EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(70)
Publikacje(36)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Na Neeidzie


fragment „Buntu androidów”

      Kierowana przez automatycznego pilota aerodyna oderwała się od prostokątnego lądowiska. Wystartowała pionowo. Światła żegnającego mnie kurortu uciekły w dół. Z zaciekawieniem wyglądałem przez owalny iluminator, próbując przebić wzrokiem ciemności. Na zboczu Dekstecyzy panowała noc, jednak nieco jaśniejsza niż na Ziemi. W Galaktyce Andromedy było dużo więcej gwiazd niż w Galaktyce Drogi Mlecznej. Wypełniały gęsto nieboskłon. W ich świetle znaczyły się pokryte śniegiem poszarpane szczyty. Potem maszyna zakołysała się i obróciła w właściwą stronę. Wysunęły się skrzydła i zaśpiewał napęd. Ruszyła, nabierając przyspieszenia. Przez chwilę czułem się tak, jakbym znalazł się w układzie solarnym Teorionów. Rozwijający niewiarygodną prędkość ślizgacz w kwadrans osiągnął stratosferę. Zza krzywizny horyzontu wyjrzało słońce, o tej porze oświetlające drugą stronę planety. Dwie godziny lotu wystarczyły, by opłynąć Neeidę na ogromnej wysokości i dotrzeć do celu. Spomiędzy białych chmur wyzierał sięgający równika kontynent, rozmiarami przypominający Europę z odległej Ziemi. Wehikuł powoli opadał. Płynął nad pokrytą białym piaskiem pustynią, poznaczoną skalistymi wzniesieniami i pociętą szczelinami wąwozów. Potem nieco się wzniósł. Wybiegły mu wnet na spotkanie zalesione góry i wzgórza, między którymi zachęcająco błyszczały urokliwe jeziora.
      Przeniosłem się do kokpitu. Miałem upatrzonych kilka kształtnych akwenów, doskonale wkomponowanych w rajski krajobraz. Manewrowałem posłuszną maszyną, wydając głosem polecenia. Dokładnie przepatrzyłem jedno tropikalne jezioro, potem drugie, wreszcie trzecie, największe. Znajdowały się na różnych wysokościach i były połączone ze sobą wielostopniowymi kaskadami. Nisko krążyłem, szukając miejsca, które przypadłoby mi do gustu. Z uwagą lustrowałem poszarpaną linię brzegową, tu i ówdzie pokrytą mgłą. Oglądałem pokryte bujną roślinnością tajemnicze przybrzeżne wysepki. Wreszcie z biciem serca się zdecydowałem. Trafiłem na zakątek, który odpowiadał moim oczekiwaniom. Poleciłem więc autopilotowi, by wylądował.
      Oparty o brzeg lasu występ skalny nie był duży, ale wystarczał, by zbudować na nim wygodny bungalow. Wysiadłem z pojazdu, głęboko oddychając. Grzało słońce. Upajałem się panującą ciszą. Z tropikalnego lasu dochodził przytłumiony krzyk ptaków.
      — Ahoj, przygodo! — huknąłem.
      Stanowisko było słabo porośnięte mchem, a z tyłu osłonięte gęstą dżunglą, która pięła się po stromym zboczu górskim. Z obu stron miałem piaszczystą plażę. Platforma mieściła się jakieś dwa metry nad gładką powierzchnią jeziora. Biegła z niej otoczona skałami nierówna ścieżka wprost do naturalnej przystani, która wymagała dobudowania pomostu. Oczyma wyobraźni ujrzałem cumującą tu łódź.
      Poruszając się uważnie, zszedłem na przystań. Ścieżkę należało nieco poszerzyć i wyrównać, a także zadbać o schody. Wpatrzyłem się w toń. Pozbawiona wodorostów i mułu woda była przejrzysta. Ławice drobnych ryb krążyły pod powierzchnią. Linia drugiego brzegu majaczyła się przede mną w odległości niespełna kilometra.
      Wybrałem się na spacer żółtą plażą. Niosła się z dżungli słodka woń kwiatów. Zdjąłem miękkie półbuty i podwinąłem nogawki spodni. Moje stopy odciskały się w mokrym piasku. Omywały je napływające fale. Żałowałem, że nie zabrałem okularów przeciwsłonecznych. Byłem w strefie równikowej, jednak lekka bryza sprawiała, że nie czuło się żaru. Pomyślałem, że mógłbym się postarać o luksusowy basen, podobny do tego, nad którym nie tak dawno się byczyłem, goszcząc z Leną w hotelu Las Brisas Acapulco.
      Nie chciałem za bardzo oddalać się od mojego środka transportu. Zawróciłem, badając wzrokiem gęstą ścianę lasu, ale zaraz stanąłem jak wryty. Stado podobnych do tyranozaurów dwunożnych gadów otaczało ślizgacz. Miałem odciętą drogę powrotu. Były zaciekawione otwartym włazem, gotowe za chwilę zajrzeć do środka.
      — A to ci dopiero! — mruknąłem.
      Powoli założyłem mokasyny, które zostawiłem na piasku, a potem uruchomiłem uzbrojenie w prawej dłoni. Czekała mnie rozprawa z dzikimi gospodarzami tych stron. Wtargnąłem bowiem na ich terytorium. Zwierzaki musiały się nauczyć, że teraz ja tu będę panem.


26.01.2014 :: 18:40
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Ukończyłem powieść „Bunt androidów”


      Wahałem się nad zakończeniem, nie mogąc się zdecydować, czy powinno być optymistyczne, czy pesymistyczne. Ostatecznie zdecydowałem się na wersję optymistyczną. Pesymizmu mamy aż nadto w życiu.

      Maggie ucieszyła się na mój widok. Założyła szpilki do obcisłych dżinsów. Zgodnie z umową, mieliśmy nie rozmawiać na temat zamachu, ale nie umiałem się powstrzymać.
      — Rozpieprzyłem to bydlę! — oznajmiłem z dumą.
      Ujrzałem błysk uznania w jej zielonych oczach. Cóż, byłem herosem, który spełniał się w walce, groźnym lwem, nie potulnym jagnięciem.
      Kiedy w moim bungalowie na Neeidzie pojawił się przybyły z trzeciego poziomu Re-Ton i przywitał się ze mną entuzjastycznie, zyskałem pewność, że niczego nie sknociłem. Oswobodziłem naszą kosmiczną społeczność. Naprawdę! Główny komputer już nas nie kontrolował, a agenci mogli sami decydować o sobie. Świeżo zdobyta wolność nieco mnie przytłaczała i była darem, który trudno było unieść, tym niemniej wierzyłem, że sobie poradzę. Re-Ton był podobnego zdania.

21.10.2013 :: 10:22
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Burdż Al-Arab


fragment „Buntu androidów”

