EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Burdż Al-Arab


fragment „Buntu androidów”

      Maggie strzeliło coś do głowy i zarezerwowała apartament typu Deluxe z podwójną sypialnią za jakieś sześć tysięcy dolarów. Tyle szmalu za jedną noc! Dobrze, że nie połakomiła się na segment królewski. Wprawdzie pieniądze nic dla nas nie znaczyły, ale nie chciałem, byśmy zanadto rzucali się w oczy. Dotarliśmy na miejsce z wielką pompą, bowiem nie limuzyną, a luksusowym śmigłowcem, oglądając po drodze Dubaj z powietrza. Zaintrygowały mnie sztuczne wyspy u wybrzeża ułożone w kształt palm. Na wysokościowej platformie z lądowiskiem czekała na nas gościnna obsługa. Formalności recepcyjne załatwiono migiem w apartamencie. Błysnęły nowością paszporty amerykańskie. Kamerdyner w czarnym fraku i białych rękawiczkach rozpakował nasze rzeczy. Potem przygotował kąpiel. Utrzymane w ciepłych kolorach i zdobione bogatymi tkaninami wnętrze miało powierzchnię około trzystu metrów kwadratowych. Cieszyło oczy kolumnami, dywanami, złoceniami i iście królewskim umeblowaniem. Wszystko bez skazy. Sięgające od podłogi do sufitu okna dawały oszałamiający widok na Zatokę Perską. Jeżeli w wyposażeniu coś się świeciło, na pewno było prawdziwym złotem. Świeże kwiaty sprowadzano z Holandii.
      Zrezygnowałem z usług osobistego kucharza, a na obiad zjechałem z rudowłosą agentką do restauracji Al Mahara, specjalizującej się w owocach morza. Można było odnieść wrażenie, że zbudowano ją na dnie morskim. Stoliki rozstawiono wokół sięgającego sięgającego wyżej niż sufit ogromnego kolistego akwarium, wypełniającego środek lokalu. Siedzieliśmy przy oszklonej ścianie, mając obok rafę koralową i ławice egzotycznych ryb. Poprawiłem swój wizerunek w oczach obsługi, bowiem w miarę dobrze mówiłem po arabsku, jak przystało na biznesmena, robiącego interesy w tej części świata. Na prośbę przyjaciółki zamówiłem, co mieli najdroższego, począwszy od kawioru, a skończywszy na najlepszych winach. Na kolację mieliśmy się z kolei wybrać jakby dla kontrastu do restauracji Al Muntaha, zawieszonej nad powierzchnią morza na wysokości dwustu metrów.
      Po obiedzie Maggie zaciągnęła mnie do budzącego podziw atrium, mającego ponad sto osiemdziesiąt metrów wysokości. Zajmowało ono jedną trzecią wnętrza hotelu i było tak duże, że zmieściłaby się w nim Statua Wolności. Kręciło się tu trochę osób. Przybyłych witała piramida wody i światła, a fontanna co pół godziny wyrzucała gejzer na wysokość dwunastu pięter, nie opryskując gości. Dopiero tutaj zrozumiałem, po co Maggie były szałowe kreacje, wystawione na manekinach w jej numerze. Idealnie pasowały do roli, w którą się wcieliła. Zachłystywała się nią i umiała wywołać wrażenie, że jest wielką gwiazdą. A poza tym radziła sobie z obsługą, jakby na co dzień miała mnóstwo służby. Uznałem, że to nawyki wyniesione z misji na planetę władczej Erry. Chcąc nie chcąc, musiałem jej sekundować.
      W apartamencie rozsiadłem się przed wielkoformatowym telewizorem i czekałem na dalszy rozwój wypadków. He-Ton dotrzymał słowa i pojawił się po dwóch godzinach. Tym razem dał sobie spokój z tradycyjnym arabskim strojem. Był w w dobrej jakości garniturze i rozpiętej białej koszuli. Starałem się zbagatelizować to spotkanie, tym niemniej czułem przez skórę, że rozpoczyna się nowy rozdział w moim życiu. Przypomniałem sobie chwilę, w której po raz pierwszy rozświetliły się przede mną gwiezdne wrota, pozwalające mi przejść na drugi poziom.
      Nasz gość skłonił się lekko agentce i rozejrzał po ogromnym wnętrzu. Daleki był od tego, by wikłać się w rytuał długiego arabskiego powitania.

11.10.2013 :: 15:00
Link |  | Bunt androidów