EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(74)
Publikacje(36)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Stary człowiek i... piękna kobieta


Fragment powieści „Zdrada strażnika planety”

      Ni oczarowała siwobrodego. Kiedy pojawiła się w kuchni, odświeżona i przebrana w odsłaniający ramiona pachnący chiton o starannie układanych fałdach, z wrażenia zastygł w bezruchu. Z odrobiną zmieszania na twarzy porównał ją do boskiej Afrodyty, zrodzonej u brzegów Cypru z morskiej piany, zroszonej krwią okaleczonego Uranosa. Potem niezgrabnym gestem poprawił jej himation i wskazał ręką włosy, ze znawstwem rzucając:
      — Należałoby je fryzować na modłę grecką! — A widząc znaki zapytania w jej oczach, smętnie dodał: — Ateńskie kobiety noszą włosy kręcone, ułożone w długie loki. Upinają je sobie w misterne sploty i koki. Tu jednak nie ma dziewki służebnej, która potrafiłaby tym się zająć.
      Ścięła go z nóg swoją urodą i przelękła się, że dojdzie do impasu w ich wzajemnych stosunkach. Stał przy niej, z wrażenia prawie nie oddychając i nieświadomie obracał w palcach monetą, którą podniósł ze stołu.
      — Fałszywa — potulnie zdradził, widząc, że zwróciła na nią uwagę. — Jest dziełem tyrana Polikratesa z wyspy Samos. Niby złota, ale faktycznie z ołowiu.
      Przytaknęła i bez słowa odeszła, pociągnięta przez Safonę. Nie miała ochoty słuchać wykładu o plagiatorach i oszustach.
      Udawała, że jego bólu nie dostrzega. Nie zamierzała go uwodzić. Jednak w głębi duszy żałowała, że transgalaktyda jest tak podeszły w latach. Nie był uderzająco przystojny i męski. A któż by tego wymagał od wiekowego matuzalema, choćby nie wiadomo jak krzepkiego? Ale nie tylko o to chodziło. Czy można było wiązać się z kosmitą, wprawdzie wyglądającym na siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt lat, lecz w rzeczywistości liczącym ich sobie tysiące? Leciwy patriarcha pożegnał i pogrzebał — przez bezlitośnie płynące wieki — dziesiątki y-ockich pokoleń. Był nieprzyzwoicie stary. Najstarszy na tej planecie. Mogły z nim konkurować tylko niektóre drzewa świata. Pasowali więc do siebie jak pięść do nosa.
      — Fałszywa — mimowolnie powtórzyła. Przyszło jej do głowy, że i w jej egzystencji było coś z tandetnej blagi. Czy mogła poszczycić się tym, że jest prześliczną Ziemianką? Nie. Stanowiła jedynie kolejne wcielenie wynaturzonej bestii.
      Gubiła się w ocenie tego, kim w istocie była. Z dawnej Urchitki niewiele w niej pozostało i pogodziła się z tą bolesną stratą. Jednak nie mogła wyrwać z siebie głęboko zakorzenionego aotusa. Tłumiła w sobie wściekłą oślinioną chimerę, jednocześnie szaleńczo kochając się w greckiej sztuce i w niej widząc wybawienie dla siebie. A przecież jako zagadkowy i niepojęty immortus miała — podobnie jak Raha — żyć nieomal wiecznie. Czas dla niej się nie liczył, a przemijania nie wpisano w jej tajemniczą naturę. Gdzie zatem powinna była szukać namiętnego kochanka? Wśród śmiertelnych, jak bogini jutrzenki, kochliwa Eos, czy wśród nieśmiertelnych? Czy ten trzęsący się mastodont nie pasował paradoksalnie do świata jej oczekiwań? Zgodnie z greckim porządkiem ludziom wypadało wiązać się z ludźmi, a bogom z bogami.
      — Nonsens! — prychnęła. Nie zamierzała dokonywać zimnych, wyrachowanych wyborów. I nie obchodziło jej, czy upragniony kochanek będzie śmiertelny, czy nieśmiertelny. Skrycie marzyła o szalonej miłości, choć trafnie przewidywała, że nie jest jej pisana. Było mało prawdopodobne, żeby spotkała lubego, który rozpaliłby jej zmysły, mimo że taki przewijał się w jej snach.


05.12.2012 :: 15:00
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Akropolis, adieu!..


     Uporałem się już ze szlifowaniem ostatniego rozdziału "Zdrady strażnika planety" i mogę pożegnać starożytną Grecję. Powieść składa się z dwu równych części: pierwszej, zatytułowanej "Rozbitkowie" i drugiej, pod tytułem "Adaptacja". Całość liczy sobie około 310-320 ss znorm mpsu.
     Trochę się przy tym napracowałem, ale nie żałuję, bo tamte czasy są ciekawe.

04.03.2004 :: 11:48
Link | Komentuj (3) | Zdrada strażnika planety


Żywioły się sprzysięgły


      Trafili w sam środek szalejącego żywiołu. Iglicy prawie nie było widać, a wyjący wiatr chłostał ich kombinezony strugami brudnego deszczu. Grunt drżał. Zeszli szybko do niszy.
      — Zmykamy, prędko! — krzyknął Raha, jakby przeczuwając, że najgorsze dopiero nadchodzi.
      Mi-ir zrobił się nagle bardzo ciężki i poczuł, że zapada się w mięknące podłoże. Transgalaktyta złapał go od tyłu i pociągnął do góry, uwalniając jego nogi z grzęzawiska. Skryli się pod litą ścianą. Mglista, śliska i mulista topiel, w którą przemienił się spopielały grunt, liczyła na łakomy kąsek.
      — Wystarczyła jedna ulewa i już jest inaczej. Na bogów, co tu się dzieje?! — rozdzierająco zawołał Mi-ir.
      Przeczucie nie omyliło seniora, najgorsze bowiem dopiero nadchodziło. Jeżeli chciał coś jeszcze powiedzieć, to już nie zdążył. Oślepił ich nagły błysk, a towarzyszący wyładowaniu grzmot zdawał się rozrywać im uszy. Trafiło w podstawę iglicy. Zaraz też światem zatrzęsło. W trupio-sinym świetle Mi-ir ujrzał, że okalające przekaźnik skały sypią się w dół.
      — Nie wychylaj się! — krzyknął do Eurypidesa, ale na próżno.
      Transgalaktyta oberwał w głowę ułomkiem skalnym i omal nie wypuścił z ręki płytki pilota. Urchita podtrzymał go, zręcznie łapiąc ten bezcenny dla nich przyrząd, który bezpowrotnie przepadłby w trzęsawisku. Przez krótką chwilę był absolutnie pewny, że już przenigdy nie ujrzy słonecznej Grecji.
      Zdążyli w ostatniej chwili. Srebrzystoszara mgła oddzieliła ich od szalejącego świata, w którym dochodzące do głosu żywioły za nic miały każdego, kto znalazł się w zasięgu ich złowieszczej mocy, a mdłe światło w ateńskich piwnicach wydało się im bardziej błogosławione niż blask złotego słońca. Opadli na czystą i lśniącą kamienną posadzkę, ściskając się nawzajem z nieopisaną ulgą i nie przejmując się poszerzającą się szybko kałużą lepkiego błota.
      — Nigdy więcej... — wyszeptał Mi-ir, niezgrabnie usiłujący stanąć na nogi.

03.03.2004 :: 10:28
Link | Komentuj (1) | Zdrada strażnika planety


Zielona małpa


      Słodko zamruczała, wsparła mu się na ramieniu i cmoknęła go w policzek.
      — Stokrotne dzięki — rzekła. — Nawet nie wiesz, jaki jesteś dla mnie dobry. Wojownik też ma do ciebie prośbę, ale samemu było mu niezręcznie. Chciałby polatać maszyną bojową, którą znalazł na samym dnie twojego skarbca... — powściągliwie zdradziła, jakby niepewna tego, jaki efekt to wywoła.
      Eurypides się roześmiał.
      — Odnalazł ją? Ależ ma nosa.
      Ten w tym samym czasie zażywał kąpieli w atrium. Fontanna bardziej mu odpowiadała niż nagrzana łaźnia gospodarza. Zielona małpa pozostała na brzegu, smutnawo popiskując, nie cierpiała bowiem wody. Chętnie natomiast sięgała po dojrzałe owoce i nie gardziła winem, o ile było bardzo słodkie. Urzekała zmiennymi nastrojami, zdając się pod tym względem dorównywać ludziom, a nawet ich prześcigać. Z rozbawieniem śledził jej grymasy, a potem nawet żartobliwie usiłował z nią gawędzić. Rzucał pieszczotliwe pytania, jednak ta nie chciała mu po grecku odpowiadać. Była tylko nierozumnym zwierzęciem i prawdę mówiąc nie znała żadnego y-ockiego języka, ani nie potrafiła się go nauczyć.
      — Beznadziejnie tępa jesteś — zawołał wreszcie do szkaradnego czworonoga. — Mimo to cię lubię. I pewnie pojmę cię za żonę.
      — Tylko w miłości zupełne nic może być dla ciebie wszystkim — usłyszał z nagła za sobą czyjś żywcem kpiący głos.
      Leniwie się odwrócił, zezując w stronę kolumnady.
      — To ty? — zdziwił się, widząc Mi-ira.

01.03.2004 :: 17:14
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Były sobie świnki trzy...


      Mu-ura jednakże te obrazy tak żywo nie zaprzątały. Baczył chwilę na chudego jak szczapa żonglera, popisującego się sztuczkami z cienkimi obrożami, a potem poniosło go na skraj agory, gdzie trafił na kryjącą się w niskich murach gospodę.
      W piwnicy panował półmrok, a przy ciągnących się wzdłuż okopconych ścian kamiennych płytach stołowych rozgościła się miejscowa klientela. Grecy trącali się, wznosząc toasty i opijając transakcje. Któremuś rozwiązał się akurat gruby lniany wór i wysypały się z niego z kwikiem trzy prosiaki. Zaczął je łapać i zgarniać z powrotem. Dźwigający ogromną amforę rosły niewolnik omal się na jednej nie potknął. Na wprost w głębi mieściła się szafa, teraz otwarta i odsłaniająca komplety naczyń, kubków, kielichów i czar z dwoma uchwytami. Przykuła jego wzrok niewielka beczułka, stojąca na jednym z wolnych stołów. Ławy miały wysokie oparcia i niektórzy z biesiadujących rozłożyli się na nich ze skrzyżowanymi nogami. Środek sali był pusty. Wojownik sterczał tam niepewnie, starając się przebić wzrokiem półmrok, gdy wtem z jednego z kątów dobiegły go krzykliwe głosy. Nie byłby sobą, gdyby mimowolnie nie sprawdził, czy sztylet ma na swoim miejscu. Pijący wszczęli kłótnię, pewnie któryś z nich bezczelnie oszukiwał przy grze w kości. Zaaferowany gospodarz wyjrzał z zaplecza i szybko zaklaskał w dłonie, a na ten znak wybiegły gibkie dziewczyny w bardzo krótkich chitonach i z rozpuszczonymi włosami. Poczęły tańczyć, wybijając rytm kastanietami. Wynurzył się za nimi ponury brodaty mężczyzna, przygrywający na nieznanym Urchicie instrumencie, ani chybi od dawna służący Posejdonowi — ten jedno oko miał zasłonięte czarną przepaską, widać stracił je w jakiejś portowej bójce.

28.02.2004 :: 21:14
Link | Komentuj (6) | Zdrada strażnika planety


Czy wierzycie w duchy?


      Woda lekko go unosiła, on zaś poddawał chłodnej ocenie to, co go gryzło. Czuł pod sobą marmurowe dno. Tam, w górskiej kotlinie, w pobliżu jaru, w którym siwobrody opowiadał czarnowłosemu chłopakowi mityczną historię o Faetonie, synu boga słońca, Heliosa, wojownik z Urch przeżył coś niezwykłego, czego dotąd nie umiał sobie wyjaśnić. Gdyby nie owo przedziwne tajemne widzenie, któremu naówczas uległ, nie zachowałby się irracjonalnie, nie wylazłby z krzewów wprost do ogniska i nie zagadałby do transgalaktyty. Nikomu nie przyznał się do tego, co wtedy ujrzał, gdyż lękał się, że zostałby uznany za świra. Dostrzegł zaś prawie namacalnie starego nauczyciela z wyspy Ab-dan-gra. Czy ukazał mu się duch zmarłego, czy też było to coś innego? Przybyły jakby zza światów pomylony mistrz sterczał pod sąsiednim drzewem, będąc nieomal na wyciągnięcie ręki. Przejęty do głębi swoją nadprzyrodzoną rolą, wskazywał mu siwobrodego przy rzucającym w górę iskry ognisku, zachęcając wojownika czynionymi gestami, aby bezzwłocznie zbliżył się do tamtego i potraktował go jak swego.
      Dopadło go olśnienie.
      — Ach, to tak — mruknął. — Teraz już rozumiem. Co za skurwysyn!
      Omal nie załkał, pojmując, że wreszcie tu, w Atenach, udało mu się połączyć z pozoru nie mające ze sobą związku zdarzenia. Nie miał wówczas omamów wzrokowych i nie mógł ich mieć, gdyż z natury był opanowany i trzeźwy. Nie poddawał się złudzeniom i nic mu się nigdy nie przestawiało przed oczami. Wbrew jego wcześniejszym przypuszczeniom mistrz z Ab-dan-gra musiał faktycznie wtedy stać pod kasztanowcem o popękanej korze. Mógł zaś tam stać, jeżeli przyjęło się, iż ów nie był wcale steranym przez życie, wygnanym nauczycielem, za jakiego się podawał, ale nieśmiertelnym strażnikiem tamtej planety. Jako transgalaktyta na krótko pojawił się na Y-o, aby pchnąć ogłupiałego immortusa w ramiona Rahy. Uczynił to i bez wątpienia mu się powiodło. Wywiązał się z cichej umowy ze spiskującym obrońcą Ziemi, nie dekonspirując się i nie popełniając żadnego błędu. Jego scenariusz był pod tym względem bez zarzutu.
      Powoli się uspokajał, godząc się z tą niewiarygodną hipotezą. Pierwsze odkrycie przygnało następne, te łasiły się jak zgłodniałe psy i krążyły uparcie wokół jego głowy jak kąśliwe gzy. Przyszło mu na myśl, że transgalatyczny spisek ma ani chybi znacznie szerszy zasięg niż to im oględnie sugerował Raha. I że z pewnością młodym transgalaktytom chodzi o coś więcej niż tylko o ratowanie raczkujących cywilizacji. Mu-ur nie był naiwny. Każdy przewrót, jaki by nie był, krwawy, czy nie, miał przecież zawsze to samo na celu — przejęcie władzy.
      — Do kroćset! — wyszeptał. — Umiem zabijać. I pewnie im się jeszcze nieraz przydam.
      Wyszedł mokry z sadzawki i udał się do ogrodu, a świecący księżyc towarzyszył mu cierpliwie, co rusz zaglądając w twarz. Palma była wysoka i sięgała odważnie w niebo, rozkładając u góry swe potężne liście. Należało dbać o formę. Objął pieszczotliwie jej włochaty pień, jakby chciał sprawdzić, jaki opór mu stawi. Wytężając ramiona, uda i kolana, jął się wspinać, zdobywając ją piędź po piędzi i łokieć po łokciu. Wnet znalazł się pod koroną, wydając przytłumiony zwycięski okrzyk. Zsunął się w dół, aż dotknął stopami murawy, a potem bez trudu powtórzył ten wyczyn.

27.02.2004 :: 10:54
Link | Komentuj (2) | Zdrada strażnika planety


Czas pustyni


      Znieruchomiały na łożu wojownik popadł w głęboką zadumę. Z mozaiki zapamiętanych zdarzeń, z kalejdoskopu przejść i przeżyć, nie wyłaniało się jednakże nic, co mógłby uznać za zajmujące i godne uwagi. Brakowało mu cennych wskazówek. Użalał się w myślach nad sobą, podejmując nieudany wysiłek samookreślenia się w nowym świecie, daleko od białych pustyń planety Urch i wojowniczego plemienia, którego pradawnym tradycjom pozostawał nadal rozpaczliwie wierny. Wydawało mu się, że porzucono go nad jakąś przepaścią i że teraz nad nią chwieje się i niebezpiecznie balansuje. Prawdę mówiąc, nie wiedział, kim jest. Raha nazwał go uszczypliwie wyjącym z wilkami. Nie pojmował, dlaczego właściwie musi bezlitośnie zabijać i zaglądać oddającym ostatnie tchnienie niewinnym ofiarom w oczy. "Dokąd podążasz i ku czemu zmierzasz?" — rzucał natchnione pytania niewidomy prorok pustyni, Ab-id. Czy jego słowa — gryzł się w milczeniu — mogły mieć jakieś znaczenie po długiej podróży międzygwiezdnej i nagłym przeobrażeniu na obcej planecie? Czy posiadały jeszcze moc? Były tu wprawdzie białe, żółte i brunatne pustynie, ale zbyt odległe od trasy ich wędrówki, a poza tym mało obchodzące Eurypidesa, Mi-ira i Ni, nigdy więc dotąd nie poczuł rozkoszy obcowania z nimi. Nie widział ciągnących się aż po horyzont oślepiających piasków i nie pokonywał ich na posłusznym wielbłądzie. Nie słyszał tajemnej mowy rozpalonych słońcem pękających pustynnych skał. Liczył na to, że odzyska pewność siebie, stając się myśliwym — wszak w łowach na dzikiego zwierza, tura, rosłego dzika czy niedźwiedzia, było coś z potyczek z wyćwiczonym groźnym przeciwnikiem. W Atenach jednakże nie było na co się zasadzać, a miasto wydawało się kpić z Urchity i z jego kunsztu. Tu był właściwie zbędny. Miałby może znaleźć się na liście nożowników skrytobójców?

25.02.2004 :: 15:35
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Kto z was ma służbę?


      Kiedy z powrotem przekroczyli progi, ku swemu zdumieniu spostrzegli dwóch odzianych w krótkie chitony młodych Greków, którzy krzątali się akurat po perystylu, zapalając światła. Ich poczynania zdradzały, że są zadomowieni.
      — Ach, służba — półszepnęła Ni. — Tyle tu się mieści pod dachem. Nie zastanawiam się nad tym wcześniej. — "Pewnie ma i młode rozkosznie chętne niewolnice!" — przeszyła ją jak błyskawica sprawiająca dojmujący ból myśl. Nie zdecydowała się jej głośno wyrazić.
      Ci na modłę perską skłonili się w pas przybyszom, okazując im należny szacunek i manifestując w ten sposób, że w domowej hierarchii przypada im poślednie miejsce. Safona na moment zesztywniała, nienawykła do odbierania takich czołobitności. Ich twarze nie wyrażały żadnych uczuć, a malowała się na nich jedynie gotowość pospieszenia na każde wezwanie gości. Byli podobnego wzrostu.

24.02.2004 :: 10:46
Link | Komentuj (2) | Zdrada strażnika planety


Nieśmiertelność


      Westchnął ciężko, podniósł się i pokazał swemu rozmówcy zejście do piwnic. I te zapewne — podobnie jak skarbiec w masywie Olimpu — kryły wiele tajemnic. Urchita odniósł wszakże wrażenie, że Eurypides chce na pewien czas odwlec dalszą rozmowę o tym, co działo się w kosmosie.
      — Zejdź ze mną — zachęcił go. — A pokażę ci moje bardziej osobiste zbiory.
      Kamienne korytarze i ściany nie działały przytłaczająco. Znaleźli się w słabo oświetlonym audytorium. Wszędzie na podestach stały ręcznie wykonane miniatury.
      — To są moje kochane cudeńka — chwalił się przed Mi-irem. — Wyobraź sobie, że sam je wszystkie posklejałem i złożyłem.
      Były tam liczne antyczne budowle, świątynie i pałace wschodnich władców, piramidy i grobowce, otoczone prymitywną palisadą osady, mosty, zaprzężone w zwierzęta pojazdy oraz łodzie i statki.
      Mi-ir oglądał te urokliwe makiety, które wyszły spod ręki nieskończenie cierpliwego rzemieślnika, ale nie bez wstydu i pewnego zażenowania. Były tego setki i począł zastanawiać się, ile sam by podobnych wykonał, gdyby przyszło mu żyć z pięćset albo z tysiąc lat. Potem uzmysłowił sobie z bólem, że — być może — i jego czeka podobny los. Czy nieśmiertelność, ten przywilej bogów, za którym wzdychali zwykli zjadacze chleba, nie była w gruncie rzeczy potwornym przekleństwem i przerażającym więzieniem bez wyjścia? Miał przez moment wrażenie, że widzi jak w lustrze swoją opłakaną przyszłość. Nie tak ją sobie wyobrażał.
      — Przepiękne i pełne czaru — pochwalił gospodarza, starając się zachować takt. — Wymagały talentu i czasu.
      Bez pośpiechu powrócili na górę.

21.02.2004 :: 11:55
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Zapraszam do Aten


      WEWNĘTRZNY dziedziniec okalały bogato rzeźbione marmurowe kolumny, a pośrodku dumnie królowała wyłożona kamiennymi płytami sadzawka. Woda tryskała w górę i spływała po białym marmurze. Ukryci w cieniu przed gorącym słońcem, stali w otoczeniu starannie pielęgnowanych roślin, kwiatów w wazonach i pnących się ku górze bluszczy. Wino wyparowało im z głów. Rozglądali się niepewnie, jakby w obawie, że coś złego czai się w pobliżu. Witały ich zmyślne milczące posągi i pełne scen rodzajowych ścienne płaskorzeźby. Stopnie, prowadzące do akwenu, zachęcały do zrzucenia szat i zanurzenia się w przejrzystej wodzie.
      Opasane metalowymi taśmami dębowe skrzynie należało umieścić w mrocznych piwnicach, kryjących się pod willą. Mężczyźni tym się w pierwszej kolejności zajęli, odkładając na później oglądanie wystawnej siedziby Eurypidesa. Opuścili na krótko kobiety i zeszli po schodach, dźwigając ciężary. Te pozostały sam na sam z nieznaną im wcześniej finezją kształtów i wzorów. Przykuły na moment ich uwagę ryte w płaskim kamieniu śmiałe sceny miłosne, pewnie dzieła tutejszych snycerzy. Potem Ni poczęła adorować umieszczoną na niewielkim postumencie wydobytą z czarnego bazaltu wysmakowaną figurę nagiej hetery. Przeszyła ją paląca myśl, że ta jest zadziwiająco do niej podobna, jakby to ona sama frywolnie pozowała bez szat nad wyraz uzdolnionemu kamieniarzowi. Wydało się jej to odrobinę podejrzane, ale nie doszukiwała się sprawcy. Gdy tamci uporali się z niewdzięcznym zajęciem i powrócili do atrium, Raha, właściwie zaś Eurypides, gdyż do tego imienia zmuszeni byli teraz przywyknąć, skwapliwie się ofiarował, że oprowadzi obie po domostwie. Chciał zetrzeć z Ni niemiłe wrażenie, które — jak skrycie się domyślał — wywołało jego nagłe triumfalne przeobrażenie. Tamta nie mogła się przecież spodziewać, że jest tym, kim jest.
      Domostwo było okazałe. Skierowane zabudową do środka, czerpało światło nie tyle z zewnętrznych okien, w które były wprawione mało przejrzyste, grube szyby, co z wewnętrznego dziedzińca. Pełnił on rolę tak atrium jak i perystylu. Zajrzeli do komnat, mieszczących się na parterze. Sufity ozdobiono malowidłami, sztukateriami, złoceniami oraz kością słoniową. Niektóre stropy były kasetonowe. Na ścianach widniały lampy z brązu i z terakoty, wiszące na uchwytach w formie galeonów. Ścienne polichromie cechowały lekkość, zwiewność, wdzięk i czar. Niektóre ściany wyszykowano tak, żeby stworzyć imitację barwnego alabastru lub porfiru, ale inne z kolei posiadały okładziny z prawdziwego marmuru. W jednej z większych komnat kryły się liczne zwoje papirusów. Kolekcja była spora, a jej właściciel włożył w ten zbiór dużo serca. Na malowidle ściennym muzy śpiewały Apollinowi. Eurypides wyjął rękopis z purpurowego skórzanego futerału i trzymając za złoty drążek rozwinął przez Safoną i Ni, aby mogły się zapoznać z kształtem greckich i perskich liter.
      Małe amorki na malowidłach przyciągały uwagę trackiej dziewczyny. Z nabożnym lękiem dotykała posągów bogów, spoglądała na mozaiki posadzkowe, po których kroczyła ostrożnie, aby nie obudzić uwiecznionych przez artystów dzikich zwierząt. Sypialnie były na piętrze. Tam, w korytarzu, obie mogły obejrzeć inne jeszcze płaskorzeźby z jeszcze śmielszymi scenami miłosnymi. Przy Greku zezowały na nie raczej dyskretnie. Znalazły kilka pokojów do spania, każdy inaczej umeblowany i urządzony. Łoża były szerokie, intarsjowane drogimi kawałkami drewna oraz inkrustowane złotem i srebrem. Rzuciły się im w oczy starannie utkane pościele i kapy — jedwabiste, barwne, ciemnozielone, szkarłatne, fioletowe, obramowane purpurą i poprzetykane złotem. Okna się otwierały i wychodziły na zadbany ogród.

20.02.2004 :: 12:14
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Paruzja transgalaktyty


      To są właśnie niesamowite możliwości fantastyki. Ta pozwala w jednej chwili odmłodzić głównego bohatera, a stojącego nad grobem starca przemienić w faceta w średnim wieku. Eksperymenty na miarę przyszłości...

      Nie był potrzebny żaden róg, ani głos koryfeusza. Główny aktor zrzucił maskę i bez ceregieli powrócił na opuszczoną przed chwilą scenę, a widzowie pewni jego przybycia nie opuścili kamiennych ław półkolistego teatru.
      — Na trony Zeusa — wyjąkała zmieszana Ni. — To on!
      Cios był dobrze wymierzony i dosiągł zmizerniałej nagle Urchitki. Wydawało się jej przez moment, że widzi w górze dzierżącego w rękach łuk i śmiejącego się z radości młodziutkiego Erosa o złotych skrzydłach. Właśnie boskie chłopię wypuściło z niego świetlistą strzałę, która dźwięcząc utkwiła w jej sercu, rozdzierając je na dwoje. Gdyby wcześniej przewidziała to niecne taktyczne posunięcie transgalaktyty, zapewne w kotlinie Nestosu tak bardzo by się nie lepiła do budzącego zaufanie pokaszlującego i ciężko powłóczącego nogami matuzalema.
      Grek, który wyłonił się zza niby to zaczarowanych wierzei, był skrytym panem jej losu, jedynym królem jej płochych myśli i uczuć. Wiele razy widziała go w swoich snach i mnąc rękami derkę bezgłośnie pożądała na posłaniu — gotowa oddać wszystko, co miała i zdolna do każdego ustępstwa, byleby tylko razem z nim być. Nie musiała wypłakiwać za nim oczu i z rozpaczą go szukać, krążąc po Atenach, Sparcie, Koryncie i innych greckich miastach, ani też zaklinać tutejszych bogów, by jej pomogli go odnaleźć. Ku jej niewyobrażalnemu zdumieniu był na wyciągnięcie ręki. Nie sądziła, że paruzja transgalaktyty tak bardzo nią wstrząśnie. Serce jej łomotało, omal nie wyrwało się z piersi, lecz przecież nie mogła okazać tego, co czuje. Wejrzał, drań, w jej duszę i wykreował się na obiekt jej marzeń. Wiedziała, że nigdy mu tego nie wybaczy.
      Nikt nie zwrócił uwagi na jej grymasy i dąsy. Tamci hurmem poderwali się na równe nogi i zajęli nowym olśniewającym wcieleniem nestora. Wymodelował się nad wyraz gustownie. Otoczyli cudownie odmłodzonego starca, obmacując jego pozbawioną zmarszczek twarz, poklepując go po ramionach i ucząc się go od nowa. Oglądali go jak dorodnego niewolnika na targu, prawie zaglądając mu w zęby i wydawało się, że zaraz zaczną się zajadle wykłócać o cenę.
      W nowym wcieleniu Raha był mężczyzną przystojnym, silnym i pewnym siebie. Nie pozostało w nim niczego z dawnej ślamazarności starca, z jego trochę ułomnego chodu, przygarbionej sylwetki i opieszałości, choć było widać, że ma bezsprzecznie jego rysy. A może nestora zastąpił jego dojrzały syn? Szczupłą, pociągłą twarz okalały ciemne, kręcone włosy, które przetykały tylko z rzadka nitki siwizny. Broda była króciutko przystrzyżona. Spojrzenie miał bystre i przenikliwe, ale szczere. Nieco się zmieszał w obliczu żywiołowej reakcji kosmicznych wędrowców. Z entuzjazmem ściskali za ręce kupca z Aten, przyjmując go bez zastrzeżeń do kompanii.

19.02.2004 :: 14:14
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Krwiożercze skłonności


      Ślizgam się po wcześniejszych partiach tekstu, od czasu do czasu wciskając w ten podzielony na rozdziały tort jakieś rodzynki. Wojownik z Urch lepiej się prezentuje, jeśli wyakcentuje się jego krwiożercze skłonności. A oto wybrany fragment:

      JAK PRZYSTAŁO na doświadczonego wojownika z oślepiających białych pustyń Urch, wyczuł jego skrytą obecność. Tamten musiał ciągnąć za nim już od dłuższego czasu, z premedytacją się maskując i utrzymując niezbędny dystans. Z wolna przystanął i pieszczotliwie rozgarnął krzewy. Znalazł zagłębienie za zbutwiałym szerokim pniem powalonego tu dawno temu dębu. Zjechał głową poniżej gęsto rosnących paproci i zamarł w zwierzęcym bezruchu. Osłaniały go omszałe konary i gałęzie. Wcześniej cisnął kilkoma wygrzebanymi z poszycia szyszkami w tę stronę, w którą dążył, aby wywołać wrażenie, że trzeba go szukać dużo dalej.
      — Kim byś nie był, potworze, nie masz żadnych szans — bezgłośnie wyszeptały jego wargi. — Trzeba być pozbawionym wyobraźni głupcem, żeby mi wchodzić w drogę...
      Nie musiał długo czekać. Śledzący go był pewien, że jest bezpieczny. Nie wyczuł zagrożenia. Minął go w odległości kilku kroków, niespiesznie prąc naprzód. Potem coś go widocznie zaniepokoiło, bo z nagła się zatrzymał.
      Bezszelestnie wysunął się ze swojej kryjówki, nieomylnie kierując się w stronę niedoszłego łowcy. Spadł na niego jak błyskawica.
      Pastuch instynktownie się obrócił, zasłaniając twarz ręką. Odskoczył, zręcznie zamachnąwszy się biczem. Mu-ur przewidział ten nieudany atak. Bykowiec chlasnął więc powietrze.
      — To ty? — oniemiał. — Czemu za mną ciągniesz? — rzucił w swoim języku.
      Wyrostek chwilę milczał, ale przestało mu już z oczu dobrze patrzeć. Okazał się nadmiernie domyślny — chociaż z drugiej strony potrzebował niejakiego czasu na to, żeby ze zgrozą pojąć, kogo to wcześniej naprawdę spotkał.
      Gra była skończona.
      — Jesteś obcy — wykrztusił ze zgrozą. — Żmiją z tej wielkiej świątyni, co spadła z nieba...
      Zamachnął się wściekle jeszcze raz, a wojownik nie uznał tego za samoobronę. Tubylec nie miał takiego jak on refleksu. Cios w rękę sprawił, że bicz opadł na ziemię. Młokos był już w półobrocie. Złapał tamtego od tyłu za włosy i przejechał nożem po gardle. Chłopak wił się i charczał, tryskająca tętnicza krew zabarwiła czerwienią okoliczne krzewy, kopał nogami, a gdy uścisk wreszcie osłabł, bezradnie osunął się na ziemię.
      Mu-ur przyklęknął przy dogorywającym pastuchu. Szeptał coś z wściekłością, płynęła litania obcych słów, których nigdy nie słyszała ta planeta, zrazu cichych, jakby syczał wąż, potem przechodzących w wycie, jakiego nie powstydziłby się samotny wilk. Bestia była bestią i nie dawało się zmienić jej natury. Wykrzyczał swój nagły ból i piekącą nienawiść do wszystkiego, co żyło, poczym wstał i z ulgą się wyprostował. Poplamione krwią ręce starannie wytarł w pobliskie gęste trawy. Podobnie uczynił ze sztyletem.
      Zarżnięty jak świniak na plemienną ucztę pastuch był w posiadaniu czegoś, czego wojownik z pustyń Urch pilnie potrzebował. Stopy i łydki miał owinięte onucami, a od spodu skórami, następnie zaś okręcone wełnianym sznurkiem. Począł ściągać z niego te prymitywne skórznie, chcąc w nie wyposażyć siebie. Potem zajął się pasem, nasadzonym mosiężnymi ozdobami. Obejrzał go uważnie, ale z niego zrezygnował.

17.02.2004 :: 15:00
Link | Komentuj (4) | Zdrada strażnika planety


Miłość i władza


      Mi-ira nie zaciekawiały stroje, ani męskie, ani damskie, a przebieranie się z ceregielami i okrzykami podziwu uznał za bezdyskusyjną stratę czasu. Odłożył te będące dowodem pewnego zniewieścienia dziwactwa na później. Jakoś zabrakło mu nagle fantazji. Niespiesznie powrócił do figury z niby to wosku, która już wcześniej mu wpadła w oczy. Przy niej też dłużej pozostał. Przechodzący tamtędy Raha zastał go zadumanego, milczącego i nostalgicznie wpatrującego się w filigranową kobiecą postać. Trudno, żeby się nie zatrzymał na dwa słowa.
      — To jedna z wielu konkubin liczącego się kiedyś na dalekim Wschodzie władcy — usłużnie mu podpowiedział, choć tamten nie pytał. — Przebrzmiałe dzieje. Niestety, bezpowrotnie odeszła z tego świata. A szkoda, bo nie brakowało jej gracji, wdzięku i urody oraz wielu innych cnót. Tamten rozkazał ją zgładzić, chociaż ponoć bardzo ją miłował, albowiem oskarżono ją o to, że nie była mu wierna i że pokątnie zdradzała go z jednym z ministrów dworu. Zarzut był bez wątpienia wyssany z palca, ale cóż z tego? Lękano się, że wywrze nadmierny wpływ na swego pana i że zacznie skrycie pociągać za sznurki. Tak pojmowano rację stanu. Została poćwiartowana, a jej członki rzucono wygłodniałym bestiom na pożarcie...
      — W rzeczy samej, to przykre — niemrawo zgodził się z siwobrodym. I dodał zaraz: — Szkoda, że jej tu z nami nie ma...

09.02.2004 :: 11:01
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Lustro [wynalazek wszechczasów]


      Ni i Safona zabrały się po swojemu do nowych kreacji. Raha wskazał im skwapliwie wyłożoną marmurami pokaźną salę, w której mogły się odświeżyć i przebrać. To, co tam zastały, zdecydowanie wyprzedzało i prześcigało wszystko, co wymyślono dotąd na Y-o i na Urch. Powtórnie witała je fascynująca, nie znana im wcześniej epoka, oferując podróż do siebie transgalaktyckim wehikułem czasu.
      — Na bogów, jakież to wspaniałości — zachłystywała się Safona. — Jakie cuda.
      Były tam ogrzewana bieżąca woda, zgrabne wanny, kabiny z natryskami i jeszcze inne zmyślne urządzenia, których przeznaczenia Ni nie umiała dociec, nie mówiąc o niewielkim uroczo wkomponowanym w całość basenie — więc bezzwłocznie zafundowały sobie porządną kąpiel, ginąc po czubki głów w obfitej białej pianie. Przed olbrzymim lustrem, zajmującym prawie całą ścianę, obie młodziutkie kobiety mogły się nasycić swym wyglądem. Ach, to był naprawdę doskonały i niedościgły wynalazek. Kiedy bogowie stwarzali kobietę, powinni byli od razu o nim pomyśleć. Stały bez odzienia i boso, kontemplując nadane im przez zmyślną naturę kształty. Wcześniej kilka razy pluskały się razem po zdjęciu szat w strumieniu, więc zdążyły nawyknąć do siebie i nie krępowały się być razem nago. Tam jednak płynąca z gór woda była dosyć chłodna, jeśli wręcz nie lodowato zimna, a do mycia służył prymitywny ług. Tu leżały pachnące mydła i stały wyrafinowane płyny. Safona zawiesiła sobie na szyi woreczek z mirrą, z rozkoszą wdychając jej zapach. Poodmykała flakony i słoiczki z pachnidłami i balsamami. Mieszały się wonie henny, nardu, szafranu, aromatycznej trzciny, cynamonu i aloesu. Ni, chociaż wyższa, piersi miała drobniejsze, a biodra węższe. Kędziory Safony ociupinę kontrastowały z jej prostymi i jasnymi jak len włosami. Teraz czesała je starannie, chcąc, aby się pięknie układały. Rozrzucone zestawy grzebieni i szczotek były zachwycające. Spędziły tam sporo czasu, ale kiedy wreszcie opuściły ten niezastąpiony przybytek, były już innymi kobietami.

04.02.2004 :: 12:30
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Szata [2]


      Zdawała się go lunatycznie przyzywać młodziutka kobieta o delikatnych rysach twarzy, nieco skośnych oczach i wymyślnie ułożonych ciemnych lśniących włosach, w które wbito wiążące fryzurę szpile. Prawie na palcach, jakby w obawie, że może ją spłoszyć, zbliżył się do stojącej nieruchomo damy. Głowę miała z wdziękiem pochyloną, dzięki czemu lepiej było widać jej kształtną łabędzią szyję, a powieki na wpół opuszczone. Pewnie nie wypadało jej zaglądać zuchwale w naznaczone marsem srogie oblicze mężczyzny. Wpływała na niego jakoś nadzmysłowo, jakby nadal żyła, a nie była tylko kukłą — i odniósł wrażenie, że od dawna tu czeka właśnie na niego. A może był faktycznie kimś nad wyraz wyjątkowym? To i owo wbiło już mu się w pamięć w związku z różnicami między ludzkimi rasami na Y-o, więc bez specjalnego trudu wykoncypował, iż ta śliczna laleczka ani chybi pochodzi z bardzo odległej wschodniej Azji, a może nawet z ciągnącego się po tamtej stronie kontynentu sporawego archipelagu. Przyjrzał się jej mediumicznemu ubiorowi. Przepasane pasem malowane w kwiaty jedwabne kimono otulało szczupłą sylwetkę. Na nogach miała — także wykończone jedwabiem — proste sandały. Obok z powagą wystawał równie nieruchomy wojak, na którego nałożono bogato zdobioną metalową zbroję, a do odzianej w rękawicę prawicy wciśnięto ciężki miecz. Z uznaniem otaksował go wzrokiem. Mocna szczęka i gęste brwi nadawały twarzy zdecydowany wyraz. Z takim nie było bezpiecznie zetrzeć się w otwartym polu.

02.02.2004 :: 19:42
Link | Komentuj (1) | Zdrada strażnika planety


Szata [1]


      Miękkie w dotyku gładkie próżniowe płaszcze przystosowywały się do kształtów ciała i hermetycznie je otulały, choć nie miały żadnych widocznych zapięć. Nic z tych rzeczy. Inteligentne molekuły okrycia zdawały się trafnie odgadywać, czego oczekuje ich dysponent. Bez pośpiechu je na siebie wciągali, rozstając się z łachami, które wcześniej nosili. Nowe przenosiły ich w czasie o dobrych kilka tysiącleci, przeistaczając w wyśmienicie wyposażoną ekipę, zdolną w każdej chwili ruszyć na podbój gwiezdnych szlaków. I pomyśleć, że jeszcze niedawno okutani w zwierzęce skóry i niepewni swego losu smętnie plątali się po porośniętej bukowymi lasami dolinie Nestosu.
      Mi-ir zbliżył się, gdy tamte były już właściwie gotowe. Zamarł, gdy wpadła mu w oczy Safona. Nie wiedział czy wierzyć temu, co znienacka ujrzał. Przetarł powieki, pragnąc się upewnić, że wzrok go nie myli. Wbił mu się w czerep obraz nierozgarniętej i niepoetycznej trackiej dziewki, naiwnie się trzymającej wydumanych przepowiedni i z przejęciem padającej do stóp kamiennym bóstwom. Tymczasem w kombinezonie kosmicznym, okręcająca warkocz, by zmieścił się pod hełmofonem, zrobiła na nim nagle wrażenie kogoś całkiem innego gatunku — kogoś, kto należąc do dumnej z siebie i inteligentnej rasy zupełnym przypadkiem i tylko na krótko trafił do plemiennej wioski między prostych pasterzy i bitnych wojów. Przymierzył się do próżniowego stroju. Szata nie tylko zdobiła, ale i zmieniała tego, kto ją nosił. Tak pewnie było w calutkim kosmosie, wzdłuż i wszerz — bez względu na to, gdzie by się kto nie znalazł. Ogarnęły go wątpliwości, czy zakochana w nim dziewka zechce być nadal bezgranicznie mu oddaną i wierną niewolnicą, co przecież uroczyście przyrzekała, gdy bywał z nią sam na sam. Obawiał się, że zapragnie upodobnić się do Ni, która za nic miała mężczyzn.

02.02.2004 :: 09:24
Link | Komentuj (2) | Zdrada strażnika planety


Sezamie, otwórz się!


      — Nieźle siwobrody okopał się na Y-o — z cicha mruknął Mi-ir do schodzącej jego śladem Urchitki. Gdy się na moment zatrzymał, mimowolnie wsparła się o jego ramię. Przeszło jej przez myśl, że pewnie to nie jedyna świetnie zamaskowana kryjówka wszechwładnego opiekuna i że na innych kontynentach ma bez wątpienia podobne, równie dobrze wtopione w pejzaż i niełatwe do wytropienia. Mógł się w nich chronić i bronić.
      Kamienne schody rychło się skończyły i cała szóstka znalazła się w mamucim i pełnym nagromadzonych tam dzieł sztuki dość dobrze oświetlonym sklepionym pomieszczeniu. Tajemnych źródeł rozproszonego ciepłego światła jednak nie można było dociec. Nawa było zaprzeczeniem surowego zejścia i Ni krzyknęła z niekłamanym zachwytem, ale zaraz zamilkła, przytłoczona upajającym i oszałamiającym ją bogactwem. Ostrożnie wkraczali między nieco chaotycznie eksponowane tu zbiory. Skarbów były setki, jeśli nie tysiące. Nie brakowało złota, srebra, miedzi i drogich kamieni. Wzrok rwał się jako żywo do oglądania, a cenne wyroby rzemieślników i artystów różnych ziem cieszyły spragnione oczy.
      Przyciągnęła uwagę Urchitki spora kolekcja misternych greckich naczyń. Ich zawiłe kształty odtwarzał onegdaj siwobrody patykiem na suchym piasku, wbijając jej w głowę właściwe, znane tylko Hellenom nazwy.
      — Pytos, lutroforos, lagynos — poszeptywała, pomagając sobie palcem. — Stamnos, hydria, oichonoe...
      Dalej ujrzała kratery i amfory. Nie zdążyła się jednakże im przypatrzeć, ani żadnej z czar pieszczotliwie wziąć do rąk bo odciągnął ją głos starego.
      Mi-ir, który nazbyt śmiało zapuścił się w głąb, trafiając do jednego z rozwidlających się korytarzy, zahaczył o kolekcję niby to z wosku naturalnej wielkości ludzkich figur. Tu panował tajemniczy półmrok, a słabsze niż wcześniej światło wydobywało z mroku mniej intratnych szczegółów. Przeląkł się i załomotało mu raptem serce, bowiem w pierwszej chwili przyszło mu na myśl, że czekają na niego zawzięci żywi tuziemcy, którzy zaraz ostro wezmą go w obroty.
      — Co za ulga! — pozbierał się w mig. — Nie są prawdziwi.

29.01.2004 :: 08:28
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Trochę sobie postrzelamy...


...w ósmym rozdziale

     Mi-ir prosto z trójkąta pognał na lewo, nieomylnie trafiając do słabo oświetlonej wnęki. Miał trochę bliżej do własnego celu i chyba był nieco szybszy niż Mu-ur. Wiedział, na kogo się natknie i spadł tam jak grom z jasnego nieba. Ruchomy niby-fotel jednak się odwrócił, a rozsierdzony jajogłowy strażnik spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek z mieszaniną wściekłej złości i nieskrywanego lęku. Nie zdążył jednak otworzyć wąskich ust i obrzucić go stekiem wyzwisk. Godny najwyższej pogardy terrorysta był szybszy.
     — Giń, tępaku! — oddany bez uprzedzenia strzał w piersi wcisnął sromotnika w miękkie obicie. Strumień gorącej plazmy rozerwał jego niewidoczne pole ochronne i kruczoczarny kombinezon. Tamten desperacko stęknął i z jego mocno już pożółkłej twarzy znikły ślady emocji. Poczuł smród spalenizny. W chwilę później przykurczone i jakby przez to mniejsze nieruchome ciało poczęło się bezwładnie osuwać czaszką w dół na ciemną matową posadzkę. Z tyłu na potylicy obcego znaczyło się coś, co Mi-irowi żywcem się skojarzyło z prymitywnym tatuażem. Między łopatkami rysowała się sporawa krwawa rana o mocno poszarpanych brzegach. "Uporałem się z tym sukinsynem — pochwalił siebie w myślach. — Przeszyło go na wylot!"
[...]
     Dotykający czerepem posadzki jajogłowy nie stracił do końca przytomności i bezradnie próbował się poruszyć. Choć miał rozwalone płuca jakimś cudem wydał z siebie stłumiony bólem krzyk. Urchita nie wytrzymał. Przywalił mu jeszcze raz, celując w ten niby to tatuaż. Tamten się koszmarnie wygiął i ostatecznie znieruchomiał. Miał go odfajkowanego.

27.01.2004 :: 11:18
Link | Komentuj (6) | Zdrada strażnika planety


Przenosimy się do Grecji...


      Rzuciło ich ku niewzruszonej i wiecznej siedzibie bogów, ku znaczącym się między stromymi szczytami przełęczom, głębokim urwiskom i żlebom. Rdzenna majestatyczna grań wypiętrzała się w kilka samodzielnych poszarpanych wierzchołków. Niektóre z nich wrastały w gęstą mgłę. Płaski skrawek skalistego podłoża okazał się dokładnie taki, jakiego wymagał wzięty w drogę pojazd. Wychylali się i kolejno wyskakiwali z kabiny urchickiego wehikułu, najpierw Mi-ir, po nim Raha, wreszcie pozostali, a ich nienawykłe do chłodu twarze owiewało ostre górskie powietrze. Biel leżącego tu płatami śniegu raziła nie przyzwyczajone oczy. Z ich lądowiska rozciągał się rozległy widok na pokryte ciemnym szpilkowym borem pofałdowane zbocza. Chłonęli niecodzienny krajobraz z zapartym tchem.
      Wreszcie Safona z podziwem wykrzyknęła:
      — Na Gromowładnego, jakże tu pięknie!
      Matuzalem starał się być powściągliwy i rzeczowy, ale i jemu udzielały się ich zachwyt i entuzjazm.
      — Zazwyczaj kruchego i śliskiego lodu jest tu dużo mniej — objaśniał niby to obojętnie — ale tego roku była wyjątkowo ostra jak na te ciepłe strony zima. Nadejdzie lato, to go ubędzie.
      Nie powędrowali w dół Nestosu traktem, którym ciągnęli greccy kupcy, i nie udali się ku wybrzeżu morskiemu, z czym się wcześniej nosili. W ogóle nie puścili się w żadną drogę. Tamto było i minęło. Siwobrody, który jeszcze kilka dni wcześniej z namaszczeniem i powagą pouczał ich, że tu się pokonuje odległości pieszo, albo na mule, albo na koniu, przeniósł ich w okamgnieniu wraz ze ślizgaczem i całym dobytkiem w ośnieżone góry Hellady. Nie musiał już kryć przed przybyłymi z Urch swojej nieziemskiej potęgi. Zmieniały się koleje losu. Ale też zdarzenia miały teraz biec bardzo szybko. Czekał ich niebezpieczny wypad na Favo.
      — No to ruszamy — rzucił z zachętą, wskazując kierunek, gdy się już napatrzyli. — To tylko kilka kroków.
      Pociągnął ich za sobą po grani, na tyle szerokiej, by dało się w skupieniu kroczyć gęsiego. Czuł się tu prawie jak u siebie, może jak Trak w obejściu albo przy marnej chacie, i pewnie dosyć często tu zaglądał, mimo że wokół straszyło pustkowie. Masyw był raczej niedostępny i odpychający, a między szczytami świszczał niemiły wiatr.
      Wątła ścieżyna, którą stary pewnie odnalazłby również po zmroku, wiodła wprost ku strzelającej w górę nieodległej litej ścianie. Ta wyrastała przed nimi, wyniosła i groźna.
      — Imponująca — Mu-ur zadarł głowę i przymrużył oczy. Skrzywił się jednak zaraz z odrazą, uzmysławiając sobie, że nie tak dawno zbliżoną pochyłość jak ostatni głupiec pokonywał wbrew swej woli.
      — Nie lękaj się, nie będziemy zdobywać tej stromizny — zarżał wniebowzięty Raha, świadomy tego, że niepokaźna trzódka, którą wiedzie, jeszcze nie odgaduje tego, dokąd podąża.
      Zaczął rozgarniać wątły mech i rychło odsłonił przed nimi ledwo się znaczący zarys jakiegoś sekretnego wejścia, o którego istnieniu z całą pewnością nie wiedzieli pozbawieni ogłady prości pasterze, doglądający dużo niżej swoich chudych kóz. Zresztą, kto przy zdrowych zmysłach pchałby się tam, gdzie dostojnie się znaczyła chmurna i wyniosła siedziba srogich bogów? Kto odważyłby się naruszyć ich spokój i zuchwale wtargnąć między nich, żądając dla siebie czary ambrozji lub nektaru? Lita kamienna ściana była wydrążona, kryjąc w swoim uśpionym wnętrzu jakieś tajemnice.

21.01.2004 :: 17:03
Link | Komentuj (0) | Zdrada strażnika planety


Sekret immortusów


      Siwobrody nie próbował usprawiedliwiać postawionych pytań. Dowiedział się, czego chciał, nie zważając na wycelowaną broń. Zaczął teraz zaspokajać ciekawość Mi-ira.
      — Pytasz o immortusów? — zagadnął, skory do odsłaniania odległych kulis. — To pojawiający się okazjonalnie w obrębie różnych gatunków w kosmosie nietypowi osobnicy. Są wtopieni w otoczenie i dlatego raczej trudno ich wytropić. Zewnętrznie nie różnią się niczym od innych w ich społeczności — w plemieniu, wiosce, osadzie lub mieście, czy wreszcie na planecie, na której się znajdują. Sami też żadnych różnic nie widzą. Nie zmienia to jednak faktu, że są inni. Są... nieśmiertelni. I to dosłownie, bracie. Nie mogą umrzeć — wyliczał — nie mogą polec na placu boju, nie można ich zwabić w pułapkę i podstępnie zgładzić. Osłania ich jakaś niepojęta niezbadana siła, chroni tajemnicza niedostępna nam wszechpotęga. Czy pojmujesz, o czym mówię?! — stary spojrzał na niego z niejakim wyrzutem, a może nawet z odrobiną zawiści.
      — Nie — zgodnie z prawdą odparł Mi-ir. — Nie pojmuję.
      Tamten ciężko westchnął.
      — Jak ci to unaocznić? — zapytał samego siebie. — Widzisz, Wszechświat nie do końca jest racjonalny. Z pozoru wszędzie w nim obowiązują te same prawa fizyczne. Mówię: z pozoru, bowiem spod niektórych immortusi są wyjęci. Do nich one się nie stosują. Jakby ci jedną nogą tkwili w innym wymiarze — ciągnął. — Odwołam się do teorii prawdopodobieństwa, pewnie cenionej na twoim globie. Żywe organizmy są zawsze zagrożone. Jeżeli zdzielisz toporem Urchitę, trafisz go mieczem w głowę, albo pchniesz włócznią w piersi, to przecież go obalisz i pewnie już nie wstanie. Czy to takie dziwne? Wie o tym nawet dziecko. Jednak nie wtedy, kiedy wejdzie ci w drogę immortus. Można go wprawdzie próbować wyeliminować, ale i tak nic z tego nie wyjdzie. Zamach na niego — na przekór teorii prawdopodobieństwa — zostanie w jakiś niezrozumiały sposób przeniesiony na inny obiekt. Energia ataku gdzieś odpłynie. Coś go chroni, lecz co? Tego jak dotąd nie udało nam się ustalić.
      — Starcze, przecież to bzdury — odmówił mu racji Mi-ir.
      Transgalaktyta się obruszył. Zatarł dłonie.
      — Niestety, nie. Nie można uczynić im krzywdy i wysłać ich — mówiąc językiem tutejszych — do Hadesu. Próbowano już tego wielokrotnie, ale bez skutku. Ich istnienie, to wielki cios w święte i nienaruszalne podstawy naszej wiedzy. To upokarzający policzek dla najstarszych z rady. Ci, tam na Taurosie, nie są w stanie z tym się uporać. A co gorsze, nie mają zielonego pojęcia, skąd się oni biorą. Sporadycznie się pojawiają, to tu, to tam, w różnych galaktykach. Są jakby... z innej nieudokumentowanej rzeczywistości, do której nie prowadzą żadne drogi.
      Mi-ir z uwagą go wysłuchał. Coś nareszcie zaczęło mu świtać w głowie.
      — Czy my?!.. — niepewnie zapytał, wskazując palcem na siebie.
      Starzec sapnął, zerkając na niego z odrobiną uznania.
      — Nareszcie — z ulgą dokończył. — Domyśliłeś się. I ty, i Ni, i Mu-ur. Dlatego ocaleliście z katastrofy gwiazdolotu, chociaż przecież szanse przeżycia kogokolwiek były minimalne.

17.01.2004 :: 09:42
Link | Komentuj (1) | Zdrada strażnika planety