      Maggie strzeliło coś do głowy i zarezerwowała apartament typu Deluxe z podwójną sypialnią za jakieś sześć tysięcy dolarów. Tyle szmalu za jedną noc! Dobrze, że nie połakomiła się na segment królewski. Wprawdzie pieniądze nic dla nas nie znaczyły, ale nie chciałem, byśmy zanadto rzucali się w oczy. Dotarliśmy na miejsce z wielką pompą, bowiem nie limuzyną, a luksusowym śmigłowcem, oglądając po drodze Dubaj z powietrza. Zaintrygowały mnie sztuczne wyspy u wybrzeża ułożone w kształt palm. Na wysokościowej platformie z lądowiskiem czekała na nas gościnna obsługa. Formalności recepcyjne załatwiono migiem w apartamencie. Błysnęły nowością paszporty amerykańskie. Kamerdyner w czarnym fraku i białych rękawiczkach rozpakował nasze rzeczy. Potem przygotował kąpiel. Utrzymane w ciepłych kolorach i zdobione bogatymi tkaninami wnętrze miało powierzchnię około trzystu metrów kwadratowych. Cieszyło oczy kolumnami, dywanami, złoceniami i iście królewskim umeblowaniem. Wszystko bez skazy. Sięgające od podłogi do sufitu okna dawały oszałamiający widok na Zatokę Perską. Jeżeli w wyposażeniu coś się świeciło, na pewno było prawdziwym złotem. Świeże kwiaty sprowadzano z Holandii.
      Zrezygnowałem z usług osobistego kucharza, a na obiad zjechałem z rudowłosą agentką do restauracji Al Mahara, specjalizującej się w owocach morza. Można było odnieść wrażenie, że zbudowano ją na dnie morskim. Stoliki rozstawiono wokół sięgającego sięgającego wyżej niż sufit ogromnego kolistego akwarium, wypełniającego środek lokalu. Siedzieliśmy przy oszklonej ścianie, mając obok rafę koralową i ławice egzotycznych ryb. Poprawiłem swój wizerunek w oczach obsługi, bowiem w miarę dobrze mówiłem po arabsku, jak przystało na biznesmena, robiącego interesy w tej części świata. Na prośbę przyjaciółki zamówiłem, co mieli najdroższego, począwszy od kawioru, a skończywszy na najlepszych winach. Na kolację mieliśmy się z kolei wybrać jakby dla kontrastu do restauracji Al Muntaha, zawieszonej nad powierzchnią morza na wysokości dwustu metrów.
      Po obiedzie Maggie zaciągnęła mnie do budzącego podziw atrium, mającego ponad sto osiemdziesiąt metrów wysokości. Zajmowało ono jedną trzecią wnętrza hotelu i było tak duże, że zmieściłaby się w nim Statua Wolności. Kręciło się tu trochę osób. Przybyłych witała piramida wody i światła, a fontanna co pół godziny wyrzucała gejzer na wysokość dwunastu pięter, nie opryskując gości. Dopiero tutaj zrozumiałem, po co Maggie były szałowe kreacje, wystawione na manekinach w jej numerze. Idealnie pasowały do roli, w którą się wcieliła. Zachłystywała się nią i umiała wywołać wrażenie, że jest wielką gwiazdą. A poza tym radziła sobie z obsługą, jakby na co dzień miała mnóstwo służby. Uznałem, że to nawyki wyniesione z misji na planetę władczej Erry. Chcąc nie chcąc, musiałem jej sekundować.
      W apartamencie rozsiadłem się przed wielkoformatowym telewizorem i czekałem na dalszy rozwój wypadków. He-Ton dotrzymał słowa i pojawił się po dwóch godzinach. Tym razem dał sobie spokój z tradycyjnym arabskim strojem. Był w w dobrej jakości garniturze i rozpiętej białej koszuli. Starałem się zbagatelizować to spotkanie, tym niemniej czułem przez skórę, że rozpoczyna się nowy rozdział w moim życiu. Przypomniałem sobie chwilę, w której po raz pierwszy rozświetliły się przede mną gwiezdne wrota, pozwalające mi przejść na drugi poziom.
      Nasz gość skłonił się lekko agentce i rozejrzał po ogromnym wnętrzu. Daleki był od tego, by wikłać się w rytuał długiego arabskiego powitania.

11.10.2013 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


W apartamencie rudowłosej


fragment „Buntu androidów”

      Zaciekawiony dałem się pociągnąć na dół. Pokonaliśmy schody. Wpuściła mnie do apartamentu, który wcześniej zajmowała Kasandra. Rozejrzałem się ze zdumieniem po mistrzowsko zaprojektowanym wnętrzu, utrzymanym w stylu art deco. Było skrzyżowaniem pokoju bawialnego z garderobą uznanej modelki, a może gwiazdy filmowej i odzwierciedlało jej zachwyty i fascynacje. Lśniącą podłogę wykonano z luksusowego egzotycznego drewna. Sypialny narożnik, przy którym stała ława, był wystarczająco szeroki, by się na nim wygodnie wyciągnąć. Cieszyły oczy lekkie kolorowe mebelki. Witały mnie oryginalne damskie manekiny, odziane w skąpe kreacje, zdobione niebanalnymi krawieckimi dodatkami i efektowną biżuterią. Znalazło się tu miejsce na przywieziony z Kairu ociekający złotem strój do tańca brzucha. Zdobione eleganckimi zasłonami wirtualne okna pokazywały czyste niebo. Wykończenie było supernowoczesne, a dekoracyjne kolekcje na ścianach dopełniały obrazu całości. Na ławie obok kolorowych katalogów dumnie sterczał prekolumbijski posążek pękatej kobiety z dużym brzuchem i wreszcie pojąłem, kto mi go zwędził z boksu.
      — I jak, podoba ci się? Lepiej to wygląda wieczorem przy specjalnym oświetleniu.
      — Owszem, nie powiem, oryginalne wnętrze — pochwaliłem partnerkę. — Kiedy się z tym uwinęłaś? Ale ośmielam się zauważyć — pokazałem na manekiny — że w tak śmiałych ciuchach nie mogłabyś pojawić się na platformie.
      — Nie szkodzi — odrzekła. — Są na inne okazje. A poza tym wystarczy, że ty będziesz mnie w nich oglądać.
      Wróciłem myślami do jej debiutu w nocnym klubie w hotelu Semiramis w Kairze. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak udany. Zebrała owacyjne oklaski. Popisywały się też inne turystki z Europy, ale ona była najbardziej żywiołowa, a ponadto zdradzała wyjątkowe wyczucie rytmu. Towarzysząca występom arabska kapela wyciskała z tancerek siódme poty.
      Zajrzałem jej w piękną twarz. Spod wymodelowanych brwi i długich rzęs spoglądały na mnie badawczo zielone oczy. Pod T-shirtem znowu nie miała stanika.
      — Powinnaś chadzać do modnych klubów — odkrywczo zauważyłem. — Rozkoszujesz się tańcem. — I nagle poczułem, że natychmiast powinienem ją pocałować.


09.09.2013 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Więcej o wolnym strzelcu (2)


fragment „Buntu androidów”

      — Pobieżnie prześledziłem misje He-Tona — Or-Mat zaczął z właściwą sobie flegmą. — Sporo ich się uzbierało. Wyobraź sobie, że nieco odstawał od reszty androidów. Był niepoprawnym indywidualistą i wybujałym romantykiem, a nawet zagorzałym pacyfistą. Stawał w obronie tubylców i w związku z tym usiłował kwestionować polecenia z góry. Zbierał za to baty. Ma na swym koncie jedenaście misji, ale z tego aż cztery nieudane.
      — Ach, tak? — rzekłem ze zdziwieniem. — To istotnie zaskakujące, tego się nie spodziewałem.
      — Natomiast znakomicie prowadził mediacje i potrafił skutecznie łagodzić konflikty — kontynuował Trójoki. — Na tym polu był dobrym graczem. Spisywał się na medal. Z pewnością należał do bardzo dociekliwych agentów, choć przypuszczalnie starannie to krył, nie chwaląc się swymi umiejętnościami. Jeśli stąd prysnął i przeżył, musiał dysponować własnym generatorem, w pełni sprawnym, choć wyizolowanym z systemu.
      — Sądzisz, że nie okaże groźny? — usiłowałem się upewnić.
      — Jest mało prawdopodobne, by miał złe zamiary. Jeżeli się do ciebie zbliży, na przykład w Luksorze lub w Tebach, nie będzie dążył do konfrontacji. Nie leży to bowiem w jego naturze. Pokazał ci się, dał ci czas, byś mógł się czegoś więcej o nim dowiedzieć, a gdy wyczuje, że jesteś gotów z nim rozmawiać, znowu się pojawi.
      — A czego może chcieć taki wolny strzelec?
      — Nie wiem, ale sam jestem ciekaw. Być może, myśli o współpracy. Przypuszczalnie ma coś w zanadrzu, co może nas zainteresować. Zakręcił się koło Re-Tona, więc pewnie marzy mu się to samo, co naszemu kumplowi. Chce rozwalić system, w którym tkwimy. O ile to jest możliwe...
      Zamilkł, a ja nie próbowałem niczego dopowiadać.

