Pierwszy dzień wolności...
I oto nadszedł kres straszliwej katorgi. Dobiegły końca te koszmarne i odpychające wakacje, a pozbawieni łańcuchów galernicy pognali z piskiem radości do szkół, by tam paść do stóp ukochanym belfrom i omal nie wycałować ich rąk. Nareszcie wolność! Te cudowne pachnące farbą drukarską podręczniki, te kajety w kratkę i w linię! Co za debil wymyślił dwumiesięczną przerwę w nauce? Można przypiąć się znowu do upragnionych piersi matki-wiedzy i ssać, ssać, ssać, mrużąc oczy i pojękując z rozkoszy.
Pierwszy września! To jest to! Czy może być coś piękniejszego?
01.09.2005 :: 10:40
Komentuj (5)
Pozdrowienia z oblężonego miasta
Linki u Chamira
...>>> 16.09.2005 :: 17:23
Komentuj (0)
Niestety, wrzesień...
Rok w rok złote brązy jesieni dotkliwie unaoczniały mu, że nie można bez końca zachłystywać się wolnością. Finiszowało upalne lato z szaleńczymi wyprawami w zalesione góry i z maniackim wylegiwaniem się nad wodą. Miał jeszcze zamiar wybrać się z plecakiem w Bieszczady, ale fatalnie oblany egzamin wżynał się w jego wakacyjne plany szczerzącą kły sesją poprawkową. Musiał gnić w mieście, poniewierać się na przygodnej stancji i wkuwać.
19.09.2005 :: 10:04
Komentuj (1)
Jesień
I tym sposobem skończyło się lato, dziwnie krótkie tego roku. Od jutra kalendarzowa jesień.
Nie przepadam za chłodnymi nocami i porankami, za liśćmi, sypiącymi się z drzew i za dżżystym listopadem. Przemijanie...
22.09.2005 :: 19:41
Komentuj (2)
Zaczynają frygać muzy?
Chodzi mi po głowie pomysł na nową mikropowieść science fiction o roboczym tytule "Misja: Europa". Zaczynałaby się tak:
To miejsce wywoływało nienajlepsze wrażenie. Niepewny wzrok Toma ślizgał się krótko po niebie w poszukiwaniu choćby skrawka błękitu. Nic z tego! Tylko ostatni kiep na tym kaprawym księżycu oczekiwałby romantycznych zachwytów lub poetyckich uniesień i wzruszeń. Zresztą takich naiwnych palantów tu nie przysyłano. Nie mieliby żadnego zajęcia.
— Uf! — odsapnął, zezując na wlokącego się za nim brata. — Co za ohyda — prychnął. Ruszył dalej. — Tak spartaczonego sklepienia niebieskiego nigdy dotąd nie oglądałem.
— Rogatki cywilizacji. Świat się tu kończy, niestety — miauknął z żalem tamten. — Załatwili nas na amen...
Schodzący za nimi po trapie niespokojnie mrużyli oczy lub nerwowo mrugali powiekami. Krążownik wypluł ze swego wnętrza całą dziewiątkę. Dopiero teraz dotarło do nich, że trafili do piekła. W niby to jasnozielonej, ale jednak brudnawej atmosferze Europy było coś niepokojącego, czy wręcz drażniącego — jakby złośliwy kosmiczny gigant światło słoneczne dla zabawy przepuszczał przez olbrzymi przeźroczysty pojemnik z szamponem ze zgniłych jabłek. Niedomyte były białe obłoki i brudnozielone deszczowe chmury. Ci, którzy złowrogo przyglądali się ich przybyciu, mieli na oczach fikuśne filtry. To ich ratowało przed obłędem.
Gina schodziła czwarta lub piąta. Jej lekko kołyszące się biodra musiały doprowadzać gapiących się więźniów do szału. Pamiętała, żeby się trzymać Toma i jego brata. W tym łajdackim gronie należeli do najprzyzwoitszych. Jej wyrok opiewał na dwa lata. Znalazła się w opłakanej sytuacji, bo w grajdołku, do którego ją rzucono, nie powołano do życia babskiego komanda. Któż by pomyślał, że pójdzie na taki układ? Pozostawiona samej sobie, doskonale się orientowała, że aby przetrwać, musi kupczyć swoim ciałem. Była za seksy, by liczyć na to, że dadzą jej spokój.
Przystanęła, czekając na pozostałych. Niemrawo formowali niby-kolumnę. Łysy dozorca najpierw policzył ich palcem, a potem wyczytywał ich imiona i nazwiska, niemiłosiernie kalecząc wymowę. Dyskretnie filowała na boki. Pobliskie niewysokie góry były zryte przez buldożery. Wszędzie znaczyły się hałdy ciemnopomarańczowego piachu. Więźniowie nosili czerwone bluzy i kapoty z niewiele mówiącym, a nawet mylącym nadrukiem "Ganimedes 2". Kto się orientował w zasadach, obowiązujących w tej dziurze, ten doskonale wiedział, że to katorżnicy. Ludzie bez praw. Skazani wyrokami sądowymi na ciężkie roboty. Zrzutka kału z całego Układu Słonecznego.
23.09.2005 :: 18:56
Komentuj (0)
I tej historii ciąg dalszy...
Zeszli z betonowej płaszczyzny kosmodromu i ślamazarnie ruszyli w stronę zabudowań. Grunt po deszczu był miękki, nogi z lekka grzęzły, a ich buciska zostawiały wyraźne odciski. Tom miał charakterystyczną szramę na lewym protektorze, po której niby tropiciel na prerii od razu rozpoznawała jego ślady. Szybko dotarli do celu. Nie można było stąd uciec, więc więzienia nie strzegły zamykane bramy, ani zasieki z drutów kolczastych. Nie szlajali się wokół wartownicy z psami. Kraty znaczyły się tylko w wąskich niczym średniowieczne strzelnice oknach ponurych budynków, otaczających plac apelowy. Oddali rzeczy na przechowanie, pozwolono im zachować tylko te osobiste, potem im przydzielono cele. Gina dostała jedynkę. "Siedemnastka w bloku C" — rzucił sucho więzienny urzędas z przedziałką na środku głowy. Stała na środku, wsłuchując się w ciszę i delikatnie masowała szyję. Wstrzelono im identyfikatory w okolice tętnicy, ale bez ładunków wybuchowych. Nie było po co. Wreszcie rzuciła się na twardą pryczę, założyła ręce pod głowę i wpatrzyła się w sufit. Metodycznie, cal po calu przeczesywała wzrokiem skażoną nierównościami betonową powierzchnię, szukając ukrytych kamer. Nikt ich oficjalnie nie witał i nie wygłaszał przemówień. Niemniej wiedziała, że to tylko pozory. Bardzo dokładnie sprawdzano tu każdą partię świeżego ludzkiego mięsa. Gdyby się okazało, że któryś z niewolników ma za sobą niejasną przeszłość i że może być kapusiem, ani chybi pożegnałby się z życiem.
— Fryzjer! — szepnęła, podnosząc się raptem z pryczy. Tamtych ogolono na łyso, jej pozostawiono krótkie włosy. Prawie takie jak miała, ciemne, lekko się kręcące. W oczach tępaka, który z maszynką elektryczną krążył jakiś czas wokół jej głowy, wyczytała swój cennik. Dotarło do niej, ile są warte jej usługi.
Usłyszała kroki. Ktoś cichutko skradał się w stronę jej nory. Odetchnęła z ulgą, widząc Toma.
Tamten odkaszlnął.
— Mamy celę dwa numery stąd. Oczko — wzgardliwie się roześmiał. — Może przyniesie nam szczęście. Póki co jest otwarte. Więźniowie wracają o siedemnastej. O osiemnastej jest kolacja. Zamykają nas o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Ale godziny są tu krótsze.
— Wiem — odmruknęła. — Wejdź!
Wtoczył się i rozejrzał po ponurych betonowych ścianach. Był dobrze zbudowanym i silnym mężczyzną. Jego szerokie ramiona budziły respekt. Pamiętała, jak na krążowniku poradził sobie z dwoma byczkami z Marsa.
— Potrzebuję opiekuna — wyjąkała, przełamując resztki wstydu. — Chyba wiesz, co mam na myśli.
Zrobił wielkie oczy.
— Tak? — mruknął niemrawo. Rozjaśniało mu się w głowie. — A, alfonsa — dotarło wreszcie do niego. Niepotrzebnie użył tego słowa, mógł się ugryźć w język i teraz niepewnie zerknął na nią, sprawdzając, czy nie przeholował.
Podeszła, omal nie opierając się o niego piersiami. Miała czym oddychać. Pod jego czerwoną bluzą grały potężne mięśnie.
— Nie mam innego wyjścia. Muszę to robić, żeby przeżyć. Muszę się upodlić. Zgodzisz się? — zapytała. — Będziesz mnie mieć, kiedy zechcesz.
W jego oczach ujrzała rosnące pożądanie, które zaraz w sobie stłumił. Bił się chwilę z myślami. Jej sutki z nagła nabrzmiały.
— To ryzykowne — instynktownie się bronił. — Poczekajmy do kolacji. Zobaczymy, jakie tu jest bractwo. Później ci odpowiem. — Potem z niedowierzaniem pokręcił głową. — Do jasnej ciasnej, to nie jest miejsce dla ciebie. To źle, że tu trafiłaś!
Smutno przytaknęła.
— Mówiłam ci, nadziałam się na sędziego skurwysyna. Jeśli przeżyję i wrócę, to się z nim policzę.
27.09.2005 :: 09:53
Komentuj (0)
Chrapliwie zawyła...
Chrapliwie zawyła syrena, znak, że nadszedł czas na kolację i opieszale podniosła się z pryczy. Nie odczuwała głodu. Zbyt była przerażona tym, co ją czekało. Wynurzyła się z celi, włączyła się w sznur zmęczonych po pracy więźniów, dała się wessać do kiepsko oświetlonej sali, w której serwowano posiłki, wzięła tacę i ustawiła się w kolejce. Podawano rozgotowane rizotti z kawałkami mięsa, a do tego kubek ciemnej kawy. Przytłumiony gwar rozmów działał uspokajająco. Widziała plecy Toma i instynktownie ku niemu pociągnęła, skwapliwie sadowiąc się przy ciemnym blacie między nim a jego bratem. Wciśnięta między takich ochroniarzy, poczuła się bezpieczna. Odważyła się i łypnęła wzrokiem dokoła. Przy sześciu długich stołach ulokowało się około osiemdziesięciu więźniów. Gwar rozmów stopniowo cichł, aż wreszcie zapadła podejrzana cisza. Z trudem przełknęła kolejną łyżkę ryżu i znowu niepewnie podniosła oczy.
Tchórzliwie pojęła, że jest w centrum uwagi wszystkich bez wyjątku, nawet trzech strażników pod ścianą. Napięcie wydawało się sięgać zenitu. Samica, wpuszczona do klatki z wyposzczonymi samcami. Było wiadomo, że rozerwą ją na strzępy. "Cholera, to ta obcisła bluzka!" — jęknęła w duchu z prawdziwą rozpaczą. Nie miała pod spodem biustonosza, nie nosiła takich rzeczy, bo piersi jej nie opadały. Dwie inne kobitki, które dostrzegła przy końcu sali, były już mocno podstarzałe i bez seksapilu. Jednak i one nie odważyłyby się włożyć czegoś tak wściekle podkreślającego sylwetkę. W myślach sklęła ponurego faceta z magazynu, który z premedytacją wcisnął jej ciuchy w tym rozmiarze. Sadysta!..
Wzięła głęboki oddech i zwróciła się do Toma. Wydawało się jej, że jeśli czegoś natychmiast nie przedsięweźmie, to za chwilę się rozpłacze.
— Chyba nie dosolili tego ryżu — rzuciła niskim tonem, siląc się na niesłychaną pewność siebie.
29.09.2005 :: 16:19
Komentuj (0)
Dzień Chłopaka
Wszystkiego najlepszego wszystkim chłopakom na blogach!
30.09.2005 :: 14:42
Komentuj (2)
Misja: Europa
Nowa mikropowieść ma już swój serwis, grafika — 135 KB, chociaż właściwie jej samej jeszcze nie ma; powstało dopiero kilka pierwszych stron komputerowych tekstu. Niemniej akcja zapowiada się ciekawie, zważywszy, na co główna bohaterka, Gina się porywa, żeby przetrwać.
Zapraszam pod ten adres! 30.09.2005 :: 19:02
Komentuj (0)