EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(69)
Publikacje(36)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Na Bahamach i w śródmieściu Miami


W czwartej części „Syren z Cat Island” raptowna zmiana akcji. Okazuje się, że odkryci kosmici nie są wcale tacy źli, skoro obdarowują głównego bohatera syreną, w której się zakochał. Bardzo to romantyczne. Co jednak dalej z tego wyniknie i jakich należy domyślać się perturbacji? Tego jeszcze nie wiem. Rozpędziłem się trochę w styczniu z pisaniem, ale cóż. Udziela mi się nastrój sesji egzaminacyjnej...


      Miał przerwę na lunch, ale nie był głodny, czuł dziwny wstręt do jedzenia, więc zamiast w ulubionym lokalu wylądował w ocienionej parasolami kawiarence, mieszczącej się na skwerze po przeciwnej stronie ulicy. Trzy dni temu wrócił z Cat Island i pomału wracał do równowagi. Na jego rachunek bankowy wpłynęło znowu ponad dwa tysiące dolarów, więc z goryczą wywnioskował, że z punktu widzenia obcych nic się nie stało. Wszystko było w porządku. Ordynarnie mówiąc, kazano mu trzymać się roli dobrze opłacanego żigolaka i nie podskakiwać. W pracy pamiętano o jego urodzinach, co go podniosło na duchu. Usłyszał „Happy birthday to you” i jednym tchem zdmuchnął dwadzieścia pięć świeczek.
      — Grunt, to mieć fajnych kumpli! — niemrawo mruknął do szklanki z sokiem grejpfrutowym. Mimochodem odnotował, że woli rozmawiać z martwymi przedmiotami niż z ludźmi, ostatecznie ze zwierzętami, co zdawało się dowodzić, iż jeszcze nie wyszedł ze stanu głębokiego załamania psychicznego. Syreny były wegetariankami. Rybi ogon go ominął, sprawdził to już na Bahamach. Kilka razy skakał do wody i nurkował, jednak jego kończyny nie przejawiały skłonności do transformacji.
      Tamta młoda madonna w szarym dwuczęściowym kostiumie usiadła przy jego stoliku, nie pytając, czy może to zrobić. Zesztywniał, przeczuwając coś niezwykłego. Nie był umówiony z żadnym klientem agencji, a na pewno nie tutaj. Wsłuchał się w szum ulicy i klaksony samochodów. Niedaleko była Flagler Street. Przez kilka sekund nie mógł oderwać oczu od opróżnionej do połowy szklanki. Wreszcie ciężko uniósł wzrok i oniemiał z wrażenia. Nie uwierzył temu, co ujrzał. Oszalałe serce omal nie wyrwało mu się z piersi.
      — Athenais, to ty?! — zapiał ze szczęścia. Manna leciała z nieba.
      Tak, to była ona. Zgrabna, czarująca i zachwycająca. W gładko uczesane włosy miała wpiętą różową orchideę. Przyglądała mu się niepewnie i jakby z obawą, że nie ucieszy go jej widok. Uspokoił ją ten wybuch radości.
      Zerwał się i dotknął jej ramienia, chcąc się przekonać, że to nie czary. Ujął jej dłoń, składając na zdobionych pierścionkiem z turkusem wąskich palcach namiętny pocałunek. Wydawało się, że już jej nie puści.
      — Rany?! Skąd się wzięłaś? — impulsywnie zapytał. Mimowolnie obejrzał się na jezdnię. Z wysepki odjeżdżała popielata limuzyna z przyciemnionymi szybami. Nie dostrzegł numeru rejestracyjnego lincolna. Uznał, że to nieważne. Wrócił do niej wzrokiem, czując, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.
      Musiała się uporać z tym, co jej zlecono. Zdjęła powoli z ramienia skórzaną torbę na pasku i wyciągnęła z niej żółtą kopertę, z niewolniczą uległością przesuwając ją w jego stronę. Usiadł na swoim miejscu, zajrzał ciekawie do środka, a potem ją przechylił, wysypując na stolik zawartość. Były tam dwie karty kredytowe, prawo jazdy i szereg innych dokumentów. Wszystkie wystawione na jego piękną syrenę.
      — Nie, to niemożliwe! Cudowne!
      Machinalnie przeglądał jej papiery. Wynikało z nich, że ma na imię Amanda, a nosi nazwisko Robinson. Były tam akt urodzenia i świadectwo ukończenia szkoły. Do tego ubezpieczenie. Pomyślał, że z takimi dokumentami dziewczyna może szaleć po całym świecie, a przede wszystkim zostać jego żoną.
      Podniósł się z kawiarnianego krzesła, musiała też wstać, objął ją i czule ucałował.
      — Kocham cię, Athe… Amando! — dmuchnął jej tkliwie do ucha. — Twoi patroni nie są wcale tacy źli. Zostaniesz ze mną? Na zawsze?
      — Forever! — cicho powtórzyła. Zaczynała radzić sobie z angielskim.
      Pomyślał, że zaprzyjaźni się z tym aroganckim typkiem, który go tak podle potraktował. Wybaczył mu w jednej chwili. Z zapartym tchem obejrzał ją jeszcze raz od stóp do głów. Na nogach miała czółenka open toe na niskim obcasie i zwrócił uwagę na jej paznokcie. Pociągnięte fioletowym lakierem wyglądały tak, jakby zafundowała sobie stylowe tipsy. Taki sam lakier zdobił paznokcie jej rąk.


01.02.2010 :: 22:30
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


Serwis z „Syrenami”


      „Syreny z Cat Island” doczekały się własnego serwisu. Zaciekawionych dalszymi losami Patryka z Miami i jego czarownych ulubienic wychodzących z morza, odsyłam zatem pod adres: syreny.guziakiewicz.vxm.pl. Tam wklejam kolejne powstałe sekwencje.


04.01.2010 :: 10:27
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


I finał pierwszej części „Syren”


      Kochali się długo i namiętnie, bez opamiętania, raz, drugi i trzeci. Była ognista i pełna temperamentu, dzika i nieokiełznana, a jej cudowne ciało co rusz podrywało go do lotu. Księżyc zaglądał w zupełnej ciemności do chaty, oświetlonej jedynie migotliwym blaskiem świec. Wreszcie zmęczony zasnął, tuląc twarz do jej piersi.
      Obudziła go, kiedy miała odchodzić.
      — Efcharistó — szepnęła, całując go w policzek.
      — Już? — cicho stęknął, otwierając oczy.
      Stała nad nim naga, gotowa do wyjścia. W tę podróż nie musiała zabierać żadnych ciuchów. Wiedział, że jej nie zatrzyma, więc chcąc nie chcąc musiał przegonić resztki snu i czym prędzej zerwać się z posłania. Nerwowo założył szorty, potem podkoszulkę i wypadł za nią z chaty. Powoli schodziła w dół, nieustępliwie kierując się w stronę morza. Doszła do plaży. Woda obmywała jej stopy. Obejrzała się na niego.
      — Efcharistó — powtórzyła.
      Wyciągnął błagalnie dłoń, jakby chcąc ją zatrzymać, ale zaraz ją cofnął, pojmując, że niczego nie wskóra. Poszła naprzeciw drobnym falom, a kiedy zanurzyła się już po pas, szeroko rozłożyła ręce i rzuciła się w odmęt, znikając pod powierzchnią. W jej odejściu było coś sakralnego. Poczuł się tak, jakby jego ukochaną właśnie złożono na ołtarzu nienasyconemu bogowi. Wynurzyła głowę kilka metrów dalej i znowu zanurkowała. Ze ściśniętym sercem dojrzał znaczącą się przez chwilę na powierzchni jej płetwę ogonową, dużo większą od płetwy delfina.
      Drżącą ręką wyciągnął z kieszeni kompas, usiłując określić kierunek, w którym odpłynęła. Potem niepocieszony usiadł na wilgotnym piasku i znieruchomiał, warując jak pies czekający na swego pana. Uczepił się nonsensownej nadziei, że syrena wróci. Pomyślał o pustej chacie Syrenusa i jego serce przeszył bolesny skurcz. Ogarniała go rozpacz. Spojrzał na pokryte miliardami gwiazd niebo i doznał poczucia głębokiego osamotnienia. Nie cieszyło go połyskujące w wodzie odbicie księżyca.
      Jego kompani wpadali w kobiece sidła i tracili głowy z powodu spódniczek, więc nic dziwił się temu, że i jego to spotkało. Nie przewidział jednak tego, że strzała Amora trafi go w tak perfidny sposób. Z desperacją pojął, że pogrążył się po same uszy. Liczył na przelotną przygodę miłosną, a zaangażował się na całego. Dał się usidlić zwodniczym śpiewem Athenais, lekkomyślnie zapominając o tym, że cudowna noc w tropikach nie może mieć dalszego ciągu.
      Osunął się na piasek plaży, łkając i gryząc sobie rękę, by pohamować głośny szloch. Powinien był zalepić sobie uszy woskiem, jak to uczynili na morzu towarzysze Odyseusza. Zadurzył się po wariacku w pięknej syrenie i nie mógł już wyrzucić jej ze swego serca. Nie znalazłby szczęścia w ramionach innej kobiety.
      — Athenais, wrócisz, musisz wrócić, nie zrobisz mi tego! — jak osierocone dziecko niedorzecznie błagał z twarzą zalaną łzami. Może zachowywał się nie po męsku, ale nie umiał inaczej. A gdy się już wypłakał, opuszczony i przybity powlókł się do góry.


28.12.2009 :: 09:49
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


Nie należy zapomnieć o syrenim śpiewie


      Papugi znowu narobiły hałasu, na chwilę odwracając jego uwagę. Jego madonny nie interesowały jednak odgłosy przyrody.
      — Pa-tryk — z namysłem powtórzyła usłyszane imię i przez chwilę miał wrażenie, że powinien tak jak ona bez wahania ściągnąć bluzę. Zajrzał w jej niebieskie oczy. Dostrzegł w nich nie tylko skrywany głód, ale i pełne słodyczy oddanie. Wpatrywała się w niego tak, jakby był tym jedynym, na zawsze, panem jej serca. Kochankiem, którego się nie zdradza, nie wymazuje z pamięci i nie porzuca dla innego mężczyzny.
      — Athenais, straszna jesteś! — westchnął, podnosząc się z wyschniętej trawy. Nie wierzył w prawdziwe oddanie i dozgonną miłość. Nie był dotąd bez pamięci zakochany. — Wracamy do chaty — rozsądził, pojmując, że dopóki nie zapadnie zmrok, nie znajdzie sobie miejsca.
      Coś go jednak zatrzymało. Na sękatej desce znaczył się wyryty kozikiem zarys trąbki. — Jasne! — uderzył się w czoło niby pod wpływem nagłego olśnienia. — Jeśli jesteś syreną — odwrócił się do niej — to powinnaś umieć zniewalająco śpiewać. Spróbuj! — bezmyślnie rzucił, ulegając przemożnej potrzebie eksperymentu. Wymownie pokazał na gardło i otworzył usta, symulując wydobywające się dźwięki.
      Zrozumiała, o co mu chodzi. Stanęła przy ścianie chaty, kierując twarz w stronę morza. Przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech, szykując się do syreniej arii. I zaśpiewała, ścinając go z nóg jak drwal z siekierą. Popłynęły zniewalające tony o zadziwiającej mocy. Głos miała czysty, wysoki, wibrujący i hipnotyzujący. Posiadał siłę potężnego afrodyzjaku i obiecywał niewysłowione doznania miłosne. Pojął, że niewiele dotąd wiedział o tym, jak reagują ludzkie zmysły. To przypominało prawdziwe czary. Obezwładniony płynącymi tonami, bezradnie osunął się do jej stóp, skręcając się z bólu i pożądania.
      — Przestań, czarownico! — jęknął, łapiąc się za uszy. Popełnił straszliwy błąd, każąc jej śpiewać.
      Umilkła, on zaś znowu musiał się pozbierać. Myliła swoją aparycją. Wprawdzie wyglądała jak seksowne kociaki z Miami, jednak była syreną z krwi i kości. Reprezentowała inny gatunek. Czuł się tak, jakby był marynarzem na kołyszącej się łajbie. Z trudem utrzymując równowagę wszedł do chaty. Napięcie nie ustąpiło. Rzucało nim po całej sypialni, wreszcie jakoś ochłonął i usiadł. To czekanie na wschód księżyca było katorgą większą niż niewolniczy znój na plantacjach bawełny. Ze ściśniętym gardłem zabrał się do rozmówek, usiłując sklecić jakieś zdania i coś zajmującego z niej wydobyć.


27.12.2009 :: 16:06
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


Po czym poznać syrenę?


      — I co dalej? — zwrócił się do siedzącej jak trusia Athenais. Niestety, pytanie było rzucone w próżnię, rozmówki zostawił w chacie, więc nie mógł jej o nic suszyć głowy.
      Przewalił się już przez niego huragan myśli, opanował się i doszedł do wniosku, że powinien okazać dziewczynie odrobinę czułości. Była tu sama jak kołek w płocie. Przyjrzał się jej gładkiej twarzy, ładnie skrojonym ustom i niebieskim oczom okolonym równymi brwiami. Na skórze nie dojrzał żadnych pieprzyków, plam ani przebarwień. Nie była opalona i z pewnością rzadko wychodziła na słońce. Odruchowo poprawiła włosy i odnotował, że nie ma przebitych uszu. Z odrobiną wstydu ujął wąską dłoń i pieszczotliwie ją pogłaskał. Nie protestowała. Jej paznokcie równo się zaokrąglały.
      Podkurczyła nogi, a kąciki jej ust lekko się uniosły, układając się w blady uśmiech. Wpadły mu w oczy kształtne stopy wysuwające się z trochę za dużych i podniszczonych japonek. Dopiero teraz z osłupieniem zauważył, że paznokci u nóg nie ma tak gładkich jak u rąk. Tworzyły one lekko błyszczący zrogowaciały wzór, przypominający rybie łuski.
      — Do diaska, koszmar, to namacalny dowód! — trwożnie szepnął do swoich myśli. Żadne tam hokus-pokus. Znalazł się nie przed wrotami krainy magii, ale aż do bólu realnego świata. Ten naprawdę istniał, choć odziewany przez stulecia w szaty mitu skutecznie chronił przed oczyma ogółu swoje tajemnice. — Ma się to dziwne szczęście! — ze smutkiem wykoncypował, nie rozumiejąc, dlaczego padło właśnie na niego i dlaczego nikt inny nie znalazł się na jego miejscu. On w roli nowego Syrenusa?


05.12.2009 :: 07:39
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


Bahamska przygoda


I jak to zwykle w życiu bywa, odpowiedź na jedno pytanie rodzi natychmiast dziesięć następnych pytań...


      Usiłował pozbierać rozpierzchłe myśli i zrozumieć coś z tego, w co nieopatrznie się wpakował. Ten przebiegły Syrenus z pewnością nie był nierozgarniętym tubylcem. Wykoncypował, że jako fizyk niewątpliwie prowadził tu dyskretnie badania naukowe. Jeżeli zaś dziewczyna mówiła po grecku, to starożytne podania o syrenach z wysp Morza Egejskiego nie były bujdą. Ten gatunek naprawdę istniał i widocznie jego sekrety ściągnęły tu tego naukowca. Podniecony surfował po bezkresach wyobraźni. Zamajaczył przed nim obraz robiącego za Pana Boga kosmitę i przyszło mu do głowy, że pomysł z przeniesieniem ogoniastych piękności z basenu Morza Śródziemnego na Karaiby nie był wcale taki zły. Tu witało przyjezdnych morze czystsze i przejrzystsze, a jego opalizująca turkusowo-niebieska powierzchnia poprawiała samopoczucie każdemu, kto chciał wypocząć i się zrelaksować. Tyle tylko że w odróżnieniu od wysp Morza Egejskiego Bahamy były niższe i bardziej płaskie. Brakowało tu wzniesień. Najwyższy szczyt Cat Island, Mount Alvernia, z ruinami dawnego klasztoru, miał nieledwie 63 metry nad poziomem morza.
      Postanowił, że następnego ranka zajrzy do pieczary obok chaty. Jak się upora z tą małą. Nos mu podpowiadał, że kryje się tam coś ciekawego. Niestety, nie miał latarki. Jaskinie na Bahamach osiągały niekiedy głębokość stu metrów, co odpowiadało poziomowi morza z epoki plejstocenu, ale też najczęściej były zalane wodą. Przyszli mu nagle na myśl piraci, dla których w XVIII wieku te wyspy były domem. Oglądał w kinie „Piratów z Karaibów”, bodajże pierwszą część, czyli „Klątwę czarnej perły”, jednak nie liczył na to, że w skalnej czeluści znajdzie jakiś skarb. Spodziewał się raczej, że były właściciel rozpadającej się posesji porzucił tam coś, co mogło wiązać się z wynikami jego dociekliwych penetracji.
      — Do licha! — szepnął do siebie. — Jeśli siedział tu od lat, a pewnie tak było, to nie tylko po to, żeby się z nimi pieprzyć!
      Potem próbował sobie uzmysłowić, dokąd odpłynie Athenais po upojnych chwilach w jego ramionach. Czy na Bahamach można było się zgubić? Ten archipelag obejmował około 700 małych wysp, a rozciągał się na przestrzeni 100 tysięcy kilometrów kwadratowych. Był to obszar prawie dwukrotnie większy od powierzchni lądowej Florydy. Większość bahamskich wysp była położona na platformach płytkiej wody, oddzielonych od siebie kanałami głębin, sięgających nawet do 8 tysięcy metrów. Dno płycizn porastały rafy koralowe, łąki traw morskich lub zaścielały piaski wapienne. Miał w kieszeni kompas i chodziła mu po głowie niejasna myśl, że przynajmniej w stopniach określi kierunek, w którym porzucająca go piękność się uda, znikając w morskich odmętach. A potem wynajętą łodzią spenetruje ten region, posuwając się jej śladem. Może natrafi na coś ciekawego? Syreny musiały gdzieś tu mieć metę. Przecież nie mogły rozpływać się w powietrzu.
      Stadko hałaśliwych papug odwróciło na moment jego uwagę. Z bólem serca sobie uprzytomnił, że brakuje mu tego cwanego Syrenusa. Wykoncypował, że musi się z trudem przebijać przez mur niewiedzy i dochodzić do rzeczy, które dla tamtego z pewnością były oczywiste. Czy ten skurwiel przed swym odejściem nie mógł pomyśleć o pozostawieniu bloku informacji dla swego następcy? Może faktycznie w tej jaskini coś było?


02.12.2009 :: 16:36
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


„Syren” ciąg dalszy


      Odruchowo chciał nieznajomą przepuścić przodem, ale syrena trzymała się jego pleców, więc zajrzał tam pierwszy, pochylając głowę. Na lewo była kuchnia, na prawo pokój mieszkalny, w którym rzucał się w oczy duży tapczan nakryty kapą. Na pewno nie było tu dawno sprzątane, tym niemniej przywitał ich względny porządek, co zdziwiło Patryka. Spodziewał się bowiem chlewu, pozostawionego przez tubylca niechluja.
      Objął ją i zachęcająco wskazał jej posłanie, ale dziewczyna wywinęła się mu i pokręciła przecząco głową, co go na moment zbiło z tropu. Ze śmiertelnie poważną miną wyrysowała mu przed oczyma okrąg, pokazując następnie palcem niebo, więc domyślił się, że z amorami muszą zaczekać, aż wzejdzie księżyc. Potem niby automat grzecznie stanęła pod ścianą. Pojął, że jest gotowa warować tak do zmroku.
      Cóż było robić? Pomyślał, że się rozejrzy. Szuflady komody były prawie puste. W drugiej lub trzeciej natrafił jednak na coś interesującego. Był to oprawiony w ramkę dyplom absolwenta Harwardu z pękniętym szkłem. Strzepnął kurz i przyjrzał się nazwisku. Nic mu nie mówiło. Zaraz jednak w nagłym przebłysku uzmysłowił sobie, że zetknął się kiedyś z artykułem na temat syren, napisanym przez tak nazywającego się fizyka. Co tu jednak robił ten dokument?
      Zachciało mu się pić. W kuchni znalazł karnister z wodą mineralną i nalał sobie kubek. Wierna jak pies poszła tam za nim. Tak jak wcześniej zależało jej na wzrokowym kontakcie z morzem, tak teraz starała się nie stracić go z oczu. Nalał jej do drugiego kubka i podał.
      Wypiła duszkiem. Woda była świeża, a nawet chłodna i wydedukował, że ktoś musiał pozostawić ten karnister stosunkowo niedawno, być może tego ranka lub przedpołudnia.
      Wrócił do pokoju. Zaintrygowała go wisząca szafka. Chwilę się męczył, bo nie mógł znaleźć kluczyka. A gdy drzwiczki ustąpiły, odkrył, że jest tam kilka książek, głównie naukowych. Natrafił na rozmówki greckie. Wyjął je i otworzył.
      — Tha se do ávrio! — przeczytał z emfazą podkreśloną ołówkiem kwestię, starannie wypowiadając sylaby.
      Blondynka naraz wybuchła. Poczuła się wyprowadzona z równowagi i okazało się, że wcale nie jest niema. Zarzuciła go mnóstwem bezładnych słów, ze świętym oburzeniem przeciw czemuś protestując. Dowiodła, że nie brakuje jej temperamentu. Osłupiony wlepiał w nią gały, nie mając pojęcia, o co jej chodzi. Potem zajrzał znowu do rozmówek, usiłując dociec, czym takim ją zaskoczył, popisując się prymitywną greką.
      — A, powiedziałem: do jutra! — uzmysłowił sobie z niejakim zdziwieniem. Syrena potrafiła mówić po grecku, co było jasne jak słońce. Postanowił się poprawić. — Endáksi! — starannie dobierał słowa, wodząc palcem po stronicy. — Póte? Tó vrádi! — To miało być: „W porządku. Kiedy? Wieczorem!”
      Jej oburzenie minęło jak ręką odjął. Nie wypuścił więc rozmówek, widząc, że jest w stanie dogadać się z nią nie tylko na migi.
      Znalazł proste pytanie.
      — Pos se léné? Me léné... Patryk! — usiłował wiercić jej dziurę w brzuchu.
      Znowu zareagowała niekonwencjonalnie. Nerwowo mocowała się z nieposłuszną bluzą, wreszcie ściągnęła ją przez głowę. Jej cudowne kredowobiałe ciało zdobiły kształtne piersi.
      — Athenais! — impulsywnie mu odpowiedziała, nie wypuszczając bluzy z rąk.
      Nie widział nigdy z bliska tak pięknej półnagiej kobiety i poczuł się, jakby ktoś mu przywalił obuchem w głowę. Oblała go nagła fala pożądania i męskość w nim nabrzmiała. Jego pomarańczowe szorty w wiadomym miejscu niebezpiecznie się wybrzuszyły.
      — O rany! — beknął.
      Ta bezwstydna prezentacja zwaliła go z nóg. Nie wytrwałby do wieczora, mając ją przed sobą obnażoną do pasa. Kazał jej założyć bluzę z powrotem i odetchnął z niejaką ulgą, gdy to uczyniła.
      Musiał jakoś ochłonąć. Potarł rękami rozpalone z wrażenia policzki. Wyszedł przed chatę i usiadł na trawie. Wziął głęboki oddech. Pociągnęła tam za nim i posłusznie usadowiła się obok niego.
      — Athenais — bezwiednie powtórzył.


30.11.2009 :: 16:38
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island


„Syreny z Cat Island”


Chodzi mi po głowie pomysł na nową mikropowieść sci-fi...


      Ludzie widywali syreny od niepamiętnych czasów. Według starożytnych podań te pół-kobiety, pół-ryby zamieszkiwały małe wyspy na Morzu Śródziemnym, a tam wabiły urzekającym śpiewem żeglarzy i ich z zimną krwią zabijały. Natknął się na nie ponoć Odyseusz, król Itaki, biorący udział w wojnie trojańskiej. Orfeusz miał uratować argonautów, zagłuszając śpiew nimf własną pieśnią i grą na lirze. Jednak w XX wieku mało kto opowieści o nich traktował poważnie. Tym bardziej mało kto łączył te mityczne stwory z przybyszami z odległych stron kosmosu. A może po prostu syreny zeszły ludziom z oczu?
      Patryk szczycił się, że ma umysł ścisły, nigdy też nie był zwolennikiem poglądów Ericha von Dänikena i nie przesadzał z wiarą w mity, tym niemniej wiedział swoje. Był zdania, że nie należy lekceważyć z pozoru wątpliwych i kruchych dowodów w imię naiwnego hołdu dla obiektywizmu nauki. Skąd dowiedział się o tej wyspie? Któregoś popołudnia usłyszał od niej od znajomego. Zauważył go i przysiadł się do jego stolika w porze lunchu. Tamten akurat wrócił z Karaibów i czuł potrzebę podzielenia się z kimś wrażeniami. Zrelacjonował mu opowieść starego rybaka, gotowego za kilka piw sprzeniewierzyć się tubylczej społeczności i zdradzić jej sekrety.
      Syreny ponoć wychodziły z wody, kiedy zbliżał się ich czas. Przy pełni księżyca. I szukały faceta. A piękne były! Takie, że dech zapiera.
      Patryk blado się uśmiechał i przytakiwał mu z udawaną obojętnością. Nie chciał, by tamten domyślił się jego obsesji na punkcie syren. Przed nikim nie zdradzał się ze swoją pasją. Gdyby znudzony kumpel wdepnął do jego mieszkania, odkryłby ze zdumieniem, że zebrał tam prawie wszystko, co powstało na ich temat. Nie pomijając plakatów, filmów i nagrań wideo. Miał lekkiego świra na punkcie tych tajemniczych istot i interesował się nimi od dziecka.
      Czy więc mógł postąpić inaczej? Pomimo tego, że obłożono go pracą, wziął urlop i poleciał do Nassau, stolicy Bahamów, a tam przesiadł się na lot do Arthur’s Town. Znalazł się na Cat Island. Akurat zbliżała się pełnia księżyca. Trafiło się ślepej kurze ziarno. Na taką okazję czekał od lat. Wiatr szeleścił tu w liściach palm, fascynowały rafy koralowe, a tropikalna roślinność była gwarancją udanego wypoczynku.

      Siedziała w kącie sali, odziana w trochę na nią za luźną żółtą bluzę i wypłowiałe bawełniane spodnie, ściągnięte parcianym paskiem. Była dziwnie smutna i zagubiona, jakby mimo słońca i plaży znalazła się w otoczeniu, które jej nie cieszyło. Starała się nie tracić wzrokowego kontaktu z morzem i kiedy ktoś przymknął barowe drzwi, natychmiast się podnosiła, by znowu je otworzyć. Twarz miała miłą i ujmującą, ale bez śladu makijażu, a jej blond włosy dawno nie widziały grzebienia. Stało przed nią piwo, którego nawet nie tknęła. Nie wyglądała na więcej niż na dziewiętnaście lat.
      Patryk lenił się już tutaj dwa dni, włócząc się po plaży i zaglądając w różne kąty. Instynkt mu mówił, że trafił w dziesiątkę. Nie było jej tu na pewno wcześniej i bez wahania zbliżył się do jej stolika.
      — Heja — życzliwie rzucił na powitanie, licząc na to, że ta piękność go nie spławi.
      Podniosła na niego niepewne spojrzenie, zajrzała mu pytająco w twarz, a potem pojawił się w jej oczach charakterystyczny błysk, zdradzający, że nagabujący ją facet odpowiada jej gustom. Skinęła przyzwalająco głową. Przysiadł się i zaczął do niej nawijać, ale szybko się zorientował, że podrywana laska nie rozumie angielskiego. W lot się połapał, że może z nią się dogadać tylko na migi.
      Przytakiwała, widząc, jak próbuje jej rękami wytłumaczyć, że na tej wyspie jest jak w raju. Jej spojrzenie było inteligentne, jednak bardziej od gestów, które Patryk wykonywał, zajmował ją jego owłosiony tors. Pożądliwie wpiła się wzrokiem w dobrze umięśnione odsłonięte ramiona i chyba zauważyła to także barmanka, bo krzykliwie przywołała go do siebie.
      Wyjął portfel, sądząc, że powinien zapłacić i w jego palcach pojawił się banknot dwudziestodolarowy.
      Mulatka pokręciła przecząco głową, bo nie o to jej chodziło.
      — Stary Syrenus już nie żyje, on przyjmował te wychodzące z morza — z dojmującą szczerością rzekła, nie przejmując się, że blondyneczka może ją usłyszeć. — Jeśli chcesz się nią zająć, weź ją do jego chaty. To ta na wzgórzu, na lewo od ścieżki — pokazała mu ręką nieokreślony kierunek.
      — Syrenus? — zdziwił się.
      — Tak go nazywano — rzuciła i nagle umilkła. Spuściła głowę, wracając do butelek i szklanek. Pojął, że nic więcej mu nie powie. Zostawił na ladzie banknot, nie oczekując reszty i wrócił do swojej panny.
      Ciepło wyciągnął do niej dłoń.
      — Chodź! — mruknął zachęcająco. — Poszukamy tej chaty!
      Posłusznie się podniosła i dała się mu pociągnąć za rękę. Nie przeszedł z nią nawet stu metrów wijącą się drogą, obsadzoną z obu stron wysokimi palmami, gdy zauważył ową siedzibę. Wbity w ziemię prymitywny drogowskaz z wyrytą na drewnianej tabliczce syreną mówił zresztą sam za siebie.
      Chatynka Syrenusa wspierała się o nierówną skalną ścianę z widocznym z jednej strony niskim wejściem do budzącej niepokój ciemnej pieczary. Z drugiej strony stały na jej straży resztki rozsypującego się muru. Miała okna z brudnymi szybkami i wiszące na skórzanych zawiasach drzwi. Dalej znaczyły się między drzewami porośnięte dziką roślinnością ślady dawnej wioski, zamieszkałej przed przeszło stuleciem przez niewolników, zmuszanych do katorżniczej pracy na plantacjach bawełny.


05.11.2009 :: 12:57
Link | Komentuj (1) | Syreny z Cat Island