04.09.2013 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Więcej o wolnym strzelcu


fragment „Buntu androidów”

      Or-Mat przywoływał mnie do siebie, więc zostawiłem zabawkę na pulpicie i powlokłem się do niego.
      — Co masz? — zapytałem z zaciekawieniem.
      — Udało się, namierzyłem skurwiela — z dumą obwieścił. — To android z drugiego poziomu. Nazywał się He-Ton. Był tu jakieś trzydzieści lat temu. Miał właśnie przechodzić na trzeci poziom, ale przepadł bez wieści. Transferował się do centrum Galaktyki Drogi Mlecznej, by ratować generator, który znalazł się na kursie kolizyjnym z rozpędzonymi planetoidami w pobliżu czarnej dziury i już nie wrócił na platformę. Podobno bazę rozwaliło na strzępy. W generatorze było uśpionych czterech androidów. Jeśli ta piątka się uratowała — cmoknął ze znawstwem — będziesz mieć do czynienia nie z wolnym strzelcem, ale z ich całą drużyną.
      — A to ci dopiero — uniosłem wysoko brwi w wyrazie niebotycznego zdumienia.
      — Dotarłem do niego, bo szukałem agenta, który w tym samym czasie co Re-Ton pełnił misję na Ziemi. Nasz android był Hetytą, dygnitarzem na dworze Hattusilisa i miał dopomóc w zawarciu pokoju z Egiptem. Był krótko w Hatti, ale swoje zrobił.
      — Zatem to facet z doświadczeniem Re-Tona — wywnioskowałem. — Ma ponad trzy tysiące lat. Taki sobie nie da w kaszę dmuchać.
      — To na niego nadział się Re-Ton — ciągnął Or-Mat — w czasie jednego z wypadów do Egiptu. Już z drugiego poziomu… (...)


24.08.2013 :: 19:23
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Bliski finał powieści


      Na „Bunt androidów” składa się już ponad 300 stron znormalizowanego maszynopisu. Przymierzam się do kolejnego rozdziału tej powieści, jednego z ostatnich. Akcja z Kairu przeniesie się do Luksoru, a następnie do Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Czy buntującym się androidom uda się rozbić system, w którym tkwią i stworzyć podwaliny nowego ładu? Mało prawdopodobne, bowiem burzący się niewolnicy — jak uczy historia — zawsze dostawali po nosie, a ich powstania bezwzględnie tłumiono.

01.08.2013 :: 13:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Bazar Chan al-Chalili


fragment „Buntu androidów”

      W tej dzielnicy Kair wieczorem nie zasypiał. Wąskie uliczki Starego Miasta były wypełnione turystami, a bazar Chan al-Chalili tętnił życiem po zmroku. Stroje europejskie mieszały się z arabskimi. Zanurzyliśmy się w plątaninę dobrze oświetlonych ciasnych alejek. Szliśmy powoli, ślizgając się wzrokiem po wystawionych towarach. Targowisko pękało w szwach. Posadzki niezliczonych sklepików były zastawione misami, dzbanami, zdobionymi tacami z drewna, wyplatanymi koszami i ręcznie malowanymi stoliczkami do kawy, poduszkami i pufami ze skóry oraz innymi przedmiotami, a za nimi zwieszały się z sufitów barwne dywany i szale, sukienki, arabskie koszule i galabije. Na straganach cieszyły oczy szkatułki i puzderka, świeczniki i lampiony, kolorowe flakony, naczynia z ceramiki, imbryki i szklanki, figurki ze scenami rodzajowymi, naszyjniki z paciorków, brosze i srebrne pasy, haftowane pantofle, fajki wodne i papirusy. Niosła się woń olejków eterycznych, lokalnych przypraw i ziół. Aromaty Orientu miały w sobie coś jedynego w swym rodzaju, odurzały i wydawały się zniewalać zmysły.
      — Cuda na kiju! — mruknąłem, biorąc do ręki figurkę Sfinksa. Szybko odłożyłem ją na miejsce, widząc, że postawiłem na baczność sprzedawcę. Jeszcze chwila i musiałbym wychodzić ze skóry, żeby się od niego uwolnić.
      Mijaliśmy pracownie jubilerskie i garncarskie, kramy z żywnością, a także niewielkie kawiarenki, oferujące obok kawy i herbaty z miętą gorące mleko z dodatkiem rodzynek, orzeszków i wiórków kokosowych. Można tu było kupić co się żywcem chciało, jednak wschodnim obyczajem należało się targować. Niektórzy z wystających przed sklepikami młodych mężczyzn wyglądali jak gangsterzy, ale turyści nie czuli się zagrożeni.
      Przejęta Maggie chłonęła wszystko wzrokiem. Oglądała wystawione na sprzedaż cudeńka i łapała uchem toczące się rozmowy. Uczyła się arabskiego świata, z którym nie zetknęła się w czasie żadnej ze swoich krucjat, bowiem wywiązywała się ze swych zadań z dala od Ziemi i Galaktyki Drogi Mlecznej. Byłem ciekawy, czy na coś się skusi.
      Zdecydowała się na jasnoróżowe szarawary, a do nich jedwabny szal w podobnym kolorze. Nie było metek z cenami. Wykłócała się z Arabem w turbanie o należność i szybko przeszła z angielskiego na dialekt kairski. Stałem za nią, strzelając wzrokiem na boki. Zmysły miałem wyostrzone do ostatnich granic, bo spodziewałem się powrotu tajemniczego androida, gościa z innego świata. Wolny strzelec nie pojawił się jednak na kairskim targu. Może miał kryjówkę w innej galaktyce? Był z pewnością wyrafinowanym graczem, umiejącym trzymać rękę na pulsie i przypuszczalnie uznał, że nie musi się spieszyć. Nie zamierzał przedwcześnie nas niepokoić, ani odsłaniać kart. Wolność, którą zdobył, przyciągała jak magnes i zapewne miał ją w ofercie. Była niczym pokusa, której ulegli pierwsi ludzie w raju, sięgający pod namową diabła po zakazany owoc.
      Maggie kupiła szarawary i szal, ale w gruncie rzeczy nie tego szukała. Radziła się w tej sprawie kupca i Arab w pewnej chwili zaklaskał w dłonie. Pojawił się chudy chłopak, gotowy służyć pomocą. Zaprowadził nas przez labirynt uliczek do ciasnego magazynu pełnego wyrafinowanych kobiecych strojów, których widok nie ucieszyłby oczu islamskiego fundamentalisty. Tu nabyła ociekający złotem komplet, składający się z bogato zdobionego stanika i rozciętej z boku długiej wąskiej spódnicy oraz chusty na biodra. Ogółu dopełniała finezyjna biżuteria. Do zestawu dorzucono tamburyn i zdobiony świecznik. Wsłuchując się w przyciszone rozmowy, pojąłem, do czego moja partnerka się przymierza. Chciała wcielić się w rolę tancerki brzucha.
      — Nie będę grać na tamburynie — zastrzegłem się, kiedy stamtąd wychodziliśmy.
      Zachichotała.
      — Poradzę sobie, bez obaw!


