EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







W frankofońskiej diasporze


      I jeszcze jeden reportaż z Belgii, tym razem z Leuven (fragment), też zamieszczony w „Gościu Niedzielnym” z 1980 roku.

      Galijski kogut sterczał prawie niezauważony na szczycie mało okazałego kościółka, wtopionego z jednej strony w zabudowania Chapenstraat, ulicy biegnącej ku centrum Leuven, z drugiej zaś — w mury dawnego klasztoru Czarnych Sióstr (Soeurs Noires), zakonu czy zgromadzenia, dokładnie nie wiem, którego w Polsce nie znamy, a o którym warto wspomnieć choćby ze względu na niezwykły cel dla którego powstał. Czarne Siostry opiekowały się bowiem... zmarłymi, a ściślej — zwłokami zmarłych, czyniąc niezbędne przygotowania do egzekwii i pochówku. Była to więc praktyczna realizacja jednego z chrześcijańskich uczynków „co do ciała”. W czasach klęsk żywiołowych i wojen nie pozostawało to bez znaczenia. O żelaznym kogucie zaś piszę, bo znak ten, symbol Frankofonów — wyróżniając ów niepozorny kościółek — wycinał swój kształt nie na walońskim, co byłoby zupełnie zrozumiałe, ale na flamandzkim niebie.
      Rzecz w tym, że Belgia jest krajem podzielonym językowo; jej południową połać zamieszkują Walonowie mówiący po francusku, północ zaś — Flamandowie, którzy czują się związani z kulturą germańską. Trudno pisać o wiekowych trudnościach w obcowaniu na tej samej ziemi i we wspólnej ojczyźnie, trudno też wyrokować o krzywdzie jednych czy zysku drugich — zwłaszcza, gdy widzi się obie strony jedzące jeden, sprawiedliwie dzielony bochenek chleba. W każdym razie narastające z czasem animozje zaowocowały nie tak dawno dość niespodziewanie. Przed chyba jedenastu laty doszło tu bowiem do zamieszek językowych, kryzysu rządowego i szeregu zgoła niepotrzebnych administracyjnych podziałów. Jednym z najbardziej absurdalnych był podział lowańskiego uniwersytetu, czcigodnej katolickiej uczelni o ustalonej renomie, z której gwałtem zrobiono dwie, budując pod Brukselą od podstaw zupełnie nowy ośrodek naukowy (Louvain-la-Neuve) i przenosząc tam z flamandzkiego Leuven wszystkie frankofońskie fakultety — nie bez szkody dla księgozbiorów i całej naukowej tradycji, oczywiście.
      Ostatni fakultet frankofoński znikł z Leuven ubiegłego roku, a w ślad za nim — opiekujący się studentami przesympatyczny i tryskający dowcipem starszy ksiądz, ostatni frankofoński duszpasterz akademicki. którego poznałem przypadkowo już gdzie indziej — w Brukseli — studiującego w jezuickim instytucie „Lumen vitae”; przeniósł się, jak żartem stwierdził, na bezrobocie. W Leuven pozostały jednak szczątki dawnej frankofońskiej tradycji. Wielu ludzi pracujących teraz w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Louvain-la-Neuve pozostało tu ze względu na posiadane nieruchomości, dojeżdżając do pracy. Pozostał także ksiądz — frankofon i co niedziela (chociaż nie tylko, bo są też msze francuskie w ciągu tygodnia) gromadzą się wszyscy razem pod znakiem galijskiego koguta na sprawowanie eucharystii — jakże jednak innej od tego, co przyszło mi widzieć w kilku flamandzkich kościołach, straszących swoją pustką i chłodem. Nie chciałbym, broń Boże, dyskredytować tych ostatnich, bo ani miejsce na to, ani dane wystarczające. W każdym razie przyzwyczajony do polskiej atmosfery, do ciżby i gromkiego śpiewu, który spaja zgromadzenie (dopiero na obczyźnie docenia się smak swojskiego chleba) znalazłem tu świetny — a nawet w pewien sposób doskonalszy — odpowiednik tego wszystkiego. Bo i ciasnota w niewielkim kościółku na polską modłę, i śpiew niemal pełną gębą, i rodzinna atmosfera, tutaj płynąca z faktu diaspory, i jeszcze coś więcej — co trudno wprost nazwać, a co wyróżnia niewątpliwie to zgoła nieprzypadkowe zgromadzenie. (...)

Edward Guziakiewicz, W frankofońskiej diasporze,
Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 39, s. 4. 7.



19.07.2019 :: 09:30
Link |  | Publikacje


Przy Rue Washington


      Dopiero teraz sobie uświadamiam, że już czterdzieści lat temu całkiem nieźle pisałem. To mój tekst z „Gościa Niedzielnego” z 1980 roku. Reportaż z Brukseli...

      Na niewysokiej kolumnie obitej miękką materią o delikatnym odcieniu czerwieni stoi afrykański kosz, przypominający kształtem smukłe egipskie wazy, wypleciony z łodyg nadrzecznej rośliny z buszu, koloru bardzo jasnej słomy. Przyklękam z jakimś niedowierzaniem przed tym egzotycznym tabernakulum, zaskoczony ubóstwem i prostotą a także pewną ulotnością „świętego świętych”, którego architekturę w naszej kulturze od wieków cechowało nie tylko bogactwo kształtów i artystyczna finezja, ale również mieszczańska solidność, gwarantująca dobre zamknięcie i ochronę przed świętokradczą ręką. Ta sama czerwona nieco pluszowa wykładzina ścieli się pod nogami wspinając się następnie na wysoki półmetrowy stopień, biegnący szeroko wokół ścian. Tu dopiero stoją zgrabne sześcianiki służące jako krzesła, obite identyczną materią i tworzące jakby drugie piętro niewielkiej zamkniętej linią kwadratu kaplicy.
      Wszechwładność czerwonej subtelnej tkaniny burzy umowność, z jaką zwykle dzielimy miejsca na te, po których się chodzi i te, na których się siedzi. Człowiek ma ochotę od razu gdziekolwiek usiąść, jak w pokoju dziecięcym, gdzie na poziomie zafrapowanych zabawą buzi pryskają wszystkie konwenanse. Stonowane światło płynące przez okna kaplicy wprowadza do wracającej nagle atmosfery tamtych lat dużo spokoju i ciszy.
      Teraz już z tej dziecięcej wysokości tabernaculum przedstawia się zupełnie inaczej — wznosi się wysoko i wcale nie wygląda tak krucho i ulotnie.
      Potem jest eucharystia — pełna tego uroku jaki wnosi język francuski, nie pozbawiony sakralności, lekki i odświętny. Przyszło wielu Afrykańczyków, których kolor ciała jakby przybladł i przybrał odcień nieco popielaty, są inni — cała gama twarzy o różnym natężeniu oliwkowej czy brązowej opalenizny. Mylę się, Egipcjanina biorę za Włocha, a Hindusa za Latynosa. W kaplicy skupieni i poważni — na dole przy barku zamieniają się w pełną temperamentu hałaśliwą grupę.
      Stopniowo jak grosz do grosza składam kolejne obrazy tworząc sobie jakieś elementarne wyobrażenie o Instytucie, w którym się znalazłem. Najpierw odkrywam ze zdumieniem — Krystyna szepce mi w hałasie do ucha — że większość obecnych, to duchowni. Czarna, ładna dziewczyna jest siostrą. Są także świeccy — ale trudno orzec na pierwszy rzut oka, kim kto jest — wszyscy z przynajmniej dwuletnim stażem duszpasterskim gdzieś w świecie, najczęściej w swoich krajach. Studiuje też dwoje Polaków. Na słomianej macie z ogłoszeniami — kartka pocztowa z Lublina i pozdrowienia od kogoś, kto spędził tu rok czy dwa. Ciepłe słowa. Jaka nacja dominuje — trudno powiedzieć. Do „Lumen vitae” przyjechało w tym roku 80 osób z przeszło trzydziestu krajów. Jest to więc spora grupa. Wszyscy mówią do siebie po imieniu nie wyłączając utytułowanych wykładowców i jakoś ani nie wygląda to sztucznie, ani nikogo nie razi. Wykłady i kuluarowa paplanina — po francusku, mimo że dla zdecydowanej większości to wyuczony drugi język. Frankofoni stanowią nieliczną garstkę i nie mają praktycznego wpływu na atmosferę Instytutu, sami wręcz czerpią z ducha, który tu wszechwładnie panuje. Kręcę się po holu traktowany jak swój i zachodzę w głowę, w jaki sposób ta spora grupa cudzoziemców — obcych nie tylko w Brukseli, ale także dla siebie — znalazła tu wspólny język: nie ten mówiony, będący poniekąd dla wielu z nich pokolonialną schedą, ale ten ukryty, pozasłowny, nacechowany bezpośredniością i rozbijający samotność — daleki od nastroju brukselskiej ulicy czy w ogóle ducha zachodniej Europy, zamykającej człowieka w mieszczańskiej luksusowej monadzie. Tam wyszukana grzeczność, miła i na swój sposób prawdziwa, lecz jednocześnie jakaś zdystansowana i chłodna, tu spontaniczność i kontakt od razu „na styk”, wyzwolony z oporów i lęków, przyjacielski i szczery. I tajemnicze drzwi przy Rue Washington oddzielające oba światy — wystarczy pchnąć ciężką bramę, potem oszklone wahadłowe skrzydło na prawo, przeskoczyć wreszcie trzy schodki — i już…
      Balastem Zachodu ciążącym niewątpliwie zarówno samym gospodarzom jak i przybyszom z zewnątrz jest chwalebny poniekąd obowiązujący tutaj bagaż „dobrych manier”. Tak przynajmniej stwierdził to dość banalnie mój przypadkowy rozmówca. Czarny (Simon-Pierre) Boka di Mpasi jako teolog i dydaktyk wyraził znacznie trafniej sedno tego problemu, który trapi dzisiaj myślących poważnie ludzi, sięgając — na płaszczyźnie pastoralnej — do prostej kwintesencji: Kościół indywidualistów i Kościół wspólnot. Tu chyba biegnie linia podziału czy raczej napięcia pomiędzy obydwoma światami: tym który jest, biorąc pod uwagę Kościół jako całość czy też zachodnią rzeczywistość, a tym który tworzy się we wspólnotach, gdzie panuje zadziwiająco podobny duch — bez względu na to, jak go nazwać: oazowy, katechumenalny czy charyzmatyczny. Słowo „wspólnota”, które już się w Polsce zdążyło zdewaluować, kryje w swoim podstawowym znaczeniu sens tego nienazwanego „czegoś”, co tkwi niewątpliwie w grupie studentów „Lumen vitae”, co tkwi we wspólnocie jezuitów w Wepion pod Namur na południu Belgii (trafiłem tu właśnie z seminarzystami brukselskiego instytutu), gdzie u braci pracujących na fermie przy krowach można znaleźć trapistowską wręcz urodę ducha. a wśród gości spędzających tam weekendy — obraz Kościoła, który naprawdę żyje. Odnajdują się i rozpoznają na zasadzie jakiegoś wewnętrznego przyciągania i sympatii.
      Brukselski instytut jest w założeniu szkołą i ten fakt decyduje o specyfice tego miejsca: szkołą w pełnym tego słowa znaczeniu; w której społeczność nauczycieli i uczniów uczy się od siebie nawzajem. Może właśnie dlatego teologowie, którzy tu pracują, nie chcą stąd odchodzić, choć na innych uczelniach — biorąc pod uwagę belgijskie stosunki — zarabialiby trzy razy tyle.
      Tutaj dopiero przekonałem. się, jak bardzo się różni tak częsty w naszej rzeczywistości teolog — akademik i profesjonalista od teologa — pastoralisty, którego myślenie i refleksja są osadzone głęboko w sprawach, którymi faktycznie żyje współczesny człowiek. Pewnie dlatego pierwsze zetknięcie z czarnym profesorem Boka z Zairu wywołało we mnie odrobinę irytacji; nie dość bowiem, że wykładał nie mniej ciekawie, niż wielu profesorów, których dotąd znałem, to ponadto formułował z łatwością wiele życiowych, religijnych prawd (właśnie życiowych, a nie podręcznikowych), które po tylu latach studiowania teologii ciągle mi jeszcze umykały. Ta afrykańska mądrość coś tam we mnie zburzyła, coś zrzuciła z piedestału. Prysły jakieś wewnętrzne kanony z zakodowanym przekonaniem o moralnym prymacie teologii uprawianej w Europie czy o jej prawie do duchowego przewodzenia w Kościele. Instytut jest ciekawy — tym ciekawszy, im łatwiej ktoś umie wyrzekać się swych intelektualnych nawyków i przyjmować na powrót postawę małego dziecka.
      Zasadniczo studia są ujęte programem wykładów, seminariów i ćwiczeń, które odbywają się w gmachu Instytutu. Wiele spraw jednak wylewa się na zewnątrz: wspólnie spędzane weekendy, dyskusje w wąskim gronie, spotkania przy okazji różnych świąt, wspólne obiady u kogoś w domu czy gdzieś na mieście. Czas spędzony na studiach w brukselskim instytucie, dwa ciekawe lata własnego życia zaznacza się zazwyczaj dość wyraźnie w biografii tych ludzi, którzy się tu przewinęli j przewijają, są dość istotnym punktem odniesienia w ich pracy duszpasterskiej — gdzieś w Argentynie, Egipcie, Portugalii, czy może w Polsce. Z reguły ci, co tu byli, przyznają się do swego brukselskiego rodowodu. Stąd chyba ta obfita korespondencja.
      Wracam myślami do afrykańskiego kosza i wciąż zadziwiającego kontrastu, jaki stwarza swą obecnością w samym sercu zachodniej Europy — w stolicy EWG, gdzie w potężnym gmachu w kształcie otwartej księgi nieopodal placu Schumana dyskutuje się o przyszłości wspólnoty europejskiej. Tymczasem kilka przystanków metra dalej, przy spokojnej uliczce, w milczącej przestrzeni niewielkiej kaplicy, kruche wiklinowe tabernaculum zdumiewająco odwraca perspektywy orientując z ewangeliczną „przewrotnością” ku pozornie słomianym wartościom, nietrwałym i ulotnym. Tutaj, w tym sanktuarium, gdzie w nowoczesnym wystroju wnętrza zawieszona na ścianie kopia „Trójcy” Rublowa jakoś nie kłóci się z anonimowym dziełem afrykańskiego rzemieślnika, kryje się samo sedno roli Instytutu i prowadzonych w nim „rekolekcji” — Instytutu, którego brama z pozoru głucha i zatrząśnięta prowadzi w gruncie rzeczy do oazy ciekawego życia i nowości.

Edward Guziakiewicz, Przy Rue Washington, Gość Niedzielny, 1980, R. 53, nr 31, s. 5. 7.




14.07.2019 :: 11:27
Link |  | Publikacje


Kolejne e-booki


      Na rynek księgarski trafiły moje kolejne tytuły, dotąd dostępne w wersji on-line (html). Książki są do nabycia w formatach PDF, ePUB i Mobi. Są to:
• Wakacje w Izraelu
• RANDKA i inne opowiadania
• Savoir-vivre nastolatka
• Szukanie Boga
• Afrodyta
• Z oazą na ty

      Zobacz w księgarni PDF • EPUB • MOBI


04.06.2019 :: 10:48
Link |  | Publikacje


Nowe publikacje


      » Żyrafa z parasolem, Jesienny latawiec, W drodze do nieba (fragmenty książeczki „Radosny świat Mireczki”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 101 (2018), s. 70-72.

      Kwartalnik „Krynica” wydaje Stowarzyszenie Pomocy Wydawnictwom Katolickim na Ukrainie KAIROS (Kraków), zaś redaktorem naczelnym w Kijowie jest Dorota Jaworska.
      Książeczkę „Radosny świat Mireczki” w twardych okładkach, bogato ilustrowaną przez Annę Tomaszek-Walczak, można jeszcze nabyć w Wydawnictwie Dreams i w księgarniach internetowych. Polecam!

08.11.2018 :: 15:20
Link |  | Publikacje


Kolejne publikacje


» Uśmiech wiosny, Święcone, Pójdziemy na pływalnię (fragmenty książeczki „Radosny świat Mireczki”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 99 (2018), s. 70-72.

      Książeczkę „Radosny świat Mireczki” w twardych okładkach, bogato ilustrowaną przez Annę Tomaszek-Walczak, można jeszcze nabyć w Wydawnictwie Dreams i w księgarniach internetowych. Polecam!


11.07.2018 :: 12:25
Link |  | Publikacje


E-booki z fantastyką i nie tylko...


      Na rynek księgarski za pośrednictwem platformy Legimi.com trafiły w wersji elektronicznej moje utwory sf:

• powieść sf „Enbargonki”,
• powieść „Hurysy z katalogu” (dotąd dostępna w wersji papierowej i audio),
• mikropowieść sf „Kasandra”,
• a także książeczka dla starszych dzieci „Przygoda z Rudaskiem”.

Zobacz wydania: >>>


24.03.2018 :: 09:00
Link |  | Publikacje


Promocja „Dygresji”


      Piątek, 16 lutego 2018 r. W Państwowej Szkole Muzycznej w Mielcu odbywa się promocja pierwszego numeru „Dygresji”, rocznika Mieleckiego Towarzystwa Literackiego. W obszernym numerze znalazł się fragment mojej ostatniej powieści „Enbargonki”.

» Edward Guziakiewicz, Enbargonki (fragm. powieści science fiction), Dygresje. Mielecki Rocznik Literacko-Kulturalny, nr 1 (2017), s. 124-129.

      W numerze zamieszczono również recenzję mojej powieści „A jeśli jutra nie będzie”, zatytułowaną „Po wielkim wstrząsie…”, pióra Justyny Żelazo.

» Justyna Żelazo, Po wielkim wstrząsie, Dygresje. Mielecki Rocznik Literacko-Kulturalny, nr 1 (2017), s. 100-101.


18.02.2018 :: 17:30
Link |  | Publikacje


Na łamach „Krynicy”


      I kolejne trzy opowiadania, zamieszczone na łamach kwartalnika „Krynica” — w podwójnym numerze 97-98 z 2017 r. To „Linia obrony”, „Sesja poprawkowa” i „Sonata księżycowa”. Wszystkie z tomiku „Randka i inne opowiadania”.
      Archiwum kwartalnika „Krynica” można znaleźć na stronie Kresy24.pl.

» Linia obrony (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 97-98 (2017), s. 137-139.
» Sesja poprawkowa (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 97-98 (2017), s. 139-142.
» Sonata księżycowa (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 97-98 (2017), s. 142-144.

20.12.2017 :: 13:00
Link |  | Publikacje


Z przesłaniem…


      Przenoszę się ostatnio myślami na Ukrainę. Na łamach kwartalnika „Krynica” ukazało się od 2012 r., najwięcej w ciągu ostatnich dwóch lat, szesnaście moich utworów prozą i wierszem, adresowanych nie tylko do młodzieży i do dzieci, ale również do dorosłych.
      Zastanawiam się nad czytelnikami tego kwartalnika. „Krynica” to pismo mniejszości polskiej na Ukrainie. Na FB śledzę dokonania niestrudzonego Kazimierza Burnata z Wrocławia, prezesa tamtejszego Oddziału ZLP. Widzę, że był ostatnio w Krzemieńcu i Drohobyczu. Uprzytamnia mi on na swój sposób rolę tego pisma. Służy ono środowiskom polskiej inteligencji, kultywującym patriotyczne tradycje. Bo przecież Ukraina to nie tylko polskie babcie, jak to sobie niekiedy mylnie wyobrażamy, niewiele wiedząc o tym, co tam się dzieje.

24.10.2017 :: 12:03
Link |  | Publikacje


Na portalu Pisarze.pl


      Na portalu Pisarze.pl znalazł się fragment mojej najnowszej powieści sf „Enbargonki” (rozdziały 10-12) z grafiką Filipa Wrocławskiego.

Pisarze.pl
e-Tygodnik Literacko-Artystyczny
Numer 36-37/17 (370-371)

Zobacz: »»»

17.09.2017 :: 09:42
Link |  | Publikacje


Książeczka dla dzieci


      Obok „Syren z katalogu” wydałem ostatnio drukiem w niewielkim nakładzie „Fruwające zwierciadło”. Na tę publikację składają się trzy opowiadania, których bohaterami są dzieci. Teksty te znalazły się przed laty na łamach miesięczników katolickich: „Małego Gościa Niedzielnego”, „Małego Apostoła” i „Posłańca Serca Jezusowego”. Noszą tytuły: „Fruwające zwierciadło”, „Zaczarowana laseczka” i „Tajemniczy pędzel”. Książeczka jest adresowana do czytelników ze szkoły podstawowej i starszych. To jej drugie wydanie. Pierwsze wspominam z łezką w oku, były to bowiem lata dziewięćdziesiąte, w których przymierzałem się dopiero do działalności wydawniczej.


» Edward Guziakiewicz, Fruwające zwierciadło, Kraków 2017, ss. 32, ISBN 978-83-64865-61-9.

23.08.2017 :: 19:20
Link |  | Publikacje


Publikacje


      Na łamach wydawanego się w Kijowie kwartalnika „Krynica” — w podwójnym numerze 95-96 z 2017 r. — ukazały się dwa moje opowiadania: „Cud przemiany” i „W górach”, pochodzące z tomiku „Randka i inne opowiadania”.
      Archiwum kwartalnika „Krynica” można znaleźć na stronie Kresy24.pl.

      Ukazała się ponadto drukiem w lipcu w niewielkim nakładzie moja mikropowieść „Syreny z Cat Island”. Jej akcja toczy się współcześnie na Bahamach, a następnie w Miami na Florydzie.

      A oto jej fragment:

      Ponton spisywał się na medal. Nikt tu w pobliżu nie polował na marliny, jak w znanym opowiadaniu Ernesta Hemingwaya o starym rybaku. Zresztą po żaglice i marliny wypływało się nie tu, ale na zimne i głębokie wody po drugiej stronie wyspy. Było pusto. Po jego prawej ręce na chwilę się zakłębiło. Ptaszory rozpaczliwie wyrywały się z toni i szybowały nad powierzchnią, zdradzając obecność prującego niżej myśliwego, pewnie średniej wielkości delfina. W oddali majaczył statek spacerowy, z którego pokładu turyści oglądali kolejne wyspy archipelagu. Posługując się wiosłem, wpłynął w obręb niby-atolu, powoli docierając do nieodległego punktu zero. Biegnąca prawie prosto podwodna aleja kończyła się zagłębieniem, którego ścianę wieńczył spadzisty koralowiec, zamykający dalszą drogę.

» Cud przemiany (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 95-96 (2017), s. 140-142.
» W górach (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 95-96 (2017), s. 142-144.
» Syreny z Cat Island, Kraków 2017, ss. 58, ISBN 978-83-64865-58-9.

30.07.2017 :: 16:26
Link |  | Publikacje


Proza na tapecie


      Ukazała się drukiem publikacja książkowa „Deskrypcje. Almanach prozy autorów zrzeszonych w Oddziale ZLP w Rzeszowie”, wydana z okazji jubileuszu 50-lecia Oddziału i zawierająca utwory dwudziestu prozaików. Wcześniej zaprezentowano również almanach poezji. Jak pisze Anna Niewolak w słowie wstępnym „w tomie znajdujemy różne odmiany gatunkowe epiki: od fragmentów powieści, poprzez opowiadania, miniatury literackie, prozę wspomnieniową i reportaże, eseje — aż po gawędę literacką”.
      Trafił do tej jubileuszowej publikacji fragment mojej najnowszej powieści sf „Enbargonki”. Nadałem mu tytuł „Madison”. Wzmiankowana Madison jest kosztowną kurtyzaną, klonem do uciech cielesnych. Jednak nie ona jest w tym urywku najważniejsza. Główny bohater ze zgrozą odkrywa, że został przez Enbargonów zmodyfikowany genetycznie.

» Edward Guziakiewicz, Madison (Fragment powieści sf „Enbargonki”), W: Deskrypcje. Almanach prozy autorów zrzeszonych w Oddziale ZLP w Rzeszowie, Rzeszów 2017, s. 52-57.

12.05.2017 :: 09:30
Link |  | Publikacje


Sekrety ciała i duszy


      Ciało, ta łebska „rzecz”, w którą jest wyposażony człowiek, budziło zawsze zainteresowanie autorów fantastyki. Podobnie dusza. Sam od tego trendu nie odstawałem. W mojej „Windzie czasu” skromniutka agentka Edyta kupuje sobie nowe rewelacyjne ciało w supermarkecie na Marsie. W centrum medycznym przenoszą jej świadomość i pamięć do mózgu nabytego klona, w efekcie czego staje się seksbombą, zwalającą z nóg faceta, w którym jest zakochana. Ten facet — notabene — wcale nie jest człowiekiem. Jest neogeneraninem, obcym z centrum Galaktyki, tym niemniej bezbłędnie uczłowieczonym. Cieszy się wykreowanym przez siebie ciałem ludzkim, niestety, sztucznym, jednakowoż bardzo udanym.
      W „Buncie androidów” tajni agenci otrzymują nowe ciała przed każdą misją w kosmosie. Niszczy się ich doczesne powłoki po udanej akcji. To starannie zaplanowane reinkarnacje. Kiedy śpią i nie działają, ich świadomości i pamięci są przechowywane w specjalnych generatorach. W „Hurysach z katalogu” sklonowane androidy klasy zerowej, służące do uciech cielesnych, cieszą się posiadaniem seksownych ciał, aczkolwiek nafaszerowanych implantami. Ich świadomości są elektronicznie kontrolowane. W „Enbagonkach” główny bohater odkrywa, że obcy, tytułowi kosmici, są w stanie dokonać daleko posuniętej modyfikacji ciała ludzkiego. Wizualnie nie różni się ono od pierwotnego, tym niemniej zadziwia swą doskonałością i wpisanymi weń umiejętnościami. Innymi słowy, obcy wyczarowują ewolucyjnie doskonalszą wersję rasy Homo sapiens. Zdolni do metamorfoz są Urhici, bohaterowie powieści „Zdrada strażnika planety”. Mogą się przekształcać i upodabniać do dowolnych gatunków w przyrodzie.
      Pomysły autorów fantastyki to często nic nowego. Już starożytni filozofowie dumali nad sekretami ludzkiej natury. Szczególnie interesujące są poglądy pitagorejsko-platońskie. U Platona w „Fajdrosie” dusza ludzka jest nieśmiertelna, nie ma początku ani końca, bowiem sama dla siebie jest źródłem ruchu. Tę koncepcję twórca Akademii modyfikuje w „Timajosie”. Tu dusza ludzka ma początek, bowiem stwarza ją Demiurg. Jest ona ponadto poddana prawu metempsychozy i podlega kolejnym wcieleniom, mogąc ożywiać ciała nie tylko ludzkie, ale i zwierzęce, a nawet rośliny.

01.05.2017 :: 13:05
Link |  | Publikacje


Zapraszam do księgarni internetowych!





08.04.2017 :: 15:00
Link |  | Publikacje


Świątecznie i zimowo


      Na łamach ukazującego się w Kijowie dla Polaków kwartalnika „Krynica” — w numerze 94/2016 — znalazły się dwa moje opowiadania: biblijne dla dzieci „Mędrcy” i dla młodzieży „Kulig” z tomiku „Randka i inne opowiadania”.

» Mędrcy, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 94 (2016), s. 66-68.
» Kulig (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 94 (2016), s. 69-72.


29.12.2016 :: 09:30
Link |  | Publikacje


W Kijowie


      Na łamach wydawanego się w Kijowie kwartalnika „Krynica” — w drugim numerze z 2016 r. — ukazało się pięć moich wierszy z tomiku „Okruszki. Wiersze dla dzieci”. Zostało ponadto zamieszczone opowiadanie „Recepta na sukces” z tomiku „Randka i inne opowiadania”. Wspomniany kwartalnik z Dorotą Jaworską jako redaktorem naczelnym jest pismem mniejszości polskiej na Ukrainie.

» Rower, W zoo, Bal u Barbie, Klocki lego, Psalm 8, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 92 (2016), s. 68-69.
» Recepta na sukces, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 92 (2016), s. 69-72.

      Z kolei w następnym numerze — 93/2016 — ukazały się dwa teksty z tomiku „Randka i inne opowiadania”: „Randka” i „Cynthia”.

» Randka (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 93 (2016), s. 68-70.
» Cynthia (Opowiadanie z tomiku „Randka i inne opowiadania”), Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 93 (2016), s. 70-72.

14.09.2016 :: 15:30
Link |  | Publikacje


Na Ukrainie


      Na łamach ukazującego się w Kijowie dla Polaków kwartalnika „Krynica” znalazły się dwa moje opowiadania dla dzieci: „Zaczarowana laseczka” i „Tajemniczy pędzel”. Miło gościć w tamtym regionie.

» Zaczarowana laseczka, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 91 (2016), s. 68-70.
» Tajemniczy pędzel, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 91 (2016), s. 70-72.

03.07.2016 :: 08:00
Link |  | Publikacje


Rajski owoc


      Otrzymałem właśnie pocztą egzemplarz autorski kwartalnika „Ruch Biblijny i Liturgiczny” z moim tekstem „Rajski owoc i podstawy biblijnej moralności”.

Tekst on-line …>

» Edward Guziakiewicz, Rajski owoc i podstawy biblijnej moralności, Ruch Biblijny i Liturgiczny, 68 (2015) nr 1, s. 59-68.

Abstrakt

      Autor ukazuje związki między trójdzielnym modelem antropologicznym a trójdzielnym schematem biblijnej moralności. Interpretuje w tym świetle opis owocu z drzewa poznania dobra i zła. Znaczącym odniesieniem jest biblijna nauka o trojakiej pożądliwości, której czytelnym odbiciem są rady ewangeliczne.

03.02.2016 :: 13:27
Link |  | Publikacje


Najnowsze publikacje


      Na łamach ukazującego się w Kijowie kwartalnika „Krynica” (czwarty numer z 2015 r.) znalazło się moje opowiadanie „Do siego roku!”, pochodzące z tomiku „Randka i inne opowiadania”. Wspomniany kwartalnik, którego redaktorem naczelnym jest Dorota Jaworska, jest pismem mniejszości polskiej na Ukrainie. Egzemplarz autorski dotarł do mnie na początku stycznia.

» Do siego roku!, Krynica. Pismo mniejszości polskiej na Ukrainie, nr 90 (2015), s. 55-57.

      Na łamach „Artefaktów”, wydawanego przez Grupę Literacką „Słowo” Rocznika Literacko-Kulturalnego, został zamieszczony fragment mojej powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”. Promocja tego numeru „Artefaktów” miała miejsce 9 stycznia 2016 r. w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mielcu. Redaktorem rocznika jest Zbigniew Michalski, prezes GL „Słowo”.

» A jeśli jutra nie będzie. Początek powieści SF, Artefakty. Mielecki Rocznik Literacko-Kulturalny, nr 4 (2015), s. 93-99.

17.01.2016 :: 09:42
Link |  | Publikacje