EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Czy wierzycie w duchy?


      Woda lekko go unosiła, on zaś poddawał chłodnej ocenie to, co go gryzło. Czuł pod sobą marmurowe dno. Tam, w górskiej kotlinie, w pobliżu jaru, w którym siwobrody opowiadał czarnowłosemu chłopakowi mityczną historię o Faetonie, synu boga słońca, Heliosa, wojownik z Urch przeżył coś niezwykłego, czego dotąd nie umiał sobie wyjaśnić. Gdyby nie owo przedziwne tajemne widzenie, któremu naówczas uległ, nie zachowałby się irracjonalnie, nie wylazłby z krzewów wprost do ogniska i nie zagadałby do transgalaktyty. Nikomu nie przyznał się do tego, co wtedy ujrzał, gdyż lękał się, że zostałby uznany za świra. Dostrzegł zaś prawie namacalnie starego nauczyciela z wyspy Ab-dan-gra. Czy ukazał mu się duch zmarłego, czy też było to coś innego? Przybyły jakby zza światów pomylony mistrz sterczał pod sąsiednim drzewem, będąc nieomal na wyciągnięcie ręki. Przejęty do głębi swoją nadprzyrodzoną rolą, wskazywał mu siwobrodego przy rzucającym w górę iskry ognisku, zachęcając wojownika czynionymi gestami, aby bezzwłocznie zbliżył się do tamtego i potraktował go jak swego.
      Dopadło go olśnienie.
      — Ach, to tak — mruknął. — Teraz już rozumiem. Co za skurwysyn!
      Omal nie załkał, pojmując, że wreszcie tu, w Atenach, udało mu się połączyć z pozoru nie mające ze sobą związku zdarzenia. Nie miał wówczas omamów wzrokowych i nie mógł ich mieć, gdyż z natury był opanowany i trzeźwy. Nie poddawał się złudzeniom i nic mu się nigdy nie przestawiało przed oczami. Wbrew jego wcześniejszym przypuszczeniom mistrz z Ab-dan-gra musiał faktycznie wtedy stać pod kasztanowcem o popękanej korze. Mógł zaś tam stać, jeżeli przyjęło się, iż ów nie był wcale steranym przez życie, wygnanym nauczycielem, za jakiego się podawał, ale nieśmiertelnym strażnikiem tamtej planety. Jako transgalaktyta na krótko pojawił się na Y-o, aby pchnąć ogłupiałego immortusa w ramiona Rahy. Uczynił to i bez wątpienia mu się powiodło. Wywiązał się z cichej umowy ze spiskującym obrońcą Ziemi, nie dekonspirując się i nie popełniając żadnego błędu. Jego scenariusz był pod tym względem bez zarzutu.
      Powoli się uspokajał, godząc się z tą niewiarygodną hipotezą. Pierwsze odkrycie przygnało następne, te łasiły się jak zgłodniałe psy i krążyły uparcie wokół jego głowy jak kąśliwe gzy. Przyszło mu na myśl, że transgalatyczny spisek ma ani chybi znacznie szerszy zasięg niż to im oględnie sugerował Raha. I że z pewnością młodym transgalaktytom chodzi o coś więcej niż tylko o ratowanie raczkujących cywilizacji. Mu-ur nie był naiwny. Każdy przewrót, jaki by nie był, krwawy, czy nie, miał przecież zawsze to samo na celu — przejęcie władzy.
      — Do kroćset! — wyszeptał. — Umiem zabijać. I pewnie im się jeszcze nieraz przydam.
      Wyszedł mokry z sadzawki i udał się do ogrodu, a świecący księżyc towarzyszył mu cierpliwie, co rusz zaglądając w twarz. Palma była wysoka i sięgała odważnie w niebo, rozkładając u góry swe potężne liście. Należało dbać o formę. Objął pieszczotliwie jej włochaty pień, jakby chciał sprawdzić, jaki opór mu stawi. Wytężając ramiona, uda i kolana, jął się wspinać, zdobywając ją piędź po piędzi i łokieć po łokciu. Wnet znalazł się pod koroną, wydając przytłumiony zwycięski okrzyk. Zsunął się w dół, aż dotknął stopami murawy, a potem bez trudu powtórzył ten wyczyn.

27.02.2004 :: 10:54
Link |  | Zdrada strażnika planety