25.07.2013 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Wolny strzelec


fragment „Buntu androidów”

      Apartament był przestronny, z przepychem urządzony i utrzymany w miłej dla oka kolorystyce, a składał się z sypialni i oddzielnego pokoju dziennego z telewizorem LCD. Dwa balkony oferowały widok na Nil. W łazience cieszyły oczy markowe kosmetyki.
      Wyciągnąłem się z nogami na wygodnej kanapie, podkładając pod głowę obszytą tkaniną poduszkę i wywołałem Or-Mata. Połączenie z Galaktyką Andromedy wzbogaciło się o wirtualny obraz, a jakość była dużo lepsza niż w Brazylii.
      Trójoki nie krył dobrego humoru.
      — Dobrze się bawicie? — huknął na powitanie. Za jego plecami jak na zawołanie wyrósł Go-Ton.
      — I tak, i nie — odrzekłem zgryźliwie. — W Muzeum Egipskim pojawił się obok nas obcy android. Nie jestem tchórzem podszyty, ale najadłem się strachu.
      — Android? Niemożliwe! — Gelanin impulsywnie włączył się do rozmowy, wyrażając swoje zdumienie. — Chyba że…
      — Skąd się ten typ wziął? Czy mógł być z trzeciego poziomu? — niepewnie zapytałem.
      Trójoki pokręcił przecząco głową. Cmoknął, usiłując pozbierać myśli.
      — Przypuszczam, że trafiliście na… wolnego strzelca. Jeżeli się ujawnił, to znaczy, że chce nawiązać z wami kontakt — rozsądził z miną starego wyjadacza chleba.
      — Wolny strzelec? Któż to taki?
      Or-Mat rozsiadł się wygodnie.
      — To android, który wyrwał się z naszego systemu i usamodzielnił. Teoretycznie biorąc, nie ma takich cyborgów, bo skąd, tym niemniej lepiej zorientowani podejrzewają, że znajdzie się w sumie z pięciu cwaniaków, którzy dziwnym trafem zniknęli z rejestrów. Niewielu. Urządzili się gdzieś w kosmosie, gdzie jest życie i jak ognia unikają dekonspiracji. Re-Ton otarł się o wolnego strzelca w czasie jednej ze swoich misji, stąd o tym wiem.
      — Sądzisz, że ten łotr ma do nas jakąś sprawę?
      — Jeżeli ma, to wróci. Musi być ostrożny i dmuchać na zimne, żeby nie wpaść w pułapkę. Jesteśmy przecież bractwem o niewyobrażalnych wpływach.
      — To co mamy robić? Zwiedzać Kair, czy zjeżdżać na platformę?
      — Olejcie go, nie musicie się przejmować — zatarł ręce. — Najważniejsze to nie ulegać panice.
      Nie było sensu ciągnąć dalej tej rozmowy. Słodka Maggie wyszła z łazienki owinięta dużym ręcznikiem kąpielowym. Wygladała bosko. Pożegnałem się z kumplami i rozłączyłem.
      — Z kimś rozmawiałeś? — zapytała. Nie byłaby kobietą, gdyby jej to nie zaciekawiło.
      — Z Or-Matem — odrzekłem zgodnie z prawdą.
      Powtórzyłem jej to, co usłyszałem. Wysłuchała mnie z uwagą.
      — Nie musimy przerywać weekendu? Świetnie! — ucieszyła się. — Allah jest wielki! — dorzuciła po arabsku, gotowa podskoczyć z radości. — Egipt jest pępkiem świata!


19.07.2013 :: 13:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


W Muzeum Egipskim


fragment „Buntu androidów”

      Pozostawiłem Maggie przy zasuszonych szczątkach naszego przyjaciela, by mogła się napatrzeć i poszukać tego, co tylko ona była w stanie znaleźć, a sam w tym czasie obejrzałem sobie mumie pozostałych eksponowanych tu faraonów, ze szczególną uwagą lustrując oblicze Setiego I, panującego w Egipcie ponad dziesięć lat. Był ojcem Ramzesa II i pozostawił po sobie wspaniały grobowiec w Dolinie Królów. Jego sarkofag trafił do w Muzeum Johna Soane’a w Londynie. Potem zawróciłem, poziewując w zwiniętą dłoń.
      — I jak? — spytałem zielonooką, sterczącą nadal przy zabalsamowanych zwłokach Ramzesa. Byłem ciekawy efektów. — Odkryłaś coś interesującego?
      Miała zawiedzioną minę.
      — Tu nie ma żadnych artefaktów — zdradziła z bólem.
      Taksowałem ją wzrokiem. Było widać, że bardzo przeżywa swoją porażkę.
      — Nie przejmuj się, errare humanum est, rzeczą ludzką jest błądzić — próbowałem ją pocieszyć.
      — Ludzką? — gorzko się zdziwiła. — Nie jesteśmy ludźmi.
      Dopiero w tym momencie uprzytomniłem sobie, że coś ważnego przeoczyłem. Od pewnego czasu dźwięczał mi w głowie cichy alarm. Stężałem. Przez króciutką chwilę targały mną emocje, uniemożliwiające racjonalne działanie. Szarpany sprzecznościami, usiłowałem się opanować.
      Maggie wyczuła, że coś złego się stało i z niepokojem zajrzała mi w oczy.
      — Gdzieś tu w pobliżu kręci się jeszcze jeden android — wyszeptałem ze zgrozą. — Jasny gwint, obcy. Dopiero teraz się zorientowałem. Na pewno go nie było, kiedy wchodziliśmy do muzeum. Mam nadzieję, że nie jest klasy D3.
      Kto nam deptał po piętach? I dlaczego? Nie robiliśmy niczego złego. Jako agenci drugiego poziomu mieliśmy prawo przebywać na Ziemi, plątać się i udawać niewinnych turystów. Maggie skupiła się, swymi utajonymi zmysłami przenikając ściany.
      — Tak, widzę go — szepnęła po chwili. — Snuje się po piętrze. To Arab około trzydziestki, cyborg, podobny do nas jak nic. Nikt mu nie towarzyszy.
      Byliśmy jak na patelni. Odruchowo sprawdziłem uzbrojenie i zabezpieczenia.
      — Wychodzimy — wychrypiałem. — To publiczne miejsce, na pewno nie dojdzie do konfrontacji.
      Podejrzany Arab znakomicie wtapiał się w tłum zwiedzających. Miał na sobie długie ciemne spodnie i kolorową koszulę. Czarne kręcące się włosy okalały szczupłą śniadą twarz. Udawałem, że go nie widzę. Minę miałem nietęgą i byłem gotowy w każdej chwili zejść mu z drogi. Obcy agent nie usiłował nas zaczepiać. Jednak kiedy mijaliśmy go, uśmiechnął się pod nosem i porozumiewawczo mrugnął okiem do Maggie.
      Agentka złapała mnie pod rękę.
      — Rzucił do mnie perskie oko — zdradziła z bezbrzeżnym zdumieniem.
      Nie zszedł za nami na parter. Zniknął.
      — Co za drań — syknąłem przez zęby. — Stary cwaniak. Czuje się bezpieczny. Daje nam do zrozumienia, że jest górą.
      Kiedy zatrzymaliśmy się przy eksponatach z grobowca Tutanchamona, złotych trumnach, sprzętach użytkowych i wspaniałych maskach, uprzytomniłem sobie, że nie ma go już na Ziemi. Skorzystał prawdopodobnie ze znanej tylko sobie linii transferowej.
      Pomyślałem, że po powrocie do hotelu połączę się z Or-Matem i zapytam, co mam począć w tej sytuacji. Nie chciałem popełnić błędu. Zbyt dobrze pamiętałem starcie ze zbuntowanymi androidami z Galaktyki Sombrero. Może należało zmykać gdzie pieprz rośnie?


10.07.2013 :: 18:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


W Kairze


fragment „Buntu androidów”


      Wyszliśmy z luksusowego hotelu, żegnając się z klimatyzacją. Buchnęło rozgrzanym powietrzem. Żar lał się z nieba i nie było czym oddychać. Nie miałem ochoty w taki upał iść pieszo, choć do celu nie było daleko. Trafiła nam się taksówka, którą dostaliśmy się szybko przed budynek Muzeum Egipskiego. Kurs był krótki. Kierowca cokolwiek sfatygowanego wozu ruszył, pytając, czy jesteśmy pierwszy raz w Kairze. Otrzaskał się z angielskim i moja śliczna partnerka, siląc się na kurtuazję, próbowała z nim się porozumieć. Nie zamierzała jednak się przyznawać, że ma w małym palcu dialekt kairski, tutejszą odmianę języka arabskiego, i że operuje nim tak, jakby urodziła się w mieście tysiąca minaretów. Co uchodziło androidowi, nie uchodziło turyście z Europy.
      Egipcjanin za kierownicą opuścił czteropasmową arterię, wiodącą od Majdan at-Tahrir, centralnego placu w Kairze, przez most, wyspę Az-Zamalik i kolejny most na drugą stronę rzeki, a prując wzdłuż okrzyczanej promenady Nile Corniche, minął monumentalny Nile Hilton Hotel, nie mniej zachęcający od tego, w którym zatrzymałem się z Maggie. Wyglądałem przez szybę. Po lewej stronie toczyła swe wody najdłuższa rzeka Afryki, dosłownie kilka kroków stąd na południu rozdzielająca się na dwie odnogi. Za imponującym hotelem kairski kierowca skręcił w prawo, w mig docierając na miejsce i triumfalnie zajeżdżając przed wejście. Dałem mu spory napiwek. Witał nas miły dla oka zadbany fronton, z fasadą utrzymaną w odcieniach różu i bieli. Zadbany był również obszerny dziedziniec przed siedzibą muzeum — ze strzelistymi palmami, zieloną trawą, kamiennymi figurami i niewielką sadzawką z kwiatem lotosu i papirusem. Roiło się tu od turystów.
      W tej ładnej dwukondygnacyjnej budowli mieściło się około stu pomieszczeń. Mumia Ramzesa II, obok mumii kilku innych faraonów, znajdowała się na pierwszym piętrze w narożnej sali oznaczonej numerem 56. Żeby tam się dostać, musieliśmy kupić dodatkowe bilety po sto funtów egipskich. Normalny bilet wstępu kosztował sześćdziesiąt funtów. Było co oglądać, bo muzeum szczyciło się posiadaniem ponad stu pięćdziesięciu tysięcy eksponatów. Rzucały się w oczy skarby z grobowca Tutanchamona. Zapachniało mi Egiptem z czasów, kiedy byłem Aleksandrem Wielkim.
      Ramzes II miał doskonale zachowane gęste włosy. Jego wydatny nos mnie nie dziwił, bo już wcześniej oglądałem twarz faraona na ilustracjach. Szczelnie zamknięta gablota, w której znajdowało się jego ciało była wypełniona obojętnym gazem, a specjalne czujniki umożliwiały kontrolę wilgotności i temperatury.


01.07.2013 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


...ale najpierw Kair


fragment „Buntu androidów”

      Uszczęśliwiona odeszła, ale po kilkunastu minutach znowu wróciła. Można było odnieść wrażenie, że zależy jej bardziej ode mnie na rozwiązaniu tej zagadki. Z zaciekawieniem podniosłem na nią oczy.
      — Bo tak się zastanawiałam… — rzuciła nieśmiało. — Moglibyśmy najpierw wybrać się do Kairu i obejrzeć mumię Ramzesa II w Muzeum Egipskim — zaproponowała, nie wiedząc, jak to przyjmę.
      — Mumię? Po co?
      — Może kryje się w niej kolejny artefakt? Odsłaniający sekret lokalizacji kapsuły?
      Przebiegłem szybko myślami długą drogę, jaką odbyły zabalsamowane zwłoki Re-Tona. Pardon, Ramzesa Wielkiego! Pierwotnie złożone w kwaterze KV7, w obawie przed obrabowaniem zostały przeniesione do wspaniałego grobowca Setiego I, a później do tajemnego miejsca pochówku królowej Inhapi. Odnaleziona w dziewiętnastym wieku przez archeologów mumia trafiła do Muzeum Egipskiego w Kairze. W dwudziestym wieku jej stan się pogarszał, więc przetransportowano ją do Paryża, gdzie zajęło się nią szerokie grono najwybitniejszych specjalistów z różnych dziedzin. Udało im się powstrzymać proces grzybiczego rozkładu. Wcześniej mumia była wystawiona w Luwrze. Z Paryża zabalsamowane zwłoki wróciły do Kairu.
      — Jakim cudem? Przeprowadzano dziesiątki badań i prześwietlano ją na różne sposoby, w tym promieniami gamma. Ostało się w niej coś ekstra dla ciebie?
      — Takie badania nie mogły zaszkodzić artefaktowi — zaoponowała. — To całkiem inna dziedzina wiedzy, bliższa magii.
      Ramiona mi opadły.
      — Dobrze, najpierw polecimy do Kairu — odparłem zrezygnowany.
      Dmuchnął jej wiatr w żagle.
      — Z hotelu Intercontinental jest tylko sześćset metrów do muzeum z cudami starożytności — rzuciła z błyskiem w zielonych oczach. — A poza tym mówiłeś… — zająknęła się.
      — Co mówiłem?
      — Powiedziałeś w kurorcie na Neeidzie, że z tym grobowcem nie musimy się spieszyć. Najpierw chciałeś się rozejrzeć po Egipcie…
      — To prawda — nie mogłem się z nią nie zgodzić. — Nikt nas nie popędza.


17.06.2013 :: 20:15
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Teby coraz bliżej...


fragment „Buntu androidów”

      Maggie wkrótce przyżeglowała do mnie z pytaniem.
      — Chodzi mi o Egipt. Czy mogę zrobić rezerwację hotelu na najbliższy weekend? Nad Zatoką Sueską i Zatoką Akaba jest sporo ośrodków wypoczynkowych. Plaże i rafy koralowe…
      Oparłem się wygodnie, odrywając wzrok od ekranów. Pomyślałem, że dziewczyna umie trzymać rękę na pulsie.
      — Już w ten weekend? Niech będzie — zgodziłem się po chwili namysłu. — Niestety, nas interesuje południowy Egipt, nie północny — zaznaczyłem. — Znajdź hotel, w którym obiecują wycieczki do Doliny Królów w Tebach. Musimy sobie obejrzeć z bliska grobowiec Ramzesa II — podpowiedziałem. — I nie pomyl go z Ramesseum, czyli kompleksem świątynnym tego faraona.
      — Postaram się nie pomylić — obiecała.
      — Jeszcze jedno — przypomniałem sobie. — Chodzi o artefakt. Możesz go znowu uruchomić?
      Starożytna kostka Rubika leżała tam, gdzie powinna. Maggie błyskawicznie uwinęła się ze swym zadaniem. Kostka zajaśniała i wyświetlił się nad nią plan grobowca z zaznaczoną trasą do ukrytej przez Re-Tona kapsuły.
      Zmarszczyłem brwi.
      — Trzeba by to jakoś przenieść do komputera.
      Trzy kamery na cienkich przegubach tańczyły jak osy wokół jarzącej się mapy i wkrótce ujrzałem obraz świetlny na ekranie.
      — Teraz wypadałoby nałożyć to cudo na powszechnie dostępny plan grobowca KV7.
      Komputer płynnie zestawiał przestrzenne modele, aż osiągnął pełną zgodność obrazów.
      — Znośne — miauknąłem.
      Z Domu Złota, czyli właściwej komory sarkofagowej, wyposażonej w cztery komory boczne, prawe drzwi z tyłu wiodły do ciągu trzech sal kolumnowych ułożonych w kształt litery L, lewe zaś do pojedynczej sali. Właśnie z niej czerwona linia prowadziła w dół na jakieś piętnaście metrów. Zgodnie z danymi archeologicznymi niczego tam jednak nie było.
      — Mamy twardy orzech do zgryzienia — powiedziałem do agentki. — Kiedy znajdziemy się na miejscu, będziesz musiała prześwietlić masyw skalny i sprawdzić, czy jest tam czego szukać. Myślę, że sobie poradzisz, skoro bez trudu odkryłaś zamaskowaną windę w kurorcie na Neeidzie.
      — Nie ma sprawy — odrzekła.
      — Przydałby się sprzęt dla grotołazów, zwłaszcza liny — głośno dumałem. — Gdybyśmy znaleźli zejście…
      — Po co? — obruszyła się. — Przecież wiesz, że radzę sobie z grawitacją.
      — Faktycznie, nie pomyślałem.
      Szykowała się pasjonująca przygoda. Miałem nadzieję, że dzięki pomocy rudowłosej uwinę się w mig.
      — Pójdziesz pierwszym boskim traktem Re, który jest Ścieżką Słońca, następnie drugim i trzecim boskim traktem... — wyszeptałem, gdy agentka odeszła. — Niezłe ziółko z tego Re-Tona!
      Nieustępliwa Maggie wróciła po kwadransie.
      — Najpierw myślałam o Marsa Alam, mieszczącym na południu Egiptu na wybrzeżu Morza Czerwonego, ale potem z tego zrezygnowałam. Stamtąd jest do Teb prawie trzysta pięćdziesiąt kilometrów. Spojrzałam na mapę i mnie olśniło. Po co nadkładać drogi? Możemy przecież od razu udać się do Luksoru. To obecnie duże miasto, mające opinię znakomitego ośrodka turystycznego — wyjaśniła. — Wchłonęło starożytne Teby i Karnak. Jest się gdzie zatrzymać. Teleportujemy się tam i po krzyku. Znalazłam pięciogwiazdkowy hotel nad Nilem — błysnęły jej oczy. — Jest też międzynarodowy port lotniczy. Dolina Królów znajduje się po drugiej stronie rzeki. Wystarczy przepłynąć promem…
      Trafiła w dziesiątkę.
      — Znakomicie — pochwaliłem agentkę. — Po nitce do kłębka. Usuwasz mi kłody spod nóg. — Nie wiedziałem, że dawny Luksor rozrósł się, przetrwał i jest teraz znaną metropolią. Jeśli nie korzystało się z pomocy głównego koordynatora, można było coś pominąć. Błędnie założyłem, że zostały tam tylko ruiny.


