EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(74)
Publikacje(36)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Koronkowa robota


      Za poczynaniami Raoula Duponta w „Hurysach z katalogu” kryją się solarne służby specjalne, które nim skrycie manipulują. Podkreśliłem ten wątek w piątym rozdziale, dorzucając kilka zdań. To te wytłuszczone.

      Prezes oniemiał. A potem wpadł w niebywałe uniesienie. Porwał Konstancję i wycałował ją w oba policzki. Omal nie odtańczył z nią triumfalnego tańca po jasnym gabinecie, z którego ogromnych okien było widać strzelający w górę na kilkadziesiąt pięter pomnik Słońca. Później jednak oklapł i ciężko opadł na swój fotel.
      — A więc zwycięstwo, wielkie zwycięstwo, choć — bądźmy szczerzy — nieco pyrrusowe — podsumował, zdyszany. Oczy jednak nadal radośnie mu się świeciły. — Udało nam się wreszcie bezkolizyjnie połączyć słodką dziewczynę do uciech cielesnych z bezpardonową i bezwzględną wojowniczką. Boże, ileż kosztowało naszą firmę naprawianie szkód, wywołanych przez wcześniejsze nieudane modele. Te długotrwałe procesy sądowe, te ugody i te krociowe odszkodowania. Na szczęście, ten okres mamy już za sobą! — użalał się do współpracowniczki.
      — Niech pan będzie szczery, panie prezesie. Czy powiodłoby się nam, gdybyśmy się nie odwołali do reguł paradoksu Rogersona? Gdyby nie ta udana teoria matematyczna, dalej dreptalibyśmy w miejscu. Poza tym wiele zawdzięczamy naszym przyjaciołom z wiadomej instytucji. Bez finansowania z ich strony nie posunęłyby się naprzód prace nad nowym modelem. O pewnych rzeczach mieliśmy nie rozmawiać nawet między sobą. Nadal powinniśmy się tego trzymać…
      — Masz rację, kochana Konstancjo. Napijesz się czegoś? — skwapliwie zapytał, widząc wchodzącą sekretarkę. Potem dodał: — A co z tym Raoulem Dupontem? Czy nie należy mu...
      — Och, nie! — pewna swych racji przerwała szefowi. — Skoro jest zadowolony z dziewczyny, nie widzę powodu, byśmy się z nim spotykali i dzielili najtajniejszymi sekretami firmy. — Wzgardliwie wzruszyła ramionami. — Po cóż miałby wiedzieć, że stał się królikiem doświadczalnym — dorzuciła. — I że został wytypowany do ukrytego eksperymentu? Zresztą w jedenastym punkcie zestawu umiejętności klona mieści się sztuka samoobrony. Sądzę, że to powinno rozwiać jego wątpliwości, o ile jakieś mu się nasuną — chłodno postawiła na swoim.
      Zgodził się bez oporów. Z zadowoleniem zatarł ręce.
      — My zaś będziemy mogli rzucić na rynek nowy i absolutnie rewelacyjny produkt. Nareszcie poprawią się obroty spółki!..
      Wrócił myślami do solarnych służb specjalnych i ich planu przywrócenia porządku na obrzeżach Układu Słonecznego przy pomocy androidów. Żeby ten supertajny plan się powiódł, Raoul Dupont powinien był połakomić się na kolejnego zmodyfikowanego klona. „Tylko jak to zrobić?” — szepnął do siebie w zadumie. Niektórzy klienci firmy Body Perfect decydowali się na kupno drugiego androida. O ile posiadali na to środki. Kogo bowiem nie nęcił trójkącik miłosny? Nie wykluczone, że wystarczyło tylko poczekać.
      Usłużna sekretarka wniosła na tacy porcelanowy dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. Prezes był wielbicielem tego czarnego trunku. Gustował w kilku gatunkach, które kazał sprowadzać z Ziemi. Sprzedawane na specjalnych aukcjach, pochodziły z najlepszych plantacji w Brazylii. Postawiła filiżanki przed siedzącymi przy okrągłym stole.
      — Jak by na to nie spojrzeć, mamy do czynienia z koronkową robotą — natchnięty szef szepnął z namysłem do Konstancji. — Wprost nie chce się wierzyć!..


20.04.2017 :: 12:16
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Śmierdzisz zgnilizną, szczurze!


      Przeglądam „Hurysy z katalogu”, dokonując drobnych uzupełnień i przygotowując utwór do wydania w formie e-booka.
      Powieść dzieli się na dość wyraźne cztery części. Dwie pierwsze są poświęcone Afrodycie i Irydzie, trzecia obejmuje lot statkiem pasażerskim na Ganimedesa. Tu mają miejsce romans z Beatrycze i starcia z porywaczami. Czwarta część toczy się w Układzie Jowisza. Składają się na nią zmagania z Groomem, natknięcie się na składujący retelit statek kosmiczny obcych, wreszcie fajerwerki: zniszczenie bazy Grooma. To w największym skrócie. Obok trójki głównych bohaterów w powieści pojawia się kilkadziesiąt innych postaci.
      Afrodyta i Iryda są nie tylko klonami do uciech, ale i wojowniczkami. Zabijają bez mrugnięcia okiem. A oto jedna ze scen:

      — Masz rację. Musimy zakończyć ten żałosny spektakl — orzekła Iryda.
      Afrodyta jej przytaknęła.
      — To co? Zabalujemy? Pędzimy na górę?
      Wtargnęły równocześnie na zajmowany przez terrorystów poziom. Znakomicie się spisywały, tak w pojedynkę jak w tandemie. Iryda oddała trzy szybkie strzały do typów sterczących przy drzwiach do pomieszczenia rekreacyjnego. Byli zajęci zakładaniem prymitywnego ładunku wybuchowego, więc nie zwracali uwagi na to, co dzieje się za ich plecami. Potem pobiegła w stronę sterowni, dokąd przeniósł się Cyrus ze swoją asystą. Afrodyta zdążyła już tam wrzucić granat zaczepny. Nie był zabójczy i niczego nie niszczył. Eksplodował, paraliżując wzrok i słuch. Piątka porywaczy stała się więc łatwym łupem. Wpadły do środka, bez litości kosząc wszystkich po kolei.
      Ostatni był Cyrus. Jeszcze żył po oddanym strzale. Osunął się na kolana, łapiąc Irydę za nogi. Ścisnął ją z taką siłą, że wydawało się, iż połamie jej kości.
      Przyłożyła mu broń między oczy.
      — Śmierdzisz zgnilizną, szczurze! — syknęła z pogardą, pociągając znowu za spust i wysyłając go do wszystkich diabłów.
      Koniec wieńczył dzieło. Jego mózg eksplodował, rozbryzgując się po ścianie i posadzce.

      Całość ma 280 ss znorm mpsu.


19.04.2017 :: 13:13
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Brakująca sekwencja


Przeglądałem „Hurysy z katalogu”, uzupełniając tu i ówdzie narrację, a przy okazji odkryłem w siedemnastym rozdziale lukę, którą należało wypełnić. Oto dopisany tekst:


      Leżeli przytuleni do siebie, wpatrując się w ciemność. Czuł cudowną bliskość jej ciepłego ciała. Katie uległa mu już pierwszego wieczora, kiedy wrócili z baru, w którym poznał kilku jej kumpli. Grali w bilard i w rzutki. Odwiozła go do hotelu, migając swoim mobilem po rozjarzonym centrum, oświetlone Memfis było ładne w nocy, odprowadziła go do pokoju i tam została. Namiętnie całowali się już w windzie. Pozwoliła mu się rozebrać, delikatna czarna bielizna zdobiła jej szczupłe ciało, jednak nim do czegoś doszło, zerwała się, pozbierała swoje ciuchy i umknęła przed nim do łazienki. Nie wiedział, czy powinien się na nią wkurzyć, czy nie. Nie zostawiało się przecież chłopaka w takim stanie.
      Po dwóch minutach wyparowała z łazienki, przeprosiła go i wyjaśniła, że nie jest jeszcze gotowa. Znowu się całowali. Solennie mu obiecała, że zrobią to tak jak trzeba następnego wieczora. Nie był pewny tego, czy powinien wierzyć jej zapewnieniom, jednak nie miał innego wyjścia. Dotrzymała słowa, atoli nie za darmo. Wymogła na nim, aby obiecał, że załatwi jej w „Body Perfect” służbowe przeniesienie na Dianę. Nie chciała zostać na Ganimedesie. Działał pod wpływem impulsu, snując dalekosiężne plany. Przyszło mu od razu na myśl, że może się z tym zwrócić do profesora, szefującego w jego dziale. Liczył na to, że stary mu pomoże, a znając jego wpływy, był prawie pewien, że tamtemu się powiedzie.
      — I jak? Dobrze ci było? — szepnęła, odwracając się i podpierając się na łokciach.
      — Kocham cię, Katie! — wyznał.
      — Ty naprawdę pierwszy raz? — usiłowała się upewnić, zaglądając mu w oczy.
      — Tak — powiedział bez cienia wstydu. Czuł, że może nie mieć przed nią żadnych tajemnic. — A ty? — zapytał.
      Uśmiechnęła się, a na jej twarzy pojawił się wyraz zmieszania, widoczny nawet w mroku hotelowego pokoju.
      — Powiem ci kiedyś, dzisiaj nie! — pieszczotliwie zasłoniła mu ręką usta, nie pozwalając zadać kolejnego pytania.


11.05.2010 :: 11:58
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Tyranoborgi


W szesnastym rozdziale dorzuciłem cyklopa, dla symetrii z pierwszym rozdziałem:

      Stawała dęba i jak byk na corridzie ruszała do wściekłego kontrnatarcia, które kończyło się dla niej fatalnie. Ogarniała go groza. Walcząca dziewczyna w wirtualnym starciu traciła obie ręce, a potem cyklop dostawał ją w swe łapy jak łopaty, łamiąc jej z trzaskiem kręgosłup. Odstępstwo od wzorca sięgało siedemdziesięciu czterech procent. (rozdz. 1)

      Pokonali metry pokrytego miękką czerwoną wykładziną korytarza, zatrzymując się przy szerokich drzwiach, których strzegł ponury jednooki cyborg o skórze dinozaura. Biodra okrywała skąpa przepaska. Komandora przeszły ciarki na jego widok. Przypuszczalnie podobnie zmutowanych potworów było tu więcej. (rozdz. 16)

      Irydę zaprogramowano do bezpardonowej walki z tyranoborgiem, jednak nie wzięto pod uwagę tego, że wskutek lekkomyślności Raoula może wcześniej zginąć. Chodzi mi jeszcze po głowie pomysł, by dorzucić scenę karmienia tyranoborgów w podziemiach posiadłości Grooma pięknymi ludzkimi klonami, ale nie chcę popadać w przesadę.



23.04.2010 :: 16:00
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Czy androidy idą do nieba?


      Potem wrócił myślami do prochów Irydy. Zaczął główkować nad tym, gdzie powinien je umieścić, nim wywalczy dla niej należne miejsce na cmentarzu. Oczyma wyobraźni ujrzał otoczoną krótko przyciętą trawą płytę marmurową z wypisanym jej imieniem i anioła ze skrzydłami pochylającego się nad ukrytą niżej urną. I siebie, zapalającego w zadumie znicze. Śmierć była fenomenem, przed którym chylono czoła. Budziła respekt i estymę. Jak wynikało z badań archeologicznych, już w górnym paleolicie kultywowano obyczaj grzebania zmarłych. Z myślą o pośmiertnej egzystencji wyposażano ich w żywność i broń oraz w przedmioty codziennego użytku. Zastanawiał się, co takiego mógłby włożyć do jej urny, co wyrażałoby ich wyjątkową więź. Bo nie sądził, że byłby w stanie ją zastąpić bliźniaczym androidem z firmy „Body Perfect”. Mimo elektronicznego balastu, była dla niego kimś jedynym i nie chciał oglądać jej bluźnierczej kopii. Jeżeli istniało niebo, na pewno tam trafiła, chociaż nieszczęśliwie przyszła na świat jako android, cyborg, pół człowiek, pół maszyna. Głęboko w to wierzył i miał nadzieję, że kiedy dojdzie swoich dni, po drugiej stronie rzeki życia znowu ją spotka.


22.03.2010 :: 16:31
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Raoula zmaganie się z metodologią


      Najbardziej zdumiewające jednak było to, że te osobliwe dostawy miały cykliczny charakter. Następowały po sobie w regularnych odstępach czasu. Nie pojmował, dlaczego nikt przed nim nie odkrył tych zaskakujących prawidłowości. No właśnie, dlaczego? Być może, dlatego, że żaden szanujący się uczony nie podejmował analiz w logicznej próżni. A Raoul wsparł się przecież na dwóch ulotnych jak dymek z cygara hipotezach: o pozaukładowym pochodzeniu retelitu i o istnieniu obcej cywilizacji. Czy na tak iluzorycznym fundamencie dawało się zbudować przekonującą teorię? Tworzono wprawdzie przez całe stulecia barwne wizje kosmicznych ras, ale wszechświat był głuchy i nie odpowiadał na nie. Dlaczego więc on, emerytowany wojskowy, miałby to szczęście, żeby na taką natrafić?


16.03.2010 :: 15:04
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


„Hurysy” ukończone


Skończyłem pisać „Hurysy z katalogu”. A oto ostatnia sekwencja:


      Czy wąż w ogrodzie rajskim był naprawdę uosobieniem buntu? Czy przypadkiem nie namawiał pierwszych ludzi do kroku, który ci powinni byli bezwarunkowo uczynić? Gdzie rysowała się granica między dobrem a złem? Może było odwrotnie niż od wieków uczyła Biblia, ta księga święta, uznawana przez chrześcijan za objawioną? Wylegiwał się na pneubedzie, rozkoszując się słodką bezczynnością i chodziły mu po głowie te i inne niepokojące myśli. Cóż, był nieodrodnym dziecięciem cywilizacji próżniaczej. Model życia na dawnej Tahiti i innych wyspach Polinezji w znacznym stopniu odpowiadał temu, z czym z natury rzeczy utożsamiał się Raoul. Myśli krążyły, kołowały, powracały, a gdzieś tam w głębokich pokładach jego podświadomości rodził się kult osobliwego kosmity, umownie nazywał go Eskulapem, który dał mu więcej niż mógłby się spodziewać. Miał ochotę znowu go spotkać, jednak w innych okolicznościach. Chuchał na algorytm, który pozwalał przewidzieć miejsca kolejnych zrzutów retelitu. Co miał z nim zrobić? Darować go ludzkości? Korzystać z niego i nabijać kiesę? A może opatentować? Minęły dokładnie dwa tygodnie od przylotu z Ganimedesa. Jego bogini wiedziała, że otrzyma własne nazwisko i że wyjdzie za niego powtórnie za mąż. Tym razem jednak nie dla picu. Nie robiło to jednak na niej specjalnego wrażenia. Nadal był jej jedynym panem i władcą. Mimo genetycznych zmian, pozostawała dokładnie taka sama jak przedtem i kochała go tak jak przedtem. Przyglądał się jej uważnie przez te dni, śledząc jej spojrzenia, gesty i słowa, i uparcie narzucało mu się przeświadczenie, że psychicznie nie przestała być androidem. Była nim nadal, z wyraźną skłonnością do bezwzględnego posłuszeństwa i zadziwiającej pokory. Być może, powoli się zmieniała, co wydawało się nieuchronne, jednak musiałoby naprawdę wiele wody upłynąć, żeby odważyła się i rzuciła w niego talerzem. Albo żeby zamknęła mu przed nosem sypialnię. Chcąc nie chcąc, traktował ją więc jak dotąd, z pewnym dystansem i z góry, patriarchalnie, nobliwie i poważnie, zatem w sposób, który mu odpowiadał.
      — Nadzwyczajnie udoskonalony android, a zarazem korzystający z pełni praw człowiek… — odkrywczo wyszeptał do swoich myśli. Życie potrafiło płatać figle!
      Zasypiał właśnie, rozgrzany słońcem i rozmarzony, gdy wtem Afrodyta poderwała go na nogi.
      — Raoulu, mamy gościa! — obwieściła.
      Zerknął z zaciekawieniem w stronę frontonu, a potem podniósł się i z ociąganiem udał się do holu.
      — Beatrycze? — nie wierzył własnym oczom, bo w pierwszej chwili jej nie poznał. — To ty? Co za miła niespodzianka!
      Stała obok fortepianu niczym jakieś bóstwo, wyszykowana z ogromną elegancją i przypomniał sobie tamtą chwilę, w której pierwszy raz ujrzał olśniewająco piękną Irydę. Wówczas było podobnie. Podszedł do niej, lustrując ją z uznaniem od stóp do głów. Postarała się, żeby wyglądać świeżo i ponętnie.
      — Witaj, kochany — rzekła i dodała, również uważnie mu się przyglądając: — Bajecznie się odmłodziłeś, pełne zaskoczenie, wiedziałam, że będzie cię na to stać! — powiedziała to z takim entuzjazmem, jakby była absolutnie pewna, że szarpnął się na kosztowne zabiegi medyczno-kosmetyczne tylko dlatego, żeby jej się przypodobać. — Co za gust i smak, prawdziwy z ciebie macho! — jej spojrzenie zdradzało zachwyt. Ech, te bez pamięci zakochane nastolatki! Nie mogła wiedzieć, że nie oszukiwał losu i że naprawdę stał się młodszy.
      Wystawiła gładki policzek do pocałunku. Cmoknął ją, uzmysławiając sobie, że natura nie znosi próżni i że ta mała, skoro tu przyszła, niewątpliwie zajmie miejsce zmarłego tragicznie androida, a potem zaprosił ją na oświetlony słońcem dziedziniec, gościnnie wyciągając rękę.
      — Chodź, tam jest Afrodyta. Usiądziemy i pogadamy!
      Owiraptory przybiegły, uważnie obwąchując gościa. Były nastawione przyjaźnie i zachowywały się spokojnie, więc ich nie odganiał. Nie przestraszyła się ich niby to ptasich łbów i dziobatych pysków.



11.03.2010 :: 19:33
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Morderczy android w akcji


      W chwilę później pachołek Grooma popełnił niewybaczalny błąd. Usłyszał dochodzące z ładowni hałasy. Jego dwaj kumple, którzy zabrali na pokład odłamki skalne obficie oblepione rudą, kłócili się teraz między sobą, pewnie o to, ile komu się należy, więc wysłał tam chłopaka z automatem. I tak marny z niego był ochroniarz, bo bez przerwy wlepiał gały w seksowną piękność, oślepiony jej urodą.
      Afrodycie to wystarczyło. To tak, jakby ktoś rozwinął przed nią czerwony dywan, zapraszając do popisu. Bezszelestnie zbliżyła się do Louisa. Wystarczyły dwa szybkie ciosy, by głowa goryla opadła bez siły na mrugające światłami pulpity.
      — Ten już ugotowany — cicho rzekła, odwracając się do Raoula.
      Zabrała zbirowi automat, a potem nóż. Przez chwilę ważyła go w dłoni, jakby chcąc sprawdzić, czy nadaje się do rzutu. Tak uzbrojona wyszła korytarzykiem, prowadzącym do ładowni.
      Na jej widok przerwali kłótnię, obrzucając zdziwionymi spojrzeniami zgrabną sylwetkę.
      — Zabawimy się? — figlarnie zapytała.
      Jeden z nich błyskawicznie się opamiętał i usiłował unieść broń. Rzucony nóż był szybszy. Drugi sięgnął po odłożony automat, ale Afrodyta skosiła go krótką serią. Wcześniej drapał się po swoich klejnotach, nieogolony i niechlujny. Zaszczekał jej karabinek. Mathieu, tak miał na imię młodziutki asystent Louisa, zbaraniał do reszty. Przerażony wpatrywał się w waleczną hurysę i trzęsąc się ze strachu, cofał się w popłochu w tył, aż oparł się o ścianę.
      — Dulce et decorum est pro patria mori! — ironicznie zacytowała Horacego. I z powagą dodała: — Nie stawiaj się, jeżeli chcesz umrzeć bez bólu, wieprzku!
      Chrupnęły kręgi szyjne i śliniący się na jej widok chłopak jak worek piasku osunął się na kratownicę. Jej stworzone do dawania rozkoszy delikatne dłonie były zabójcze.

-----------------------------------------------------------------------------

Skąd ten Horacy u androida?

      Przypomniał sobie, że przed odlotem roztargniony technik wprowadzający jego klonom programy podróżne przez pomyłkę zainstalował którejś z nich znajomość Owidiusza i Horacego. Nie kazał tego kasować.


07.03.2010 :: 12:26
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Gorączka złota


      Ściągnięty na pokład wahadłowca jeniec rodził niejakie podejrzenia i na ponurej twarzy Louisa malowała się nieufność. Wyczuwał mistyfikację. Wierny goryl Grooma wpadł w euforię, to fakt, każdy straciłby głowę, widząc tak ogromną ilość drogocennej rudy, tym niemniej nie opuszczały go obawy, związane z tożsamością więźnia. Czy to był ten sam typek, którego porzucił na dryfującej planetoidzie? Powinien był mieć co najmniej sześćdziesiątkę, jeśli nie więcej. Sprowadzony z powrotem facet wyglądał jednak na dużo młodszego.
      — A gdzie jest tamten? — chrypliwie zapytał, kiedy już Raoul uwolnił się od kłopotliwego kombinezonu próżniowego i pomógł pozbierać się Afrodycie. Pachołek Grooma nie wierzył, żeby zesłaniec w ciągu czterech dni mógł tak bardzo się zmienić. Coś tu się nie zgadzało.
      — Jaki… tamten? — nestor obejrzał się ze zdumieniem na zachowującą powściągliwość madonnę. Afrodyta taktownie milczała. Jej blond włosy były mocno potargane. — Jestem Raoulem Dupontem. Tu nie ma i nie było innego.
      — To nie wiesz? — pociągnął go przed kamerę w sterowni, dającą przyzwoity obraz na monitorze. — Sam zobacz! Zresztą, możesz wejść do toalety, tam jest lustro.
      Raoul w nabożnym skupieniu przyjrzał się swemu odbiciu.
      — Eskulap! — mruknął, dumając o gigantycznym wężu. „Wyleczył mnie ze starości — dodał w myślach. — Jak nic, mam znowu czterdziestkę!”
      — Kto?! — zapytał Louis.
      — Przypuszczam, że to wpływ retelitu — odrzekł wykrętnie.
      Jego twarz nabrała wyrazu, uszy się zmniejszyły, zmarszczki ustąpiły, worki pod oczami się wygładziły, przybyło mu włosów na głowie, a na gęstej czuprynie nie znaczyły się już nitki siwizny. Wysokie czoło było pozbawione nierównych poziomych bruzd.
      — Że jak?.. — goryl Grooma nadal niczego nie rozumiał.
      — Mówię o retelicie dla twojego bossa — wyjaśnił spokojnie, ale dobitnie, oglądając swoją gładką skórę i czując pod nią sprawne mięśnie. — Groom miał stuprocentową rację. To gówno naprawdę odmładza. Urwałeś się z choinki, czy co?! — zirytował się, widząc, że do podejrzliwego gbura nic nie dociera.
      — Aha! — tamten w nagłym przebłysku uświadomił sobie, w czym rzecz. Uległ gorączce złota i miał niejakie kłopoty z poprawnym rozumowaniem. — Muszę powiadomić szefa — niedbale burknął, powoli wracając do rzeczywistości. — Potem was zamknę — ostrożnie dodał. — Nie możecie bezpańsko włóczyć się po pokładach.
      Wstrząśnięty widokiem dryfującej wyspy skarbów, zapomniał o elementarnych środkach ostrożności. Zajął stanowisko dowodzenia i zabrał się za przygotowanie komunikatu radiowego. Mimowolnie obchodził się z Raoulem jak z kurą znoszącą złote jaja. Tylko on znał bowiem algorytm, pozwalający przewidzieć następne zrzuty retelitu. Był kluczem do niewyobrażalnego bogactwa.
      Korzystając z tego, że są chwilę sam na sam, Afrodyta konspiracyjnie szepnęła do Raoula:
      — Mogę przejąć tę korwetę.
      Oniemiał, kiedy to usłyszał. Wiedział, że jego laska nie buduje zamków na lodzie.
      — Mówisz serio?! — dla pewności dmuchnął jej do ucha.
      — Groom nie wysłał ich wielu, tylko czterech, bo nie sądził, że będą musieli ciągnąć nas z powrotem. Nie miał złudzeń, nie spodziewał się, że dojdzie do dostawy.
      Wróciła mu przed oczy umierająca Iryda i przeszył go znowu dojmujący ból. Nie powinien był w swej naiwności kolejny raz popełniać tego samego horrendalnego błędu. Na dworcu kosmicznym w Memfis wykazał się rzadką niefrasobliwością i beztroską. Wdarł się do gniazda os i oczekiwał, że przywitają go tam chlebem i solą. A to nie była sielanka.
      — Rób swoje — odszepnął. — Rozgnieć te karaluchy — syknął z rysującą się na twarzy nienawiścią. Budziły się w nim demony.
      Jego uwagę zaprzątnęła złotodajna planetoida. Udzielił mu się na moment nastrój chorobliwego podniecenia, które ogarnęło zbirów na pokładzie. Bombardowała go myśl, że za samo znaleźne mógłby sobie kupić ze cztery nowe androidy klasy zerowej. Powściągnął te niezdrowe emocje.


03.03.2010 :: 09:19
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Lądujemy na Ganimedesie


      Unosząca się nad powierzchnią Ganimedesa wielosegmentowa stacja orbitalna, układająca się w literę „T”, nie była wyposażona w windy grawitacyjne i schodzili do lądowania lotem ślizgowym w pasażerskim wahadłowcu podobnym do tego, którym mknęli z Diany do bazy przesiadkowej. Na rozgwieżdżonym niebie widniał okryty chmurami Jowisz z charakterystycznymi pasami w strefie równikowej. Z tej odległości gazowy olbrzym uderzał swą wielkością. Zajmował pokaźną część nieboskłonu i budził zachwyt. W dole było widać dżunglę, ciągnącą się aż po zakrzywiony horyzont, gdzieniegdzie poznaczoną skupiskami ludzkimi i uprawami rolnymi. Bujnie się pleniąca dzika roślinność wygrywała z planami zagospodarowania. Skojarzył mu się ten widok z dorzeczem Amazonki. Trzy czwarte powierzchni stanowiły morza. Wody tu od samego początku nie brakowało, zwłaszcza po stopieniu lodowego płaszcza. Chociaż Ganimedes był największym księżycem Jowisza, to jego masa była niewielka i stanowiła nieledwie połowę masy Merkurego, nie dałoby się go więc zaludnić bez systemu sztucznej grawitacji. Pory roku tu się nie zmieniały. Dzień i noc w cyklu termiczno-fluorescencyjnym następowały po sobie równocześnie na całym księżycu, bo Słońce znajdowało się za daleko, by pieścić swoim blaskiem to ciało niebieskie. W powietrzu było 21 procent tlenu. Memfis należało do sporawych ośrodków miejskich, ale na jego peryferiach przybyłego witały już tylko pokryte chaszczami bezdroża.
      Paul przypomniał sobie lądowanie na Ziemi i swojski widok rozciągniętego w dole Nowego Jorku, wcinającego się licznymi zabudowanymi cyplami i wyspami w lśniącą powierzchnię oceanu. Tam pielgrzymowało się jak do Mekki, tu zaś było obco i dziwnie. Układ Jowisza nie wywoływał w nim swojskich skojarzeń. Zapewne czułby się podobnie, gdyby znalazł się dużo dalej, na przykład w okolicach Proximy i towarzyszących jej gwiazd bliźniaczych, Tolimana A i Tolimana B. Przypomniał sobie ostrzeżenia profesora, związane z peryferiami Układu Słonecznego, a potem wrócił myślami do cumującego na orbicie „Agisa”.
      Z przestrachem ujrzał, jak przed odlotem Raoul żegna się czule z nie kryjącą afektu zapłakaną Beatrycze i nie mógł powiedzieć, żeby nie poczuł się skonfundowany. Na szczęście, Afrodyta i Iryda nic sobie nie robiły z tych szczenięcych amorów. Bardziej przeżywały to rozstanie Kinga i Lukrecja, towarzyszące pożegnaniu. Zaszlochana girlsa z zespołu „Nescape” udawała się z koleżankami na Europę, więc nie mogła za nestorem pofrunąć na Ganimedesa.


01.03.2010 :: 06:59
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Rendez-vous z inteligentnym wężem


Czas zabrać się za ostatnią część „Hurys”. A oto fragment szesnastego rozdziału...

      Nadziali się na cichego nadzorcę, beznamiętnie strzegącego wysypu retelitu. Był wężem o tytanicznie wielkim cielsku i przerażonemu Raoulowi przyszło do głowy, że swymi potężnymi splotami potrafiłby zmiażdżyć nawet słonia. Przypominał wynaturzoną, bo nadmiernie rozrosłą anakondę. W mdłym blasku bezdennej ładowni statku kosmicznego obcych jego mądre oczka świeciły oliwkowo, a pokryta zygzakowatym wzorem skóra połyskiwała jak świeżo wymyta. Lśniące łuski były wielkości ludzkiej dłoni. Raoul dostrzegł go, kiedy zassało ich do przepastnego wnętrza, odrywając od powierzchni planetoidy. Jego rozkołysany trójkątny łeb wychylił się w ich stronę. Zdradzający inteligencję gadzi strażnik ze zdumieniem lustrował niecodzienną zdobycz. Nie zamierzał ich jednak połknąć w całości, z czym uporałby się bez najmniejszego trudu.
      Cicha Afrodyta unosiła się tuż obok swego właściciela w podobnym srebrzysto-platynowym kombinezonie kosmicznym. Potężny dusiciel postanowił rozdzielić tę parę. Nestor rozpaczliwie wyciągnął za nią rękę, ale nie zdążył jej złapać. Porwał ją niewidoczny nurt i odpłynęła, niknąc w mroku i pozostawiając go samotnego jak palec. Został skierowany w inną stronę, podobnie jak jego madonna zapadając się w ciemność. W głębinach statku oblało go nagle ostre złocisto-pomarańczowe światło, stopniowo słabnące i przechodzące w kolor słomkowy, a następnie perłowo-kremowy. Przymrużył oczy, bo mimo filtrów nie mógł patrzeć. Otoczyła go wszechogarniająca biel i pozbawiono go kombinezonu. Czuł, że unosi się nagi, zaś czułe skanery badają jego starcze ciało i zawartość przeciążonego przykrymi doznaniami umysłu. Prześwietlono mu pamięć. W ciągu kilku sekund wróciła cała przeszłość. Zdarzenia z jego życia przewinęły się wartkim strumieniem przed tamtymi i gasnąc, cicho powróciły do jego podświadomości. Jeżeli odbywał się sąd ostateczny, na co wyglądało, to wyrok zapadł na jego korzyść. „Będziesz młodszy!” — triumfalnie zaszeleściło w jego mózgu.


22.02.2010 :: 10:30
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Znów retelit


W czwartej części „Hurys” powraca temat tego surowca...

     Jedna z tych dobrze zakonserwowanych megier, mająca w odróżnieniu od pozostałych żółty czepek, życzliwie zaczepiła Afrodytę. Widocznie spodobał się jej styl pływacki dziewczyny. Unosiły się swobodnie na powierzchni, basen miał cztery metry głębokości i wymieniały uwagi. Prychnął, bowiem nagle uświadomił sobie, że jego madonnom nie wgrano niemieckiego i holenderskiego. Po chwili wahania doszedł jednak do wniosku, że to nie ma znaczenia.
     — A na cholerę im holenderski! — gorzko miauknął, wyciągając się wygodnie i przymykając oczy.
     Przyszły mu raptem na myśl skośnookie gejsze, mieszkające z komandorem z Urana. Ulubienice tego emerytowanego wojskowego były biegłe w czytaniu chińskich i japońskich znaków, kaligrafii, układaniu wierszy, ceremonii parzenia herbaty, zgadywaniu zapachu kadzidła, grze na koto i posługiwaniu się halabardą. Na co im były potrzebne te umiejętności, tak skrupulatnie wyliczane przez starego pryka? Poza ta ostatnią, oczywiście? Nie miał pojęcia. On sam lubił włóczyć się w młodości po okolicach miasteczka, wspinać się na skały i drzewa. Wściekłby się, gdyby ktoś go próbował zmusić do nauki flamandzkiego, norweskiego lub szwedzkiego. Nie mówiąc o chińskim czy japońskim.
     Myślami pobiegł ku retelitowi. Nieskończoną ilość razy wyświetlał widmowy rozkład złóż tego rzadkiego surowca, przeprowadzając wyrafinowane symulacje komputerowe, a jego domorosła hipoteza wydawała się powoli potwierdzać. Wydedukował, że cały retelit pochodził z jednego źródła, które na przestrzeni ostatnich dwustu lat systematycznie się przesuwało od Słońca ku obrzeżom Układu Słonecznego. Przeciągnięta przez te punkty prosta biegła do centrum Galaktyki. Najbardziej zdumiewające jednak było to, że osobliwe dostawy miały cykliczny charakter. Następowały po sobie w regularnych odstępach czasu.
     Leżał jeszcze chwilę, starając się o niczym nie myśleć, a kiedy już zapadał w drzemkę, wymknęło mu się bezwiednie z ust:
     — Próbujemy wskrzesić raj, kurwa mać, ale wciąż napotykamy węże!..
     Uniósł głowę i niepewnie zamrugał powiekami. Jeszcze przez moment tańczył w jego mózgu złocisty promień. Nie rozumiał, co za impuls sprawił, że mimowolnie wyartykułował tak pokraczną sentencję. Jakby w pokładach jego podświadomości kryło się jeszcze coś, do czego mimo wysiłków nie potrafił się dogrzebać.


17.10.2009 :: 22:34
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Koniec trzeciej części


Uporałem się z trzecią częścią „Hurys”, jak to sobie zaplanowałem. Nad czwartą częścią, której akcja toczyć się będzie na Ganimedesie, w gnieździe szerszeni, posiedzę pewno w zimie. A oto końcówka piętnastego rozdziału:


      Wybierając się zaś na śniadanie, myślał już tylko o Beatrycze. Niezmiernie go ciekawiło, jak jej koleżanki z zespołu „Escape” będą się zachowywać po tym, co stało się wieczorem w jego sypialni. Dumnie usiadł, poprawiając sobie wyściełane krzesło, zakładając serwetkę, biorąc do rąk kartę potraw i udając, że są dla niego powietrzem. Wstydził się spojrzeć w ich stronę.
      Kiedy plastikowy Henry przyniósł zamówione dania i z wystudiowaną elegancją rozstawił je na białym obrusie, odważył się i wysłał ostrożnego żurawia ku ich stolikom. Zamurowało go na amen. Siedziały wszystkie tak, aby go mieć przed oczyma i wlepiały w niego gały jak urzeczone. Nie zważając na nikogo i na nic. Miny miały takie, jakby objawił się im sam Zeus, o wiele ważniejszy od rozpustnego Dionizosa i jego porąbanych kumpli z Olimpu.
      — Jasny gwint — mruknął przez zęby, ujmując mocniej widelec i pochylając się nad talerzem. — Co za jędze. One nie spuszczają ze mnie wzroku. Co to, jakieś nabożeństwo, czy co? Wpatrują się we mnie jak w tęczę.
      Iryda cichutko zachichotała, nie oglądając się za siebie.
      — Zawsze się tak w ciebie wpatrywały — w jej głosie rozbrzmiewały srebrne dzwoneczki, jak zwykle, kiedy miała ochotę do żartów. — Cielęta i malowane wrota. Tyle tylko że tego nie zauważałeś.
      — Serio?! — zrobił wielkie oczy. A potem z nagła zaprotestował, ale bez większego przekonania: — Niemożliwe, coś ci się plecie.


05.10.2009 :: 18:37
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


I po bólu...


Rozdział piętnasty, czyli terrorystów mamy już za sobą...



      Zadumany leżał w slipach na przypominającym karimatę materacyku nad akwenem wypełnionym czystą podgrzaną wodą. Pod dużym przejrzystym lustrem znaczyła się lekko drgająca powierzchnia dna pokrytego wielobarwną mozaiką, przedstawiającą rafę koralową. Słyszał cichy plusk uderzających o brzeg drobnych fal. Ogromna pionowa ściana dawała złudny widok na zdobioną palmami złotą plażę i sięgającą aż po horyzont pomarszczoną powierzchnię morza. Rozluźniony i zrelaksowany, przyglądał się obytym z wodą pływakom i ich popisom. Starsze panie w kolorowych czepkach świetnie sobie radziły na pływalni, co nie budziło w nim specjalnego zdziwienia. Obiło mu się bowiem o uszy, że należą do klubu byłych olimpijek. Cieszące się uznaniem złote i srebrne medalistki sprzed lat leciały na kongres, celebrowany z szumem na odległej Europie. Czego się nie robiło, by odświeżyć wspomnienia?
      Beatrycze usadowiła się obok niego, siadając i zanurzając stopy w wodzie. Wyrwała go ze stanu zamyślenia. Miała na sobie bardzo skąpy strój kąpielowy w kolorze brzoskwini.
      — I jak? — zapytał. — Przeżyłyście szok? — kiedy na nią patrzył, miał wrażenie, że przewrotne życie poddaje go jakiejś próbie.
      Afrodyta wynurzyła się na sekundę z wody, lustrując z uwagą sylwetkę młodziutkiej tancerki, potem uspokojona zgrabnie odbiła się od brzegu i odpłynęła jak delfin, trzymając się dna.
      — Jaki szok? — potrząsnęła głową. Jej włosy, zaplecione tuż przy skórze, kończyły się warkoczykami sięgającymi ramion. — Masz na myśli tych piratów? Krótko rządzili — podsumowała buńczucznie.
      — Ach, tak! — skrzywił się.
      Uzmysłowił sobie, że nie zdążyły najeść się strachu. Do części pasażerów „Agisa” jeszcze nie dotarło, co naprawdę się stało. Potrzebowali kilku dni, by pojąć, na jakiej krawędzi się znaleźli.
      — Ta głowa kapitana była prawdziwa? Czy to atrapa? — figlarnie podjęła ten temat. Nie odpowiedział, więc kontynuowała: — Czy wiesz, że zazdrosny Dionizos nie mógł wybaczyć Orfeuszowi, iż ten oddaje cześć Apollinowi? Wysłał przeciw niemu menady, które rozszarpały go na strzępy, a członki rozrzuciły. Wrzucona do rzeki głowa płynęła, śpiewając, aż do wyspy Lesbos. Wyłowiona ze czcią, przepowiadała przyszłość…
      — A co tam teraz u mości Orfeusza? Jak tam jego kalendarz? To dziś, Eurydyko? — usiłował się zorientować.
      — Jasne, że dziś. Nie wierzysz, tygrysku? — wyczuła niepewność w jego głosie. Odwróciła głowę w jego stronę i musiał zajrzeć w jej lśniące oczy.
      — Ty tu rządzisz — wykręcił się. — Będzie, jak zechcesz. Czy tych twoich koleżanek nie da się wykiwać?
      — Coś ty? — zarumieniła się. — Od razu zorientowałyby się, że to kit…


24.08.2009 :: 12:53
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Mignęła jak spadająca gwiazda


      Nie przejmowała się tym, że za solidnymi drzwiami warują rozsierdzeni porywacze, w przypływie złości gotowi rozerwać ją na strzępy. Nie lękała się zagrożenia z ich strony. Była kuta na cztery nogi. Doprowadziła Cyrusa do szału, co nie było trudne, zważywszy że miała niewyparzony język, po czym doszła do zadziwiającego wniosku, że osiągnęła to, co chciała i że może wracać z orbity. Jeżeli obudował się murem pewności siebie, to właśnie ten mur runął.
      Poruszała się lotem błyskawicy. Jednym sprawnym ruchem wyłączyła światła na piętrze i nie czekając, aż zapali się słabe oświetlenie awaryjne, rzuciła się ku drzwiom, w te pędy zwalniając ręczną blokadę. Zaczęły się rozsuwać. Tamci nie nadążali za lawiną zdarzeń. Nim się całkiem uchyliły, z kocią zręcznością przeturlała się na korytarz i w zupełnych ciemnościach, na siedząco, spod przeciwnej ściany oddała dwa celne strzały. Ona ich widziała, oni jej nie. „To już pięciu! — pomyślała. Dwie serie puściła w głąb korytarza, ale nie była pewna czy trafiła. Stłumiła w sobie pokusę, by zostać tu dłużej i zmierzyć się z pozostałymi członkami grupy szturmowej. Skryła się za owalnym przełazem, a będąc już z drugiej strony upewniła się, że klapa bezszelestnie wskoczyła na swoje miejsce.
      Wróciła do błyskających zimnymi światłami modułów głównego węzła energetycznego. W kilku miejscach odcięła zasilanie, wyjmując pomarańczowo-czarne płytki bezpieczników, a potem zjechała do awaryjnej sterowni. Afrodyta już tam dotarła.
      — Przyleciało ich trzynastu — powiedziała. — Przyparłam do muru tego, który pilnował ich łajby, więc od razu zaczął gadać. Brzydki jak noc. Mieli ze sobą tylko podstawowe wyposażenie. Nie wykryłam śladów niczego naprawdę niebezpiecznego, żadnych środków biologicznych czy chemicznych.
      — To dobrze, króliczku. Razem piętnastu, nie licząc twojego. Pięciu już wysłałam na tamten świat. Co do dwóch następnych nie mam pewności. Tak czy siak, zostało dziesięciu.
      — Znając ciebie, myszko, to raczej ośmiu. Zresztą, zaraz zobaczymy. Weźmy się do galopu!
      Zabrały się do dzieła. Należało posprzątać w tym tnącym zimną próżnię chlewie. Nadawały na tej samej fali. W mig osaczyły kosmicznych piratów, depcząc im po piętach i blokując sektory, które tamci okupowali. Przyglądały się im jednocześnie przez wysokiej rozdzielczości kamery pokładowe, dające dobry obraz mimo świateł awaryjnych. Sześciu było martwych, jeden ciężko ranny. Ten dogorywał. Pozostali, faktycznie ośmiu, skupili się wokół rozwścieczonego Cyrusa. O czym rozmawiali, nie usłyszały, bo szeptali sobie do uszu.
      — A zakładnicy? Czyli obsługa? Gdzie ich ukryli?


14.08.2009 :: 11:50
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Dała czadu


      Gdzieś w połowie śniadania statek drgnął i Raoul pojął, że włączyły się silniki hamujące lub że dzieje się coś niedobrego z ciążeniem. Odruchowo złapał się za blat stolika, nie chcąc polecieć do tyłu. Usłyszał z głośników krzyki, wkrótce też na potężnym wirtualnym ekranie pojawił się obraz. Pokazał się wreszcie Cyrus w całej okazałości. Puściły mu nerwy. Jego demoniczne oblicze wykrzywiał straszliwy gniew. Raoul go zapamiętał, inni pasażerowie też, był lecącym z Marsa mrukiem, snującym się samotnie po pokładach i nie podejmującym z nikim rozmowy. Twarz miał twardą i kanciastą. Rzucały się w oczy jego mocno zarysowana szczęka, wąskie wargi i niezupełnie prosty nos. Dygocący z wściekłości ślinił się teraz przez mikrofon. Wrzeszczał w paroksyzmie złości. Płynęły pełne jadu słowa o kryzysie solarnej cywilizacji, o tym, że nadchodzi czas wielkich zmian, że ludzkość dojrzeje w bólu i krwi, a tacy jak on, namaszczeni przez Boga, przywrócą ład w Układzie Słonecznym. A przejęty statek stanie się nową arką Noego.
      Niestety, po niecałej minucie wpadł mu w słowa wysoki kobiecy głos, nonszalancko przerywający wrogą tyradę:
      — Cyrusie, ty podły psie, nie popisuj się. Nie masz szans, palancie. I wkrótce twój brudny mózg zapaskudzi ściany i posadzkę!
      Obrazu nie było, jednak Irydę słyszeli wszyscy. Stawiła mu czoła i tamten zamilkł niby pod wpływem nagłego ciosu. Takiej obrazy nie mógł znieść. I to ze strony zarozumiałej młódki. Zmrużył oczy w przerażającej zimnej furii.
      — Wredna dziwko! — warknął przez zęby, nie godząc się z przegraną. — Nigdzie mi nie uciekniesz, suko. Nie wyrwiesz się stąd. Tak cię zerżnę, że…
      Nie pozostała mu dłużna.
      — Ty nędzny szmaciarzu, wal się sam, jeśli potrafisz! — śmiało bluznęła, wpadając mu w słowa.
      — Cienko zaśpiewasz, pyszałkowaty babsztylu! I to już wkrótce! — bulgotał jak indor w obliczu jej kolejnej impertynencji.
      — Najpierw mnie złap, sflaczały kutasie — znowu chlapnęła. — I nie połam sobie nóg!
      Pozował na wielkiego, wściekłego i ziejącego ogniem, a ona pluła mu w twarz, pokazując, że jest błaznem.
      — Kurewskie nasienie! Będziesz wić się u mych stóp, srać ze strachu w majtki i błagać o litość! — złowrogo dyszał. — Już niedługo!
      — Sam sobie sraj w gacie, popaprańcu! Chamowaty durniu! Na kant dupy możesz mi wskoczyć! Statku kosmicznego ci się zachciało? Lepiej zajmij się łapaniem much! — terkotała jak najęta. — Wracaj do swojej zapyziałej nory, ty cuchnąca kupo łajna! Zaczniesz szanować damy, jak ci przywalę w świński ryj! Do wora i do jeziora!
      Nie należał do tych, którzy przyjmą mocny cios i potrafią wstać. Oszalały z wściekłości i upokorzenia, miotał obelgami, odpłacając jej co rusz pięknym za nadobne, aż wreszcie zabrakło mu słów i zaczął wydawać z siebie tylko dziwne gardłowe dźwięki. Potem do uszu przerażonych pasażerów dotarły stłumione odgłosy wystrzałów. Następnie obraz znikł i połączenie się urwało.


13.08.2009 :: 14:36
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Androidy w akcji... (2)


      Iryda udała się w kierunku osi statku. Pokonała zabezpieczenia, chroniące właz do rozciągniętego na całą wysokość górnej delty prześwitu o średnicy około trzydziestu metrów. Nie było tu wind ani schodów. Po jednym z pionowych grubych stalowych prętów, stanowiących część wewnętrznej konstrukcji i podtrzymujących usytuowane przy ścianach galeryjki, zsunęła się w dół zręcznie jak małpa i dotarła do modułów głównego węzła energetycznego. Tu powinna była odłączyć zasilanie pokładów, na których znajdowali się porywacze, następnie zjechać na jeszcze niższy poziom i dostać się do awaryjnej sterowni, która automatycznie się uruchamiała po wyłączeniu głównej. Tam mogła przejąć kontrolę nad „Agisem” i uwięzić terrorystów w sektorach, do których się wdarli, zdalnie blokując wybrane przejścia i drzwi.
      Zatrzymała się na wąskim chronionym barierką podeście przed ścianą pokrytą instalacją i główkowała nad krokami, które powinna była uczynić. Zadanie, które miała do wykonania, wydawało się jej szalenie proste, niemalże szkolne, nie na miarę jej możliwości. Pobiegła myślą ku porywaczom, z cicha marząc o tym, by stanąć z nimi oko w oko. To ją łakomiło. Potężny kop adrenaliny dobrze by jej zrobił. W ciągu ostatnich lat tylko dwukrotnie próbowano porwać statek pasażerski. Obie próby okazały się nieudane, bowiem kosmiczne fregaty posiadały znakomite zabezpieczenia. Nie wiedziała, skąd ma te informacje, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Ten przypadek był trzeci. Czy obecna próba została lepiej zaaranżowana? Sądziła, że jeśli porywaczom powiodło się z abordażem, to głównie dzięki nieudolności kapitana, który okazał się łatwowierny i nie zastosował się do obowiązujących procedur.
      Potem wróciła myślą do Raoula, w nagłym przebłysku uzmysławiając sobie, że ich pan i władca dał im wolną rękę. To sprawiło, że zmieniła plan. Żądza zwycięstwa wzięła w niej górę i poczuła raptem ogromną ulgę. Zdecydowała, że najpierw podroczy się z porywaczami. Zabawi się z nimi w kotka i myszkę.
      Odłożyła manipulacje z elektroniką na później, windując się na wyższy poziom i nieomylnie wybierając wąski prześwit. Za metalową ścianą ciągnął się korytarz, od którego oddzielała ją tylko owalna standardowa klapa. Wystarczyło uruchomić jej mechanizm, by natychmiast znaleźć się wśród tamtych.
      Do sterowni weszła niezauważona. Było w niej trzech uzbrojonych osobników, znających się widocznie na nawigacji, skoro tam przebywali, ale nie najlepiej przygotowanych do bezpośredniego starcia z wrogiem.
      — Cześć, chłopaki! Jestem! — bezczelnie rzuciła im na powitanie.
      Nie zdążyli się zorientować, co się dzieje. Nie minęła jedna sekunda, a wyrwała najbliżej stojącemu broń, a potem zrobiła z niej użytek. Oddała trzy krótkie strzały, wysyłając trójkę pechowców na tamten świat. Następnie zatrzasnęła się od wewnątrz w sterowni, korzystając z ręcznej blokady drzwi i przypięła się do podświetlonych klawiatur. Była w transie. Doskonale wiedziała, że nie wpadła w pułapkę i że nie ma noża na gardle, chociaż ktoś z zewnątrz mógłby tak oceniać jej położenie. Bo przecież trafiła do gniazda os. Miała dostęp do sieci komunikacyjnej i mikrofony pod ręką, ale nie zamierzała negocjować z porywaczami. Rozejm też jej nie interesował. Czekał ją niezły ubaw. Postanowiła, że po babsku zagra im na nerwach.


13.08.2009 :: 12:39
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Androidy w akcji...


      Chyba nikt z ciągnących tego feralnego ranka na śniadanie nie zorientował się, że dwie młode pasażerki beztrosko zboczyły z kursu, za nic mając groźnie brzmiące ostrzeżenia. Artystyczny owal we wnęce zdobionej abstrakcyjną płaskorzeźbą, spoglądającą tysiącem par oczu, na moment ustąpił, odsłaniając sekretne przejście i zaraz powrócił na swoje miejsce. Zapewne w tym miejscu byłyby zwykłe, ledwo się znaczące na ścianie super szczelne techniczne drzwi dla personelu, gdyby nie to, że dekoratorom wnętrz przyszedł do głowy figlarny pomysł umieszczenia tu ściennego dzieła sztuki. Narowiste laski w okamgnieniu ukryły się w powstałej czeluści, pochylając głowy. W ciemnym przełazie, stworzonym z myślą o pracach konserwacyjnych i remontowych, zgromadziły sprzęt, ściągnięty wcześniej po kryjomu z przepastnej ładowni „Agisa”. Niebezpiecznych zabaweczek, którymi dysponowały, nie można było bowiem legalnie zabrać na pokłady pasażerskie. Nie musiały działać na oślep. Obie miały w głowach dokładne plany statku, dokładniejsze od tych, które posiadali kapitan i jego oficerowie. Nie interesowały ich jednak główne korytarze, ale kanały, szyby, tunele, rury i przewody wentylacyjne. Afrodyta pozostała w swych szałowych ciuchach, Iryda zaś przebrała się w czarny kombinezon. Nieużywana winda ruszyła, wynosząc je do góry. Znalazły się na poziomie górnej delty. Tu rozdzieliły się bez słowa. Afrodyta pobiegła wąskim przesmykiem, doskonale sobie radząc w labiryncie rozwidleń i nieomylnie trafiając do sporawej, choć nieco ciemnej ładowni. Przeszła bez trudu przez śluzę, bo w hali było powietrze, jednak nie filtrowane, a przez to trochę stęchłe i śmierdzące. Tam spoczywała karawela, którą przybyli porywacze. Furę mieli niezłą, szybką i zwrotną, ale mocno sfatygowaną, spędziła pewno w próżni z dziesięć lat. Rankiem ściągnęli ją przez właz w obudowie do wnętrza statku.
      Blond bogini pomyślała, że popełnili błąd. Ona tak by nie postąpiła. Zatrzymała się, wyrównała oddech, a potem wyważonym krokiem zaczęła się wspinać po wypuszczonych metalowych schodkach ku otwartemu i oświetlonemu wejściu. Detektory ruchu jej podpowiadały, że we wnętrzu pozostał tylko jeden człowiek.
      Dostała się do środka i wąskim korytarzem dotarła do sterowni, nie próbując kryć swego przybycia. Pilnujący maszyny trefny osobnik z gębą szczura i rzadkimi wąsikami dostrzegł kruchą postać na monitorach i obrócił się ku niej z wycelowaną bronią. Był spokojny, bo doskonale wiedział, że drobna blondynka przytargała się sama. I to bez broni. Nie mogła zatem mu zagrażać.
      — Heja! — zawołała przymilnie, usprawiedliwiając swoją obecność. — Cyrus wysłał mnie, żebym dotrzymała ci towarzystwa. Mam się postarać, żebyś się nie nudził… — zręcznie puściła mu dym w oczy.
      Tamten kompletnie zbaraniał, szeroko otwierając usta. Wyglądała jak objawienie, niezwykle ponętnie i zmysłowo. Otarł się z pewnością o wiele tanich dziwek, ale bogini z tak wściekłym seksapilem na pewno nikt mu dotąd nigdy nie podrzucił. Była z najwyższej półki. Zaparło mu dech z wrażenia i zapomniał, że trzyma w ręku broń.
      Afrodyta niespiesznie podeszła, zalotnie kołysząc biodrami. Znieruchomiała przed nim, pozwalając mu, by się na nią z bliska napatrzył. Jej płaski brzuch z odkrytym pępuszkiem znalazł się na wprost jego głodnych oczu.
      — Podobam ci się? — zalotnie zapytała. Prowokacyjnie rozpięła guziczek przy gorsecie, a jego nozdrza owiał zapach jej wymyślnych perfum.
      Oszołomiony bliskością seksbomby terrorysta bezmyślnie skinął głową. Siedział jak zahipnotyzowany. Nie wyglądał na specjalnie rozgarniętego i pewnie dlatego pozostawiono go w odwodzie.
      Wpadł w jej szpony. Nim się zorientował, co się dzieje, wypuścił automat z rąk. Potem wywinął salto, lądując z jękiem na pokrytej metalową kratą posadzce.


11.08.2009 :: 18:12
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


Czas na kontratak


      Atmosfera przy śniadaniu była, delikatnie mówiąc, napięta. Nieuchwytni porywacze przez wewnętrzną sieć głosową powiadomili pasażerów, że statek został przejęty przez Solarną Federację Pacyfistyczną, co zakrawało na ironię, bowiem wymyślili sobie nazwę, będącą zaprzeczeniem tego, czym się zajmowali. Doradzali spokój i bezwzględne podporządkowanie się rozkazom grupy szturmowej. Wypuścili wprawdzie wszystkich na poranny posiłek, ale po nim zalecili powrót do apartamentów. Wyznaczyli limit czasu, strasząc wyłączeniem grawitacji w dolnej delcie. Ostrzegli, że każdemu, kto włóczyłby się po pokładach, grozi śmierć. Nim opuścił apartament, na sztywnych z przerażenia nogach zasłał zsunięte łoża, jakby się spodziewał wojskowej inspekcji. Siateczka zmarszczek wokół jego oczu stała się wyraźniejsza. Jego boginie wykorzystały chwilę otwarcia kabin i ruch na dolnych pokładach, by zniknąć bez śladu. „Będziemy działać szybko!” — obiecała mu Iryda.
      W restauracji, oprócz androidów klasy pierwszej i drugiej w roli kelnerów i ich pomocników, nikogo więcej nie było. Nie pojawił się nikt z żywej obsługi statku, a stolik kapitana i jego zastępców stał pusty.
      Raoul zezował w stronę tancereczek. Beatrycze miała markotną minę, podobnie pozostałe. Panowała złowróżbna cisza i nikt się nie odzywał, a jeżeli już to szeptem. Słyszał tylko dobiegające go od sąsiednich stolików delikatne stuknięcia widelców o cienkie porcelanowe talerze. Sam też był spięty jak diabli. Ściskało go w żołądku i z tego wszystkiego nie mógł jeść. Koszmar! Strzygł uszami, główkując nad tym, co porabiają jego anielice i czy im się poszczęści. Nie był pewny tego, czy wywiążą się z zadania, jakie sobie postawiły. Z odrobiną ufnej wiary spoglądał na opiekuna zespołu „Escape”, wyobrażając go sobie w roli ich pomocnika. Jego wielkie bicepsy zdawały się rozsadzać rękawy koszulki. Coś mu mówiło, że te dupki, czyli porywacze, robią wszystkim wodę z mózgu, ale i to, że nikt nie pokwapi się, żeby sprawdzić, jak jest naprawdę. Nikt nie chciał ryzykować życiem. Chyba tamci zdawali sobie sprawę z tego, że mogą się spodziewać buntu. Umiejętnie zdusili myśl o oporze. Jeden z androidów z obsługi z nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą obszedł salę restauracyjną z tacą, na której leżała ścięta głowa kapitana statku. Straszliwy widok! Zgilotynowany łeb zdawał się ostrzegać: „I was to czeka, jeśli nie padniecie im do stóp!” Nie wiadomo dlaczego przyszedł mu na myśl biblijny Herod i ujrzał oczyma wyobraźni głowę Jana Chrzciciela, przyniesioną pięknej Salome. Zło zdawało się wypełniać salę i wdzierało się do serc i umysłów, napotykało jednak opór w postaci ogromnych pokładów nie ustępującej nadziei.
      Raoul siedział w napięciu, drżąc z obawy, że domyślą się braku jego towarzyszek. Odstawił filiżankę z kawą na spodek. Brzęknęła melodyjnie. Z namaszczeniem wybrał kromkę chleba z koszyka i zamoczył w oliwie. Nie mógł liczyć na sprawiedliwość boską, a jego bronią były opanowanie i spokój, nie licząc dwu kruchych przyjaciółek. Czy ci zwyrodnialcy już się połapali, że w sali restauracyjnej nie ma kompletu? Nikt z pasażerów nie zwracał uwagi na jego stolik, przy którym tego dnia siedział samotnie, bo każdy martwił się o siebie. Tylko przejęty technik z „Body Perfect” odnotował nieobecność cudnych hurys. Raoul napotkał jego niespokojne spojrzenie, w którym determinacja przebijała się przez lęk. Wyczytał z niego, że chłopak dobrze wie, czym zajęły się jego klony. Tego chudego rudzielca z firmowego serwisu nie dało się oszukać. Jak nikt inny znał ich nadludzkie możliwości.
      Czuł się winny całego zamieszania na „Agisie”. Stary wyleniały lew zlekceważył zagrożenie, a teraz, żeby ocalić tyłek, tchórzliwie przerzucał odpowiedzialność na sprytniejsze i inteligentniejsze od siebie młode lwice. Te wyruszyły już dzielnie na tereny łowieckie. Jednakże mogły przecież ponieść klęskę.


08.08.2009 :: 08:59
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu


W matni...


W rozdziale trzynastym powieści terroryści opanowują statek kosmiczny. A zaczyna się to tak:


          Poczuł obok siebie pustkę, mruknął, pomacał ręką i otworzył oczy. Męczył go nieciekawy sen. Snuł się po starym ponurym cmentarzu, przez ciemne chmury wyglądał księżyc, a gdzieś w pobliżu smutno szczekał pies.
      — Co się stało? — półgłosem zapytał, widząc, że Afrodyta i Iryda są na nogach. Nie mógł mieć wątpliwości, to był alert, przygotowywały się do akcji. Jednak na statku kosmicznym panowała noc i nic nie wskazywało na to, że muszą się mobilizować.
      — Wiesz, to ten niewielki krążownik, który wczoraj przycumował przy śluzie… — szepnęła Iryda. — Zgłaszali brak paliwa i zasłaniali się drobnymi uszkodzeniami. Prosili o pomoc. Mieli rankiem wejść na pokłady i zameldować się u kapitana.
      — I co? — zachrypiał, ściskając dłonią wymiętą pościel. Przypomniał sobie, że była o tym mowa przy kolacji.
      — Rzecz w tym, że ktoś ich wpuścił po północy.
      Przetarł zaspane oczy. Ziewnął z odrobiną irytacji. Nie pojmował, skąd wiedziały, co dzieje się w obrębie górnej delty.
      — Przesadzacie — wkurzyły go tą nadgorliwością. Nie czuł zagrożenia. — Wracajcie do łóżka. Jutro wszystko się wyjaśni!
      Chcąc nie chcąc, musiały mu się podporządkować. Wróciły do niego, ogarniając go ciepłymi ramionami. Lubił zasypiać, czując bliskość ich czarownych ciał. Nie miał jednak pojęcia, że popełnił straszny błąd. Może najstraszliwszy w życiu. Uzmysłowił sobie to dopiero rankiem, kiedy znowu się obudził.
      Afrodyta czekała, aż otworzy oczy. Przyłożyła znacząco palec do ust, dając znak, że nie powinien się odzywać.
      — Nie jest wesoło. Oni opanowali statek — w sekrecie szepnęła mu do ucha. — Inwigilują apartamenty i kajuty, zajmowane przez pasażerów. — Kamery i mikrofony są włączone. A co gorsze, zablokowali wszystkie drzwi. Jesteśmy uwięzieni i nie możemy wyjść na korytarz.
      Doznał szoku. W jednej chwili odeszły go resztki snu i przygryzł do bólu wargi. Pojął, jakim jest idiotą. Niewystarczająco ufał swoim androidom i w efekcie czekały go teraz cięgi.
      — Coś takiego? — zaskamlał, nie odwracając głowy i prawie nie otwierając ust. — Jak to się stało? — wymamrotał jak brzuchomówca. Pluł sobie w brodę, ale niewiele mógł wskórać. Zawróciła mu w głowie płochliwa nastolatka i zamiast o bezpieczeństwie myślał o amorach.
      Leżąca z drugiej strony Iryda włączyła się do szeptanej rozmowy. Cmoknęła go w policzek i przeciągnęła się rozkosznie, symulując poranne zmysłowe igraszki. Potem oparła się na łokciu, a materac lekko się ugiął pod ciężarem jej ciała.
      — Jeszcze nie jest za późno. Możemy obejść cały ten system i przejąć kontrolę nad „Agisem”. O ile dasz nam wolną rękę i pozwolisz nam działać.
      — To skończy się krwawą jatką. Chcecie ich pozabijać? — jęknął przerażony.
      — Jeśli zajdzie taka konieczność… — kontynuowała przy jego policzku, na którym znaczył się lekki zarost. — Trzeba się spieszyć. Statek jest duży, elektronika skomplikowana, więc jeszcze się we wszystkim nie połapali. Chyba że chcesz zobaczyć na własne oczy, do czego ci dranie są zdolni — w jej głosie zabrzmiały groźne tony. — W pierwszej kolejności zechcą się zabawić z tymi młodymi z zespołu „Escape”. To laski jak się patrzy. A resztę pasażerów sprzedadzą jako niewolników do jakiejś kopalni. Wcześniej spróbują ogołocić ich konta. Każdy odda wszystko, wierząc, że odzyska wolność.
      Oczy Raoula pociemniały z wściekłości. Trafiła w jego czuły punkt.
      — Zgoda — wygęgał. — Macie wolną rękę. A poradzicie sobie?
      — Postaramy się! — tym razem odpowiedziała Afrodyta.
      — A propos. Im chodzi o mnie, czy o statek?
      — Raczej o statek. O tobie nic nie wiedzą.


22.07.2009 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Hurysy z katalogu