EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Czas na kontratak


      Atmosfera przy śniadaniu była, delikatnie mówiąc, napięta. Nieuchwytni porywacze przez wewnętrzną sieć głosową powiadomili pasażerów, że statek został przejęty przez Solarną Federację Pacyfistyczną, co zakrawało na ironię, bowiem wymyślili sobie nazwę, będącą zaprzeczeniem tego, czym się zajmowali. Doradzali spokój i bezwzględne podporządkowanie się rozkazom grupy szturmowej. Wypuścili wprawdzie wszystkich na poranny posiłek, ale po nim zalecili powrót do apartamentów. Wyznaczyli limit czasu, strasząc wyłączeniem grawitacji w dolnej delcie. Ostrzegli, że każdemu, kto włóczyłby się po pokładach, grozi śmierć. Nim opuścił apartament, na sztywnych z przerażenia nogach zasłał zsunięte łoża, jakby się spodziewał wojskowej inspekcji. Siateczka zmarszczek wokół jego oczu stała się wyraźniejsza. Jego boginie wykorzystały chwilę otwarcia kabin i ruch na dolnych pokładach, by zniknąć bez śladu. „Będziemy działać szybko!” — obiecała mu Iryda.
      W restauracji, oprócz androidów klasy pierwszej i drugiej w roli kelnerów i ich pomocników, nikogo więcej nie było. Nie pojawił się nikt z żywej obsługi statku, a stolik kapitana i jego zastępców stał pusty.
      Raoul zezował w stronę tancereczek. Beatrycze miała markotną minę, podobnie pozostałe. Panowała złowróżbna cisza i nikt się nie odzywał, a jeżeli już to szeptem. Słyszał tylko dobiegające go od sąsiednich stolików delikatne stuknięcia widelców o cienkie porcelanowe talerze. Sam też był spięty jak diabli. Ściskało go w żołądku i z tego wszystkiego nie mógł jeść. Koszmar! Strzygł uszami, główkując nad tym, co porabiają jego anielice i czy im się poszczęści. Nie był pewny tego, czy wywiążą się z zadania, jakie sobie postawiły. Z odrobiną ufnej wiary spoglądał na opiekuna zespołu „Escape”, wyobrażając go sobie w roli ich pomocnika. Jego wielkie bicepsy zdawały się rozsadzać rękawy koszulki. Coś mu mówiło, że te dupki, czyli porywacze, robią wszystkim wodę z mózgu, ale i to, że nikt nie pokwapi się, żeby sprawdzić, jak jest naprawdę. Nikt nie chciał ryzykować życiem. Chyba tamci zdawali sobie sprawę z tego, że mogą się spodziewać buntu. Umiejętnie zdusili myśl o oporze. Jeden z androidów z obsługi z nie wyrażającą żadnych uczuć plastikową twarzą obszedł salę restauracyjną z tacą, na której leżała ścięta głowa kapitana statku. Straszliwy widok! Zgilotynowany łeb zdawał się ostrzegać: „I was to czeka, jeśli nie padniecie im do stóp!” Nie wiadomo dlaczego przyszedł mu na myśl biblijny Herod i ujrzał oczyma wyobraźni głowę Jana Chrzciciela, przyniesioną pięknej Salome. Zło zdawało się wypełniać salę i wdzierało się do serc i umysłów, napotykało jednak opór w postaci ogromnych pokładów nie ustępującej nadziei.
      Raoul siedział w napięciu, drżąc z obawy, że domyślą się braku jego towarzyszek. Odstawił filiżankę z kawą na spodek. Brzęknęła melodyjnie. Z namaszczeniem wybrał kromkę chleba z koszyka i zamoczył w oliwie. Nie mógł liczyć na sprawiedliwość boską, a jego bronią były opanowanie i spokój, nie licząc dwu kruchych przyjaciółek. Czy ci zwyrodnialcy już się połapali, że w sali restauracyjnej nie ma kompletu? Nikt z pasażerów nie zwracał uwagi na jego stolik, przy którym tego dnia siedział samotnie, bo każdy martwił się o siebie. Tylko przejęty technik z „Body Perfect” odnotował nieobecność cudnych hurys. Raoul napotkał jego niespokojne spojrzenie, w którym determinacja przebijała się przez lęk. Wyczytał z niego, że chłopak dobrze wie, czym zajęły się jego klony. Tego chudego rudzielca z firmowego serwisu nie dało się oszukać. Jak nikt inny znał ich nadludzkie możliwości.
      Czuł się winny całego zamieszania na „Agisie”. Stary wyleniały lew zlekceważył zagrożenie, a teraz, żeby ocalić tyłek, tchórzliwie przerzucał odpowiedzialność na sprytniejsze i inteligentniejsze od siebie młode lwice. Te wyruszyły już dzielnie na tereny łowieckie. Jednakże mogły przecież ponieść klęskę.


08.08.2009 :: 08:59
Link |  | Hurysy z katalogu