14.06.2013 :: 12:17
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Zmiana strefy czasowej


fragment „Buntu androidów”

      Or-Mata nie było na platformie. Ulotnił się, co mu się rzadko zdarzało. Przepadł gdzieś w kosmosie. Cóż, miał swoje sekrety i należało to uszanować. Słodka Maggie odsypiała zaległości z Neeidy, więc jej boks też był pusty. Na szczęście, nawinął mi się spolegliwy Go-Ton, więc miałem z kim pogadać.
      Ucieszył się na mój widok i wylewnie rozłożył popielate ręce.
      — I jak? Wróciłeś w jednym kawałku? — rubasznie zażartował. I zaraz dodał: — Powinieneś pogodzić się z głównym koordynatorem. Posprzątaliśmy i nie grozi ci żadna wpadka.
      Usiedliśmy przy komputerach Trójokiego.
      — Jest coś nowego? — zapytałem.
      Skinął głową.
      — A jakże! Nasza ukochana forteca zmieni położenie w stosunku do Neeidy. Oorionom i Birdom nie odpowiadała dotychczasowa strefa czasowa, musieli pracować w nocy. Niektórzy Archetanie też podpisali się pod tym projektem. Strażnik systemu przeniesie dysk nad sąsiedni kontynent — oznajmił, ciekawy, jak to przyjmę. — Masz obecnie opcję na państwo nad Nilem, więc musisz wziąć poprawkę na to, że różnica czasu będzie sięgać dwunastu godzin.
      Przypomniałem sobie wyprawę nad Amazonkę. Transferowałem się z agentami ze zbocza Dekstecyzy w porze obiadowej, a w Brazylii przywitał nas słoneczny poranek.
      — Poradzę sobie — mruknąłem ze znawstwem. — Kiedy ruszymy?
      — Lada chwila — wyjaśnił — Zachowując tę orbitę z dużą prędkością popłyniemy na wschód i zatrzymamy się z drugiej strony planety. Zawiśniemy nad nieprzebytą dżunglą w strefie wielkich jezior. Za dwie, trzy godziny będziemy tu mieć zatem późny wieczór. Główny koordynator wszystkim chętnym przestroi zegar biologiczny.
      Ziewnąłem i przetarłem zaspane oczy.
      — Takie buty? — sapnąłem. — Niech będzie. — Pomyślałem o rudowłosej. Figlowaliśmy prawie do rana i zaczynało to teraz ze mnie wychodzić. — Jedno, co mogę zrobić, to przyłożyć głowę do poduszki — rozsądziłem.


05.06.2013 :: 11:22
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Magiczny pokaz


fragment „Buntu androidów”

      Nie wydawała się przekonana, ale posłusznie ruszyła za mną. Ostatnia rzecz, jaka mnie pociągała, to badanie nieznanych mi korytarzy. Miałem na głowie labirynt w grobowcu Ramzesa Wielkiego w Dolinie Królów w Tebach i nie zamierzałem się rozpraszać. Jednak pomyślałem, że wspomnę Trójokiemu o jej odkryciu. Może gdzieś tu kryło się tajemne przejście na trzeci poziom?
      — Co jeszcze potrafisz, skrzacie? — spytałem, kiedy weszliśmy do apartamentu z kominkiem. — Umiesz krzesło zamienić w leżak? — zażartowałem. — Albo szafę w stół?
      Skrzywiła się. Kpiłem sobie z niej.
      — Tego nie potrafię. Ale mogę wywołać wrażenie, że dana rzecz jest inną niż jest. To rodzaj iluzji, przejściowej lub trwałej.
      — Możesz mi to unaocznić na przykładzie? Ale tak, żebym się nie wkurzył?
      — Przecież widziałeś — nieznacznie się obruszyła. — Pokazywałam ci planety, na których byłam. Zresztą, zobacz, nie ma sprawy. Spojrzyj na skórę pustynnego lwa z Neeidy!
      Rozciągnięte przed płonącym w kominku ogniem futro nagle się poruszyło, jakby myśliwy i garbarz nie do końca się uporali ze swym zadaniem. Powracały kości i mięśnie. Na moich oczach trwała zadziwiająca metamorfoza, będąca zaprzeczeniem praw natury. Wskrzeszony przez nadzwyczaj uzdolnioną agentkę lew zaryczał, czujnie rozglądając się dokoła. Niecierpliwie pomachał ogonem.
      Zamarłem z wrażenia. Odruchowo uruchomiłem uzbrojenie, skryte w prawej dłoni, gotowy zmierzyć się z bestią.
      — Bez nerwów, to tylko złudzenie — natychmiast mnie uspokoiła, kładąc mi rękę na ramieniu. — Nie jesteśmy w buszu.
      Kończyła magiczny pokaz. Lew rozpłaszczył się przed kominkiem, zamieniając z powrotem w wyprawioną skórę. Rzeczy były tym, czym były, choć zmysły niekiedy kłamały. Sięgnąłem po opróżnioną po części butelkę szampana.
      — Pić mi się chce po pływali i jacuzzi. — I odnotowałem ze smętkiem w głosie: — W dobie komputerów takie cuda? W głowie się nie mieści.
      — Zobacz jeszcze, co potrafię z drzwiami! — ożywiona powiedziała.
      Obejrzałem się ku wyjściu. Rozsuwane podwoje znikły, a ich miejsce zajął realistyczny obraz litej ściany, pokrytej malowidłami.
      — He, he! — roześmiałem się. — Świetne. Można naprawdę kogoś wystrychnąć na dudka. Gdybym nie był zorientowany, dałbym się nabrać.
      — A widzisz? Teraz już stąd nie wyjdziesz — zalotnie szepnęła, z wdziękiem zarzucając mi ręce na ramiona. — Zostałeś, miśku, moim więźniem!


13.05.2013 :: 09:05
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Shalimar


fragment „Buntu androidów”

Teraz się mówi, że audycja zawiera lokowanie produktu...

      Moja dłoń nieświadomie błądziła po gładkim pulpicie. Świeżo wykreowana bogini miała starannie zrobione manicure. Mimowolnie zapuściłem żurawia do otwartej kosmetyczki.
      — To błyszczyk do ust — wyjaśniła ze spokojem, widząc, co trzymam w palcach. Nie wkurzała się, że grzebię w jej rzeczach.
      — A twoje perfumy? Mają jakąś nazwę?
      Sięgnęła i wydobyła kształtną buteleczkę.
      — Shalimar — pokazała mi napis na etykiecie. — Uznawane za jedne z najlepszych, wyjątkowo ekskluzywne. W staroindyjskim ich nazwa znaczy „dom miłości”. — I dodała w zaufaniu: — Podobno są odzwierciedleniem mojej osobowości.
      Wyjęła korek z niebieskiego szkła i mi podsunęła. Pociągnąłem nosem. Zapach odurzał. Przez moment rozkosznie balansowałem na granicy zakazanego. Iskrzyło się między nami jak nic. Zatrzymałem wzrok na lekko rozchylonych wilgotnych wargach. Ta ślicznotka aż się prosiła, żeby ją schrupać. Stłumiłem w sobie pragnienie, by bezzwłocznie wziąć ją w ramiona.
      — Kto cię nauczył sztuki makijażu? — zapytałem, starając się nie okazywać narastającego we mnie podniecenia.
      — Główny koordynator — odpowiedziała. — Wybierz swój pogrubiający tusz, wybierz swoją ulubioną kredkę, wzmocnij efekt różem do twarzy i konturówką do ust…
      — Możemy lecieć po obiedzie, Maggie — przerwałem jej. — Zamówię dwa apartamenty.
      Spojrzała na mnie z odrobiną zdziwienia.
      — Wystarczy jeden — zaoponowała bez cienia zażenowania.
      Przymknąłem oczy. Musiałem wziąć głębszy oddech, bo nieoczekiwanie przeszył mnie dreszcz rozkoszy.
      — W porządku, poproszę o dwuosobowy — zgodziłem się potulnie. Pojąłem, że nie muszę o nią walczyć i nie miałem powodu, żeby protestować. — To wracam do pracy.
      Usiłowała mnie zatrzymać.
      — Mogę usiąść przy tobie w boksie? — spytała przymilnie. — Popatrzę na to, co robisz. Szybciej się czegoś nauczę.
      — Czemu nie? Chodź! — odrzekłem.
      Ująłem ją za końce palców, poderwała się jak baletnica i dała się pociągnąć.


02.05.2013 :: 11:00
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Figle Maggie


fragment „Buntu androidów”

      Na pływalni panował półmrok. Wysoko na niebie znaczyły się gwiazdy. Maggie z wdziękiem zdjęła płaszcz kąpielowy, pozwalając, by zsunął się do jej stóp. Kostium wybrała szałowy i kiedy na nią spojrzałem, przeszył mnie dreszcz pożądania. Z rozmachem skoczyłem do wody, wyrzucając fontannę dżdżu. Ciekawie obejrzałem się za siebie.
      — Chodź! — zachęcająco zawołałem.
      Zielonooka kaprysiła. Tylko z pozoru poszła w moje ślady. Musiała się popisać i pokazać, że ma w nosie prawa mojego świata. A zwłaszcza siłę przyciągania. Uczyniła kilka ostrożnych kroków po wodzie, nie zapadając się w toń. Stąpała po pomarszczonej drobnymi falami powierzchni jak Jezus po Morzu Galilejskim. Wreszcie ułożyła się wygodnie ponad głębią i zerknęła na mnie ciekawie. Lewitowała. Wydawać by się mogło, że spoczywa na nadmuchiwanym materacu, tyle tylko że niewidzialnym. Wyobraziłem ją sobie medytującą w pozycji lotosu na gładkiej tafli jeziora.
      Podpłynąłem do niej i ją ochlapałem niczym figlujący małolat.
      — Boisz się wody? Jak koty? — zapytałem. — Jest ciepła i czysta.
      — Nie, ale zniszczę sobie fryzurę, będę źle wyglądać.
      — Jesteś bóstwem w każdym calu, nie musisz się przejmować.
      Posłusznie się zsunęła, znikając pod powierzchnią. Wynurzyła się i parsknęła. Mokre włosy oblepiały jej twarz.
      — Idealnie — cmoknąłem. — Przepłyńmy kawałek.
      Pokonałem crawlem odległość dzielącą mnie od drugiej strony basenu, odbiłem się od brzegu i ruszyłem z powrotem. Płynęła za mną stylem motylkowym. Znieruchomiałem na środku, bo przyszło mi coś do głowy.
      — Jak duże przedmioty możesz podnosić siłą woli? Udźwignęłabyś takiego faceta jak ja?
      — Pokazać ci? — niewinnie zapytała.
      Przyzwalająco skinąłem głową, nie zdając sobie sprawy, w co się pakuję. Wystarczyła chwila nieuwagi, by wpaść z deszczu pod rynnę.
      Wysadziła mnie z siodła. Nim zdążyłem się zorientować, wystrzeliłem jak z armaty, tracąc kontrolę nad ciałem. Zawisłem w połowie wysokości trampoliny, rozpaczliwie trzepiąc rękami i runąłem w dół. Poleciałem na głowę, z impetem rozpryskując wodę. Z rozpędu dotarłem do dna. Powtórzyła ten numer. Śmignąłem spod powierzchni jak startująca rakieta. Wykonałem niezgrabne salto. Znów runąłem w dół. Wysłała mnie w górę trzeci raz. Koziołkowałem. Niestety, nie miałem skrzydeł i nie mogłem utrzymać się w powietrzu.
      W końcu zielonooka dała mi spokój. Wynurzyłem się o własnych siłach, wypluwając wodę i przecierając oczy. Zaczerpnąłem powietrza. Nie przypuszczałem, że to chuchro może dysponować samsonową siłą. Jeździła po mnie jak po łysej kobyle.
      — Wystarczy, suko! — jęknąłem rozdrażniony. — Żeby cię pogięło…
      Niczym tonący rozbitek uchwyciłem się brzegu. Wdrapałem się na pokryty kafelkami taras. Kaszlałem. Maggie jak gdyby nigdy nic podpłynęła za mną. Podałem jej rękę i wydostała się z basenu. Normalnie, bez żadnych fajerwerków.
      — W porządku? — niewinnie zapytała, podnosząc oczy na moją twarz.
      Byłem wzburzony i ciężko dyszałem. Bawiła się mną jak kupioną w sklepie zabawką i trzymały się jej wątpliwe figle. Tego mi było za wiele.
      — Masz nie po kolei w głowie? — warknąłem, wściekły jak diabli.
      Poniosło mnie i w napadzie złości strzeliłem ją w pysk. Straciła równowagę i wpadła do wody.
      Błyskawicznie się wynurzyła. Z przerażenia oczy miała jak talary.
      — Teraz w porządku — zgrzytnąłem, łaskawie podając jej dłoń.
      Potulnie się wdrapała i przygarbiona stanęła obok. Dygotała przerażona.
      — Przepraszam — z trudem wydobyła z siebie głos. Szczękała zębami. — Pozostały mi… nawyki z ostatniej… krucjaty. Archetanie lubią być… podrzucani. Myślałam, że to cię... ucieszy.
      — Podrzucani? — syknąłem z irytacją. — Nie jestem szmacianką.
      Może zielone pantery za tym przepadały, ja nie. Były zwinne i zwrotne, nawykłe do skakania po drzewach. Pomagały im długie ogony. Nic więc dziwnego, że wariowały na punkcie takich zabaw.


08.04.2013 :: 14:26
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Tajemne moce Maggie


fragment „Buntu androidów”

      Za oknami zapadał zmierzch, a ośnieżone góry kryły się w mroku. Zbliżała się pora kolacji. Leżeliśmy obok siebie, zmęczeni miłością. Oparty na łokciu, przyglądałem się mokrej od potu twarzy Margaret. Jeśli zależało jej na tym, żeby odrobić zaległości, uporała się w okamgnieniu. W moich objęciach znalazła to, czego szukała. Była śliczna, zmysłowa, bardzo naturalna i nie kojarzyła mi się z mutantami profesora Charlesa Francisa Xaviera. Może Trójoki straszył mnie na wyrost?
      Dociekliwość była moją drugą naturą, więc postanowiłem to zbadać.
      — Podobno potrafisz telepatycznie wpływać na innych agentów, tygrysico — szepnąłem z zaciekawieniem, usiłując wciągnąć ją w rozmowę. — Or-Mat mimochodem o tym wspomniał. Na czym polega ta umiejętność? To coś niezwykłego?
      Otworzyła oczy, przeciągnęła się i figlarnie uśmiechnęła. Poprawiła poduszkę, która wyglądała tak, jakby przetoczyło się po niej tornado. Musiałem się podnieść.
      — Koniecznie chcesz się przekonać, ogierze? — zapytała.
      — Mhm!
      Wyciągnęła rękę i jej T-shirt pofrunął jak porwany przez wiatr jesienny liść. Opadł przy drugiej ścianie apartamentu.
      — Zobaczysz na sobie, jak to działa — powiedziała. — Ale będzie to tani spektakl — zaznaczyła. — Niczym udzielna władczyni rozkażę ci: „Idź i przynieś mi tę bluzkę!”, a ty wyciągniesz się wygodnie i odpowiesz: „Nie jestem twoim służącym, sama ją sobie przynieś!” — podzieliła się ze mną naprędce wymyślonym scenariuszem. — Dobrze?
      — Ha, ha, ha! Ma się rozumieć! — roześmiałem się ubawiony. — Nie ruszę tyłka, nawet nie drgnę, nie ma mowy.
      — Zobaczymy — mruknęła. Pewna swej przewagi, uśmiechnęła się tajemniczo. A potem słodko rzuciła, wyciągając rękę: — Biegnij, gamoniu, po T-shirt! Już!
      W okamgnieniu się zerwałem i pognałem na łeb na szyję, jakby nie było dla mnie nic ważniejszego. Złapałem w zęby ciemnopomarańczowy ciuch i niczym aportujący pies przyniosłem go na czworakach, porzucając przy łóżku. Omal nie wywaliłem ze szczęścia jęzora. Ogonem nie mogłem pomachać, więc tylko zakręciłem tyłkiem.
      — Proszę! — szczeknąłem.
      W tym momencie ochłonąłem. Podniosłem się z wykładziny i znieruchomiałem. Zamrugałem powiekami i złapałem się palcami za skronie. Ciężko oddychałem. — Do diabła! — warknąłem z niedowierzaniem, ostatecznie wracając do rzeczywistości. — To była twoja robota? Potrafisz zakręcić facetem wbrew jego woli?
      Uzmysłowiłem sobie, że przez kilka sekund byłem jej ślepo posłusznym medium, gotowym zrobić wszystko, co każe. Straciłem nad sobą kontrolę. Zamieniłem się w wytresowanego czworonoga, nawykłego do karności i dyscypliny.
      — Moja — potwierdziła, bacznie zaglądając mi w oczy. — Nie gniewaj się, sam chciałeś. Jesteś bardziej podatny, bo pozostałych agentów na platformie po części uodpornił główny koordynator, gdy tylko się pojawiłam. Ale nie obawiaj się — zapewniła mnie. — Nie usiłowałabym manipulować tobą przy pomocy magicznych mocy, to nie w moim stylu. Nic bez twojej zgody.
      — Cholera, X-Men — mruknąłem z przejęciem.
      Nie wiedziałem, co o tym sądzić.


13.03.2013 :: 13:14
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Po co sztućce?


Fragment „Buntu androidów”

      Obejrzałem fragment filmu, a potem udałem się do hotelowej restauracji na kolację. Wybrałem sobie stolik i usiadłem, kątem oka lustrując nielicznych gości, którzy posilali się o późnej porze. Oświetlenie było stonowane i dyskretne. Paliły się kinkiety, sprawiające, że twarze kryły się w półcieniu. Przejrzałem menu, decydując się na dwie porcje peklowanego mięsa wieprzowego z rusztu. Alternatywą był grillowany stek wołowy. Z nadziewanej kaczki zrezygnowałem, na to danie trzeba było długo czekać, a okrzyczane żeberka serwowano tylko w porze obiadu. Wkrótce podano mi to, co zamówiłem. Pełna kultura! Frytki były dla mnie nowością. Szklane kieliszki ładnie wyglądały, ale szybko się tłukły. I pomyśleć, że jako Aleksander Wielki bez skrępowania jadłem palcami, a obgryzione kości z rozmachem rzucałem psom. Tu należało używać eleganckich metalowych sztućców i nie strącać niczego z talerza na biały obrus, a tym bardziej pod stół. Jakoś sobie poradziłem, chociaż noże stołowe były wyjątkowo tępe, jakby służyły tylko do ozdoby. Brakowało mi do szczęścia dobrze wyważonego ostrego sztyletu z pasującą do dłoni rękojeścią. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie macedońskiego lub greckiego wojownika, który nie miałby czegoś takiego pod ręką.


30.10.2012 :: 17:19
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów


Teorionie i Ziemianie


Fragment „Buntu androidów”

      Około trzystu punktów otrzymałem za wyprawę na globy i księżyce Teorionów. Tam dopiero musiałem się gimnastykować, przy czym nie wolno mi było sięgać po broń! Na ich macierzystej planecie, Mamorii, spędziłem blisko pół roku, stając na głowie, żeby się nie dać zdekonspirować. W metropoliach na każdym kroku „prześwietlano” bowiem przechodniów i klientów. Wymagały tego zunifikowane systemy płatności, związane z komunikacją, handlem, gastronomią, rozrywką, opieką medyczną i Bóg wie, czym jeszcze. Nie mogłem korzystać — między innymi — z usług o bardzo wysokim poziomie interaktywności. Ich multikino było znakomite i przenosiło w świat nieomal realny, ale w czasie seansu zostałbym zdemaskowany. Nie wolno mi było mentalne kreować nabywanych artykułów i musiałem poprzestawać na gotowych wzorcach. Wpadłbym po uszy, gdyby dobrał się do mnie automat medyczny i próbował mnie zbadać lub udzielić mi pierwszej pomocy.
      Teorionie mieli szmergla na punkcie dobrej organizacji, ładu i porządku. Osiągnęli znacznie wyższy niż Ziemianie poziom rozwoju, jako tako radzili sobie z grawitacją i bez trudu poruszali się po własnym układzie solarnym. Aglomeracje miejskie mieściły się nie tylko na powierzchni zamieszkałych globów, ale również w rozrzuconych ponad stratosferą bazach orbitalnych. Owalne pojazdy nie potrzebowały kół i sprawnie ślizgały się tak w poziomie jak w pionie.
      Cywilizacja ziemska niechlubnie przegrywała z teoriońską. Ludzie nie mieli pojęcia o ekologicznych źródłach energii, a bazowali na spalaniu węgla kamiennego i pochodnych ropy naftowej. Poza tym na Ziemi nadal produkowano ogromne ilości broni i toczono bezlitosne wojny. Zaśmiecano otoczenie. Mimo nadmiaru żywności pod niektórymi szerokościami geograficznymi biedacy umierali z głodu. Rzecz ciekawa, gdyby nie te wojny, nie byłoby tu rozwoju technologii, co graniczyło z patologią.
      — Kolosalne zaniedbania — mruknąłem, przewracając stronice pachnącej farbą drukarską gazety.
      Jeżeli jednak umiało się przymknąć oczy na te rażące uchybienia, Ziemia mogła jawić się jako planeta godna uwagi. Szczególnie pociągał odpoczynek w tropikach. Dobrze żyło się tu szczęśliwcom przy większym szmalu, ceniącym uroki nadmorskich plaż, sporty wodne lub wyprawy w niezdobyte góry.


17.10.2012 :: 13:23
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów