EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Z prac nad „Hegemone”


      Wróciłem późną jesienią do mikropowieści „Hegemone”, którą napisałem w pierwszej połowie 2018 roku. Ściśle biorąc w marcu, bo utwór powstał bardzo szybko, dosłownie w ciągu miesiąca. Uznałem, że to i owo należy poprawić. W efekcie powstała wersja odrobinę obszerniejsza, przybyło ze 20 ss znorm mpsu. I taka wersja jest obecnie dostępna.
      Ustami bohaterów forsuję tezę, że za ewolucję organiczną na Ziemi i na Hegemone odpowiada genialny przybysz z innego wymiaru kosmosu. Oczywiście, to czysta fantazja, a nie prawda naukowa.

hegemone.guziakiewicz.vxm.pl
e.hegemone.guziakiewicz.vxm.pl


21.01.2019 :: 09:48
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Sposób na kosmitę


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Informatyk wywołał zbliżenie i naszym oczom ukazały się dwie kule, jedna większa, druga nieco mniejsza, krążące mniej więcej na wysokości połowy promienia planety. Swobodnie poruszały się w obrębie rozgrzanego jądra.
      — Ta’aroa i jego małżonka? — rzekłem, nie wierząc temu, co widzę. — Jednak nie są niewidzialni. Jajca straszne! Okazuje się, że tutejsi bogowie są materialni.
      Można było odnieść wrażenie, że trwa ich majestatyczny taniec godowy.
      — Mają ciała subtelne, mówiąc językiem starożytnych filozofów. Tworzą struktury kumulujące niewyobrażalną wręcz energię. Cały czas szukamy ich słabych punktów. I doszliśmy do wniosku, że Ta’aroa nie tylko myśli, ale i czuje. Jest poniekąd bytem osobowym. Podobnie jak my. Jeśli nas stworzył, to na swój obraz i podobieństwo. Skoro tęsknił za swoją żoną, to z pewnością świat przeżyć i doznań nie jest mu obcy. I można mu zadać ból. A na pewno zakłócić jego spokój wewnętrzny.
      — Co konkretnie zamierzacie?
      — Na początku było światło — enigmatycznie rzekł dowódca.
      Mój umysł pracował na wysokich obrotach.
      — Laser? — zapytałem. — Przywalicie mu z lasera? Ja cię kręcę!
      — Chcemy pokazać, że jesteśmy groźni, potrafimy ugryźć i że powinien liczyć się z nami. A przy okazji, jeśli się uda, zmusić go do pertraktacji. Przytaskaliśmy mu żonę, więc coś się nam za to należy. Nic za darmo.
      Wygłaszali moje poglądy. Jota w jotę myślałem tak samo.
      — Jestem za! — oświadczyłem.
      — Nie wiemy, czy to przyniesie jakiś skutek, ale możemy przecież spróbować. Jeśli się nie uda, odlecimy na Ziemię. Nie będziemy wiecznie wisieć nad tą planetą.
      George wtrącił się, spoglądając na Adama.
      — Skoro Harry kontaktował się z nim telepatycznie, idealnie nadawałby się do roli negocjatora. Przecież ten Ta’aroa jest już prawie jego kumplem — zażartował.
      Cox przytaknął.
      — Biorę pod uwagę taką ewentualność. Chodziłoby nie tylko o to, żeby podwędzić mu tyłek, ale i o to, by przekazać mu nasze warunki. Są dwie opcje. Nasycimy promień laserowy informacją, którą Harry stworzy w fotelu psychotronicznym. Względnie ustanowimy stałe połączenie.
      — Śmiałe plany — zauważyłem z przekąsem. — Pytanie, czy wykonalne. Bogowie nigdy nie byli skłonni do pogawędek ze śmiertelnymi.
      Żałowałem, że sam na to nie wpadłem. No, ale przemyślna Rosemary odciągała moją uwagę od wszystkiego, co dotyczyło Hegemone. I jej się to udawało.
      Potem coś mi przyszło do głowy. Spojrzałem na nich podejrzliwie.
      — Zaraz, zaraz, nie uważacie chyba… że jestem jego medium? Kimś w rodzaju proroka?
      — Myśleliśmy o tym całkiem serio — z powagą rzekł Cox. — Coś za dobrze ci szło.
      — O wy świnie! — parsknąłem.
      George się znowu wtrącił.
      — Można było odnieść wrażenie, ze Ta’aroa umiejętnie cię naprowadza. Podpowiada ci, co masz robić. Zawsze trafiałeś w dziesiątkę. Przyszło mi to do głowy, kiedy bezbłędnie poradziłeś sobie z tą piękną dzikuską. Wystraszona wyszła z buszu, a ty w jednej chwili ją obłaskawiłeś. Żaden z nas tak sprawnie by tego nie rozegrał. Nie da się ukryć, ten numer z czekoladą był rewelacyjny.
      — Diabła tam — warknąłem. — Przecież mam duże doświadczenie. Inaczej nie zostałbym obserwatorem.
      — Stanęło na tym — zakończył Adam — że ten kosmita zwrócił na ciebie uwagę. Więc dlaczego nie możemy teraz tego wykorzystać?


14.05.2018 :: 09:34
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Gdzie jest wasz bóg?


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Skuter pruł powietrze i przyglądałem się z góry dżungli, która ciągnęła się aż do brzegu morza. Przeskoczyłem biegnącą zakolami urokliwą rzekę. Tu i ówdzie znaczyły się leśne polany. Porosły roślinnością wzgórzysty teren wznosił się i opadał. Usta-wiłem wysokość na sześćdziesiąt metrów, mając dzięki temu pewność, że nie będę ścinał wierzchołków drzew. Raptorów było sporo, więc przyszedł mi nagle do głowy zwariowany pomysł, by urządzić tu wyścigi. Motocross na Hegemone! Odrzuciłem go zaraz, uznając, że jest niedorzeczny. Nie po to przybyliśmy na nieznaną planetę, by infantylnie się zabawiać. Dowodziłoby to braku rozwagi. Należało raczej dumać nad uprawami pszenicy i kukurydzy.
      Dotarłem do pensjonatu i lekko posadziłem maszynę przy basenie. Znalazłem się na miejscu. Rozłożyłem szeroko ręce. Zdjąłem kask i ciepłe powietrze owiało moją twarz. Następnie pozbyłem się kombinezonu. W szortach i bluzce w kolorze khaki czułem się swobodnie.
      Zapuściłem się do pawilonu, czujnie się rozglądając. Oszklone drzwi otworzyły się bez przeszkód, zapraszając mnie do środka. Chodziło mi po głowie, żeby jeszcze raz zajrzeć w każdy kąt. Brałem poprawkę na to, że poprzedniego dnia coś przeoczyłem. Jednak i tym razem nie znalazłem niczego, co mogłoby odbiegać od normy i wywoływać zdziwienie. Spodziewałem się, że spotkamy się tutaj z zagadkowym obcym z tej planety. Po cóż innego stworzyłby ten ośrodek? Nie miałem jednak pojęcia, jakie warunki musielibyśmy spełnić, żeby doszło do kosmicznego rendez-vous. Nie wiedziałem, jak go wywołać i zmusić, by zasiadł z nami do stołu rozmów. Cholera, jak on wyglądał?
      Poniosło mnie na plażę. Złoty piasek przesypywał mi się przez palce, dowodząc sobą, że wszystko tu jest najzupełniej realne i podlega prawom fizyki. Zdjąłem bluzkę i szorty. Pozwoliłem napływającym falom omywać mi stopy. Podniosłem wyrzuconą przez morze okazałą muszlę o ślicznych wzorach, skręconą spiralnie wokół swej osi. Nie była uszkodzona. Pomyślałem, że podaruję ją Rosemary. Drobne ryby krążyły pod powierzchnią, a od czasu do czasu pojawiała się większa. Gdybym się przyłożył, mógłbym kilka złowić, a potem upiec na grillu. Byłaby uczta jak się patrzy. Zanurzyłem się po kolana, następnie po pas, a potem popłynąłem crawlem przed siebie, przez przeźroczystą toń oglądając dno. Woda miała lekko słonawy smak. Nie chciałem za bardzo się oddalać. Sto metrów w jedną stronę, sto metrów w drugą. Zawróciłem, kierując się w stronę widocznego ośrodka, dopłynąłem do plaży i ciężko oddychając wydostałem się na brzeg. Założyłem szorty, a bluzkę wziąłem do ręki, przeganiając kolorowego motyla, który tu dotarł z dżungli.
      O dziwo, polinezyjskie nimfetki wyczuły, że już się pojawiłem. Cała trójka. Miały nosa. Moje vahines, jak nazwałbym je, gdybym był na wyspach Pacyfiku. Kręciły się przy basenie, ciche i dyskretne, czekając aż wyjdę z morza. Oglądały skuter, ale starały się go nie dotykać.
      — Siema! — kłapnąłem na powitanie, gdy do nich podszedłem. Musiałem dać każdej po buziaku, bo wystawiły piękne twarze do pocałunku. Potem wyjąłem translator z bagażnika. Założyłem go sobie na rękę.
      Ulokowałem się obok basenu, a seksowne młódki usiadły przy mnie, gotowe do znudzenia mnie adorować. Emanowały radością i beztroską, a ich pogodny nastrój mi się udzielał. Uszczęśliwiały mnie swoją obecnością i czułem się przy nich jak w raju.
      Postanowiłem wziąć je na spytki. Umiały mówić, a ja zabrałem ze sobą urządzenie do tłumaczenia, więc uznałem, że czas zabrać się do rzeczy. Chciałem dowiedzieć się od nich tego i owego. Szczególnie o gospodarzach tej niezwykłej planety. Krążyły mi po głowie gotowe pytania.
      — Pragnąłbym ujrzeć waszego boga. Gdzie mogę się na niego natknąć? — rzuciłem z najwyższą powagą. Translator wyszczekał tę kwestię po polinezyjsku. W moim przekonaniu prośba zabrzmiała idiotycznie, tym niemniej młódki wzięły ją za dobrą monetę. Nie dziwiła ich wiara w bogów.
      Przez krótką chwilę wymieniały się uwagami. Wreszcie Hina rzekła odkrywczo:
      — Trzeba pójść do świątyni.
      Moje brwi powędrowały wysoko.
      — A gdzie macie tę świątynię?
      — Jest ukryta w lesie. Na świętej polanie — pokazała ręką bliżej nieokreślony kierunek. — Niedaleko.


02.05.2018 :: 19:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Raptory


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Po posiłku rozstałem się z Rosemary i udałem na platformę ze sprzętem, który miał trafić na powierzchnię globu. Zaciekawiały mnie środki transportu. Spotkałem tam Michaela i Johna. Pracowali od samego rana. Zamierzali testować maszyny do lotów i łaziki na gąsienicach do pokonywania dżungli.
      — Czego szukasz? — ciekawie zapytał Michael. — Pomóc ci w czymś?
      — Chciałbym wziąć skuter powietrzny — powiedziałem. — Marzy mi się, by wybrać się nim do pensjonatu nad brzegiem morza.
      Zaprowadził mnie do niszy, w której stało kilkanaście takich maszyn. Nazywano je raptorami. Miały opływowe kształty, a ich szaro-zielone karoserie cieszyły oczy. Prawdziwe cuda. Niektóre pokryto kolorami maskującymi. Były łatwe w obsłudze, więc mogłem od razu zasiąść za sterami i polecieć. Dzięki finezyjnemu napędowi potrafiły zawisnąć w powietrzu. Przełknąłem z wrażenia ślinę. Miałem już wcześniej do czynienia z takim sprzętem. A poza tym na Ziemi uchodziłem za rajdowca.
      — Do nich są kaski i kombinezony — wyjaśnił Michael. — To ze względów bezpieczeństwa.
      — A jak się stąd wyrwać?
      — Nie otworzę ci luku, nie ma mowy. Na to musisz mieć zgodę Coxa.
      — Też względy bezpieczeństwa? — rzuciłem zawiedziony.
      — I to ty pytasz o takie rzeczy? — z niedowierzaniem pokręcił głową. — Przecież jesteś od pilnowania innych. Ale mogę ci podrzucić jedną maszynę do głównego wejścia. Przed śluzę. Tam już sobie poradzisz. Postawię raptora obok ślizgacza, z którego korzystacie. Wpiszę twój kurs jako próbny.
      Zatarłem ręce z zadowoleniem.
      — Dzięki! Dobry kumpel z ciebie. Jeśli ci to nie przeszkadza, wybrałbym się za pół godziny.
      — Masz szczęście, że wdepnąłeś z rana, bo później będzie urwanie głowy. Swoje robimy, ale to jeszcze nie wszystko. Budzą co poniektórych kolonistów. Postawili na nogi kilku mechaników — zdradził Michael. — Mają zabrać się za naprawę silników.


27.04.2018 :: 18:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Porozmawiajmy o ewolucji


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Usiedliśmy na rozgrzanym marmurze. Wyłączyłem translator. Hina i Noa z oddaniem mi asystowały, nie zamierzając nigdzie się oddalać. Wodziły palcami po żyłkach, znaczących się na wypolerowanych płytach, jakby układały się one w tajemniczy szyfr, tylko dla nich zrozumiały.
      — Mów, na co wpadłeś!
      George zaczął wykład.
      — Już dawno temu uznano, że ewolucja świata organicznego nie jest naturalną kontynuacją ewolucji świata fizycznego. To całkowicie odmienny proces, nie dający się wytłumaczyć budową materii. Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że martwe pierwiastki muszą się zamienić w coś żywego. Organizmy żywe pojawiają się tylko w nielicznych punktach wszechświata, a przykładem jest nasza Ziemia. Tworzą się niewielkie wysepki życia w nieogarnionych przestrzeniach martwego kosmosu. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co. Powstaje coś całkowicie nowego, zaskakującego dla astrofizyków, obserwujących słońca, planety, księżyce, planetoidy i meteory. Co jednak wywołuje rozwój organizmów żywych? Co napędza ewolucję organiczną? Skąd bierze się życie? Gatunki roślinne i zwierzęce nie powstają przecież same z siebie. Ktoś musi za tym stać. Zrozumiałe jest więc pytanie o przyczynę sprawczą. O obdarzonego mocą demiurga.
      — Jasne. Ale się rozpędziłeś. Czyli mówimy o bogach — próbowałem wpaść mu w słowa.
      — Nie wykluczano tego, że sprawcy ewolucji organicznej, biologicznej przybyli do nas z innego, nieznanego nam wymiaru wszechświata. Szukano ukrywającego się kreatora, może arystotelesowskiego pierwszego motoru, który odpowiadałby za rozkwit organizmów żywych na naszym i na innych globach. Pod tym kątem badano podania religijne i mity. Skąd bierze się moc, przekształcająca formy mniej rozwinięte w bardziej zaawansowane?
      — I tahitański bóg Ta’aroa — twoim zdaniem — odpowiada tej koncepcji?
      — Podobnie jak inni starożytni bogowie, stwarzający życie na Ziemi, w tym Bóg z Biblii. Na wyspach Polinezji Ta’aroa występował także pod innymi imionami. — George z zaaferowaniem zatarł ręce. — Dopóki nie znajdziemy lepszego, sensu stricto naukowego wyjaśnienia, powinniśmy trzymać się pierwotnych, mitycznych przekazów. W nich jest coś, nad czym nie wolno nam przechodzić do porządku dziennego. Iskra prawdy, kosmicznej prawdy. Wskazują one, w jakim kierunku powinny biec nasze badania.
      Pojąłem, do czego zmierza. Innymi słowy, ktoś najpierw stworzył wszechświat, czyli przygotował grunt pod ogród, a potem ktoś inny zasadził w nim kwiaty.
      — Sądzisz, że Ta’aroa przeniósł się z Ziemi na tę planetę? I zamienił ją w kraj mlekiem i miodem płynący?
      Wracające z wioski dziewczęta nie pozwoliły mu dokończyć. Oniemiałem, kiedy spojrzałem na ścianę lasu. Ahuone prowadziła nie dwie dżagi, ale ich całą roześmianą gromadkę.
      — O nie! — jęknąłem. — A to będzie!..


19.04.2018 :: 14:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Starożytni bogowie powracają!


      Na początku kwietnia 2018 r. na rynek księgarski za pośrednictwem platformy Legimi.com trafiła w wersji elektronicznej moja świeżo ukończona mikropowiesć sf „Hegemone. Myśląca planeta”. Utwór liczy sobie ok. 70 ss znorm mpsu.

Zobacz wydania >>

15.04.2018 :: 08:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Dziewczyna z buszu


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Scena z wynurzającą się z dżungli piękną tubylczą dziewczyną na obcej planecie chodziła za mną od dawna, już nie pamiętam, jakie opowiadanie SF mnie natchnęło...

      Gdy już się z tym uporali, musiałem się podnieść. Ruszyliśmy dookoła pensjonatu. Pawilony stykały się ze ścianą tropikalnego lasu, więc kroczyliśmy ostrożnie, bacząc pod nogi. Licho nie spało i należało uważać. Zwłaszcza na ukąszenia niebezpiecznych owadów. Niósł się wilgotny zapach dżungli. Słyszeliśmy krzyk małp. Odzywały się ptaki. Oglądaliśmy wysokie drzewa. Lokowały się na ich gałęziach i pniach kwitnące pnącza. Zwisały liany. Niżej ścieliły się paprocie, glony i mchy. Zieleń była świeża, soczysta i bardzo intensywna. Okrążyliśmy cały ośrodek, nie odkrywając niczego, co mogłoby budzić niepokój. Dopiero gdy wróciliśmy, jeden z naszych goryli pojął, że coś przeoczyliśmy. Detektor Briana wykrył na podczerwieni nieodległy żywy obiekt, kryjący się w dżungli.
P      rzyglądałem się z niedowierzaniem temu, co wyświetliło się mu na ekranie. Dwunożna istota stała w gąszczu, zapewne skrycie na nas filując. Ktoś nas podglądał jak nic.
      — Zombie? — głośno się zastanowiłem. — Do diabła, wiedziałem, że nie będziemy tu sami. Spróbujmy podejść, może nie ucieknie.
      Powoli zbliżyliśmy do ściany lasu, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Domyślałem się, że moi kumple popuszczają ze strachu w gacie. Broń trzymali w pogotowiu, gotowi jej użyć. Gdyby toto, co tam się kryło, nagle wyskoczyło, mielibyśmy się z pyszna. Oczyma wyobraźni widziałem, jak złowroga bestia ginie w krzyżowym ogniu wystrzałów. Laura bojaźliwie została z tyłu, nie chcąc się narażać. Ulokowała się za moimi plecami.
      Udzielił mi się nastrój niepewności. Nie wytrzymałem nerwowo i krzyknąłem, siląc się na gieroja:
      — Hej, hej! Wyjdź do nas, poczwaro!
      Przez chwilę nic się nie działo. Potem zaszeleściły zarośla i wstrzymaliśmy dech z wrażenia. W niby-bambusowym gąszczu nie chroniła się zarośnięta człekokształtna małpa, ani żadne inne zwierzę. Dżungla sprawiła nam miłą niespodziankę. Zza zasłony liści wyłoniła się naga dziewczęca postać o ciemniejszej niż nasza pigmentacji skóry, wystarczająco ludzka, byśmy mogli powściągnąć niezdrowe emocje. Nie musieliśmy się jej lękać.
      — Ja cię pierniczę! — wyszeptał George. — To niemożliwe.
      Tajemnicza dżaga pochodziła jak nic z wysp Polinezji. Skąd się tu wzięła? Młodziutka i zgrabna, trochę ustępowała nam wzrostem. Czarne włosy sięgały jej do połowy pleców. Jednak oczy nie zdradzały specjalnej inteligencji. A może mi się tylko tak wydawało. Coś ją do nas ciągnęło. Niepewnie uczyniła kilka kroków i zatrzymała się z dziecięcą ciekawością, zaaferowana nami, tym niemniej gotowa odwrócić się i uciec, gdyby któryś z nas chciał uczynić jej krzywdę. Jej biodra zdobił wąski pasek upleciony z włókien roślinnych. Niczego więcej nie miała na sobie, niczym biblijna Ewa w raju, lecz nie przejmowała się brakiem ubioru. Czyżby tu żyło prymitywne plemię, którego dotąd nie udało nam się odkryć?
      Laura nadal chowała się za moimi plecami. Jako kobieta z Ziemi powinna była zdobyć się na przyjacielski gest, jednak zabrakło jej śmiałości i pewności siebie. Nie grzeszyła odwagą.
      — Masz coś do jedzenia? — z cicha zapytałem, prawie nie poruszając ustami. Nie przyszedł mi do głowy żaden plan. Działałem spontanicznie i improwizowałem.
      Posłuchała brzuchomówcy. Sięgnęła do jednej z obszernych kieszeni i bez słowa podała mi tabliczkę słodkiej czekolady. Pokazałem specjał tubylczej młódce, odwinąłem folię i ze smakiem odgryzłem na rogu, klepiąc się z przyjemnością po brzuchu. Taa-akie dobre! Po czym zachęcająco wyciągnąłem przysmak w jej stronę.
      — Chcesz gryza? — zawołałem jak dureń. Kompromitowałem się jako poważny agent. Czy tak należało zachowywać się na nieznanej planecie?
      O dziwo, moje demonstracyjne zachowanie odniosło skutek, chociaż nie powinno, a tubylcza piękność dała się skusić. Właściwie odczytała moje intencje. Uznała, że nie znalazła się w jaskini lwa. Pokonała opory i z niemal wrodzoną beztroską podeszła, zalotnie kołysząc biodrami. Nie przejmowała się wycelowaną w nią bronią. Wzięła ode mnie czekoladę. Skosztowała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Trudno, żeby jej nie smakowała. Kto nie lubił czekolady? Nie uciekła, czego mógłbym się spodziewać. „Rany, udało się!” — zachichotał w mojej głowie cichy głosik. — „I co dalej?”
      Zmysłowa młódka stała przede mną, jakby na coś jeszcze czekając. Oblizała wargi. Przestąpiła z nogi na nogę. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Króciutką chwilę walczyłem z oczopląsem. Bez żenady prezentowała swe wdzięki, więc jej bliskość sprawiła, że jak sztubakowi zabrakło mi tchu. Z wrażenia bałem się poruszyć. Była cudownie zbudowana, przeurocza i zniewalająca. Niosła z sobą niepokojące zapachy dżungli. Obok takiej madonny nie przechodziło się obojętnie. A gdy raz taką się ujrzało, długo nie umiało się o niej zapomnieć.
      Jej ciemne oczy taksowały mnie z niesłabnącą uwagą. Wreszcie uśmiechnęła się i rzekła coś szybko w języku, którego nie rozumiałem. Czułem, że przecięła niepojęty dla mnie węzeł gordyjski.
      — Do diabła! — syknąłem przez zęby. — Macie tu translator?
      Pokładowy mózgowiec przesłał nagranie na statek i błyskawicznie dostał odpowiedź. Obca dżaga była naprawdę Polinezyjką.
      Oznajmił z niepomiernym zdziwieniem:
      — Powiedziała: „Dobre. Ty mnie wziąć. Ja być twoja!”
      Tyle samo wyczytałem z jej oczu. Nie zamierzała odejść. Poza tym jej gesty nie budziły już wątpliwości. Potraktowała mnie jak ziomka i w okamgnieniu stała się moją przyjaciółką. Doznałem olśnienia i pojąłem, że jakimś cudem dokonałem transakcji. Dostała mi się na własność urodziwa tubylcza dziewka. Za tabliczkę czekolady. Odważyłem się i delikatnie dotknąłem jej zmysłowej twarzy. Przeszył mnie natychmiast dreszcz pożądania.
      George dostrzegł moją niepewną minę.
      — Ciekawe, co powie na to Rosemary! — zażartował.
      — Lepiej weź się do roboty! — fuknąłem. Nie wydawało mi się to wcale śmieszne. W takiej chwili wolałem nie myśleć o żonie. — Trzeba wysłać drony, by przeszukały dżunglę. Przecież nie wzięła się znikąd.



04.04.2018 :: 19:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Na beczce prochu


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Obsiedliśmy długi stół z błyszczącym blatem w kolorze granatu. Byliśmy w komplecie. Z odrobiną skrywanego wzruszenia lustrowałem wszystkie twarze. Lekko posiwiały dowódca, Adam Cox, nie próbował zagajać, ale od razu oddał głos George’owi. Wilson był jego formalnym zastępcą.
      Sympatyczny blondas podniósł się i zaczął bez zwłoki dzielić się z nami tym, co uznał za ważne. Lubił mówić krótko i zwięźle.
      — O tym, że podejrzanie szybko ustąpiło skażenie terenu, już wiecie. A teraz kolejne sprawy. Przyjrzałem się tarczy ochronnej tej planety. Niestety, po naszym niefortunnym lądowaniu uległa ono wzmocnieniu. Nie jesteśmy więc w stanie opuścić Hegemone. Jeśli naprawimy silniki, będziemy mogli co najwyżej pokrążyć nad jej powierzchnią. Nie przekroczymy wysokości stu osiemdziesięciu kilometrów. Znaleźliśmy się więc w pułapce i staliśmy się więźniami. Co nie jest wesołe. Owszem, rysuje się pewna możliwość. Musielibyśmy dwukrotnie wzmocnić napęd. I wtedy spróbować. Być może, udałoby się nam przebić przez blokadę. To po pierwsze, a właściwie po drugie. Następna niespodzianka wiąże się z dżunglą wokół Demostenesa. Popatrzcie! — Wyświetlił zdjęcia, wykonane z góry przez drona. — Tropikalny las wrócił, ale w sposób inteligentny. Widać?
      Nasza macierzysta jednostka dumnie spoczywała na środku porosłego trawą idealnego kręgu o średnicy około dziewięciuset metrów. Dżungla dochodziła do jego granic i nie posuwała się dalej. Statek był ogromny, a przypominał kształtem krytą łódź pościgową. Miał blisko pół kilometra długości. Opływowe silniki znaczyły się po obu stronach. Wspierał się na trzech potężnych łapach, które częściowo chowały się podczas lotu.
      — I co jeszcze? — George podjął nowy wątek, gdy już się napatrzyliśmy. — Mniej więcej dwadzieścia lat po wylądowaniu, gdy słodko spaliśmy w hibernatorach, nieoczekiwanie ktoś złożył nam wizytę. Na drugim poziomie pojawiły się trzy istoty, żywcem przypominające ludzi. Komputer nie rozpoznał nikogo z załogi, więc wszczął cichy alarm. Zablokował ten sektor. Jednak nasi goście zdążyli się wymknąć. Rozmyli się w powietrzu.
      — Ludzie? — zdziwiła się Emily.
      — No, niezupełnie — sprostował George. — Ich oczy jarzyły się zielonym blaskiem, co było dobrze widać, zważywszy słabe oświetlenie. Jak u zombie.
      Wywołał na ekranie obraz z kamer. Faktycznie, korytarzem posuwały się trzy istoty. Potem znikły.
      — A co ponadto? Odnotowaliśmy ciekawą zmianę na powierzchni. Tutejszy gospodarz, o ile można tak powiedzieć, zbudował dla nas — rzecz kuriozalna — osiedle na brzegu morza. Zafundował nam prezent. To komfortowy ośrodek, niczym pensjonat w tropikach, ulokowany kilkanaście kilometrów stąd. Rodzi się pytanie, czy nie jest on przypadkiem łapką na myszy.
      Kamery drona pokazywały połączone z sobą pawilony, kryte widokową czerwoną dachówką i bambusową strzechą, prawdopodobnie symulowaną. Dookoła rosły palmy, a między nimi znaczyła się urokliwa pływalnia dla tych, którzy nie chcieli się kąpać w morzu.
      — Spróbujcie to sobie w spokoju przemyśleć — zakończył blondas. — Jeżeli komuś przyjdzie coś do głowy, niech zgłosi się do mnie lub do komendanta — wskazał głową na dowódcę. I dodał: — Niełatwo to wszystko rozgryźć. To, co tu się dzieje, nie napawa optymizmem. Jak temu stawić czoła? Nie wiemy, czy możemy wypuścić kolonistów na powierzchnię. Chodzi o ich bezpieczeństwo. Być może, siedzimy na beczce prochu. Nie przewidzieliśmy, że ta planeta może kryć takie tajemnice.


20.03.2018 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Załoga Demostenesa


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Udałem się do mesy, miejsca naszych spotkań towarzyskich. Najlepiej gawędziło się przy kawie i przy koktajlach. Zastałem tam trzy zadumane cud-dziewczyny, Catherine, Emily i Rosemary, usiłujące przegonić resztki snu. Komputer dopiero co wypluł je z hibernatorów i podobnie jak ja świeciły nagością. Nigdy wcześniej nie widziałem tych dziuń bez odzienia i zatkało mi dech z wrażenia. Oślepiały swoją urodą. Mimo tego, że dopiero się przebudziły, wyglądały niezwykle ponętnie. Żadna nie miała trzydziestki. Nadwrażliwość skóry ludzkiej po hibernacji ustępowała po dwóch godzinach i dopiero wtedy mogliśmy wrzucić coś na grzbiet. Jeżeli się wstydziły, to nie chciały tego okazać. Piły specjalny napój odżywczy, by rozruszać żołądek. Wziąłem kubek i też sobie nalałem.
      Genetyczka Catherine była subtelną blondynką. Z pozoru uległa i wiotka, pozostawała na swój sposób nieprzenikniona i tajemnicza. Nie przypominała członka załogi statku kosmicznego. Co taka niewinna i świeża istota robiła w kosmosie? Budząca respekt Emily, pokładowa medyczka, miała ozłocone przez słońce szczuplutkie ciało podchodzące pod delikatny brąz i długie ciemne włosy, które zwykle zawiązywała w kok. Afroamerykanka Rosemary cieszyła oczy czekoladową karnacją skóry. Gęste loczki czarownie układające się wokół jej prześlicznej twarzy, nieco krągłe kształty i rewelacyjnie piękne piersi decydowały o jej atutach. Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości. Zajmowała się ekologią, dobre zajęcie jak każde inne, ale w moim odczuciu miałaby większe wzięcie jako modelka. Była atrakcyjna i wygrałaby konkurs na miss załogi Demostenesa, gdyby taki zorganizowano.
      Zwróciłem się w ich stronę i wzniosłem toast:
      — Wasze zdrowie! — z trudem wychrypiałem, czując się tak, jakbym miał gardło wypełnione wodorostami.
      Pokładowe dżagi zareagowały życzliwie, choć mogły dać mi do zrozumienia, że powinienem stąd się wynieść. Nie znalazłem się przecież na plaży dla nudystów. Uśmiechnęły się do mnie przyjaźnie. „Ostrożnie z dziewczynami!” — zachichotał w mojej głowie cichy głosik.
Emily przerwała krępującą ciszę. Była lekarzem, więc golizna nie robiła na niej wrażenia. Przecież na co dzień obcowała z pacjentami, którzy musieli się przy niej rozbierać.
      — Nic się nie zestarzałeś! — żartobliwie odbiła piłeczkę. — Piłeś eliksir młodości? Wyglądasz jak pół wieku temu.
      — Wy też — wykrztusiłem. — Prawdziwe z was bóstwa.
      To wystarczyło na dzień dobry. Nie chciałem wypaść jak szczeniak, który wdarł się do żeńskiej szatni, więc uznałem, że czas zniknąć im z oczu. Dalsza wymiana zdań w tych okolicznościach byłaby nie na miejscu i dowodziłaby braku taktu. Udałem się do mojej kajuty. Skryłem się tam i odetchnąłem z ulgą. Musiałem trochę odczekać, a potem wciągnąć na siebie koszulkę i szorty.
      W mojej pokładowej dziupli na drugim poziomie nic się nie zmieniło przez te czterdzieści lat. Spakowane rzeczy spoczywały, gdzie powinny, zabezpieczone na wypadek wahań grawitacji. Klimatyzacja sprawiła, że nie okryły się kurzem. Wyjąłem inkrustowany zasobnik, zamykany na linie papilarne, w którym chowałem drobne pamiątki z przeszłości. Znaczyła się na nim duża litera omega. Te pamiątki nie należały do szczególnie cennych, tym niemniej miały dla mnie wartość sentymentalną. Wiązały się ze światem, który opuściłem na zawsze. Nie planowano bowiem powrotu Demostenesa do Układu Słonecznego. Chwilę ważyłem zasobnik w dłoniach, a potem z westchnieniem odstawiłem go na półkę, pozostawiając na wysokości oczu. Było za wcześnie, by wskrzeszać wspomnienia i rozpamiętywać przeszłość. Póki co nie opuściła nas nadzieja i nie utraciliśmy przekonania, że nasza misja okaże się udana. Liczyła się przyszłość. Wierzyliśmy, że nam się powiedzie i że zaludnimy Hegemone. Miało tu powstać pierwsze ludzkie osiedle. Poszukałem czegoś na grzbiet. Szczelna szafa kryła moje ubrania.
      Załoga potężnego Demostenesa składała się z dwunastu mężczyzn i z takiej samej ilości kobiet. Nie licząc czterystu kolonistów, uśpionych na niższym poziomie. Nie zorganizowano dla nas na Ziemi obozu integracyjnego i poznaliśmy się dopiero tuż przed odlotem. Nie brano pod uwagę takich rzeczy, bowiem byliśmy ponoć bezkolizyjnie dobrani. Jednak nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Nie mieliśmy okazji. Przeważającą większość czasu spędziliśmy bowiem w hibernatorach. Obudzono nas, gdy Demostenes wyłonił się z nadprzestrzeni, osiągając cel, odległy o półtora tysiąca lat świetlnych. Dotarliśmy do układu solarnego, mającego planetę podobną do Ziemi. Krążyła w ekosferze gwiazdy, żółtego karła, parametrami zbliżonego do naszego Słońca, tętniła życiem i zdawała się na nas czekać. George nazwał ją Hegemone, odwołując się do jednego z maleńkich księżyców Jowisza, noszącego takie miano.
      Jednak dopiero podczas deorbitacji okazało się, że ta planeta nie jest wcale tak gościnna, jak sądzono. Posiadała coś na kształt pola siłowego, które omal nie uniemożliwiło nam lądowania. Nie wykryliśmy wcześniej jego śladów. Doszło do kolizji z napędem Demostenesa i eksplozji głównych silników. Ostatecznie jednak udało nam się osiąść na powierzchni prawie bez szwanku, co graniczyło niemal z cudem i było zasługą dwójki naszych znakomitych pilotów. Napęd należało naprawić, wszakże odłożono to zadanie na później, bowiem wymagało opuszczenia statku.


07.03.2018 :: 13:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone


Hegemone. Myśląca planeta


      Przyszedł mi do głowy pomysł na nową powieść, względnie mikropowieść SF. Na odległej o 1500 lat świetlnych od Ziemi planecie ląduje statek Demostenes z kolonistami. Główny bohater, Harry Miller, budzi się po hibernacji. Okazuje się jednak, że ta planeta nie jest tak życzliwa ludziom, jak tego się spodziewano. Przybyłych czekają niespodzianki. Utwór jest oparty — m.in. — na motywach kosmogonii tahitańskiej.
      A zaczyna się tak:

      Wracała mi świadomość. Ze stanu głębokiego snu wyrwało mnie ciche pikanie urządzeń, zajmujących ścianę, biegnącą wzdłuż kabin hibernacyjnych. Otworzyłem oczy. Odsunęła się pokrywa osłaniająca leże. Mogłem wstać. Kiedy spałem, aparatura dbała o mięśnie, systematycznie je pobudzając, więc bez wysiłku wydostałem się z hibernatora. Nie musiałem przechodzić żadnego treningu. Stopy zostawiały mokre ślady na posadzce. Sąsiednie kabiny hibernacyjne były jeszcze zamknięte. Dochodzili w nich do siebie Michael, John i Matthew, pokładowi mechanicy i specjaliści od sprzętu na powierzchni. Wszedłem pod prysznic, ginąc w kłębach pary. Potem owiał mnie suchy wiatr, a na koniec moja skóra pokryła się cienką warstwą fluidu regeneracyjnego.
      Migały sygnalizatory. Pojąłem, że stawiano na nogi wszystkich bez wyjątku. Zgodnie z ustaleniami miałem spędzić w hibernatorze sto dwadzieścia lat, podobnie jak inni członkowie załogi Demostenesa, wyjąwszy pełniących dyżury. Jednak dopiero gdy podszedłem do pulpitów kontrolnych, ze zdziwieniem odkryłem, że nie spaliśmy tak długo. Komputer obudził nas już po czterdziestu latach. Dlaczego tak wcześnie? Co się stało?
      Ciekawiło mnie, co zmieniło się w pobliżu naszego kolosa i z zaaferowaniem szukałem ujęć z powierzchni. Popłynęły obrazy. Dawały do myślenia. Dookoła statku znaczyła się ściana świeżo wyrosłej gęstej dżungli. Odrodziła się bez przeszkód i była prawie taka, jak przez naszym przybyciem. Upewniłem się co do poziomu szkodliwego promieniowania. O dziwo, nic nam już nie groziło. Kiedy lądowaliśmy, eksplodowały nasze silniki, a fala uderzeniowa spopieliła całą roślinność w promieniu kilkuset kilometrów. Bujny las przepadł i pozostał po nim jedynie martwy grunt. Nie mogliśmy wyściubić nosa z Demostenesa przez ponad sto lat, jeśli nie chcieliśmy wystawiać się na ryzyko.
      Dopadły mnie wątpliwości. Jakim cudem tak szybko ustąpiło skażenie terenu? Ktoś za nas posprzątał? A może popełniliśmy błąd w obliczeniach? Przypomniało mi się, co zdradził George Wilson, znany z tego, że rzucał co rusz oryginalnymi hipotezami. Nie były to jednak niewydarzone pomysły. Zwykle trafiał w dziesiątkę. Sugerował, że ta planeta posiada myślące jądro. I że jest ono odpowiedzialne za rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Myśląca planeta? Nie spotykaliśmy takich w kosmosie. Tym niemniej zastanawiała mnie jej niezwykła budowa. George zwrócił uwagę na to, że półkula wschodnia i zachodnia są takie same, biorąc pod uwagę linie brzegowe i nawarstwienie terenu, co kłóciło się z prawami natury. Bardzo podobne doliny, rzeki i jeziora, podobne góry. Jedna połówka globu stanowiła nieomal wierne odbicie drugiej.



01.03.2018 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone