozwalony czerep — grymaśnie się żaliłem.

      — Rewelacja! Nie tercet, ale kwartet? Jak chciał Mahomet? Zatem dodam cię do mojej listy, słoneczko. Będzie wspaniale mieć cię na Marsie. Jesteś niepodobna do lasek, na które już się zdecydowałem.



04.12.2017 :: 00:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Co po „Enbargonkach?”


      Rozbudowałem powieść „Enbargonki”, jak to zapowiadałem na ownlogu w sierpniu 2016 r. Ma ona obecnie przeszło 300 ss znorm mpsu.
      Główny bohater wraca na Ziemię z Galaktyki Trójkąta w towarzystwie wybranych przez siebie pięknych kobiet. Lecą z nim Grace, Agnes, Daisy i Jacqueline. Akcja kończy się na Marsie — w Victorii, mieście zbudowanym w regionie Aureola Olympus Mons.
      Co dalej? Trudno powiedzieć...

02.10.2017 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Na widoku


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Posiedzieliśmy w ogromnym apartamencie z godzinę, aktywizując urządzenia kuchenne i generatory, a potem wybraliśmy się do restauracji na szczycie wysokościowca, korzystając z przejścia do centralnej części budynku. Byłem ciekawy, jak Enbargonki będą sobie radzić w publicznych miejscach. Miały wreszcie okazję, by trafić między ludzi.
      Obyło się bez zastrzeżeń z mojej strony. Zachowywały się naturalnie i bezpretensjonalnie, pod każdym względem nienaganne. I przyciągały wzrok. Ich uroda i elegancja robiły wrażenie. Zauważyłem to już ogromnym holu przed wejściem do wind. Cholera! Musiały być naprawdę ekstra, skoro plączący się tu interesanci i goście hotelowi zatrzymywali się i na nie gapili, zapominając, że obcesowe zachowanie nie jest w dobrym tonie. Sam zdążyłem się do ich urody już przyzwyczaić, więc mnie nie oślepiała. Nie inaczej było w restauracji. Luksusowa Złota orchidea składała się z kilku sal urządzonych w różnych stylach i kawiarenki na wolnym powietrzu. Wszystkie miały atrakcyjny wystrój. O prestiżu tego lokalu decydowała nie tylko jakość potraw, była tu autentyczna kuchnia z kucharzami z prawdziwego zdarzenia, mistrzami w swoim fachu, ale i cieszące oczy wyposażenie. Wybraliśmy barokową salę francuską. Łapiąc pełne podziwu spojrzenia goszczącej tu klienteli, pojąłem, że należymy do wyższej sfery. Przybyliśmy iście z Parnasu.
      — Powinnyście się ubierać mniej wyzywająco — ostrożnie zauważyłem, gdy usiedliśmy przy stoliku, zajmując się kartą dań. Przy potrawach i napojach widniały oszałamiające ceny, jednak nas one nie odstraszały.
      — Rozchmurz się. To tylko test przed rautem u ambasadora — uspokoiła mnie Grace. — Od jutra będziemy przypominać szare myszki. Wtopimy się w tłum.
      — Już to widzę — niedowierzająco prychnęła Daisy.


03.04.2017 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Co z byłą żoną?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Dialogi są zawsze szczególnym wyzwaniem. Tu wymieniają myśli cztery osoby, a przeplatają się w rozmowie dwa różne tematy...

      Owalny stół z błyszczącym blatem otaczały wyściełane krzesła. Moje dziunie nakryły dla pięciu osób. Drugie śniadanie było gotowe. Usiadłem między Agnes Diaz a Jacqueline Bennett. Z tego miejsca miałem widok na cały ogród okolony żywopłotem. Na prawo znaczyła się pływalnia. Enbargonki wyglądały ponętnie. Wbijałem sobie do głowy ich ziemskie nazwiska.
      — Co dziś robimy? Jakie mamy plany? — zagadnąłem, zakładając sobie serwetkę. I nie czekając na odpowiedź, rzuciłem do kuszącej Daisy. — Wyobraź sobie, że moja była żona chce się ze mną spotkać. Co o tym sądzisz?
      — Mam ją sprzątnąć? — zapytała niefrasobliwie.
      Zrobiłem wielkie oczy. Pozostałe madonny z uwagą się jej przyjrzały.
      — No, nie… — zacząłem lękliwie oponować. — Tak od razu? Może najpierw powinienem się dowiedzieć, czego chce.
      — Jeśli się nachalnie wcina, może być kretem — zauważyła agentka.
      — Czyim kretem? — zdziwiłem się. Jako spec od mokrej roboty Daisy miała lekko zwichrowaną osobowość, ale to mi nie przeszkadzało. A nawet mnie podniecało. Tym niemniej swoje chciałem wiedzieć.
      — Tacy jak ty muszą być ostrożni — Jacqueline pospieszyła z wyjaśnieniem, godząc się z jej punktem widzenia. Podała mi amforę z mrożoną herbatą. — Widziałeś już polującego Lotosanina. Nie był jedynym draniem, który tu się kręcił. W Układzie Słonecznym przenikają się z cicha interesy różnych kosmicznych ras, choć ogół nie ma o tym zielonego pojęcia. A ty przecież nie jesteś już zwyczajnym człowiekiem i musisz liczyć się z tym, że różni ciekawscy będą usiłowali cię namierzyć.
      Trudno, żebym nie uznał jej racji i przypomniało mi się, że przestrzegała mnie przed tym już na Eufemii. Doszedłem do wniosku, że odrobina paranoi mi nie zaszkodzi. Reprezentowałem teraz nową odmianę gatunku ludzkiego, stałem się fizycznie doskonalszy i nie powinienem był otwierać szeroko ramion przed każdym, kto się w nie pchał.
      — Inna sprawa, że zyskałeś sławę po powrocie z orbity Antaresa. Wyszedłeś z cienia, znalazłeś się w centrum uwagi, a media o tobie trąbią — wtrąciła się Grace, odciągając moją uwagę od tego, co działo się daleko. — Nic więc dziwnego, że twojej byłej przyszło do głowy, by do ciebie uderzyć. Pewnie chce odświeżyć wspomnienia. — A potem odniosła się do planów na resztę dnia. — Jeśli nie miałbyś nic przeciwko temu, obejrzałybyśmy sobie najpierw twój apartament, a potem pokręciłybyśmy się po śródmieściu. Naturalnie, razem z tobą. Przewertowałam zaproszenia, które nam przysłano. Wieczorem odbędzie się raut u ambasadora Ziemi przy Piątej Alei, uroczyste przyjęcie bez tańców. Zapowiadają, że pojawi się tam około stu osób, sama śmietanka towarzyska. Miałybyśmy wspaniałą okazję, żeby sprawdzić, jak sobie radzimy — zajrzała mi pytająco w oczy. — Co ty na to?
      Obojętnie wzruszyłem ramionami.
      — Spokojnie, ty tu rządzisz! — Wróciłem do nurtującej mnie kwestii, spoglądając na Daisy: — Moja była nazywa się Dorothy Bailey, a mieszka przy Dwudziestej Dziewiątej Alei. Weź ją pod lupę, jeśli możesz!
      — W porządku, dowiem się wszystkiego — obiecała.


04.03.2017 :: 10:04
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


W zbrojowni Daisy


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Wróciliśmy przed obiadem z wyprawy do podnóża gór. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc Daisy pokazała mi swoją zbrojownię. Wbrew temu, czego się spodziewałem, jej zabawki nie wyglądały groźnie. Oglądałem je, jedna po drugiej, a ona objaśniała mi, do czego która służy. Skonstruowano je tak, aby ukryć ich prawdziwe przeznaczenie i posiadaną moc. Nie należało jednak wątpić w ich skuteczność.
      Leżało tu co prawda kilka karabinków różnej wielkości, które podnosiłem, przymierzając się do strzału, jednak przeważały drobniejsze utensylia. Jej arsenał był typowo damski i przypominał witrynę sklepu z galanterią i biżuterią. Brałem do rąk zabójcze bransoletki, broszki, paski, wstążki, niewielkie torebki, rękawiczki i inne czarujące drobiazgi. Starałem się zachować ostrożność, nie chcąc, by mi coś strzeliło w palcach.
      — Zabawne gadżety — mruknąłem, godząc się, że są niebezpieczne.
      — Te śmiercionośne cudeńka odwołują się do konwencjonalnych rozwiązań, znanych również na twoich planetach — rzekła. — Upakowano je jednak wymyślną enbargońską elektroniką. Tym niemniej ciekawsze od nich są środki, wykorzystujące zaawansowaną nanotechnologię. Dalej mam takie cacka — pociągnęła mnie pod przeciwną ścianę. — Chcę ci pokazać inteligentną chmurę — uniosła z dumą złoty wisiorek na łańcuszku. — Uważam ją za przeciekawy wynalazek. Zaraz ci ją wypuszczę.
      Medalion dyndał w jej rękach. Gdy otworzyła sekretnik, wydostała się z niego smuga dymu niczym z cudownej lampy Aladyna. Delikatna mgła nie rozmyła się jednak w powietrzu. Jej mikroskopijne drobiny zamieniły się w drobne pasemka, zbliżyły się do siebie i przeformowały w coś na kształt niegroźnie wyglądającej bańki mydlanej. Nie przypominała dżinna z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Daisy wyciągnęła rękę i unoszący się balonik pociągnął wiernie za jej dłonią. Chwilę się nim bawiła.
      — Do czego to służy?
      — Oglądasz wyrafinowane nanoboty. Można wysłać taką chmurkę, dokąd się chce. Staną się przeźroczyste, będą szpiegować i podsłuchiwać. Są zdolne obezwładnić i zabić. Działają podobnie jak broń, której użyliśmy przeciw tyranozaurom, czyli na zasadzie sprzężenia z mózgiem. Im ich jest więcej, tym trudniejsze zadania są w stanie wykonywać. W dużej ilości mogą stanowić poważne zagrożenie nawet dla całej planety.
      Zaczynałem wreszcie wierzyć, że Daisy jest specem od mokrej roboty. Była twardzielem, posługującym się niezwykłymi środkami rażenia. Posiedziałem chwilę w jej pracowni, a potem udałem się do siebie.


10.02.2017 :: 10:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Gdy główny bohater się wkurza...


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Wróciłem myślami do Jacqueline i Daisy. Te odlotowe laski zaczynały deptać mi po odciskach. Zbyt pewnie się tu czuły i dawały mi się we znaki, co nie wróżyło niczego dobrego.
      Pojąłem, że mam ochotę coś zniszczyć, ale nic nie wpadło mi w ręce. Ogarnęła mnie żądza mordu i najchętniej bym je zatłukł.
      — Obrzydliwe tarantule, miarka się przebrała! — zgrzytnąłem wkurzony. — Nie ujdzie wam to na sucho, jeszcze nikt mnie tak nie upokorzył, wredne suki! Odbiło wam, czy co? W dupach wam się poprzewracało! — zrobiłem się czerwony na twarzy i zacisnąłem pięści. — Nie dam się wziąć za mordę, nie wsiądziecie mi na kark, nie ma mowy, zwalniam was! — nienawistnie rzucałem pod ich adresem. — Już po was, żmije! Macie szlaban, zero seksu, rozwodzimy się! — burczałem. — Nie polecicie ze mną na Ziemię, choćbyście błagały mnie na kolanach. Pozbądźcie się złudzeń. Możecie jęczeć i skamłać. Słowem się nie odezwę. Rozstajemy się. Na zawsze!..
      Były to groźby na wyrost, bowiem nie byłbym w stanie uczynić im krzywdy, tym niemniej przyniosły mi ulgę. Musiałem pozbierać się, ochłonąć i uspokoić. Pieniłem się jeszcze przez chwilę, a potem ruszyłem z powrotem.

01.02.2017 :: 09:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Główny bohater jako fraszkopisarz


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Oczyma roztrzęsionej wyobraźni ujrzałem wykuty w kamieniu napis „Żył krótko, ale szczęśliwie” i znienacka dopadła mnie myśl, że w ostatnich dniach i godzinach mojego marnego żywota mógłbym pisać fraszki. Były w modzie i pojawiały się na bilbordach, a politycy cytowali je w przemówieniach. Zaraz jednak zrozumiałem, że był to pomysł równie niedorzeczny jak wszystkie inne. Komu miałbym je czytać? Głupiemu kotu, który nie rozumiał ludzkiej mowy? Komputerowi, który miał to w nosie? Dlaczego akurat idiotyczne fraszki? Nie były wysokiego lotu. Brakowało mi poetyckiej wrażliwości i uchodziłem za grafomana. Układałem je, kiedy chodziłem do szkoły, obrabiając tyłki belfrom, których nie lubiłem. Chłopacy reagowali na moje złośliwe rymowanki salwami śmiechu. Dziewczyny — różnie, jedne to bawiło, inne nie. Niektóre krzywiły się, spoglądając z politowaniem na poecinę. Przez całe lata chodził mi po głowie kretyński dwuwiersz:
                        „Jako fraszkopisarz osiągnę wnet szczyty,
                        zaszczuję łajdaków, opluję łachmyty!”
      Puściłem kota, który nie chciał siedzieć mi dłużej na kolanach. Pomyślałem o Jürgenie. Nie miał racji. Nie czułem się niemotą, ciemięgą i matołem. Poderwałem się z miejsca, bo w jednej chwili mnie olśniło. Miałem cierpieć w milczeniu? W samotności łykać gorzkie łzy? Dość litowania się nad sobą! Puściły hamulce i doszły do głosu uśpione instynkty. Zagrały emocje i znienacka ogarnęła mnie euforia. Wspiąłem się na wyżyny absurdu. Byłem Syzyfem, który dopchał swój kamień na sam szczyt. Poczułem się nagle despotycznym władcą, mającym na Meduzie nieograniczoną władzę. W chwilach załamania budziło się we mnie nonsensowne przeświadczenie, że jestem kimś jedynym w swym rodzaju i wyjątkowym, niepospolitym i nieziemskim.

22.01.2017 :: 17:08
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Powrót Jill?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Przejrzałem wybiórczo materiały stacji telewizyjnych. Od powrotu z orbity Antaresa minął dopiero tydzień i mass media wciąż bębniły o naszym sukcesie. Temat nadal był świeży i nie tracił na aktualności. Eksponowano sylwetki wszystkich członków wyprawy. Twarz pilota Williama Smitha znaczyła się na bilbordach. Przed kamerami pojawiła się nawet urocza Catherine Lemaire, modelka, której plakat cieszył nasze oczy w sterowni na Meduzie. Nasza Jill mówiła jej zsyntetyzowanym głosem, więc odruchowo personifikowaliśmy centralny komputer, nadając mu w wyobraźni kształty tej urzekającej madonny. Pochodząca z Nicei gwiazda była śliczną brunetką i pomyślałem, że chętnie bym z nią pogawędził przy nadarzającej się okazji. Czułbym się przy niej tak, jakbym naprawdę spotkał Jill, tę idealną Jill z naszych szarych komórek, ukrywającą się na co dzień w ścianach stacji, bo przecież złożoną z pozbawionych cech ludzkich elektronicznych podzespołów. Kochaliśmy naszą Jill, choć czasami nas wkurzała, bowiem jako komputer była nie do zastąpienia. Towarzyszyła naszym codziennym zajęciom od rana do wieczora, odpowiadała na pytania i pozostawała zawsze do dyspozycji. Wprawdzie przepadła, kiedy stacja Meduza eksplodowała, ale jej wizualny pierwowzór nadal żył i miał się dobrze.
      Za moimi plecami sporo się wydarzyło, więc wracając z Eufemii na Marsa nie trafiłem w próżnię.


05.01.2017 :: 12:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Nazwy własne enbargońskich maszyn latających


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      Podminowany oglądałem pulpity, starając się w nich połapać.
      — Jaką największą prędkość jesteś w stanie osiągnąć? — dociekliwie zapytałem, uznając, że to dla mnie najistotniejsze.
      — Praktycznie biorąc, każdą, jaką tylko zechcesz — beznamiętnie odparł rozmówca. I dodał: — Nazywaj mnie Nawigatorem.
      — Każdą? Nonsens! — zdziwiłem się. — Jak to możliwe? Czy się rozumiemy? Są chyba jakieś ograniczenia? — Zamilkłem na chwilę. — W takim razie oblicz mi czas przelotu na Ziemię. Wolałbym krótsze imię, może Navi.
      Sekundę się wahał.
      — Nie nałożono na mnie żadnych ograniczeń. A prędkość to rzecz względna. Czy chodzi ci o planetę krążącą w systemie solarnym, zamieszkałym przez twój gatunek?
      Wyświetlił bliski memu sercu Układ Słoneczny, a w narożnikach pokazał kilka innych gwiazd. Przywoływane tablice w mig się przesuwały i powiększały, płynnie wędrując na pierwszy plan.
      — Jasne, trzecia od Słońca — pokazałem mu palcem. — To tylko pięćset pięćdziesiąt lat świetlnych stąd… (...)

      Usłużnie wyświetlił mi szybkość. Nie wierzyłem własnym oczom. Na ekranie miałem blisko 1200 000 c. Poruszające się w rytualnym tańcu gwiazdy na czarnym niebie przeistoczyły się w żyjące własnym życiem supłane linie. Kurczowo trzymałem się oparć. Wstyd przyznać, ogarnął mnie lęk, że za chwilę rozpadnę się na atomy. Wróciło wspomnienie diabelskiego młyna z wesołego miasteczka. Byłem wówczas dzieciakiem i omal nie zwymiotowałem w powietrzu.
      — Jakim cudem można osiągnąć taką wielokrotność prędkości światła? — ośmieliłem się zapytać, pełny podziwu dla oszałamiającej technologii.
      — Prędkość światła? To mało znacząca stała kosmiczna — lekceważąco odparł Navi.


      — Masz jakieś imię, skrzydlaty władco? — zapytałem. — Jak do ciebie się zwracać?
      — Kamikadze — odparł bez wahania. — W skrócie Kami.
      Kamikadze, też coś! Co miał piernik do wiatraka? Nie chciałem tego komentować. Słuchałem wykładów z historii lotnictwa na Ziemi, więc to ponure określenie nie było mi obce. Czyżby enbargońska maszyna miała tak skończyć, jak kończyli japońscy lotnicy samobójczo atakujący amerykańskie okręty? Obym w niej wtedy nie siedział!
      Chyba domyślił się, o co mi chodzi.
      — Nazwa wywodzi się z języka japońskiego. To zlepek dwóch słów. Kami, czyli boski, kaze, czyli wiatr. Nazwano mnie Boskim Wiatrem, bowiem poruszam się z oszałamiającą prędkością. Przecież obsługuję połączenia międzygalaktyczne.
      Skrzywiłem się. Boski, psiamać! Nie miałem głowy do języków obcych. Ledwo trzymał się mnie francuski w wersji dla początkujących.
      Komputer nie poprzestał na tym, co powiedział. Musiał się popisać swoją wiedzą. Nawiązał do odległej przeszłości.
      — Odnoszono to chlubne określenie do sztormów, które w XIII wieku ratowały Japonię przed Mongołami. Tajfuny zniszczyły w tamtym stuleciu dwie flotylle najeźdźcy z kontynentu liczące po kilka tysięcy statków. Opatrzność czuwała nad wyspiarzami. — I dodał: — Były to największe w historii Ziemi inwazje morskie. Przysłonił je dopiero w XX wieku aliancki desant w Normandii.
      Zgryźliwie pomyślałem, że następna enbargońska maszyna, na którą się natknę, też pewnie będzie się obnosić nieprzypadkową nazwą. Chodziło mi po głowie słowo tsunami. Ale to nie miało nic do rzeczy.


18.12.2016 :: 16:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Barek w salonie


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Odniosłem „Małego Księcia” do biblioteczki, a przy okazji trafiłem na dobrze zaopatrzony barek. Ucieszyła moje oczy armia podświetlonych butelek, szklanek i kieliszków. Nie zabrakło akcesoriów dla barmana. Znalazłem shaker z mieszadłem do drinków, blender do miksowania składników, tłuczkę do rozgniatania owoców, wyciskarkę do cytrusów, korkociąg oraz wiaderko i szczypce do lodu. Niżej wmontowano lodówkę i zamrażarkę. Na niewielkim ekranie wyświetlały się receptury aperitifów i koktajli. Można więc było tworzyć prawdziwe arcydzieła. Pomyślałem, że na dzień dobry zrobię sobie drinka. Należało uczcić szczęśliwy powrót na Czerwoną Planetę. Otworzyłem butelkę whisky, była to piętnastoletnia single malt, a potem sięgnąłem po sok żurawinowy.
      — Twoje zdrowie, słodka Miriam! — rzuciłem do roślinki, która wodziła za mną łagodnymi oczyma.
      Świat pędził do przodu, ale alkohole były od wieków takie same.


08.12.2016 :: 08:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Po co są książki?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      W mahoniowej biblioteczce znalazłem dwa rzędy starannie wydanych papierowych książek. Były tu interaktywne atlasy różnych ciał niebieskich Układu Słonecznego, od Merkurego po planety i księżyce w Pasie Kuipera, animowane komiksy, tomy poezji i prozy oraz zbiory bajek. Wpadł mi w oczy „Mały Książę” Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Tę ostatnią książeczkę wyjąłem i zacząłem kartkować. Była zdobiona oryginalnymi ilustracjami z XX wieku. Olśniło mnie. Udałem się z nią do sypialni i rzuciłem na łóżko. Otworzyłem na chybił trafił i wytężyłem umysł. Nie, nie, nie zamierzałem jej czytać, co nie znaczyło, że nie żywiłem szacunku do tego francuskiego pisarza, jej autora, bo przecież był lotnikiem. Pomny mych umiejętności, których nie zdążyłem dotąd rozwinąć, próbowałem siłą woli przewracać stronice.
      Coś drgnęło. Kartka, na której skupiłem uwagę, zaczęła dygotać, aż wreszcie odrobinę się uniosła. Naparłem na nią z całej siły.
      — Rusz się, poczwaro! — warknąłem przez zaciśnięte usta. Poczułem, że się pocę.
      Męczyłem się tak kilka minut, próbując różnych sposobów, aż wreszcie papier mi uległ. Posłuszna kartka przewróciła się na drugą stronę.
      — Potrafię! — rozpromieniłem się i z zadowoleniem zatarłem ręce. Pojąłem wreszcie, jak to robić. Nie musiałem się wcale wysilać.
      Zerwałem się i odtańczyłem wokół łóżka niby wokół plemiennego ogniska indiański taniec zwycięstwa. Brakowało mi tylko dzidy i pióropusza. Moje madonny nie kłamały, miałem tego namacalny dowód. Enbargoni wyposażyli mnie w uzdolnienia parapsychiczne. Powinienem był nad nimi popracować.


30.10.2016 :: 17:46
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Czy muszę rumienić się przy śniadaniu?


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Miriam otworzyła oczy. Włosy miała potargane, jednak wieczorny makijaż zniknął z jej twarzy. Wyglądała świeżo, choć przecież dopiero co się obudziła.
      — Hej, myszko! Mam lukę w pamięci — rzekłem, całując jej gładkie ramię, a potem usta. — Co właściwie wczoraj robiłem? Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?    
      Jacqueline też się obudziła. Przeciągnęła się czarownie. Jej cudowne piersi wyłoniły się spod nakrycia. Były doskonałe. Lubiłem cieszyć się nimi i pieścić jej wzrokiem.
      — Najpierw tańczyłeś solo i śpiewałeś, a potem próbowałeś zasnąć na stole. Uważałeś, że to twoje łóżko. Sporo wypiłeś. Wcześniej dopiąłeś się do Agnes. Wylałeś jej na głowę butelkę brandy i twierdziłeś, że jest Kleopatrą kąpiącą się w oślim mleku. Pomogłyśmy ci wrócić do sypialni, bo sam nie dałbyś rady.
      Zaniepokoiłem się nie na żarty.
      — O zgrozo! To fatalnie wypadłem. Czy muszę rumienić się przy śniadaniu?
      Anielice spojrzały po sobie. Przekornie parsknęły śmiechem.
      — Nie, nie musisz się wstydzić — uspokoiła mnie blondynka. — Przecież niezły z ciebie szpaner. Bijesz wszystkich na głowę.
      Pojąłem, że przekomarzają się ze mną.
      — Rany koguta! Mówcie prawdę!
      — Co tu kryć, byłeś śmieszny — Jacqueline przyznała bez ogródek. — Ważne, że dobrze się bawiłeś. Jak my wszystkie.
      Spojrzały po sobie i znowu parsknęły śmiechem.
      — Co znowu? Oby was pokręciło!
      — Nie, nic! Nie przejmuj się, herosie! — pocieszyła mnie brunetka.
      — A co śpiewałem? Hymn Unii Solarnej? Coś z marsjańskich hitów? Jakiś znany przebój?
      — Nie. Stary song o tych, co trudzą się na lądzie, morzu i w powietrzu…
      — Doprawdy? Niech to kule biją!
      Podniosłem się z łóżka. Psiamać, gorzej być nie mogło. Miałem nogi do chóru, a głos do baletu. Nie nadawałem się na wokalistę. Operowe arie nie wchodziły w grę. Co najwyżej mogłem nieudolnie rapować. A tej przyśpiewki w moim wykonaniu nie dawało się w ogóle słuchać i lepiej było mieć zatkane uszy. Nigdy nie próbowałem popisywać się nią publicznie, bo skompromitowałbym się do cna. Zataczano by się ze śmiechu.
      — Nie smuć się, muzyka łagodzi obyczaje… — zaczepnie parsknęła Miriam.
      — I łączy pokolenia! — przekornie zawtórowała jej Jacqueline.
      — Jędze! — stęknąłem, ale bez przekonania. — Nigdy tego nie odkręcę.
      — Nie sztuką jest śpiewać, jak się umie, sztuką jest śpiewać, jak się nie umie — niesfornie rzuciła blondynka.
      Skryłem się w łazience. Gdy odświeżony wróciłem, królowych nocy już nie było. Wyniosły się bez słowa, zabierając rozrzucone z wieczora części garderoby. Przywitało mnie jedynie zasłane przez nie łóżko. Pierwszy raz zrobił to ktoś porządnie.


28.10.2016 :: 14:16
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Życie po rozwodzie


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      Byłem trzydziestosześciolatkiem, ożeniłem się w Victorii na Marsie, jednak trafiłem na wyjątkową diablicę, usiłującą wziąć męża pod pantofel, więc po sześciu miesiącach rozwiodłem się z nią, mając na jakiś czas dość kobiet. Już po kilku tygodniach spędzonych pod wspólnym dachem zapatrzona w siebie Dorothy zaczęła odsłaniać swą prawdziwą naturę. Była szczuplutka, tyłeczek miała niezły, talię jak osa, ale w łepetynie poprzestawiane. Przed ślubem wpatrywała się we mnie jak w tęczę i dawała mi fory, ale to szybko się skończyło. Spadły mi łuski z oczu i pojąłem, że nie wyszła za mąż z miłości. Liczyła na coś, co nie nadeszło. Może na większy szmal? Jednak nie stał się cud i po ślubie nie zamieniłem się w nababa. Moi kumple awansowali, ja — nie. Niewiele pomagało, że brałem nadgodziny. Nie potrafiłem spełnić jej nadmiernie wygórowanych oczekiwań, więc musiałem za to płacić. Coraz częściej dochodziło do starć. Pokazywała pazurki. Stawała się oschła, despotyczna, wyniosła i jak ognia unikała czułości. Kłóciła się ze mną bez powodu, zatruwając mi życie i zamieniając je w koszmar.
      Pocieszano mnie, że lepsza żona mająca nierówno pod sufitem niż żadna, ale mnie to nie przekonywało. Nie mogłem znieść jej awantur i doprowadzała mnie do furii myśl, że bezsensownie marnuję z nią czas, który mógłbym spędzać z inną, mniej niedorzeczną partnerką. (...)

      Przez całe życie doskwierała mi samotność. Kiedy się ożeniłem z Dorothy, miałem nadzieję, że poczucie wyobcowania minie. Jednak nie minęło. Cechowało mnie gorzkie spojrzenie na świat, a ona je we mnie jeszcze pogłębiła. Cóż, miała nierówno pod sufitem. Teraz mogłem się z tym wreszcie uporać. Moje dziunie stawały na głowie, by przywrócić mi radość życia. (...)

      Obwieszona kosztownościami Mary wywołała we mnie gorzkie wspomnienia. Pobiegłem myślami ku mojej byłej żonie, która pozostała w Victorii na Marsie. Przyszło mi do głowy, że gdybym Dorothy obsypał klejnotami, jej oziębłość i skłonność do kłótni ustąpiłyby jak ręką odjął. Stałaby się uosobieniem słodyczy i pławiłbym się w morzu namiętności. Pieniądze były kluczem do serca kobiety. Otwierały je bez przeszkód. Zamieniały zołzę w anioła. (...)

      Wolałem nie wyobrażać sobie miny burkliwej i opryskliwej Dorothy, gdyby odkryła, w jaki sposób spędzam wolny czas i z kim swawolę. I to w przepięknym kurorcie na obcej planecie w Galaktyce Trójkąta. Wyłaby z wściekłości i gryzłaby ze złości palce. Bo przecież — jej zdaniem — jako facet do niczego się nie nadawałem. Z byle powodu ciosała mi kołki na głowie. Brała mnie za niewydarzeńca i ofermę, który nie jest w stanie wykrzesać z kobiety nawet iskry. Przekonywała, że zamrażam ją już jednym spojrzeniem i że na mój widok zamienia się w sopel lodu. I że takich palantów jak ja pod żadnym pozorem nie należy wpuszczać do sypialni. (...)

      Nurtowało mnie, co porabia moja była żona i jak jej się wiedzie. Victoria była kilkumilionowym miastem i prawdopodobieństwo, że przypadkiem ją spotkam raczej nie wchodziło w grę, a przynajmniej było niewielkie, tym niemniej podszedłem do terminala w salonie i sondażowo rzuciłem:
      — Dorothy Bailey, po mężu Smith, rozwiedziona. Mieszkała przy Dwudziestej Dziewiątej Alei w Victorii na Marsie. Proszę o podstawowe informacje!
      Ujrzałem jej obracające się przestrzenne zdjęcie, na którym prezentowała się w miarę dobrze. Była naturalną blondynką o lekko kręcących się włosach, wąskiej twarzy i zaciętych ustach. Rzadko kiedy się uśmiechała. Jej adres się nie zmienił, widocznie odpowiadało jej mieszkanie, którym cieszyliśmy się jako małżeństwo. Najmowała je sama i okazało się, że jest nadal wolna.
      — Ja cię kręcę! — szepnąłem ze zdziwieniem. — Ta babka umie zaskoczyć.
      Pracowała jako sekretarka w przypadkowej agencji ochrony. Musiała coś robić, żeby się utrzymać. Dziwiło mnie, że nie upolowała kolejnego faceta. Na pewno o mnie słyszała, bo w mass mediach narobiono przecież szumu wokół ekipy wracającej z orbity nadolbrzyma Antaresa, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Skorpiona, naszej supernowej. Czy nie powinienem był jej odwiedzić? Pomyślałem, że nie zdecydowałbym się na tak pochopny krok. Nie zasługiwała na to, by okazywać jej względy. Źle odczytałaby moje intencje. (...)


05.09.2016 :: 08:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Witajcie na Marsie!


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Czerwona Planeta rosła przed naszymi oczami, stopniowo wypełniając główny ekran amfibii. Niemal otarliśmy się o Fobosa, który już dawno pozbył się swych nierównych kształtów i przypominał teraz nieco spłaszczoną kulę. Zwiększono dwukrotnie jego masę. Znajdowały się na nim bazy policyjne i wojskowe. Kami wpadł w korytarz powietrzny na wysokości czterdziestu tysięcy stóp. Nad nami widniały stacje orbitalne. Ciągnąłem wzrokiem po olbrzymich kopułach, pochodzących jeszcze z czasów, kiedy Mars nie posiadał wzmocnionej grawitacji. Dolecieliśmy do Victorii, miasta rozciągającego się w regionie zwanym Aureolą Olympus Mons, kończąc lot na kosmodromie ulokowanym na południowy wschód od metropolii. Witał nas poranek. Panował tu duży ruch, statki kosmiczne się mijały, jednak w sektorze prywatnym było względnie spokojnie. Enbargońska amfibia, z której wysiedliśmy, zabierając bagaże, natychmiast poderwała się do góry i pożegnałem ją z łezką w oku.
      Widoczny z płyty kosmodromu wulkaniczny masyw Olimpu prezentował się w pełnej krasie. Było to mające ponad dwadzieścia kilometrów najwyższe wzniesienie w całym Układzie Słonecznym. Stanowiło wizytówkę Victorii. Nie umywały się do tej roli monumentalne pomniki z centrum miasta.
      Czekał na nas wynajęty airbus, którym dotarliśmy do luksusowej dzielnicy podmiejskiej, czegoś na kształt rozległego osiedla dla VIP-ów. Ciągnęły się tu wzdłuż cichych ulic ukryte w zieleni rezydencje. Przed jedną z nich niby przed bramą raju znieruchomiała powietrzna taksówka.
      Dopiero gdy wysiadłem i obejrzałem okazały fronton, pojąłem, że rozpoczął się naprawdę nowy rozdział w moim życiu. Spędziłem w Victorii sporo lat i znałem to miasto jak własną kieszeń, ale nigdy nie przypuszczałem, że stanę się kimś dobrze sytuowanym i należącym do establishmentu.
      Grace dostrzegła moje pełne zachwytu spojrzenie.
      — Dysponujemy jeszcze apartamentem w śródmieściu — zdradziła z dumą w głosie. — O powierzchni pięciuset metrów kwadratowych.
      Pełne zabytkowych rzeźb wnętrze zostało urządzone z przepychem, chociaż przy tym — jak na mój gust — nazbyt muzealnie. Kapało w nim od złota. Marmurowe posadzki lśniły. Zdobione w nadmiarze meble mogły kojarzyć się z pałacem królewskim. Obok ogromnego salonu mieliśmy pięć luksusowych sypialni, świetnie wyposażone łazienki, rozbudowaną kuchnię oraz kilka innych przydatnych pomieszczeń, powstałych z myślą o wypoczynku. Zatrzymałem się na chwilę w gabinecie do gry w bilard, a potem zajrzałem do kręgielni. Nie zabrakło krytego basenu z tyłu rezydencji. Urokliwe patio otwierało się na zadbany ogród z wypielęgnowanymi trawniczkami, fantazyjnym żywopłotem i barwnymi kompozycjami kwietnymi. Za naszą willą ciągnęły się zielone pola golfowe, a za nimi znaczyło się jezioro. W garażach stały cztery autoloty, każdy innej firmy i wytworna czarna limuzyna przystosowana do jazdy po miejskich ulicach. Musiałem się do tego przyzwyczaić. I pomyśleć, że lokum, w którym mieszkałem z Dorothy na dziewięćdziesiątym piętrze przy Dwudziestej Dziewiątej Alei, miało czterdzieści pięć metrów kwadratowych.
      Sypialnie szeroko łączyły się ze sobą, co dawało wrażenie przestrzeni. Jacqueline mi zasugerowała, bym wybrał sobie środkową, utrzymaną w ciepłych odcieniach brązu, rozrzedzonego burgunda i pożółkłej zieleni. Po lewej cieszył moje oczy apartamencik perłowy, po prawej — fioletowo-różowy. Jeżeli moje dziunie zdążyły się posprzeczać o to, gdzie która ma się ulokować, to uporały się z tym w mig za moimi plecami. Błyskawicznie się przebrały. Zdjęły kombinezony podróżne i paradowały w cieszących wzrok negliżach oraz kusych szlafroczkach. Były świeże i promienne. Pilnowały się, żeby wyglądać szykownie.
      Obejrzałem wnętrza rezydencji, zapamiętując rozkład pomieszczeń, a przy okazji sprawdzając zabezpieczenia i rzuciłem się na zdobione łóżko w mojej sypialni. Nakryty jedwabiami miękki materac ugiął się pode mną. Zapuściłem żurawia do ściennej szafy, na razie pustej, a potem zatrzymałem się przy generatorze odzieży. Komputer o miłym kobiecym głosie zapytał, czy może mnie zmierzyć i zważyć. Zgodziłem się i w okamgnieniu przeskanował moje ciało. W łazience była ogromna wanna. Kabina regeneracyjna wyglądała tak samo jak na Eufemii, więc pomyślałem, że nadal będę pracować nad muskulaturą. Chciałem przecież mieć budzący zachwyt tors i brzuch jak kaloryfer.


02.09.2016 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Potyczka


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Niepojęty impuls wybił mnie ze snu. Była noc, a moje madonny spały. Zaschło mi w gardle i chciało mi się pić, więc cichutko zsunąłem się z łóżka, starając się ich nie obudzić, założyłem szorty i na palcach zszedłem na dół. Pokryte miękką wykładziną schody nie skrzypiały. W lodówce znalazłem coca-colę.
      Stałem z butelką zimnego napoju w salonie, wyglądając przez okno i wpatrując w niebo usiane miliardami gwiazd, gdy nagle serce niepokojąco mi zabiło. Nogi pode mną się ugięły. Na tarasie bezszelestnie osiadł obcy pojazd z wyłączonym oświetleniem. Nie mogła to być nasza amfibia, bo rysowały się przede mną inne kształty. W chwilę później błysnął prostokąt wejścia na pokład.
      Pomyślałem, że Daisy tego nie przewidziała. Obcy okazał się bardziej domyślny niż sądziła i zaatakował już pierwszej nocy. Nie musiał długo nas szukać. Postawiłem butelkę na podłodze i filując na drzwi wejściowe zacząłem się wycofywać. Czułem pod nogami dywan, tłumiący kroki. Minąłem ławę i przykucnąłem za fotelami. Sprawdziłem broń. Widniała na nadgarstku. Gdybym miał więcej oleju w głowie, umknąłbym na antresolę, ale o tym nie pomyślałem. Poczułem nagły napływ adrenaliny i buńczucznie postanowiłem, że sam rozprawię się z intruzem.
      Drzwi wejściowe drgnęły. Kosmita niby zjawa wsunął się do środka. W tym samym momencie zapaliły się w salonie wszystkie żyrandole i kinkiety, więc ukrywanie się za fotelami nie miało sensu. Wyprostowałem się, hardo spoglądając na przeciwnika. Stanęliśmy oko w oko, mierząc się wzrokiem. Daisy miała rację, nie odróżniłbym Lotosanina od Enbargona. Przybysz wyglądał tak samo jak medyczka na planecie z dwoma słońcami.
      „A teraz zaśnij!” — usłyszałem w swojej głowie hipnotyczny głos. Nie miałem zamiaru mu się poddać. Nie wiadomo dlaczego przyszła mi na myśl Nicole ze szpikulcem w dłoni. Błyskawicznie wyciągnąłem rękę.
      — Giń, potworze! — krzyknąłem, oddając strzał. Płonąca kula dopadła mego przeciwnika.
      Pomimo tego, że strzał był celny, obcy nie upadł. Nawet się nie zachwiał. W jego dłoni pojawił się nagle świetlisty miecz. Z furkotem skoczył do przodu, jednym susem pokonując ławę i fotele. Jak idiota skierowałem w jego stronę prawą rękę, gotując się do następnego wystrzału, ale nie miałem takiego refleksu jak on. Jeden cios wystarczył, by moja odrąbana ręka pofrunęła w stronę kominka. Całe życie przebiegło mi przed oczami. Zaraz po tym dziewczyny przygrzały mu z antresoli. Trzy kolejne płonące kule uderzyły w Lotosanina, zwalając go z nóg. Z mysim piskiem osunął się na kolana, znieruchomiał, a świetlisty miecz zniknął.
      Opadłem na podłogę obok niego. Doznałem ogromnego wstrząsu. Z przerażeniem wpatrywałem się to, co zostało z mojej biednej ręki, z nagła amputowanej prawie do łokcia. W jednej chwili stałem się inwalidą. Z kikuta lała się krew.
      — Spokojnie, sytuacja opanowana! — usłyszałem głos Jacqueline. — Williamie, nie ruszaj się!
      Znalazła się zaraz przy mnie, opiekuńczo mnie obejmując. Przy niej wyrosła Agnes, równie czuła jak tamta.
      Grace ujęła w ciepłe ręce moją twarz, zmuszając mnie, bym na nią spojrzał.
      — Nie patrz na kikut, ręka zaraz ci odrośnie! — podkreśliła dobitnie. Klęczała przy mnie, pilnując, bym nie wpadł w histerię i nie zrobił czegoś głupiego.
      Byłem tak przestraszony, że przez kilka sekund nie czułem bólu. Potem mnie przeszył, dojmujący i dotkliwy, prawie nie do wytrzymania. Omal się nie wyrwałem pilnującym mnie dobrym duchom. Szybko jednak ustąpił. Zastąpiło go mrowienie. Może to zabrzmi dziwnie, ale poczułem, że moja ręka rośnie. Stanowiłem przecież udoskonaloną wersję salamandry.
      Daisy zajęła się kosmitą. Był martwy. Obróciła go na wznak, zaglądając mu w oczy. Potem przejechała dłonią po ledwo widocznej kamizelce ochronnej, którą miał na sobie.
      — Coraz lepiej się zabezpieczają — odkrywczo mruknęła.
      Agnes okryła mnie kocem, który przyniosła z sypialni, a Jacqueline pozwoliła mi wreszcie obejrzeć rękę. Odtwarzała się na moich oczach jak w bajce i odniosłem wrażenie, że oglądam w przyspieszonym tempie film z życia prenatalnego. Dłoń powoli się kształtowała i pojawiły się zaczątki palców.
      Kiedy proces regeneracji się zakończył, moje opiekunki pozwoliły mi wstać. Z wrażenia ledwo trzymałem się na nogach. Zrozumiałem, że nie nadaję się na rycerza Jedi. Zrobiłem z siebie pośmiewisko.


26.08.2016 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Pułapka na Lotosanina


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Znaleźliśmy się nad stanem Nevada. Kami pomknął w stronę Las Vegas, jednak zwolnił nad terytorium Hrabstwa Lincoln. Rysowały się pod nami pooddzielane plamami zieleni miasta, zbudowane w XXIII i XXIV wieku. Poznaczone wzniesieniami i górami tereny zostały zagospodarowane, jednak mimo globalnego przeludnienia pozostały tu jeszcze niewielkie obszary, nie skażone przez cywilizację, niby pamiątka po minionych stuleciach. Nietknięte okolice ostały się tu i ówdzie, a nasza amfibia zawisła nad jednym z takich zakątków. Wylądowaliśmy przed ulokowaną na łagodnym zboczu okazałą rezydencją, zbudowaną z litego drewna, względnie z jego doskonałej podróbki. Stylizowany na XVIII wiek zadbany budynek był piętrowy i zapewne stanowił własność kogoś zamożnego. Równie dobrze mógł być obiektem rządowym. Nieco dalej znaczyło się kilka innych, podobnych, choć może mniej okazałych, z pewnością przeznaczonych dla turystów.
      Z luku towarowego amfibii wypłynęły nasze bagaże, a Agnes zaopiekowała się moim niby-słonecznikiem. Mogłem się rozejrzeć. Z tarasu roztaczał się widok na rozległą dolinę, otoczoną wianuszkiem pokrytych rzadką roślinnością wzniesień. Zbliżał się wieczór i słońce chyliło się ku zachodowi.
      — Tu mieściła się osławiona Strefa 51 — wyjaśniła Daisy, wskazując na znaczącą się przed nami kotlinę. — Innymi słowy: jeden z najtajniejszych obiektów wojskowych w USA, baza Groom Lake. Jesteśmy na jej skraju. Teren w odległej przeszłości był pilnie strzeżony. Lądowały tu przypominające spodki statki kosmiczne obcych, osławione UFO. Odwiedzały Ziemię drobne szare istoty o dużych skośnych oczach — roześmiała się. — W latach pięćdziesiątych XX wieku ówczesny prezydent USA podpisał pierwszy oficjalny traktat z podszywającymi się pod Enbargonów Lotosanami. Traktat przewidywał zgodę na porywanie ludzi i poddawanie ich eksperymentom — w zamian za udostępnienie zaawansowanej technologii. Musieliśmy potem długo pracować nad tym, żeby to wszystko odkręcić i zatrzeć te wydarzenia w ludzkiej pamięci. Jednak Lotosanie uważali, że traktat nadal obowiązuje i co jakiś czas wybierali się na łowy. Porywali ludzi w Trójkącie Bermudzkim. Czasami odsyłali ich z powrotem na Ziemię, jednak przeważnie w stanie godnym pożałowania.
      Uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie słyszałem o Strefie 51. Jeśli chodziło o Trójkąt Bermudzki, obiło mi się o uszy to i owo. Jednak znane mi historyjki o goszczących tam kosmitach pochodziły z bajek dla dzieci.
      — Dlaczego tak bardzo wam zależało, by to ukryć?
      — To oczywiste — wzruszyła ramionami. — Przeciętny Ziemianin nie odróżni Enbargona od Lotosanina. Gdybyśmy się wreszcie ujawnili, godne pożałowania popisy tych drani poszłyby na nasz rachunek. Nie uprowadzamy ludzi i nie poddajemy ich eksperymentom medycznym. Ciekawe, po co mielibyśmy to czynić? — westchnęła. — Przez ostatnie dwieście lat panował tu względny spokój, a teraz znowu Lotosanie przypomnieli sobie o pokracznej kosmicznej misji. Próbują sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć. Wysyłają sondażowo pojedynczych osobników. Ci porywają dwóch, trzech Ziemian i na tym poprzestają. Zwykle wybierają kobiety.
      — Nie chce się wierzyć! Będziemy tu jak na patelni. Domyślam się, że zamierzasz wystawić nas na wabia?
      — Nic się nikomu nie stanie, nie obawiaj się — natychmiast mnie uspokoiła. — Z pewnością Lotosanin na nas zapoluje, bo jesteśmy blisko. Za tymi górami znaczą się miasta i tam zwykle ci galanci się wybierają. Ten nie będzie musiał. Jutro udamy się na przechadzkę po zboczach i narobimy hałasu, by zwrócić na siebie uwagę.
      — A zabezpieczenia?
      — Mam dla wszystkich broń, lekką i nie sprawiającą kłopotów. Mocuje się ją na przedramieniu. Oni polują w nocy. Lotosanie zwykle hipnotyzują ludzi i zmuszają ich, by za nimi poszli. Na nas ich hipnoza nie działa. Jeśli ten palant wejdzie do środka, jeden strzał wystarczy, żeby go unieszkodliwić. Znajdzie się w potrzasku. Umieszczę dookoła willi czujniki, które nas ostrzegą. Drzwi zostawimy otwarte. Na wszelki wypadek Kami będzie tę okolicę monitorował z góry, bo amfibii nie możemy tu zostawić. Zdradzilibyśmy się, gdyby tu sterczała. Powinniśmy wyglądać jak zwykli turyści.
      Odetchnąłem z ulgą. Daisy strategię działania miała opracowaną w najdrobniejszych szczegółach, więc nie musiałem się o nic martwić.

16.08.2016 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Powrót z Eufemii


      Powieść „Enbargonki” już napisałem, a liczy sobie ona przeszło 240 ss znorm mpsu. Jakkolwiek może być odbierana jako utwór już ukończony, to jednak zamierzam jeszcze trochę ją rozbudować, tak aby miała około 300 ss znorm mpsu.
      Główny bohater wraca na Ziemię z Galaktyki Trójkąta w towarzystwie wybranych przez siebie pięknych kobiet. Lecą z nim Grace, Agnes, Daisy i Jacqueline. Potem cała piątka wybiera się na Marsa.
      Dla przypomnienia… Powieść jest kontynuacją mikropowieści „Supernowa”. Jej serwis znajduje się pod adresem enbargonki.guziakiewicz.pl.

13.08.2016 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki


Pierwsze zlecenie dla Daisy


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Daisy wstała. Ślicznie wyglądała w półprzeźroczystej koszulce nocnej. Jednak była markotna. Skupiłem na niej uwagę i pomyślałem, że w zupełności wystarczyłaby mi jedna żona. Przyciągnąłem ją pieszczotliwie do siebie i usiadła na moich kolanach. Z rozczuleniem zanurzyłem palce w jej włosach. Jeśli w przyszłości miewałbym kochanki, co wydawało mi się mało prawdopodobne, to i tak wracałbym do niej.
      — Uśmiechnij się, jesteś wyjątkowa! — rzekłem, całując ją w ucho. — Czemu jesteś taka smutna?
      — Sprawy nieco się skomplikowały — rzekła po chwili namysłu. — Gdybyś się w ciągu najbliższych dwóch dni zdecydował się na powrót, dostałabym zlecenie.
      — Musiałabyś kogoś sprzątnąć? — zdziwiłem się.
      — Na Ziemię dostał się nielegalnie napastliwy Lotosanin — spokojnie wyjaśniła. — Przywarował w Górach Skalistych w nieczynnej podziemnej bazie. — To są skutki dzielenia się technologiami z niższymi rasami w kosmosie — westchnęła. — Wykorzystują je wbrew umowom.
      Poczułem, że skoczyła mi adrenalina.
      — Kim są ci Lotosanie?
      — To rasa, z którą sprzymierzyliśmy się w pierwszej kolejności. Już przed wiekami. Lotosanie wizualnie niewiele się różnią od Enbargonów, dlatego stosunkowo łatwo z nimi o styczność. Jednak nasi zbyt szybko im zaufali…
      — A to ciekawe. I chciałabyś wziąć tę akcję na siebie?
      Skrzywiła się.
      — I tak, i nie. Jeśli będę na ciebie naciskać, byś wracał, narażę się pozostałym dziewczynom. Wiesz, jak jest.
      Pomyślałem, ze powinienem to przekonsultować z Grace.
      — Zastanowię się — miauknąłem. — Mówisz, że dwa dni?
      — Dwa.
      Patrzyłem, jak Daisy się przebiera, pełen podziwu dla jej urody. Wkrótce była gotowa do wyjścia.
      — Żółwik?
      Stuknęliśmy się zwiniętymi piąstkami i boska księżniczka opuściła mój apartament.


08.08.2016 :: 07:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki