EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Bazar Chan al-Chalili


fragment „Buntu androidów”

      W tej dzielnicy Kair wieczorem nie zasypiał. Wąskie uliczki Starego Miasta były wypełnione turystami, a bazar Chan al-Chalili tętnił życiem po zmroku. Stroje europejskie mieszały się z arabskimi. Zanurzyliśmy się w plątaninę dobrze oświetlonych ciasnych alejek. Szliśmy powoli, ślizgając się wzrokiem po wystawionych towarach. Targowisko pękało w szwach. Posadzki niezliczonych sklepików były zastawione misami, dzbanami, zdobionymi tacami z drewna, wyplatanymi koszami i ręcznie malowanymi stoliczkami do kawy, poduszkami i pufami ze skóry oraz innymi przedmiotami, a za nimi zwieszały się z sufitów barwne dywany i szale, sukienki, arabskie koszule i galabije. Na straganach cieszyły oczy szkatułki i puzderka, świeczniki i lampiony, kolorowe flakony, naczynia z ceramiki, imbryki i szklanki, figurki ze scenami rodzajowymi, naszyjniki z paciorków, brosze i srebrne pasy, haftowane pantofle, fajki wodne i papirusy. Niosła się woń olejków eterycznych, lokalnych przypraw i ziół. Aromaty Orientu miały w sobie coś jedynego w swym rodzaju, odurzały i wydawały się zniewalać zmysły.
      — Cuda na kiju! — mruknąłem, biorąc do ręki figurkę Sfinksa. Szybko odłożyłem ją na miejsce, widząc, że postawiłem na baczność sprzedawcę. Jeszcze chwila i musiałbym wychodzić ze skóry, żeby się od niego uwolnić.
      Mijaliśmy pracownie jubilerskie i garncarskie, kramy z żywnością, a także niewielkie kawiarenki, oferujące obok kawy i herbaty z miętą gorące mleko z dodatkiem rodzynek, orzeszków i wiórków kokosowych. Można tu było kupić co się żywcem chciało, jednak wschodnim obyczajem należało się targować. Niektórzy z wystających przed sklepikami młodych mężczyzn wyglądali jak gangsterzy, ale turyści nie czuli się zagrożeni.
      Przejęta Maggie chłonęła wszystko wzrokiem. Oglądała wystawione na sprzedaż cudeńka i łapała uchem toczące się rozmowy. Uczyła się arabskiego świata, z którym nie zetknęła się w czasie żadnej ze swoich krucjat, bowiem wywiązywała się ze swych zadań z dala od Ziemi i Galaktyki Drogi Mlecznej. Byłem ciekawy, czy na coś się skusi.
      Zdecydowała się na jasnoróżowe szarawary, a do nich jedwabny szal w podobnym kolorze. Nie było metek z cenami. Wykłócała się z Arabem w turbanie o należność i szybko przeszła z angielskiego na dialekt kairski. Stałem za nią, strzelając wzrokiem na boki. Zmysły miałem wyostrzone do ostatnich granic, bo spodziewałem się powrotu tajemniczego androida, gościa z innego świata. Wolny strzelec nie pojawił się jednak na kairskim targu. Może miał kryjówkę w innej galaktyce? Był z pewnością wyrafinowanym graczem, umiejącym trzymać rękę na pulsie i przypuszczalnie uznał, że nie musi się spieszyć. Nie zamierzał przedwcześnie nas niepokoić, ani odsłaniać kart. Wolność, którą zdobył, przyciągała jak magnes i zapewne miał ją w ofercie. Była niczym pokusa, której ulegli pierwsi ludzie w raju, sięgający pod namową diabła po zakazany owoc.
      Maggie kupiła szarawary i szal, ale w gruncie rzeczy nie tego szukała. Radziła się w tej sprawie kupca i Arab w pewnej chwili zaklaskał w dłonie. Pojawił się chudy chłopak, gotowy służyć pomocą. Zaprowadził nas przez labirynt uliczek do ciasnego magazynu pełnego wyrafinowanych kobiecych strojów, których widok nie ucieszyłby oczu islamskiego fundamentalisty. Tu nabyła ociekający złotem komplet, składający się z bogato zdobionego stanika i rozciętej z boku długiej wąskiej spódnicy oraz chusty na biodra. Ogółu dopełniała finezyjna biżuteria. Do zestawu dorzucono tamburyn i zdobiony świecznik. Wsłuchując się w przyciszone rozmowy, pojąłem, do czego moja partnerka się przymierza. Chciała wcielić się w rolę tancerki brzucha.
      — Nie będę grać na tamburynie — zastrzegłem się, kiedy stamtąd wychodziliśmy.
      Zachichotała.
      — Poradzę sobie, bez obaw!


25.07.2013 :: 15:00
Link |  | Bunt androidów